To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
Blog > Komentarze do wpisu
Rodzinne dylematy - po weekendzie

Jestem po macierzyńskim weekendzie :) Trochę lata na początku wiosny :)

W sobotę zabrałam Wiertkę na spacer miejski. W zeszłą niedzielę zwiedzałam tak Powiśle, tym razem była Nowa Praga. Piękna pogoda, więc przyszły tłumy. Przewodnik był bez nagłośnienia, więc było trudno. Kiedyś chodziłam z małą na takie spacery, była jeszcze spacerówkowa i dawało się ją ogarnąć. Miałam nadzieję, że jest już na etapie, że takie rzeczy mogą ją zainteresować. Okazało się, że jeszcze niekoniecznie. Wytrzymała jakąś połowę trasy, kilka punktów do obejrzenia, a potem kategorycznie odrzekła, że ma dość.

Zdążyłam się jeszcze dowiedzieć, że w dzięki Sokratesowi Starynkiewiczowi mieliśmy jedne z większych kamienicznych podwórek studni w tej części Europy. Zarządził, że mają być tak duże, by wóz strażacki dał radę wjechać i zakręcić z powrotem. Dlaczego hydranty do wody na tych podwórkach mają francuskie napisy? Carskie władze zarządziły, że jeśli pojawią się napisy polskie, to muszą być koniecznie także rosyjskie. Innych języków ten nakaz nie dotyczył, dlatego pisano po francusku, czy niemiecku. Byle nie pojawił się rosyjski. Widziałam kamienicę, w której powieszono Okrzeję - dwa razy, za pierwszym sznur się zerwał, nie skorzystano z prawa do darowania skazańcowi życia, gdy jedno powieszenie się nie powiedzie. Jego zdjęcia, kolportowane przez siostrę, miały potem status fotosów gwiazdora, bo był młodziutki i przystojny. Posłuchałam opowieści o Dworcu Petersburskim. Moje osiedle zostało wybudowane na terenie dawnego torowiska z czasów carskich. Przynajmniej ziemia nie obciążona chyba niczym strasznym :) Przewodnik ustawił nas po niezabudowanej stronie ulicy Wileńskiej i poprosił o wyobrażenie sobie jak widział ją kiedyś podróżny wychodzący z dworca - patrzeliśmy na kamienice przed nami. Dla nas dziś to ruiny. Sto lat temu była to reprezentacyjna, elegancka ulica miasta. Jak los potrafi być ironiczny. I na koniec - dla mnie - resztki dawnej carskiej zajezdni tramwajów konnych :)

W niedzielę odwiedziłam dziadka i ciocię. Umówiłam się tam z moim kuzynem (syn mojego wujka, brata mojej mamy) na rodzinny obiad. Widziałam, że zaręczył się i planuje ślub. Byłam ciekawa, czy mnie zaprosi. Takie oczywiste to nie było. Od śmierci mojej mamy, mój tata zerwał kontakt z jej rodziną. To pewnie temat na oddzielny wpis. Powody mogą być różne. Najbardziej banalny to taki, że mój ojciec ma znikomą potrzebę kontaktów rodzinnych, cygańskie spędy charakterystyczne dla rodziny mojej mamy zawsze go męczyły. Kuzyn jest jego chrześniakiem, z nim kontakt też zamarł. Tata argumentuje, że chłopak też mógł się do niego czasem odezwać. Dylemat - komu ma bardziej zależeć na kontakcie: dorosłemu chrześniakowi, czy rodzicowi chrzestnemu?

Kuzyn ma to prawdopodobnie gdzieś. Rodzinną listę gości układa jego matka, żona mojego wujka. Gdyby wyciągnąć z "Rancza", czy "Plebanii" najbardziej ograniczoną postać i mentalnie osadzoną na wsi (typem myślenia) - to taka kobieta. Przed przyjazdem syna zadzwoniła do ciotki i pouczyła ją, że wizyta ma się odbyć w domu ciotki, nie dziadka (on ma do niej przyjść), bo ten mieszka w stuletnim, zniszczonym domu, ma stare meble, jest tam dość brudno i nie można tego pokazać narzeczonej. Niechybnie zerwała by zaręczyny ;)

Dlatego mój tata i zapewne też jego dzieci mogły być na wylocie z listy gości. Pomyślałam jednak, że dla niej większym wstydem towarzyskim będzie nie zaproszenie chrzestnego młodego niż uraza. I miałam rację.

Kwas wyszedł z innej strony. Tata dostał zaproszenie, ja dostałam, mój brat dostał. Inni także. Nie dostało tylko troje dzieci mojej śp. cioci. Wiem, że to ciężki weselny dylemat. W tym pokoleniu jest nas dziesięcioro - wnuki dziadka i zmarłej babci (z ich czworga dzieci). Wszyscy plus osoby towarzyszące, to już spora grupa gości. Kuzyn (ma brata) z reszty ośmiorga wnuków zaprosił pięcioro. I to głupio, bo z dzieci mojej cioci na weselu będą dwie najstarsze dziewczyny, ich troje młodszego rodzeństwa nie.

Znowu podejrzewam, że to robota żony wujka. Hołduje zasadzie, że są rodziny dobre i rodziny złe. Nazwiska podaje przypadkowe: Wiśniewski jest porządnym człowiekiem, bo rodzina Wiśniewskich jest szanowana, Kowalski jest zły, bo jego rodzina nie jest porządna. Trójka mojego kuzynostwa jest dziećmi alkoholika przemocowca, który poszedł w Polskę i matki, która przez długi czas była zmuszona korzystać z pomocy społecznej i pomocy rodziny. Dwie starsze dziewczyny mają mężów, weszły więc już do dobrych rodzin. Młodsi jako dzieci / nastolatki przeżyli nagłą śmierć matki, powrót alkoholizmu ojca i z tego powodu mają dość harde charaktery. Mogą zrobić coś wstydliwego na weselu.

Smutne i przykre. Taka selekcja. Aż mi było głupio, bo zaproszenia zostały rozdane w domu mojej cioci, gdy oni byli w domu sąsiednim, u dziadka. Słabe to. Pomyślałam nawet z rozbawieniem, że jako osobę towarzyszącą wezmę jedną z sióstr, a tata drugą. A żona wujka padnie trupem :D Korci mnie by puścić taką informację przez telefon potwierdzając przybycie :D Niech babsko dostanie sraczki.

W niedzielny wieczór byłam jeszcze na wieczorze autorskim Agnieszki Drotkiewicz, znajomej pisarki, ale już się rozpisałam.

poniedziałek, 31 marca 2014, bezcielesna

Polecane wpisy

Komentarze
2014/04/01 10:41:20
Przyznam, ze ja też mam znikomą potrzebę kontaktów rodzinnych ;)
Ale ten pomysł na osoby towarzyszące - super! :D
Byłabym ciekawa czy ciotka dostanie sraczki ;)