To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
Blog > Komentarze do wpisu
Jak uratowałam św. Mikołaja

O tym jak przywróciłam św. Mikołaja do życia.

Wspominałam już chyba kiedyś, że rok temu, na zajęciach w muzeum, Młoda dowiedziała się, że św. Mikołaj to była postać historyczna. Tak naprawdę więc nie istniał. Bardzo to przeżyła, aż mnie to zaskoczyło. Płakała, że odebrano jej magię świąt, czuje się ośmieszona, że tak stawiała pod choinką kubek mleka i kawałek ciasta dla Mikołaja.

W tym roku temat powrócił, a z nim smutek i poczucie bycia ośmieszoną, okradzioną z marzenia. Zrobiło mi się żal dziecka i na szybko wymyśliłam sposób:

- Myślisz, że Bóg istnieje? – spytałam się ją

- Tak.

- Jednak są ludzie, którzy mówią, że nie istnieje. A inni wierzą, że jest. Nikt nie zna prawdy.

- Myślisz, że z Mikołajem jest podobnie?

- Może tak jest też z Mikołajem.

- Ale mówili w muzeum, że był jakiś kilkanaście lat remu.

- Jak kilkanaście lat temu, to bym go znała osobiście. – zażartowałam.

- To był jakiś kilka tysięcy lat temu.

- Po prostu też miał na imię Mikołaj. W naszym bloku na czwartym piętrze też mieszka chłopiec o imieniu Mikołaj. I to dowód na to, że Święty Mikołaj nie istnieje?

Moje dziecko wydaje się wstępnie przekonane i jakby weselsze.

Zostałam też za to, przez los, wynagrodzona, ale o tym jutro ;)

czwartek, 22 listopada 2018, bezcielesna

Polecane wpisy