To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 21 września 2018
Matematyczny bieg przez płotki

Jak można się było domyśleć – IV klasa, całkiem inne podejście nauczycieli do kwestii prac domowych. Większość na razie, nie szaleje. Wyjątkiem jest pani od matematyki. Po każdej lekcji do zrobienia jest od czterech do ośmiu zadań. Z pozoru są nawet łatwe, szybkie do zrobienia. Pierwszą przeszkodą jest ogarnięcie mojego dziecka. Z zasady niczego nie zadali, według niej. Może raz coś zapamiętała. Robię więc obdzwonkę po innych matkach.

 

Drugą przeszkodą są moje godziny pracy. Gdy kończę o 18:00, dojeżdżam do domu koło 19:00 i nawet jak natychmiast siadam z dzieckiem do lekcji, to dla Wiertki jest już za późno. Może na inne przedmioty jest jeszcze w miarę, to na matematykę jest stanowczo nie ta pora. I jest nerwowo, czasami głośno. Ja chciałabym, żeby zrobiła choć ze trzy przykłady, tak dla załapania, o co chodzi. Idzie z trudem.

Wczoraj już w ogóle było ciężko, bo dowiedziałam się, że z matematyki nie ma nic zadane i pozwoliłam się długo bawić dziecku na placu zabaw. A przed 19:00 dostałam alert (ktoś tam do kogoś jeszcze zadzwonił), że jednak są trzy zadania. To była masakra, bo dziecko było tak zmęczone, że nie potrafiło mi podać ile jest 5 x 10, czy 10-1. A już wynik działania 42:7=?, czyli przez ile możemy pomnożyć 7, to już był kosmos.

Przyznam, że nie byłam oazą spokoju i cierpliwości. Szczególnie, że miałam dziecko rozpłakane, leżące na łóżku, uciekające do łazienki i wracające z niej na czworakach. Obawiam się, że ta moja złość wynikała też z bezsilności, bo wiedziałam, że tej pracy domowej nie da się odrobić i nie mam totalnie wpływu na to, by moje dziecko zatrybiło. Muszę odrobić lekcję za nią. A to ślepa uliczka.

A co lekcja zadawane są nowe rzeczy. Czyli z dnia na dzień robi się nowa warstwa zaległości. Bo mogę podać dziecku prawidłowe wyniki do wpisania. Tylko na sprawdzianie, czy klasówce, ona nic nie napisze sama. Mam żal do nauczycielki, że tak goni do przodu. Moim zdaniem, powinna na każde zagadnienie poświęcić 3-4 lekcje. Może to program nauczania jest tak przeładowany. A może to materiał z III klasy, tylko my tego nie zauważamy.

Dziś rano, przed wyjściem do pracy, przepytałam trochę Wiertkę z tabliczki mnożenia – wyspana i wypoczęta podawała dobre wyniki. Czyli nie jest głupia, tylko popołudniami bardzo zmęczona.

Na razie muszę to wszystko jakoś ogarnąć. Chyba jednak zrobić dziecko codzienne odpytywanki z tabliczki mnożenia i w weekend powtórkę przykładów, by zrozumiała schemat rozwiązywania równania. Będzie zabawniej. Ostatnio koleżanka z pracy opowiadała, że zanim usiadła z synem do odrobienia pracy domowej z matematyki (VII klasa), to zamknęła się z podręcznikiem w łazience i sama ponownie się go nauczyła :) Głupio jej było pokazać dziecku, że zapomniała.

Inna anegdotka. Rozmawiam na placu zabaw z jedną z matek, która była zaskoczona zadaniem domowym dziecka – działania w typie 7 x 25, czy 5 x 44. Bo skąd jej dziecko ma umieć mnożyć przez tak wielkie sumy. Kazała dziecku użyć kalkulatora. Następnego dnia sama spojrzałam w to zadanie – na początku ćwiczenia był wzór, według którego można rozwiązać takie równanie: 7 x (20+5) = 7 x 20 + 7 x 5 = 140 + 35 = 175 :) Nie jest z nami tak źle.

A tak po cichu to zastanawiam się, czy te dzieciaki, które odrabiają w domu same, w pokoju, bez nadzoru rodzica, nie używają po prostu kalkulatora. Ja ciągle o to walczę z Wiertką. Bo po co uczyć się matematyki, gdy są kalkulatory :(  Ja sama przecież głównie korzystam z kalkulatora, ale gdy odrabiam z dzieckiem, ambitnie obliczam wszystko w pamięci lub na kartce. Ciekawe, czy kolejne pokolenia totalnie pozbawią się umiejętności samodzielnego liczenia, zdając wszystko na maszyny.

