To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
Blog > Komentarze do wpisu
200 uderzeń serca na minutę, czyli tachykardia lat 90tych

Tak chętnie wzięłam udział w quizie na temat lat 90tych, bo do tej dekady mojego życia mam największy sentyment. Lata skrzące się w mojej pamięci kolorami czerwieni i zieleni na zmianę.

Czas pomiędzy 14 a 24 rokiem to były lata intensywnego pokwitania, gwałtownej adolescencji i głośnego buntu by określić się siebie. Byłam głośna, zbuntowana, mówiłam głośno, to co myślę, miałam w dupie dyplomację i marzyłam o takich demonstracjach jak dziś ich pełno. Miałam prawie nieustannie 200 uderzeń serca na minutę – metaforycznie. Wszystko było nowe, ciekawe, niepewne. Tachykardia. Byłam chuda niczym gałązka, bo z emocji spalałam kilka tysięcy kalorii dziennie.

To był też czas silnych relacji społecznych, przyjaźni które zostały na lata, do dziś. Chyba tylko na tym etapie życia można tak się z kimś splątać, że nawet upływ czasu, czy odległość nie szkodzą. Z moją przyjaciółką widzimy się kilka razy do roku, raz w miesiącu  pogadamy przez telefon, ale to nadal więź i mogę jej powiedzieć wszystko. Lata 90te to czasy, gdy codziennie wychodziłam w domu i z kimś się spotykałam. Co dziś jest już dla mnie nie do pomyślenia. Jednak to była specyfika wieku, nie dekady.

Co najważniejsze, to była dekada, gdy miałam życie otwarte przed sobą i absolutnie wszystko mogło się zdarzyć. Mogłam mieć fascynującą pracę, zawód, w którym moje nazwisko byłoby znane i uznawane. Mogłam być pisarką. Mogłam mieć intrygującego mężczyznę, z którym tworzylibyśmy kolorową parę niczym Scott i Zelda – tyle, że ja nie wylądowałabym w końcu w szpitalu psychiatrycznym, zapomniana na lata przez męża, umierając w pożarze tego szpitala ;) Potrafiłam nawet naginać logikę ;) Mogłam mieć córkę, która będzie tak samo sławna jak ja. Byłam przekonana, że nie będę zwykłym człowiekiem, a życie moich rodziców to powolne umieranie J Może te marzenia i plany są śmieszne i nie powinno się o ich pisać. Ale co tam. Miałam takie :)

Nie da się ukryć, że to wszystko było możliwe dlatego, że rodzice otoczyli mnie bańką. Czułam się bezpieczna. Wiedziałam, że rodzina ma kłopoty finansowe, odczuwałam to na co dzień, ale czułam w tym wsparcie. Bo ktoś inny musiał wymyślić rozwiązanie. W latach 90tych moi rodzice utrzymywali się jeszcze na powierzchni. Wolny rynek rozprawił się z nimi dopiero w drugim rzucie, na początku kolejnego stulecia. Jednak mieli świeżo wybudowany dom, który trzeba było wykończyć, podłączyć wszystkie niezbędne rzeczy i jeszcze opłacić rachunki za jego utrzymanie. Wprowadziliśmy się do budynku, gdzie w łazience był tynk, woda grzana była grzałką w pralce Frania, na podłogach leżały płyty pilśniowe, a schody wewnętrzne to był beton. Trzeba było podciągnąć gaz miejski, kolektor na ścieki. Ciągle były ogromne rachunki do spłacenia. Cudem, a raczej dzięki plotce od kogoś, udało im się spłacić wcześniej – za pożyczone po rodzinie pieniądze –  kredyt za dom, zanim mocno podskoczyło oprocentowanie. Jeszcze przez wiele lat widywałam na osiedlu puste, opuszczone wraki domów, które zostawili zbankrutowani właściciele.

A nie wszyscy tak radośnie odnaleźli się w nowym świecie. Lata 90te to by czas, gdy jeśli miało się spryt, pomysły, znało jakiś język, umiało znaleźć odpowiednich ludzi, robiło się wielkie pieniądze. Część ludzi zachłysnęła się tym doprowadzając życie codzienne do form odbieranych dziś trochę jako kiczowate. Dla nas wtedy były ekskluzywne. Fajnie to pokazuje, niezbyt dobrze recenzowany, serial Jerzego Gruzy „40 latek – 20 lat później”. Usiądźcie i obejrzyjcie to sobie dziś – z perspektywy czasu jest to ciekawa satyra na nuworyszostwo tamtego czasu. Schyłkowy okres tej maskarady, gdy wszyscy już sztywnieją w swoich pozach mogę sobie obejrzeć w innym serialu „Bulionerzy” ( z roku 2004), gdzie bohaterzy jeszcze aspirują do tego kolorowego świata, ale z drugiej strony widzimy już, że ten świat to wydmuszka. Wydmuszka, która pęknie już za kilka lat – jesienią 2008 roku.

Bo jeśli, w latach 90tych, chciałeś po prostu zwyczajnie, normalnie, uczciwie wykonać swoje obowiązki, a potem wrócić do domowego życia, albo – co gorsza – przekroczyłeś czterdziesty rok życia, byłeś wycinany bez litości. O rynku pracy i moich pierwszych wspomnieniach napiszę kiedyś oddzielnie. Padały PGRy, wielkie zakłady. Masa ludzi lądowała bez środków do życia lub na głodowych zasiłkach. Nikt za bardzo się wtedy tym nie przejmował. Jeśli osiągnąłeś sukces, to dzięki swoim zasługom. Jeśli ktoś sobie nie radził na rynku pracy, widocznie za mało się starał. Nie tak jak ty. Masę ludzi wsiadło na okręty pod pełnymi żaglami, ale też druga taka masa została pozostawiona sama sobie na skalistej wyspie. I od kilku lat płacimy rachunki za tamtą niefrasobliwość społeczną.

Na pewno 99% moich wspomnień o latach90tych to idealizacja. Bo przecież miałam ograniczaną wolność, nie byłam samodzielna finansowo, a bezustanna tachykardia potrafiła zmęczyć psychicznie. Przejmowałam się niewspółmiernie niepowodzeniami w życiu osobistym, czy towarzyskim. Niewspółmiernie to bardzo dyplomatycznie napisane :)

Wiem, że lata miną, posunę się bardziej i nawet aktualna dekada wyda mi się kolorowa ;)

wtorek, 12 marca 2019, bezcielesna