To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
Blog > Komentarze do wpisu
Nie mam prawa jazdy. Jestem z Warszawy.

W pierwszych słowach mego wpisu, upraszam o nie hejtowanie Warszawy, warszawiaków oraz o nie wyzywanie mnie od słoików :)

Tytuł jest trawestacją pewnego zdania zasłyszanego w starym serialu i które to świetnie oddaje, to co będę chciała przekazać: "On nie ma prawa jazdy. Jest z Nowego Jorku" (rzecz dzieje się w Los Angeles).

Bo miało być o (bez)sensie posiadania prawa jazdy, w mojej sytuacji życiowej i pewnej odpowiedzialności społecznej, jaką podjęłam, nie robiąc tego prawa jazdy wcześniej.

Być może kłopot był w tym, że moi rodzice nie mieli samochodu, ani nie nauczyli się prowadzić żadnego. Samochód został zakupiony późno, gdy "prawko" zrobił mój brat. I tu zaczyna się trochę feministycznego bełkotu. Brat był dwa lata młodszy, ale to mu nie przeszkadzało, bez przerwy krytykować moich umiejętności technicznych. Komputer zakupiony dla nas obojga, błyskawicznie zaanektował i zamknął w swoim pokoju. Musiałam się do klawiatury dobijać. Oświadczył, że moje prawo jazdy nic nie będzie znaczyć i będę musiała zdać egzamin jeszcze przed nim. Jest to typ mendy, który bardzo źle znosi utratę kontroli nad pojazdem na siedzeniu pasażera. Prawdopodobieństwo, że pojadę dalej niż pierwszy zakręt było marne.

Bo istnieje jeszcze kwestia mojego charakteru i emocji. Ja na prawdę nie uważałam, że jestem gotowa na to by prowadzić jakikolwiek pojazd. Każdy kierowca wiele razy spotkał na swojej szosie delikwenta za kółkiem, który absolutnie nie powinien za tę kierownicę siadać. Niektórzy kierowcy dzięki takowym stracili życie lub życie stracili ich bliscy. Ja po prostu czułam, że jako kierowca będę zagrożeniem na drodze. Oczywiście, z czasem mogłam się otrzaskać. Tylko kto chciałby otrzaskać się ze mną? Cmentarze wybrukowane są tymi, którzy "mają prawo jazdy, bo są pełnosprawni" oraz ich ofiarami.

Mój były partner był typem jeszcze gorszej chyba mendy i jęczydupy za kierownicą. Przy nim nie wyjechałabym nawet z parkingu. Chyba, że bym mu wpierdoliła.

Dobra, dobra. Od dawna już nie mieszkam z Bratem Wiem Lepiej oraz Mężczyzną Wiem Lepiej. W dodatku, im dalej od 30tych urodzin, a bliżej tych 40tych, czułam się coraz bardziej okrzepnięta emocjonalnie i niełatwo już wprowadzić mnie w stan paniki oraz łez.

Dlaczego więc nie zrobiłam prawa jazdy?

Śpieszę z odpowiedzią. Bo to nie jest mi do niczego potrzebne. Mogę zaliczyć kurs, zdać egzamin, wydać trochę kasy, a następnie wrzucić dokument do szuflady. Za kilka miesięcy moje umiejętności będą takie, jak przed przystąpieniem do kursu. O to ma chodzić? To ma być jakiś "rite de passage"? Na samochód mnie nie stać. A nawet gdybym się wypruła, to zakup jest początkiem wysysania funduszy - benzyna, ubezpieczenie, amortyzacja, garaż.

Bo gdzie miałabym nim jeździć? Poruszanie się po Warszawie samochodem, w godzinach 7:00-8:00 oraz 16:00-17:00 (bo wtedy się poruszam), z lewego na prawy brzeg jest chyba tylko wyrazem jakiegoś perwersyjnego potlaczu (http://pl.wikipedia.org/wiki/Potlacz). Zamiast być w pracy w pół godziny, byłabym w godzinę z hakiem i wydała na benzynę kilka razy więcej niż na Kartę Miejską.

Samochodem można jeździć na wycieczki, w odwiedziny do rodziny, na groby rodzinne. Co jeśli cała rodzina jest w odległości do niecałej godziny jazdy komunikacją miejską? Do większości ładnych miejsc także da się dojechać ogólnie dostępną komunikacją. Fakt, że nie zawsze. Jednak nie wydam kasy na samochód, po to by raz, czy dwa razy w roku gdzieś nim pojechać. Inną sprawą jest to, że korzystanie z komunikacji publicznej dobrze robi na kondycję. A umiejętność spakowania siebie i dziecka w jedną walizkę ćwiczy minimalizm życiowy. Chodzenie piechotą mnie nie zabije.

W innych okolicznościach, w innym miejscu na świecie, niewykluczone, że prawo jazdy bym zrobiła. Byłam dziś u brata z wizytą. Mieszkają niedaleko, na słodkich przedmieściach. Niestety, w tej słodyczy, gdy ma się małe dzieci, brak samochodu to sznurek na szyję.