 

17:47, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 września 2018
Głupio zgubić, szczęśliwie znaleźć

Z cyklu – głupio zgubić, przez przypadek odnaleźć ;)

 

W związku z pojawieniem się w mojej okolicy jednego ze sklepów tej sieci, dałam się namówić dziecku na wyścig po kupno Słodziaka. Bo żeby tak zbierać, by mieć go za darmo, to nie mam siły. To ciułałam, ciułałam te naklejki, trochę jej ojca naciągnęłam, miałam swoje myki jak zebrać je szybciej (ale legalnie). Raz nawet jedna miła pani przekazała Wiertce swoje dwie naklejki – moja córka stojąc w kolejce cały czas nadawała o Słodziakach, pani była przed nami i jak usłyszała od kasjerki pytanie o naklejki, to poprosiła i dała mojemu dziecku :)

I jesteśmy na finiszu, już był w ogródku, już witał się z gąską. W sobotę zrobiłam większe zakupy, zgarnęłam cztery naklejki (te ostatnie do zdobycia) i wrzuciłam bezpośrednio do torby wypchanej zakupami. Żeby już szybciej odejść od kasy. W domu wypakowuję wszystko, już chowam torbę, ale nagle mnie tknęło. Przecież tych naklejek nie wydłubałam. I dawaj szukać. W torbach wybebeszonych na drugą stronę. Obejrzałam każdą kupioną rzecz, ze wszystkich stron, bo może się przykleiły. Nie ma. Podłogę obejrzałam, bo może upadły. Nie ma.

Pomarudziłam, pojęczałam, bo tak głupio zgubić, niczym madka jakaś :) Aż tu wczoraj, dziecko wysłałam do szkoły z sąsiadką, sama miałam jeszcze godzinę do wyjścia. Traf chciał, że dziecko było  pokąsane przez komary i piło rano wapno. Musiałam wyjąć z szafki nowy kubek, bo chciałam napić się wody. Zazwyczaj używamy dwóch tych samych kubków no stop. Odkręcam kran i po sekundzie w szoku zakręcam. I tak z wody w kubku wyłowiłam sznurek zagubionych naklejek :) Przykleiły się do jednej z paczek i w czasie wkładanie jej do szafki odpadły i zsunęły się do kubka. Mogłam je w przyszłym roku znaleźć ;)

 

Tagi: córka życie
20:01, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 września 2018
Drzewo pamięci

Dzisiejsze popołudnie spędzone rodzinnie, na urodzinach bratanka. Także siedząc w ogrodzie, rozmawiając o planowanych pracach przy drzewach - gałęzie trzeba przyciąć, sprawdzić, czy drzewo nie zawali się za jakiś czas, bo jest już ogromne. Krótkie pytanie gościa o wiek drzewa i wynikł drobny spór. Drzewo jest wysokie, rozłożyste, dominuje nad ogrodem. Ktoś z gałęzi mojej bratowej rzucił, że zapewne ma trzydzieści lat, albo i więcej. Mój brat zaprotestował. My z tatą zaczęliśmy się zastanawiać. Ja pamiętam, jak ta część ziemi wyglądała na początku lat 90tych - hałdy piachu i gdzieniegdzie trochę trawy. Jednak drzewo mogło zostać posadzone w drugiej części dekady.

Mój brat, osoba bardzo uparta i zawsze starająca się dowieść swojej racji, poszedł pogrzebać w swoich zdjęciach, by udowodnić, że drzewo ma kilka lat. Kilka lat - no żarty. Tata wspomniał, że posadziła je mama - posadziła na środku klombu mały kikucik, twierdząc, że duże nie urośnie. Taki tam ozdobny krzew. Moja mama uwielbiała pielęgnować, planować ogród. Co roku wymyślała jakieś aranżacje. Czyli drzewo ma minimum dziesięć lat, bo tyle minęło od jej śmierci.

Brat pokazał nam zdjęcia. Na pierwszym, rzeczywiście widać kikutek może półtorametrowy wystający z ziemi. Nie miał nawet liści, czy gałęzi. Obok stoi pies, czyli zdjęcie musiało zostać zrobione najwcześniej w 2001 roku. Tyle, że mój brat jest człowiekiem praktycznym i jak robi czemuś zdjęcie, to w konkretnym celu - tu prawdopodobnie dokumentował dom i ogród do wyceny. Robiliśmy to w 2007 roku, potem chyba 2008, czy 2009. Kolejne zdjęcie ma już datę - 2010 rok i na nim w tym miejscu rośnie rozłożysty krzew, tak mający może niewiele niż dwa metry.

