To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 16 lipca 2018
Gdy w poniedziałek 16-go tęsknisz za piątkiem 13-go

Po ostatnich wyjazdach, w ten weekend postawiłam na lenistwo i plan minimalistyczny. Pogoda także. Trochę ogarnęłam w domu, ugotowałam obiad, zdrzemnęłam, co skrytykowało moje dziecko. Jednak trudno, tak nadrabiam braki snu w soboty. Nie potrafię wcześnie zasypiać, bo wcześnie wstałam. 

W niedzielę, w przerwie pomiędzy ulewami, poszłyśmy z Wiertką na spacer. Pograłyśmy w ping ponga na Otwartej Ząbkowskiej, co polegało głównie na szukaniu piłeczki pod ulicznymi donicami :) Zajrzałyśmy nawet do biblioteki sąsiedzkiej, gdzie w ten weekend zbudowali labirynt z książek - można było spacerować, przeglądać i zabrać ze sobą kilka pozycji. Z czego, z młodą, skorzystałyśmy. Choć ona postawiła na mangę.

A w poniedziałek, oprócz fali deszczu, obudził mnie świdrujący ból głowy nad prawym okiem, ucisk w klatce piersiowej, łopotanie. Ból w ciągu dnia powoli przeszedł, ale łopotanie zamieniło się szybko w irytację, poddenerwowanie, złość. Na szczęście, już daję sobie z tego sprawę - że to objaw czysto fizyczny i trzeba zacisnąć zęby i nie pozwolić by ta złość wlała się w jakiś przypadkowy pretekst. Mocno się przez cały dzień pilnowałam. A zaczęły się trudne dwa tygodnie - część osób w pracy jest na urlopie i robię rzeczy za dwie osoby. Uczę się rozgarniać w spadających sprawach. I też tego, by nie być bohaterką i jak czuję, że tego jest za dużo, powiedzieć, by ktoś mnie odciążył.

Wieczór, jak to wieczór przyniósł spokój :)

A dla mnie poniedziałek 16-go był trudniejszy niż piątek 13-go :)

piątek, 13 lipca 2018
Wakacyjny zamęt, czyli w sercu turystycznego tornada

Druga część urlopu, to pobyt w pewnej turystycznej miejscowości nad morzem. Jedna z moich koleżanek użyczyła nam swojego mieszkanka (w apartamentowcu, co zachwyciło moją córkę) niemalże tylko za koszty czynszu.

Całkiem inny wymiar świata. Dużo dźwięków - gwar rozmów, brzdąkanie automatów, niosące się falami odgłosy koncertów, a to z domów wczasowych, a to z chodnika. Feria kolorów. Początkowo czułam się tym przytłoczona i przebodźcowana. Z czasem przywykłam. Za to Wiertka szalała.

Trzydniowy pobyt, dni z podróżą nie liczę, miał trzy wiodące, czasem przeplatające się tematy. A pogodę miałyśmy przepiękną. Z domu wychodziłyśmy o 11:00, a wracałyśmy na dobre grubo po 21:00. Wpadałyśmy, a to wziąć prysznic, a to coś zabrać, ale na chwilę.

Plaża. Coś co robię dla szczęścia mojego dziecka. Nie przepadam za grillowaniem się na piasku i taplanie w wodzie. Pierwszego dnia wybrałyśmy się, jak na wyprawę - parawan, koc, torba z przydasiami. Parawan mi się położył na piasku, bo nie potrafiłam go porządnie wbić, a na kocu praktycznie nie usiadłam. Był rozłożony w dalszej części, a ja nie mogłam zostawić dziecka samego w wodzie. I tak przez trzy godziny, skakałam z Wiertką po falach, które waliły mnie czasem aż pod szyję. Niech nikt nie myśli, że to łagodne doznanie. Wieczorem okazało się, że czuję nie tylko mięśnie nóg, ale też karku. Byłam odrobinę połamana :) Następnego dnia miałam plażowstręt. Odwróciłam więc kolejność atrakcji - najpierw wycieczki, plaża po południu. Spora część osób już sobie poszła, ustawiłam sobie krzesełko przy samej wodzie, bo było już miejsce. Mogłam spokojnie popatrzeć na zabawę dziecka. A ostatniego dnia, nad wodę poszłyśmy już wieczorem. Ja siedziałam owinięta w sweter, z kapturem na głowie, trzęsąc się, a moje dziecko, półnagie hasało w wodzie. Na serio, temperatura była zabójcza, a jej to nie przeszkadzało. Twierdzi, że jest zimową dziewczyną, nie boi się zimna.

