To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 26 sierpnia 2016
By było czysto, bywa jeszcze brudniej

Nie wspominałam jeszcze, że pod koniec urlopu przełamałam się i wreszcie po dwóch latach wahań, hamletyzowania, rozważań kupiłam nowe szafki do kuchni. Komuś może się wydać przesadą i może rzeczywiście przeginam czasem w obawą przed biedą, utratą płynności finansowej. Znamy historie ludzi, którzy odstrzelili sobie jakieś pomieszczenie w domu, potem stracili źródło dochodu i zostali z pięknymi przedmiotami i komornikiem na karku. To był główny powód powstrzymujący mnie przed wydaniem większej ilości pieniędzy. Jednak przyjaciółka podrzuciła info o całkiem tanich meblach kuchennych w pewnej sieci, sprawdziłam na stronie, przejrzałam, wybrałam sobie. Uznałam, że zmieszczę się finansowo. I stwierdziłam, że zajmę się tym.

Pojechałyśmy jeszcze do tego sklepu z Wiertką, obejrzałyśmy sobie te szafki na żywo, by ostatecznie zdecydować. Planowałam wziąć je na raty, by wreszcie stać się wiarygodnym człowiekiem dla banków. A nie kimś niepoważnym. Zapomniałam jednak, o czym szybko przypomniał mi pan w punkcie kredytowym, że mam umowę do końca sierpnia. W sumie, na jego pytanie mogłam odpowiedzieć inaczej, ale ja zachowałam się jak ktoś, kto kredytu nigdy nie brał. Szczerze. Na raty mebli kupić nie mogłam. Zapłaciłam żywą gotówką. One naprawdę były w miarę tanie.

Oczywiście, zaraz potem wpadłam w trwający ponad tydzień stan lękowy. Wydałam tyle pieniędzy, kupiłam jakieś graty i teraz stanie się coś złego. Pocieszyła mnie dobra koleżanka, też samotna matka - on musiała kupić nową lodówkę i miała podobnie. Na szczęście już mi przeszło.

Nie chciałam robić większej rewolucji. Bo przecież pieniądze musiałabym wydać i jeszcze bardziej panikować ;) Dlatego rewolucja w kuchni ma polegać tylko na wymianie mebli i przearanżowaniu przestrzeni. Kafelki na ścianach - te same, fugi - te same, płytki na podłodze - te same, boazeria na jednej ze ścian (o zgrozo) - ta sama. Typ mebli dobrałam pod kafelki, żeby jakoś współgrały. I nawet chyba z tą boazerią grają. Sąsiadka, która robi też generalny remont kuchni zarzuca mnie pomysłami - a to fugi rozjaśnić, a to boazerię przemalować. Super. Cedzę przez zęby, że nie - mnie się podoba tak jak jest. Nie mam męża, który wziął miesiąc urlopu :)

Jeszcze tylko muszę dokupić nowy okap, zlew, baterię i blat :) Stare były tak stare, że rozpadały się w oczach.

W zmianach pomaga mi tata. Biedak pracuje od 6:00 do 15:00, niby nic męczącego, bo wpuszcza samochody dostawcze, ale zawsze to jakaś aktywność. Dlatego tyle to jeszcze trwa. Po pracy codziennie sobie przyjeżdżał i skręcał jedną szafkę. Te górne zastawiły mi pokój dziecięcy. Potem bolała go noga, miał więc tydzień przerwy. Jednego dnia zdjął mi górne szafki. Gdy je opróżniałam, niestety nieopatrzenie, spojrzałam na ściany i uznałam, że trzeba je odświeżyć. Jedyny dobry moment. Ściany są puste, blaty i sprzęty opróżnione. Byłam gotowa nawet sama spróbować to zrobić, przy asyście taty, ale ten uznał, że nie dam rady. Bo coś tam, bo coś tam. Przecież nie będę się pchać. Nawet idiota by to jakoś pomalował, ale skoro mój tata chce czuć się bardziej fachowcem.

Dlatego powoli sierpień się kończy, a ja mam mały pokój zastawiony nowymi szafkami, balkon zawalony starymi do wyniesienia, duży pokój obłożony talerzami, produktami spożywczymi. A kuchnia prawie pusta i w pyle.