Dlatego uważam, że prawo jazdy jest potrzebne. Nie każdemu.

poniedziałek, 06 kwietnia 2015, bezcielesna

Polecane wpisy

Komentarze
2015/04/06 20:21:37
:-)
-
2015/04/06 20:51:36
Mnie tam brak prawa jazdy u innych osób zwisa i powiewa ;) Sama ostatnio używam owego dokumentu tylko do większych zakupów i wożenia Mani do szkoły. Wszędzie indziej poruszam się komunikacją.
Natomiast zwróciłam uwagę na inny szczegół:
cytat:
"Brat był dwa lata młodszy, ale to mu nie przeszkadzało, bez przerwy krytykować moich umiejętności technicznych. (...) Oświadczył, że moje prawo jazdy nic nie będzie znaczyć i będę musiała zdać egzamin jeszcze przed nim. Jest to typ mendy, który bardzo źle znosi utratę kontroli nad pojazdem na siedzeniu pasażera."

To trochę boli. Mam nadzieję, że dziś masz lepsze kontakty z Bratem, bo mnie by do głowy nie przyszło nazwać "mendą" swojego ;) Oczywiście podejrzewam, że "menda" ma w tym wypadku wymiar ironiczny ;)
-
2015/04/06 23:53:41
No i wywołałaś mnie do tablicy, ale chętnie powtórzę moje zdanie. Proszę jednak, nie bierz tego tak bardzo do siebie. Nie chciałam Cię urazić. Sama wychowałam się w bardzo zmotoryzowanej rodzinie i mojemu dziecku prawo jazdy "dałam" jako jeden z elementów wyprawki. W sumie mnie też obojętne jest czy kto ma czy nie ma prawa jazdy. Nie posiadanie go jest po prostu pewnym ograniczeniem. To nazwałam niepełnosprawnością. Uważam, że nauka jazdy mogłaby być jednym z przedmiotów szkolnych w ostatniej klasie liceum. Prawo jazdy jeszcze wtedy, gdy nie ma się samochodu i nie wiadomo wcale czy będzie się go mieć. Nie trzeba być od razu rajdowcem, ale dobrze jest wiedzieć gdzie gaz, a gdzie hamulec w samochodzie, bo mogą zdarzyć się sytuacje, gdy naprawdę trzeba przejąć jakąś kierownicę. Kiedyś na SGGW (może dalej tak jest) zrobienie prawa jazdy na traktor było obowiązkowe, przy okazji zaliczało się również prawko "B" na samochody osobowe. Część z tych kierowców wykorzystuje swe umiejętności na co dzień, część nigdy nie siadła za kółkiem, a ja znam taką co nie jeździła , nie jeździła, aż sytuacja ją do tego zmusiła. I nie zapomniała. I jeździ, choć nadal nie jest to jej ulubione zajęcie.
-
2015/04/07 06:29:17
Panirolki: dodam jeszcze, ze kiedys jak chlop szedl do wojska to mial mozliwosc zrobienia prawa jazdy na wszystkie kategorie oprocz autobusow :-) A teraz ani chlop do woja, ani za kierownice :-/
-
2015/04/07 07:59:12
Argumentacja właściwa, ale... Nigdy nie wiadomo kiedy papier się może przydać. Ja długo nie jeździłam, a teraz bez samochodu życia sobie nie wyobrażam. Samochód bywa ułatwieniem. Nie wspomnę już o tym, że czasem pracy bez prawa jazdy nie dostaniesz....
-
2015/04/07 09:29:35
Wiem, że posiadanie prawa jazdy jest istotne w wielu CV. Jednak firmy już zaznaczają - "czynne prawo jazdy" :) I w mojej branży, to charakteryzuje potencjalny styl pracy, w którym i tak długo bym nie wytrzymała.
O moim bracie będzie, bo wczoraj się widzieliśmy :)
-
2015/04/07 10:33:09
Niedawno szłam z Wiertką, przejechał obok nas samochód, a ona do mnie zaskoczona:
- Mamo, kobiety też mogą prowadzić samochód!
Ale wstyd. Potem było tłumaczenie, dlaczego ja nie prowadzę samochodu, bo nie mam prawa jazdy i dlaczego w takim razie sobie go nie zrobię :)
-
2015/04/07 12:56:04
Nienawidzę jeździć samochodem. Prawo jazdy zrobiłam dopiero jak wyprowadziliśmy się z Dużego Miasta na Wieś. Tu po prostu nie da się inaczej :( Dzieci do szkoły, na zakupy czy cokolwiek załatwić. Ale już na przykład M jeździ do Dużego Miasta busem bo tak jest prościej, szybciej i nie ma problemu z parkowaniem.
-
2015/11/02 17:50:10
Nie miałem prawa jazdy do 30 roku życia - w Krakowie generalnie nie było potrzebne. Dopiero teściowa zaczęła się znęcać i pogoniła ;)