A druga część wyjść to były wycieczki okoliczne - wdrapanie się na latarnię morską, park linowy, wesołe miasteczko, wycieczka statkiem po Zalewie Wiślanym.

Ostatniego dnia, było coś dla matki! Wycieczka historyczna, hurra. Najpierw statkiem na drugą stronę zalewu, tam busikiem do Fromborka, podziwiać dokonania Mikołaja Kopernika. Zachwycałam się możliwością zobaczenia z bliska "O obrotach ciał niebieskich", podręczników do studiowania medycyny z tamtych czasów, niemalże dotknięcia miejsca, gdzie leżą doczesne szczątki uczonego. Patrzyłam na przyrządy, których używał Kopernik - on za pomocą kilku drewnianych rzeczy zmienił postrzeganie świata, dziś człowiek potrzebuje GPS by dojechać sto kilometrów dalej. Obejrzałyśmy muzeum, katedrę, wieżę zamkową. W tej ostatniej widziałyśmy Wahadło Foucault. Wiertka miała szczęście, bo była akurat obok pani nadzorującej ekspozycję, gdy ktoś dotknął liny z kulą i zaburzył jej jednostajny bieg. Trzeba ją było zatrzymać, unieruchomić, przeczekać drganie liny i ponownie puścić w ruch czas. I moja córka w tym pomagała, mogła dotknąć kuli :) A w drodze powrotnej trafiłyśmy jeszcze na opuszczoną, zamkniętą od dawna stację kolejową, gdzie ja szalałam ze zdjęciami, a Wiertka bała się duchów.

Bardzo aktywny czas. Mogłam wrócić do pracy odpocząć :)

22:20, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
wtorek, 10 lipca 2018
Nad jeziorem, czyli czy czas może być jak mgła

Ten urlop był intensywny - w dziewięć dni zmieściłam pobyt nad jeziorem i nad morzem. I w sumie trzy dni spędziłam na podróżach.

Dwa kompletnie inne momenty wypoczynku.

Nad jezioro pojechałyśmy z Wiertką do domku letniego mojej koleżanki poznanej kiedyś w sieci. Znamy się już dziesięć lat, choć przez ten czas rozmawiałyśmy (wraz z innymi kobietami) w sieci, a widziałyśmy się może kilka razy. Nad jeziorem byłyśmy we cztery - dwie matki i dwie córki w zbliżonym wieku. Czasami dojeżdżało jeszcze dwoje kuzynów.

Jedna strona to taka, że Wiertka miała koleżankę do zabawy, z rzadka mnie potrzebowała. Mogłam sobie poczytać, odprężyć się, posnuć. Drugą stroną było to, że nie byłam tam sama i wypadało nawiązywać codzienne relacje społeczne z koleżanką. A ja mam obawy, że taka obecność drugiego człowieka może być dla mnie, introwertyka, czasem ciężka. Jednak okazało się, co i wcześniej wiedziałam, że koleżanka ma podobny do mnie charakter. Nie zagarniałyśmy sobie przestrzeni, czasu, powietrza. Nawet rytm dobowy mamy wszystkie cztery podobny, czyli pobudka przed 10:00.

Okolica była przepiękna. Trochę domów letniskowych dookoła, ale nikt nie zjechał. Byłyśmy w środku lasu niemal same. Kilka kroków do jeziora i pomostu. Cisza, spokój, wiatr. Rano budził mnie za oknem śpiew trzech różnych rodzajów ptaków. Powietrze co kilka sekund przeszywał odgłos linki rzucanej przez wiatr na maszt łódki przycumowanej niedaleko. Chłodno, prawie zimno, niebiesko szaro na niebie. Nie przeszkadzało. Czas snuł się dookoła mnie jak mgła.

Czasami, po zmroku, przychodziły mi do głowy różne scenariusze historii kryminalnych albo dramatów psychologicznych. Idealna sceneria :)

W środku tygodnia praktycznie cały dzień w pociągach i autobusach, by przejechać z Polski centralnej nad morze. I powolny rytm zamienił się w galop. O czym w następnym wpisie.

20:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 lipca 2018
Po urlopie

Zjechałam z urlopu i boję się sprawdzić stan konta bankowego :)

Choć już to konto sprawdziłam. I wyszłam z bajkowego świata, gdzie wszystko bywa możliwe i wróciłam do starego życia, gdy trzeba grosik do grosika.

Niedługo opiszę co i jak na tym wypoczynku. Jedno mogę stwierdzić - planowałam, że będę swoje stare, niepublikowane teksty poprawiać, redagować, cyzelować, dopieszczać. By móc je wrzucać na literackiego bloga. I nie miałam na to ani minuty czasu. Za to dostałam komplement od dziecka - bo przez cały czas wakacyjny czuło, że jestem tylko dla niej.

A teraz pranie, zdejmowanie kurzu z mieszkania, pogadanie ze świnką morską, aklimatyzacja w pracy.

Tak więc jestem, ale jakby nie do końca :)

21:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 czerwca 2018
Lato, lato, lato czeka

Jutro wyjeżdżamy z Wiertką nad jezioro, a potem nad morze. W dwa weekendy i jeden tydzień upchniemy dwie podróże :) Wpisów raczej nie będzie. Postaram się odezwać po 9 tym lipca :) W ostatnich czasach byłam w bezustannym biegu - z domu wyjście średnio o 8:00, powrót koło 20:00. Chciałabym tylko leżeć i nic nie robić, albo spacerować w fajne miejsca :)

21:15, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2018
Wakacyjnie

W pierwszy tydzień wakacji Wiertka chodzi na półkolonie. Ich tematem przewodnim jest programowanie i tworzenie prostych gier komputerowych. Od razu jak zobaczyła reklamę, to się zapaliła do tego i już nie chciała słyszeć o żadnych innych zajęciach tematycznych.

Tak więc ten tydzień wygląda tak, że przesunęłam sobie pracę na zmiany od 10:00 lub 9:00. Rano zawożę dziecko do sąsiedniej dzielnicy na zajęcia. Dobrze, że to pół godziny jednym autobusem i potem krótki spacer. Następnie jadę kolejną godzinę do pracy, w inną część miasta. Całość zajmuje ze dwie godziny. Na szczęście, małą odbiera i odwozi do domu jej tata. A ja docieram do domu koło 19:00.

Wiertka półkoloniami jest zachwycona. Wszystko to, co kocha, czyli komputery, gry, różne dziwne kody. Tak przez pierwszą część dnia. Druga jest przeznaczona na aktywność fizyczną - byli w parku trampolin, na wycieczce, gdy padał deszcz grali w różne gry. Moja córka stała się fanką grania w Mafię :) Na zajęciach są sami chłopcy i tylko dwie dziewczynki :) Na szczęście, Wiertki to nie zniechęciło. Zapewne, gdyby półkolonie trwały dłużej, to cały czas by chciała tam chodzić. Zupełnie nie reaguje jak ktoś, kto ma zbyt zajęty dzień. Rano budzę ją bez problemów, choć to niemal tak samo jak do szkoły. A po pierwszym dniu z emocji nie mogła zasnąć, bo już chciała się obudzić :)

Może zapiszę ją, we wrześniu, w tym miejscu na zajęcia pozaszkolne. Tematyka ta sama.

Całkiem odwrotnie jest z Latem w Mieście (dopiero będzie), które to jest tematem naszych sprzeczek, rozmów, dyskusji - to znaczy, moje dziecko płacze, jęczy, dyskutuje, a ja się nie uginam. To raczej temat na inny wpis.

20:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 czerwca 2018
Letnio o intymności

Po raz pierwszy nie było mnie na zakończeniu roku szkolnego dziecka. Spytałam się Wiertki, czy chciałaby by był z nią tata i bardzo się ucieszyła. Ja mam jeden dzień urlopu w zanadrzu. A może trochę szkoda, bo dostałam dyplom "dyrekcji, wychowawczyni i Rady Rodziców" dla rodzica zaangażowanego w życie klasy. Coś w tym stylu. Zrobiło mi się niesamowicie miło, że ktoś zauważył i docenił, że starałam się jakoś pokazać jako dobry rodzic.

Chciałam nawet zdjęcie tego dyplomu wrzucić do sieci, by się pochwalić. Pomyślałam jednak, że niektórzy rodzice też dostali, a tak się nie chwalą. Wynikła też sprawa z Wiertką, która nie chciała bym to zrobiła. Zawahałam się, nawet wrzuciłam dwa razy i dwa razy po chwili skasowałam. Nie ma po co. A moje dziecko robi się wyczulone na pewne rzeczy.