Sprawa jest rozwojowa. Będę być może jeszcze o tym pisać.

Umowę o pracę mam przedłużoną o rok.

Tagi: remont życie
21:00, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 sierpnia 2016
O tym jak Edek schudział

Określenie, że Edek schudział zapożyczyłam od Wiertki - taki był jej komentarz, gdy opowiadałam jej w niedzielę.

Minęło ze trzy, cztery dni zanim się połapałam, że Edek nie je warzyw, które mu wrzucam do klatki. Zwróciłam uwagę, że leżą. Świnki morskie mają swoje mniej lub bardziej ulubione smakołyki. Czasem im się zmienia. Jednak poidełko też było nie ruszone. Świnek nic nie jadł, ani nie pił. Gdy sprzątałam klatkę, okazało się, że jest czysta. Nie sikał i nie robił kup. Ale żył i trzymał się na nogach. Pocieszałam się tym, że to delikatne zwierzęta i choroba powala je bardzo szybko, czasem w dzień, dwa. Skoro żyje, to znaczy, że nie jest poważnie. Kupiłam w sklepie zoologicznych jakieś witaminy w kropelkach, dopajałam go ze strzykawki.

Ruszyłam z poszukiwaniami weterynarza zajmującego się gryzoniami i przyjmującego popołudniami. I żeby jeszcze było na Pradze, bo inaczej będę jeździć taksówką. Nie było to proste, bo taka specjalizacja jest rzadka. Wreszcie trzy czynniki zebrałam razem. W międzyczasie, Edek skubał sałatę, więc coś trafiało do jego żołądka. Poguglałam w necie i przeczytałam, że czasem świnki nie ścierają sobie wystarczająco zębów i te utrudniają jedzenie. Mojej poprzedniej śwince, przez całe siedmioletnie życie to się nie przydarzyło, więc zapomniałam o tym. Gdy zabierałam go do lekarza, dopiero jak wzięłam go na ręce, czułam, że stracił sporo na wadze. Optycznie tak to się nie rzucało w oczy, bo sierść ma nastroszoną. 

Zrozumiałam dlaczego do gryzoni potrzebna jest specjalizacja. Dwie panie doktor, młodziutkie, miłe, miały super podejście do Edka. Widać było, że wiedzą, gdzie dotknąć, gdzie pomacać, co obejrzeć. I, co najważniejsze, widać było, że lubią takie małe zwierzątka. On ze swojej strony był super grzeczny, dał się obejrzeć, nie protestował. W sumie, zawsze miał stoickie podejście do życia.

Zęby jeszcze ok. Jeden, z tyłu był trochę wyrośnięty, ostry i prawdopodobnie ranił w czasie przeżuwania policzek Edka. Dlatego Edek unikał jedzenia twardych rzeczy. Był na dobrej drodze do wyhodowania sobie reszty zębów. Świnek dostał w kark jedną dużą strzykawkę w witaminami na wzmocnienie. W boczek małą strzykawkę antybiotyku i jeszcze drugą taką ze środkiem znieczulającym. Środek miał być po to, by ranienie w policzek nie bolało i motywowało Edka to żucia. Najpierw miał sobie sam naturalnie spróbować spiłować ząb.

To był czwartek. I tak dzień w dzień - piątek, sobota, niedziela - jeździłam autobusem trzy, cztery przystanki z Edkiem w pudełku do przychodni, gdzie dostawał trzy zastrzyki. Wymęczyło to biedaka. A w domu dokarmiałam go, ze strzykawki do pyszczka, specjalną mieszanką.

W piątek nic, w sobotę jakby nic, ale widać, że zabrał się za jedzenie siana. W niedzielę pojawiły się pierwsze kupy. Odrobinę rzadkie, ale jednak. Co najważniejsze, Edek obgryzł ze skórki połowę twardej bułki. Na niedzielnej wizycie okazało się, że nie jest wcale takim stoikiem. Wykręcał się, gdy miał leżeć na pleckach oraz ugryzł panią doktor w palec. W domu wyrwał mi się z rąk i zeskoczył na ziemię. Wracało mu zdrowie. 