Minęło siedem lat i drzewo wystrzeliło tak, że różnica jest porażająca. Człowiek mijał je, ale jakoś umknęło, że co roku powiększało się coraz bardziej.

Dla mnie, to prawdopodobnie jedna z ostatnich rzeczy, jakie posadziła moja mama, dotknęła swoją ręką, zostawiła po sobie. To jakby część jej na tej ziemi. Wolność jaką odzyskała.

Poniżej zdjęcie drzewa - od półtorametrowej gałązki, do czegoś takiego w jedenaście lat.

 

19:12, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 września 2018
Szkolny raporcik

Zaliczyłam pierwszą wywiadówkę w IV klasie. Trochę się stresowałam, ale na razie zostało mi darowane. Panie wychowawczynie powiedziały mi na boku, że chcą się ze mną spotkać niedługo, żeby usiąść i ustalić kilka rzeczy. Na razie są miłe i pomocne. Mam drobną nadzieję, że to orzeczenie, które dostała Młoda, sprawi, że nauczyciele będą na jej reakcje pozytywnie uwrażliwieni.

 

Na razie mamy za sobą pierwsze dni w nowym porządku szkolnym. Bo IV klasa to już wyższy pułap. I piszę w liczbie mnogiej, bo na tym etapie edukacji rodzica też to jeszcze mocno dotyka. Widzę, że dziecko jest lekko przytłumione zmianami nauczycieli co lekcja. Dużo bodźców. Generalny remont budynku szkoły, sprawia, że jeszcze przez ten rok szkolny wszyscy będą w budynku zastępczym. Jest tam za mało sal, dyrekcja szuka pomieszczeń poza szkołą, w sąsiednich instytucjach, nauczyciele z dnia na dzień zwalniają się, bo znajdują pracę w szkołach o lepszym priorytecie (np. w liceum). Dzieci dostają plan lekcji z dnia na dzień. Nie jest on obowiązujący w następnym tygodniu. Jeszcze chwilę to potrwa. Lekcje są jednego dnia w różnych salach, więc dzieci wędrują na przerwie. Mam nadzieję, że jeszcze tydzień maksymalnie, ale sytuacja się unormuje.

Pierwsza praca domowa  z matematyki już była. Odrobiona wśród jęku i płaczu. Jednak koleżanka Młodej, według mnie wzorowe dziecko, powiedziała, że w trakcie tej pracy płakała trzy razy, więc może nie jest tragicznie. A wczoraj miała nawet niezapowiedzianą kartkówkę z matematyki i jest dobrej myśli, co do wyniku.

Wydarzyły się wczoraj także inne rzeczy, które mnie zestresowały, doprowadziły do szlochu moje dziecko. Takie na płaszczyźnie relacji pomiędzy dziećmi, przemocy szkolnej, co pociągnęło za sobą konfrontacje matek. Jesteśmy z Młodą w kiepskiej sytuacji, bo ze względu na jej temperament, zachowanie jest ona z automatu definiowana jako winna. Na szczęście mam świadectwo innych dzieci, innej matki oraz nauczyciela, mówiące, że moja córka miała prawo zachować się tak, jak się zachowała. Boję się jednak trochę, co będzie dalej – czy nie będzie wojny podgryzającej pomiędzy dziewczynkami, dzieci bywają okrutne. I czy nie będą się teraz tworzyć koalicje matek nastawionych antagonistycznie.

Gdy wróciłam do domu, moje dziecko było cichutkie i patrzyło się na mnie smutnymi oczami. Powiedziałam, że jej wierzę i broniłam ją przed koleżanką i jej matką, stoję po jej stronie.

Kiedy chciałam mieć dziecko moja wyobraźnia nie wychodziła poza etap pachnącego niemowlaczka. Może doczołgała się do etapu dwulatka. Kwestie wojen dziewczynek, wojen które nie są już w tych czasach tylko werbalne (a zaraz zaczną dojrzewać!), to już kompletnie nie ogarniałam.

 

17:19, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 września 2018
Muzyczno-artystyczny weekend

Po pierwszym tygodniu spędzonym w szkole, zasadniczo moje dziecko chciało spędzić weekend leżąc na kanapie i jak najbardziej oddalać się od wyzwań intelektualnych. W sumie mnie też już ogarnia jesienna pierzynka. Jednak mam wyrzuty sumienia trzymając dziecko z dala od świeżego powietrza.

