To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
Blog > Komentarze do wpisu
Lukrowana wersja depresji poporodowej

Kupiłam jakiś czas temu "Czarne mleko", Elif Safak, reklamowane jako książka o depresji poporodowej. Reklama zrobiła książce niedźwiedzią przysługę, bo o depresji jest tam jedna, mała część. Rzecz jest głównie o stawaniu się kobietą, łapaniu równowagi pomiędzy różnymi rolami społecznymi w jakie zdarza nam się wchodzić, walce wewnętrznych "ja". Sama depresja została tam opisana tak jakoś lukrowo, cukierkowo, w wersji pop. Za niedługi czas, fajnie będzie do roweru holenderskiego i okularów w czarnej oprawce dorzucić "ach, miałam depresję poporodową".

To co mi się w książce podobało, to przewijający się wątek prób połączenia bycia pisarką i bycia matką. Będzie kilka cytatów :)

"Czasem największą nagrodą, jakiej spodziewa się pisarka, nie jest Nagroda Bookera czy Orange Prize, ale pracowita niania o dobrym sercu. Wiele autorek marzy, by usłyszeć te dwa magiczne słowa: "Nianię otrzymuje...". Nic dziwnego, że liczne stypendia przyznawane Sylvii Plath były opisywane jako "stypendia na nianię" - dzięki tym pieniądzom mogła zatrudniać profesjonalna opiekunkę, a sama znaleźć czas i energię na pisanie." (s. 66)

"Jednak najgorsza była niemożność pisania [..]

Jednak ostatnio czułam się jak analfabetka. Słowa, które przez całe życie dotrzymywały mi towarzystwa, teraz mnie opuściły i zamieniły się w rozmiękłe litery niczym makaronowy alfabet w zupie". (s. 312/313)

Zazdroszczę jej, że z takiego stanu wyszła jeszcze przed pierwszymi urodzinami dziecka. Mój stan pulpy słów, implozji twórczej, gdy pomysły na zdania zwijają się do środka mózgu w mikroskopijny punkcik, lobotomii twórczej, mój stan nadal trwa. Choć nie jest  już tak, jak w czerwcu zeszłego roku, gdy napisałam opowiadanie, które po redakcji składałoby się już tylko ze spacji.

I na koniec, najbardziej znakomite porównanie. Nic dodać, nic ująć.

„Powieściopisarka jest i musi być egoistką. Macierzyństwo natomiast polega na dawaniu.

Podczas, gdy powieściopisarka jest introwertyczką – przynajmniej w czasie tworzenia powieści – matka z definicji jest ekstrawertyczną. Powieściopisarka buduje maleńki pokój w głębi umysłu i zamyka drzwi, by nikt nie mógł się do niego dostać. […] Z kolei matka zostawia otwarte wszystkie okna i drzwi – dniem i nocą, latem i zimą. Jej dzieci mogą wejść dowolnie wybranym wejściem i zajrzeć wszędzie, gdzie tylko zechcą. Nie ma żadnych sekretnych kątów.

Kiedy twoje dziecko upada i zdziera sobie kolana albo wraca do domu z powiększonymi migdałkami, albo leży w łóżku z gorączką […], nie możesz powiedzieć: Wiesz, właśnie piszę nowy rozdział. Czy możesz wrócić za miesiąc?” (s. 332)

W depresji poporodowej, która ciągle bywa jeszcze tabu, jest drugie wewnętrzne tabu.  O pierwszym zewnętrznym problemie zaczyna się mówić głośno, drugi jest tak straszny, że wszyscy milczą. Przyszło mi to do głowy, gdy zaczęłam śledzić najbardziej medialną sprawę kryminalną ostatnich dni. Może jutro o tym napiszę.

niedziela, 05 lutego 2012, bezcielesna