W poniedziałek wizyta kontrolna. Edek je prawie wszystko. Znowu pije wodę. Robi twarde kupy i sika. Przytył 80 gram, co jak na niego jest sporo. Dostał ostatni zestaw zastrzyków i teraz trzeba mieć nadzieję, że ruszy do przodu. W następny poniedziałek wizyta kontrolna, by sprawdzić, czy ząb się ściera.

To tak w temacie, jakbym na urlopie nie-macierzyńskim leżała na kanapie.

20:18, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Ciało gotowe na plażę

Przed sezonem wakacyjnym w jednym z krajów europejskich (chyba to Anglia była) przetoczyła się fala protestów, po pojawieniu się bilbordów z hasłem "Czy twoje ciało jest gotowe na plażę?". Akcja miała na celu ukazanie praw kobiety do pokazania się na plaży takąjaką jest, do bycia akceptowaną pomimo kilogramów, cellulitu, zmarszczek.

Teraz okazało się, że tylko jeden typ Europejek ma prawo wyjść na plażę, tak jak zechcą. Przed kilkoma dniami kilka francuskich kurortów zakazało wchodzenia na swoje plaże w burkini. Ubranie ma nie podkreślać przynależności religijnej. I spotkało się to w większości z poparciem. Męskim.

A dla mnie, to inna strona tego samego medalu. Znowu ktoś nakazuje kobiecie jak ma się ubierać. Islamski mąż każe jej zakrywać ciało, francuskie prawo zmusza do jego odsłaniania. Gdzie tu miejsce na jej wolność i prawo do samostanowienia? Ja naprawdę wierzę, że są muzułmanki, dla których zakrywanie ciała jest ważne, wzmacnia ich intymność. To wcale nie pomoże w ich wyzwoleniu, bo w efekcie przestaną przychodzić na te plaże. Zabroni im rodzina, lub same nie zechcą. Gdyby ktoś próbował skłonić mnie do zdejmowania stanika na plaży, więcej bym się tam nie pojawiła. Zrozumiałabym, gdyby szły za tym rozwiązania systemowe pomagające tym kobietom uwolnić się spod wpływu męża, znaleźć szybko wsparcie, schronienie. Aby na pewno są? Czy wystarczy tylko zabronić burkini na plaży?

I jak ma to niby uderzyć w świat islamu i zapobiegać terroryzmowi? Mężczyzn nie zaboli. Jeden argument więcej, by żony i córki nie wypuszczać z domu. Męskiego życia kompletnie to nie zmieni. To jeszcze jedna manifestacja w stylu "zobaczcie, jacy jesteśmy silni", co zmienienie sobie tła w zdjęciu profilowym na FB.

Przyglądałam się dyskusjom i spora część kobiet (no dobra - feministek) patrzyła na to krytycznie. Z wyjątkiem młodych kobiet i mężczyzn. Za te pierwsze się jeszcze zabiorę. Co do mężczyzn. Nic tak nie umacnia walki z terroryzmem, jak pokazanie kto tu u licha rządzi, niż narzuceniem żonie wroga jak ma wyglądać. Gdy wroga mężczyzny to nie dotyczy i w sumie mu nie przeszkadza, bo żonę zamknie się w domu. Czy tylko mnie to pachnie Monthy Pythonem?

Co do młodych kobiet. W tym wieku prawo do rozebrania się niemal nago, zakrywając skrawkami materiału przypominającymi bardziej dwie, trzy opaski dla ślepego pirata i zesmażenie się na frytkę wydaje się szczytem upojenia plażowego. My, kobiety stare niczym ostatnie rekordy wydobycia węgla i wytopu stali, wiemy, że można się dobrze bawić na plaży także zakrywając się przed słońcem, bo blade to nowy czarny. Sama chętnie bym zamotała się w jakieś białe giezło.