 

W sobotni wieczór wybrałyśmy się na Noc Pragi – Święto ulicy Ząbkowskiej. Zapewne wielu osobom to odpowiada, mnie już jakoś średnio – wydarzenie polegało na zorganizowaniu wielkiego koncertu na skrzyżowaniu i rozstawieniu straganów z zabawkami, ogródków z piwem. Występowały zespoły, powiedzmy, zróżnicowane – od kapeli praskiej, disco polo, disco po gwiazdę wieczoru Wilki na zakończenie. Akurat jak dotarłyśmy śpiewał nie znany mi, choć chyba popularny, zespół żeński, gdzie na scenie trzy dziewczyny w szczycie płodności, ubrane w seksowne cekinowe sukienki śpiewały do bardzo wciągającego rytmu. Moja córka od razu stała się ich zagorzałą fanką. Trochę posłuchałyśmy muzyki, trochę pokręciłyśmy się pomiędzy straganami. Niestety, po godzinie zaczął padać deszcz i zebrałyśmy się do domu. Jakoś, z mojej strony, bez żalu.

W niedzielę pojechałyśmy na wernisaż do zaprzyjaźnionej galerii malarskiej. Zaintrygował mnie tytuł wystawy – „Samotność”. Z rozmów z autorką słusznie wynikało, że nie zawsze jest to stan niepożądany, a moment w życiu, gdy redukuje się do minimum wszystkie rzeczy, emocje, uczucia, akcenty w swoim życiu. I takie też minimalistyczne, dzięki temu piękne, były te obrazy. Samotność bywa monochromatyczna, dzięki temu spokojna i łagodna. Ciężko w słowach opisywać obrazy by nie popaść w kicz. Wszystkie były praktycznie jedno, dwukolorowe, dominowała czerwień i czerń, znajdowały się na nich postacie. Kilka miało niesamowity pomysł – na duży obraz właściwy, naklejony był w roku mniejszy, wypukły. I choć na całości były ludzkie sylwetki, to właśnie inność, obcość tej jednej na wypukłej części była mocniej widoczna. Bo czasami samotność, to smutne poczucie odrębności.

W drugiej części wernisażu, recital miała córka mojej koleżanki, niezwykle utalentowana, nagradzana sopranistka. A na widowni, na kolanach młodej babci, siedziała jej czteromiesięczna córeczka :) Wiertka część dyskusyjną przeleżała znudzona na moich kolanach, albo zabawiała w kuluarach malutką. Przyszła posłuchać muzyki. Jednak po kilku piosenkach chciała  się już zbierać do domu. Jako, że przed wyjściem bolało ją ucho, jutro na rano do szkoły, to nie trzymałam ją. Wracając, zahaczyłyśmy jeszcze o koncert Renaty Przemyk w Praskim Ogródku Sąsiedzkim. Posłuchałyśmy kilku piosenek.

A wieczór, to bolesne, pełne jęków, żali i skarg na los pakowanie plecaka do szkoły.

 

21:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 września 2018
Spacer po Powiślu

Wysłałam wczoraj dziecko do ojca i skorzystałam z jeszcze pięknej pogody. Wybrałam się na spacer miejski z przewodnikiem. Tematem było Powiśle. O dziwo, najbardziej ciekawe dla mnie historyjki usłyszałam na pierwszym etapie wędrówki, na ulicy Karowej, nie na samym Powiślu. Zacząć można od pomnika Bolesława Prusa, który jako pierwszy opisał ubogie, zapuszczone uliczki tej części miasta. Wyjaśniła się zagadka dlaczego cokół jego pomnika jest taki niziutki. Otóż pisarz cierpiał na lęk wysokości i artyści postanowili mu tego oszczędzić także w warstwie symbolicznej :)

 

Co do ulicy Karowej, tego miejsca z którym byłam związana emocjonalnie – z racji studiów – przez kilka lat, to nie była początkowo tak uroczą uliczką. Było Krakowskie Przedmieście, elegancki, wypełniony zamożnymi kamienicami trakt, a w miejscy, gdzie zaczynała się Karowa stała ogromna murowana brama. Za nią zaś, schodziła dość ostro do rzeki, wąska na trzy metry, pełna piachu, uboga uliczka. Z biegiem lat była zabudowywana budynkami o większym prestiżu. Na przykład w kamienicy, w której teraz znajduje się Dom Spotkań z Historią znajdował się kiedyś bank. Bank posiadał w piwnicach tak zwany „mokry skarbiec” (albo „wodny skarbiec”) – pod sejfem znajdował się basen wypełniony wodą… A to po to, by nie zrobić do niego podkopu J Obok tego budynku, na miejscu zapewne też i dzisiejszego Wydziału Socjologii UW stała Panorama. Był to duży, dwunastokątny budynek, wybudowany specjalnie by pokazywać – modne na przełomie XIX i XX wieku – ogromne obrazy panoramiczne. Można było obejrzeć w środku „Golgotę” Jana Styki, obraz który miał kilkadziesiąt metrów szerokości i podobnie wysokości. Podobno największy obraz religijny na świecie.