Gdy dwa tygodnie temu zmarł Edek i napisałam to FB, moja córka była oburzona. Popłakała się i chciała bym to usunęła. Jak mogłam zrobić coś takiego. Dla niej sieć jest po to by się chwalić, zbierać pochwały, głosy uznania. A nie powinno się chwalić śmiercią zwierzątka. Mogę sobie myśleć, co chcę, ale chyba moje dziecko ma jeszcze jakieś granice intymności i dzielenia się ze światem.

A te dyplom pochwalny też jest na swój sposób z nią powiązany. Muszę zacząć uważać, na to jak pokazuję pewne rzeczy. To też przykład dla niej.

Ta deszczowa pogoda, końcówka cyklu sprawiają, że przez ostatnie dwa dni snuję się jak w śpiączce.

czwartek, 21 czerwca 2018
Przesilenie letnie

Będzie krótko :)

Dwa razy do roku jest mi ciężej. Odnoszę wrażenie, jakby klocki tetris spadały mi na głowę i ramiona. I to coraz szybciej. Tylko, że w okresie przesilenia letniego dzieje się to w oślepiającym słońcu. W okresie przesilenia zimowego - w przytłaczających ciemnościach.

Ostatnie dni to bieganie w różne miejsca, przed pracą, po pracy, spotykanie się z miłymi ludźmi (nie dało się tych spraw odłożyć), ale jednak na resztkach sił, stresowanie się, zapominanie o różnych rzeczach, gubienie. 

Dziś dzień NieMatki - sama w domu, w ciszy, spokoju. A przede mną najkrótsza noc w roku. Tylko moja.

Tagi: życie
20:38, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Szary poniedziałek

Najpierw poniedziałek był szary od doświadczeń. Potem zasnuł je szary pył upały. Aż przyszły szare deszczowe chmury. Jeden kolor, a tyle odcieni. Każdy daje inną emocję.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od soboty. Weekend był urodzinowy. Sobota pod Warszawą na przyjęciu urodzinowym bratanicy. W niedzielę pojechałyśmy daleko za miasto na podobne przyjęcie przyjaciółki Wiertki - na działkę jej rodziny. Tam już spędziłyśmy dokładnie cały dzień. Ona bawiła się z dziećmi, ja kultywowałam stosunki towarzyskie z przybyłymi gośćmi w dorosłej kategorii wiekowej. Niby nic, siedzisz, zajadasz grilla, pijesz soki, coś tam pogadasz. A mimo wszystko, dla introwertyka jest to wyczerpujące. Szczególnie jeśli trwa cały dzień. Przeszliśmy się na spacer, nad rzekę i tam dzieciaki skoczyły do wody. Na szczęście, są jeszcze w tym wieku, kiedy zrzucenie ubrania nie powoduje posądzenia o sodomę i gomorę. W pięknych okolicznościach przyrody, czyli roztapiającym upale, brodziłam po rzecze i patrzyłam, czy się nie potopią. Potem dzieciaki pognały do domu, z szczątkowym ubraniach pożyczonych przez gospodynię. Zażartowałam, że to nic złego, że na 9 tych urodzinach biegają bez majtek, gorzej jak będą tak biegać na 19 tych :) Ogólnie, przyjęcie było fajne - dzieci robiły sobie tatuaże, rysunki, bransoletki. Ciocia jubilatki świetnie się nimi zajęła.

Do domu wróciłyśmy przed 22:00.

W efekcie, w poniedziałek ciężko mi było mówić o byciu wypoczętą fizycznie.

