To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
Blog > Komentarze do wpisu
Po weekendowo - macierzyńsko

Sobota spędzona z rodziną, czyli moją ciocią, babcia i dziadkiem. Wiertka wreszcie trochę się przełamała. Dotąd spotkania z pradziadkami spędzała u mnie na kolanach, wiercąc się, skacząc, ale do żadnego przez tyle czasu nie podeszła. Chyba cierpki na dziecięcą wersję "ejdżyzmu" i nie przepada za ludźmi starymi. Babcia ma 89 lat, zgarbiona, pomarszczona, prawie nie widzi, słabo słyszy. Dziadek - 92 lata i zaledwie trudności z chodzenie. Zaledwie piszę, bo mieć świeży umysł, ostre zmysły w tym wieku, nie jest takie oczywiste. Nasze wizyty tam dzielę na dwie części - pół godziny z nimi, potem u cioci w sąsiedztwie i znowu pół godziny. Tyle mała wytrzyma. A w sobotę podała im rączkę na pożegnanie.

A niedziela cała na świeżym powietrzu. Najpierw "Kopciuszek" pod Och Teatrem. Wiertka nawet dostała się na scenę - w momencie balu u Księcia, gdy przedstawiane były panny, chętne panny z widowni mogły też podejść. Wiertka chciała i nawet odważyła się sama iść z innymi dziećmi. Zniknęła w tłumku i przez sekundę zastanawiałam się, co jeśli wszystkie dzieci wrócą do rodziców, a jej nie będzie na scenie? Będę krzyczeć i zatrzymam przedstawienie? Poczekam do końca? Jakieś dziwaczne scenariusze zaczynają mi się roić ostatnio w głowie. Za bardzo literacko myślę. Jednak wróciła do mnie i była przedstawieniem zachwycona. Ona uwielbia teatr.

Potem podjechałyśmy nad Wisłę, do "Miasta Cypel", gdzie miała być odsłona "Bookworm Day" (nie będzie już zrzędzić, ale mogliby znaleźć polski odpowiednik tej nazwy - mamy rok 2012, nie 1992). Okazało się, że to większy teren zieleni, gdzie odbywa się coś w rodzaju pchlego targu, grupki ludzi, rodziny przyjeżdżają wypocząć i w coś sobie pograć. "BD" był tego częścią. Nie miałam książek na wymianę, jeszcze nie odważyłam się tak przesortować swojej biblioteki, ale przejrzała to co było dostępne. Wiertka zasnęła, więc z zimnym piwem bezalkoholowym przysłuchiwałam się wywiadom z pisarzami.

Mała obudziła się i ruszyłyśmy w teren. Spróbowałyśmy wegańskiego jedzenia - zestawu "wszystkiego po trochu", wegańskiej zupy pomidorowej z kokosem. Uznałam, że jest większe prawdopodobieństwo, że zje to, a nie hamburgera, a tylko takie były opcje. Słychać było wszędzie muzykę, nie podejmę się określić gatunku, ale istniało ryzyko, że dopóki grają moje dziecko nie będzie chciało nigdzie iść. Poszłyśmy w kierunku pulpitu didżeja i wielkiej kolumny, ale moje dziecko nie zaryzykowało szturmowania tego stanowiska. Może szkoda, bo didżej był przystojny i do tego czytał książkę, więc niegłupi. Wiertka znalazła w sąsiedztwie starą, rozpadającą się, małą łódź i tam siedziałyśmy dłuższy czas. Wzięła ze sobą lalkę, piłeczkę. Płynęłyśmy, to robiłyśmy inne rzeczy, nie zawsze rozgryzłam co mi tłumaczyła, trochę potańczyłyśmy. Aż w końcu usiadła, oparła się plecami o mnie i oddała się chill-outowi przy muzyce.

Wreszcie udało mi się namówić ją do powrotu, bo dotąd na nieśmiałe pytania z energią mówiła, żebyśmy zostały. Co za różnica, czy dotlenia się po prawej, czy po lewej stronie rzeki? I prawie się udało :) Idąc ku wyjściu zauważyła grupkę ludzi biegających pod mini namiotem. A co tam, możemy zobaczyć. I trafiłyśmy na jogę... Ja ćwiczyłam, bo mała nie chciała wcale iść tłumacząc, że "chce oglądać ludzi", a nie będę przecież stała jak słup soli. Towarzystwo było miłe i wiercący się pędrak im chyba nie przeszkadzał. Wiertka wyginała się na macie, kręciła i robiła różne rzeczy z ciałem udowadniając, że joga jest w ciele człowieka od pierwszych dni, tylko potem ją zapominamy. Na szczęście ćwiczenia były głównie oddechowe i na odstresowanie. Prowadząca - pokazując moją córkę opowiadała, że dzieci żyją "tu i teraz", nie martwią się przeszłością, nie martwią się o przyszłość. Fajny cytat usłyszałam: "Dziecko uśmiecha się około 400 razy dziennie bez powodu, dorosły około 17 razy dziennie i zawsze z jakiegoś powodu".

Nadeszła ta chwila, gdy ma moje ciche pytanie, czy już idziemy, dziecko zgodziło się wracać do domu. Nawet pod domem powiedziała, że chce odpoczywać, nie chce już nigdzie iść. W pełni się z nią zgadzałam - było po 18.00 i od kilku godzin byłyśmy na spacerach.

Lubię takie niedziele :)

poniedziałek, 10 września 2012, bezcielesna

Polecane wpisy