W związku z „Golgotą” była ciekawa dygresja. Na początku XX wieku obraz popłynął do Stanów Zjednoczonych, by tam zostać bohaterem wielkiej wystawy. Niestety, agent nie znalazł, nie zbudował odpowiedniego budynku, zaczęły rosnąć jakieś koszta, malarz nie był w stanie ich zapłacić i w końcowym efekcie „Golgota” została zaaresztowana i przeszła w końcu na własność osoby ją magazynującej. W latach 40tych XX wieku została wykupiona przez pewnego znawcę sztuki i teraz jest wystawiana w Kalifornii. Ciężkie pieniądze zarabia ktoś inny, nie spadkobiercy Styki. Przeskoczę teraz trochę w wycieczce, ale będzie w temacie Panoram. Na sam jej koniec na Dynasach – będzie o tym – zobaczyliśmy pozostałości innej Panoramy. Tam dla odmiany pokazywano ogromny obraz Tatr – widok z jednego ze szczytów. Podobno dwóch malarzy przez dwa lata nocowało w schronisku nad Morskim Okiem i dzień w dzień wdrapywali się na górę by robić szkice na zamówienie właściciela Panoramy. Potem obraz można było oglądać z podwyższenia, dla podkreślenia górskiej atmosfery dookoła rozsypane były różne kamienie. „Golgota” i Tatry trochę konkurowały ze sobą. Z czasem popularność panoram spadła do zera, właściciel zbankrutował, a widoczek Tatr zakupił Styka i zamalował go swoim obrazem. Ciekawa jestem, czy to było przed, czy po podróży do Stanów Zjednoczonych. Bo może karma wraca.

Z innych ciekawych planów architektonicznych, to były pomysły by z Placu Piłsudzkiego puścić drogę tunelem, pod Karową, aż do Wisły i tam mostem na Pragę. Przy okazji chcieli jeszcze dorzucić stację metra w tej okolicy.

Mieliśmy tego popołudnia szczęście. Gdy staliśmy grupką na skwerze ks. Jana Twardowskiego – za moich czasów zwanym Parkiem Socjologa, ze względu na grupki studentów okupujących ławki  - zza niedalekiej furty wyszedł miły starszy pan. Zaprosił nas za wysoki mur, zabudowań kościelnych, gdzie w zacisznym ogrodzie stoi malutki domek. W tym domku mieszkał przez wiele lat ksiądz Jan Twardowski. Mogliśmy przez kilka minut tam postać, porozmawiać chwilę z tym panem, który spędził w tym miejscu sześćdziesiąt pięć lat swojego życia. Niesamowite miejsce, bo kilkanaście metrów dalej jeżdżą samochody, przetaczają się tłumy ludzi, a tu panuje cisza, spokój, zieleń, wiatr i ptaki. Oko cyklonu, punkt ciszy.

Teraz skrócę opis, bo wędrowaliśmy zakręconym zjazdem, który pierwotnie był pomalowany na… różowo, do stacji wodnej, BUW-u, potem pod pozostałości elektrociepłowni (było o jej roli w Powstaniu Warszawskim), zobaczyliśmy stojący jeszcze przed nią bunkier, w którym robotnik miał wypatrywać bomb zrzucanych przez kapitalistów J

A na końcu Dynasy, czyli zielony, schodzący zboczem w dół rejon pomiędzy Oboźną a Tamką. Dawne ziemie pewnego Francuza (od jego nazwiska nazwa), gdzie sto lat temu istniał tor cyklistów, a w dwudziestoleciu międzywojennym zbudowano piękne domu, wpasowujące się w spadzistość terenu.

Kończyliśmy o 20:00 i był to ostatni moment. Zmrok zapadał, zapadał i tam na tych Dynasach to już trochę w mroku staliśmy :)

 

środa, 05 września 2018
Praskie widoczki

Dziś wybrałam się, do towarzystwa dziecku, na plac zabaw. Ona dotarła tam zaraz po lekcjach, razem z koleżankami, ja doniosłam nowe butelki wody do picia :)

Koło placu, na obramowaniu fontanny, siedziała nietypowa osoba - młoda kobieta miała na sobie gruby sweter, staromodną spódnicę, chustkę na głowie i kosz w ręku. Jako, że jakiś chłopak robił jej zdjęcia, pomyślałam, że to sesja zdjęciowa. Potem jednak chłopak znikł, kobieta została. Podeszła do niej grupka czterech osób, wymienili rozbawieni kilka zdań, potem chyba się nawet wrócili do niej jeszcze raz z jakąś karteczką. Po pewnym czasie pojawiła się kolejna czwórka osób i rozmawiała z kobietą. Ona wzięła od nich jakieś małe karteczki. Już zaczynałam się domyślać, o co chodzi. Grupka minęła mnie i dobiegło do mnie, jak jedna z kobiet mówi coś w tym stylu (nie jest to dokładny cytat, sens podobny):

- No to zostało nam jeszcze 10 dukatów.