Odprowadziłam dziecko do szkoły i zaczęłam biegać z dokumentami rejestracyjnymi do Lata w Mieście. I tu wykazałam się niefrasobliwością, którą to ściągnęłam na siebie kłopoty. Myślałam, że zostawię formularz, wezmę numer konta i w najbliższym czasie puszczę przelew. Bo chwilowo mam trudności z płynnością finansową. Tak robiłam w poprzednich latach. A w tym roku wszystko załatwia się przez system. A system jest święty. Nie wykluczone, że najsłabszym ogniwem tego doskonałego systemu będą wypoczywające dzieci. Bez potwierdzenia opłaty za posiłki nie chcieli mi przyjąć karty i potwierdzić w Systemie, że dziecko uczestniczy w wypoczynku. A ostateczny termin zaksięgowania wpłat upływał dziś o 15:00. Z pierwszej szkoły wybiegłam, dopadłam bankomatu i zapłaciłam gotówką. W drugiej szkole, naburmuszony pan odrzekł, że przyjmuje tylko przelewy, a numeru konta mi nie poda, bo nie pamięta. A ja już nie miałam absolutnie nic na koncie, z czego mogłabym zrobić przelew. Ale miałam gotówkę w portfelu. Wpadłam jeszcze do poradni, gdzie okazało się, że pani doktor napisała opinię o moim dziecku, ale nie przystawiła pieczątki, więc będę musiała wracać tam jeszcze. Nie wiem kiedy, bo czynni są wtedy gdy ja pracuję. W ogóle w tym tygodniu, co chwila muszę gdzieś biegać w sprawach dziecka. Poczułam się jakbym odbijała się od ściany, a potem zaraz od kolejnej ściany. Jakby tego wszystkiego było już za dużo, zwaliło się na głowę.

W pracy też zobaczyłam awarię, którą musiałam jakoś posprzątać. I coś we mnie pękło. Puściły mi emocje. I tutaj, muszę przyznać, że moi towarzysze z działu wykazali się taktem, współczuciem i pomocą. Jedna koleżanka puściła mi przelew za Lato w Mieście, druga pomogła naprawić awarię. Trochę chodzili obok mnie jak koło jajka.

Do wieczora ochłonęłam. A z bankiem załatwiłam wsparcie finansowe do najbliższego dużego przelewu. I przyznam, że to poprawiło mi nastrój o 100%. Gdy kolebię się finansowo, wtedy jestem w fatalnym nastroju.

Tagi: życie
21:08, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 czerwca 2018
Menagerka ;)

Jakiś czasem temu pomyślałam, że czasami, a może nawet z rzadka ciągoty artystyczne idą w parze z tupetem. Trzeba by wyłączyć myślenie, pisać wszędzie, że jest się dobrym, wybitnym, świetnym, wysyłać linki do twórczości, gdzie się da i firmować swoją twarzą jako twórcy, co tylko się da. Zapomnieć o wstydzie.

I artyści nie zawsze są na tyle odporni by to robić, ale za to mają od tego menagerów, agentów. Ci wchodzą ze swoimi stopami w zamykające się drzwi. 

Ja niestety potrzebowałabym kogoś takiego, bo zanim wyjdę z tym, co tworzę do ludzi, tysiąc razy pomyślę, z jakim grymasem niechęci się spotkam.

Prawie rośnie mi pod bokiem ktoś taki. Moja córka jest zdegustowana, że wydałam wiersze, ale ich nie sprzedaję. Za to często rozdaję, jako dodatek do prezentów. Jak tak można - rozdawać. Przez to nie jesteśmy bogate. Kiedyś wyszperałam w necie linka do powieści, którą swego czasu mi wydano. Chciałam się pochwalić przed dzieckiem, że nie jestem taka pospolita. Bo Wiertka cierpi czasem, że ma zwyczajnych rodziców, a nie są znani. Cytuję:

- Ty jesteś tylko mądra.

Nie, w jej ustach, to nie komplement :D No i moje dziecko, poszperało bardziej i gdzieś tam, w jakimś zapadłym sklepie internetowym znalazło egzemplarz (nawet nie wiadomo, czy dostępny). 

- Mamo! Ten pan sprzedaje twoją książkę! - zakrzyknęła.

Jednak nie było to okrzyk w sensie "Mamo, ktoś sprzedaje twoją książkę! Wow!", tylko raczej "Mamo, ktoś sprzedaje twoją książkę! Dlaczego nic z tego nie mamy" :)

W takim razie, powiedziałam jej, że jak dorośnie, to będzie mogła zostać moją agentką i prowadzić moje interesy. Ona lubi ubijać interesy i jest dobra w negocjacjach. Jak spora część osób, którym patronuje m.in Merkury - bożek złodziei ;) Cóż usłyszałam:

- Będziesz za stara.

Dla niej osoba po 50tce, to zgrzybiała starość :)

 

O tym, jak moje dziecko próbuje negocjować, będzie jeszcze kiedyś wpis.

Tagi: córka
12:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 124
Tagi