Na 99% była to gra miejska.

Na ławeczce obok siedziała grupka starszych pań. Na oko tak 70 plus, na bank emerytki spotykające się na swoim "fejsbuczku". I dosłyszałam jak one zastanawiają się, co tam się dzieje :) Martwiły się, że pani przyjechała spod miasta, szła ulicami i się zgubiła, teraz nie wie gdzie iść. I do tego jacyś Jechowi ją nagabują. Jednak nie potrafię siedzieć cicho, tylko podeszłam do pań i z uśmiechem wytłumaczyłam im, że to prawdopodobnie gra miejska. Ulżyło im, że pani jest bezpieczna i były zadowolone, że zobaczyły nowinkę. Choć niektóre dziwiło się, po co ludziom tak chodzić po mieście :) A potem słyszałam, jak wymieniały się informacjami, co tam im wnukowie próbują na telefonach pokazać :)

poniedziałek, 03 września 2018
Kolejny schodek w górę gdzieś tam

Od pewnego czasu, 1-go września, nie było dla mnie wejściem w jakiś kolejny nowy etap, który mogłabym z rodzicielskim pianiem ogłosić. Jednak start w IV klasie, to jest coś.

Z dzieciństwa pamiętam, że ja byłam tym podekscytowana. Było to dla mnie wejście na wyższy poziom. Nawet dosłownie, bo klasy I-III były na parterze, a IV-VIII na 1 piętrze. Czułam, że jestem kimś starszym, poważniejszym. Na biologię mówiłam biola, na geografię gegra, a na matematykę matma, co wzbudzało śmiech u mojej jedenaście lat starszej cioci.

U Wiertki tego nie widzę, rok szkolny, jak rok szkolny. Cieszyła się, że zobaczy koleżanki, nie mogła się tego doczekać. To ja jestem bardziej zestresowana. Boję się, jak będzie się zachowywać. Boję się, że zamiast z jednym nauczycielem, pójdzie na wojnę z kilkoma. Jej wychowawczynią jest nauczycielka, z którą miała zajęcia już w poprzednich latach. Co powinno rodziców cieszyć. I słusznie. Tyle, że z nią moja córka też miała swoje spięcia. Nie zaczyna z czystą kartą. Klasa ma też drugiego wychowawcę, panią od plastyki. 

Okazuje się, że plan lekcji będzie jeszcze ciągle ulegał zmianie, więc na razie będzie podawany z dnia na dzień. Z tego co widzę jutro każda lekcja będzie w innej sali. Ciężki drugi rok remontu budynku szkoły.

Po spotkaniu z wychowawcami, na korytarzu zaskoczenie, bo kierowniczka świetlicy chciała się u mnie upewnić, że Wiertka ma nauczanie indywidualne. Ależ nie. Zaczynały się kolejne rozpoczęcia roku, dla innych klas i nie mogłam skonsultować tego z panią dyrektor. Wkrótce sama do mnie zadzwoniła. Przeprosiła, że coś im umknęło, źle odczytali orzeczenie i wpisali moją córkę do nauczania indywidualnego, już zmieniają grafiki nauczycieli. Ale mają dla mnie propozycję, by Wiertka przeszła do klasy integracyjnej. Z klasy 23 uczniów do takiej z 15 dzieci, nauczycielem wspomagającym stale przebywającym w sali. Tylko, że to tak z dnia a dzień. Gdy rozmawiałam o tym z Wiertką, wybuchnęła szlochem. Już w czerwcu poruszałam z nią ten temat. Ona jednak jest tak zżyta z tymi trzema koleżankami, że ryczała na myśl o zmianie. I ja miałabym ją jutro ciągnąć do obcej klasy. Wiem, że są rodzice, dla których dobro dziecka stoi wyżej niż jego dobrostan psychiczny. Może to też moje projekcje, dla mnie separacja od osoby, z którą jestem związana przyjaźnią też byłaby doświadczeniem rozdzierającym. Może gdyby te pomysł padł dwa miesiące temu. Niestety, nie jestem osobą spontaniczną. Wszystko muszę przetrawiać, adaptować się. Gdyby dziecko był na tak, to bym w to weszła. A tu dziecko rozpacza.

Jednak miałam uczucie, że być może zaprzepaszczam szansę dziecka na dobry rozwój :(

Potem część dnia spędzona na placu zabaw, ale towarzyszyłam dziecku tylko przez część czasu. To inny plac, tam przychodzą jej koleżanki z klasy, które mieszkają tuż obok. Żaden z ich rodziców już ławki nie wygrzewa. Wiertka już raz dzisiaj tam sama poszła i raz wróciła (spotkałyśmy się w połowie drogi). Z tego, co słyszałam, to większość dzieci będzie teraz po lekcjach wracać już sama do domu. Dziewczyny umawiają się już, że jutro wyjdą ze szkoły razem i od razu pójdą całą grupką na plac zabaw. Dorastają :)

19:47, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 września 2018
Dzień Kultury Wietnamskiej

Sobotę miałyśmy jeszcze leniwą. Największym, dla mnie, krokiem w relacjach matko-córkowych było to, że Wiertka na jakieś trzy godziny poszła do swojego pokoju. Dla nas to wielka zmiana, bo dotąd przebywała ciągle tuż obok mnie - we dnie, i w nocy. Czasem także, gdy się kąpałam :) A teraz, odrzekła, że to fajnie jest pobyć samemu. Może to efekt tego, że ostatni tydzień wakacji, gdy ja byłam w pracy, ona była sama w domu. Poczuła, że to dobrze być panią samej siebie. Zobaczymy, kiedy znowu się powtórzy :)

A w niedzielę, pojechałyśmy do parku Sowińskiego na Dzień Kultury Wietnamu. To wspieranie mojego dziecka, w jej zainteresowaniu Azją ;) Wydarzenie trochę przypominało typowy piknik rodzinny. Początkowo czułam się źle, bo dookoła były tłumy ludzi, trzeba się było przedzierać. Źle znoszę takie miejsca. Były stoiska z jedzeniem wietnamskim (Wiertka dostała paczuszkę ze słodyczami), pamiątkami, namiot buddyjski, jakiś organizacji z Wietnamu. Na środku rozstawiono dmuchańce dla dzieci i scenę, na której tańczono różne układy. Przeszłyśmy się do amfiteatru, gdzie widowisko zaczęło się od tradycyjnych układów z Azji - taniec smoka, taniec z wachlarzami, aż po jakimś czasie wietnamskie zespoły śpiewały polskie przeboje :) Wystąpiła nawet jakaś piosenkarka, która wydała mi się wietnamską wersją Beaty Kozidrak :)

Dookoła było sporo Azjatów, może nie tylko Wietnamczyków. Niektóre kobiety miały na sobie tradycyjną wietnamską suknię, pięknie to wyglądało. 

Zrobiłyśmy sobie z Wiertką zdjęcia w fotobudce - mamy już chyba piąty, czy szósty zestaw do kolekcji. Obejrzałyśmy wystawę zdjęć z Wietnamu - tamtejszych krajobrazów. Moja córka chciałaby w przyszłym roku pojechać na wakacje do Wietnamu :) W ogóle, to mówi, że chciałaby studiować w Japonii i tam już zostać na stałe :)

18:31, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 sierpnia 2018
Historie z placu zabaw

Nie zachowuję się na placu zabaw jak tradycyjna matka. Zauważyłam to ostatnio. O tym, że chciałabym ten czas wykorzystać na czytanie książek, czy napisanie czegoś, to już wiedziałam. A tu widzisz matki koleżanek córki i wypadałoby podejść, porozmawiać. I tak czasami jest to czas miły, a czasami jest to pańszczyzna towarzyska. Oprócz tego, ja już się czuję na tym placu zabaw głupio, bo uważam, że dziewięciolatki nie trzeba eskortować, nadzorować i bezustannie pilnować. A ona chodzi tam nie by się bawić, ale gadać z koleżankami. Mamy jednak czasy, gdy smycz się usztywniła. I to niekoniecznie smycz na dziecko.

 

Ostatnio poobserwowałam sąsiadkę i jednocześnie mamę koleżanki Wiertki i zauważyłam, że ona ma kompletnie inną strategię. Ona tym placem zabaw żyje. Zna z widzenia, lub pogaduszek większość rodziców. Zawsze kogoś zaczepi, postoi, przeprowadza rozmowy. Zna też z widzenia zestaw dzieci. Jak się pokaże jakieś nowe, to czujnie to wychwytuje.  Muszę przyznać, że sama wyciągnęłam z tego korzyści, bo – przed laty – to ona pierwsza się do mnie odezwała, towarzyszyła na tym placu. Nasze dzieci to rówieśnicy, ale ona przychodzi teraz z drugim maluchem i uważa też, że z dziecka oka się nie spuszcza, bo wszędzie czyhają gwałciciele i zboczeńcy.

Trochę wygląda to tak, jakby dla mnie plac zabaw był etapem rodzicielstwa, który chciałabym mieć już za sobą, wymiksować się z tego, a dla sąsiadki był to ważne centrum towarzyskie. Tak bywa.

W tym tygodniu, na tym placu zabaw wydarzyło się coś nietypowego. Pojawiła się nowa dziewczynka, tak na oko 6-7 letnia. Bardzo ruchliwa i jakaś taka niegrzeczna. Kobieta, która z nią była kompletnie nie dawała sobie z nią rady. Dziewczynka uciekała jej, coś wołała, a ta tylko szła za nią i łagodnym omdlewającym głosem mówiła w stylu (imię zmienione) – Dorotko nie biegaj. Dorotko bądź grzeczna. Nawet ja bym na to nie zareagowała. Zastanawiałam się, czy to matka tego dziecka, ale na 90% jestem pewna, że raczej nie. Dziewczyna robiła się coraz bardziej nieznośna, obsypała piaskiem jakieś dziecko („Dorotko nie syp piaskiem. Dorotko nie syp piaskiem” zaszumiała niczym brzoza opiekunka), zaczepnie coś zawołała do innego. Widać było, że coś z tym dzieckiem jest nienormatywnego, pisząc dyplomatycznie – może to Zespół Aspergera. Bawiła się biegając na tym placu sama, ale ciągnęło ją do dzieci, bo próbowała podejść, tylko robiła to bardzo niedyplomatycznie, one ją odrzucały, ona się denerwowała. Od samego patrzenia człowiek robił się zmęczony. Szczególnie, że ta kobieta, która z nią była, kompletnie nad nią nie panowała. Na placu zabaw była spora grupka dzieciaków w wieku tak 9-12 lat, bardzo mocno do niej zdystansowana, a wręcz trochę złośliwa. Zetknęli się z innością, w dodatku napastliwą.

I w tym wszystkim, moja sąsiadka poszła na chwilę z młodszym dzieckiem do domu, towarzyszyła jej inna matka z placu. Ja rzucałam okiem na dzieci. Po kilku minutach sąsiadka zadzwoniła i poprosiła by popatrzyła, co z dziećmi (jakbym tego nie robiła), bo ta dziewczynka na placu może komuś zrobić krzywdę. Akurat dziewczyna bujała się z dwójką innych na karuzeli i jedno z  nich tak rozkręciło mechanizm, że ta wypadła ryjąc głowa w piach. Tamto dziecko zrobiło to świadomie, bo minutę wcześniej miało sprzeczkę o dostęp do tej karuzelki. Opiekunka siedziała bez reakcji na ławce i tylko się już na to patrzyła. Wymieniłam z sąsiadką jeszcze jakieś zdanie na ten temat, bo trzeba pilnować przed dziewczynką nie tylko naszych dzieci, ale też dziecka jej koleżanki (kila lat starszego i kilkanaście kilogramów cięższego). Podsumowałam w końcu żartobliwie:

- To chodź tu z widłami i pochodnią.

Sąsiadka się żachnęła. Wróciła i byłyśmy dla siebie uprzejme niczym z serialu o matkach helikopterach.

Wiem, że nie powinnam być sarkastyczna i ironiczna przy osobach, które nie znam zbyt dobrze, albo które mają dość mocno poważne podejście do życia. Przez 99% czasu udaje mi się trzymać język za zębami i być nie wybijającą się matką w tle. Wtedy jednak nie wytrzymałam, złe we mnie wstąpiło. Widziałam, że dziewczynka nie zachowuje się odpowiednio, jest męczącym elementem. Jednak dzieciaki na tym placu nie były takie bezbronne i niewinne – zwartą grupą odrzuciły ją, złośliwie komentując, prowokując. Ciężko mi je winić. Dziewczynkę na serio trudno było polubić.

W końcu po dziewczynę i jej opiekunkę przyszedł dziadek. Tak mi się wydaje. Dlatego też jestem prawie pewna, że ta mała była tu na wakacjach u rodziny, ale bez rodziców. Ta kobieta traktowała ją tak, jakby nigdy nie miała do czynienia z dziećmi, mogła też bać się gwałtownej reakcji dziecka, ataku histerii, albo zarzutów ze strony rodzica, że jest niedobra dla dziewczynki.

A ja jednak mam wyrzuty sumienia, że zrobiłam komuś przykrość.

 

Tagi: córka
17:41, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 126
Tagi