I tu przechodzimy do ostatniego punktu. Gdyby w mediach pojawiło się trochę newsów o raku skóry, zmarszczkach, kilka celebrytek pojawiło się blade na salonach, a jeden projektant wypuścił na wybieg kostium plażowe sięgające ziemi, kobiety same by biegały w burkini po piasku. 

niedziela, 21 sierpnia 2016
Raport z niematkowania

Średnio odpoczywam na tym bezmatkowaniu ;)

Wczoraj wybrałam się na spacer miejski, o dziwo nie po Pradze. Prowadził on szlakiem filmów Stanisława Barei - tym razem wędrowaliśmy oglądając miejsca związane z filmami "Poszukiwana, poszukiwany" i "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?". Plus mnóstwo fajnych anegdotek. Między innymi lista scen, jakie cenzura kazała wyciąć z drugiego z tych filmów. Było ich ponad dwadzieścia i wszystkie kultowe dziś. Dobrze, że zostały. A historia z pierwszego z filmów niemal się wydarzyła. Opowiedziała ją reżyserowi jego żona pracująca w Muzeum Narodowym. Otóż, przybył tam pewnego dnia rzeźbiarz, by odebrać swoją pracę. Tylko, że rzeźby nigdzie nie było - ani w magazynie, ani na ekspozycji. Awantura. Po kilku dniach okazało się, że rzeźbiarz swoje dzieło odebrał kilka dni wcześniej, tylko zapomniał podpisać pokwitowanie :)

Wycieczka skończyła się na Płycie Desantu i wieczór spędziłam z kolegą (razem też byliśmy na tym spacerze miejskim) trochę w "Cudzie nad Wisłą", trochę spacerując nad rzeką w kierunku mostu Poniatowskiego. Wracąjąc, już sama, zahaczyłam jeszcze na moment o Otwartą Ząbkowską.

Sobotnia pogoda była przepiękna. W niedzielę, w strugach deszczu, wybrałam się do Domu Spotkań z Historią, by obejrzeć "Strachy" z Eugeniuszem Bodo. Bardzo fajny film, jak na dramat przedwojenny. Nie przesłodzony, nie dydaktyczny. W sam raz.

Codziennie sortuję rzeczy w pokoju dziecka i wyniosłam już do zsypu kilka siatek zdekompletowanych drobiazgów, wycinanek, karteczek, malowanek. Do większych zabawek trudno mi się dobrać, bo pokój zajęły szafki. Ale o tym będzie oddzielny wpis.

Od czwartku do jutra (oby) raz dziennie kursowałam na trasie dom - weterynarz - dom. Ale o tym oddzielny wpis.

Poziom tęsknoty za dzieckiem jakoś spadł jak poszłam do pracy i zajęłam się sprzątanie. Jednak dziś pomyślałam, że wypadało by do niej zadzwonić. Ciężko się rozmawiało, bo głównie komentowała moje zdania jednym słowem, sama nie chciała za dużo mówić. Jeszcze chwilę zamieniłam kilka zdań z jej ojcem i kiedy kazałam mu spytać ją, czy chce jeszcze ze mną pogadać, usłyszałam w tle "nieee". Muszę pogodzić się z tym, że dobrze się bawi :)

czwartek, 18 sierpnia 2016
Niezlepialność, czyli Vivian Maier

Zrobiłam sobie wczoraj fajny wieczór i wybrałam się do kina na "Środy z Gutek Film". Wybrałam "Szukając Vivian Maier" i "Sils Maria". I to ten pierwszy zrobił na mnie ogromne, emocjonalne wrażenie.

Niektórzy zapewne czytali w mediach, opisywaną przy okazji premiery, historię panny Maier i jej zdjęć. Można sobie wyguglać, bo nie chcę tutaj robić streszczenia. Zaczyna się od wylicytowanego kontenera z pozostawionymi tam na przechowanie rzeczami, które okazują się ogromną ilością zdjęć i rolek filmów. Na zdjęciach są ludzie na ulicach Chicago. Zdjęcia są stare. Zdjęcia są dobrze kadrowane i ciekawe artystycznie. John Maloof, który to kupił zaczyna szukać ich autorki i wchodzi w totalnie dziwny świat.

Autorka tych zdjęć przez całe dorosłe życie była nianią. Nie miała własnej rodziny, ze swoją zerwała kontakty, nie miała dzieci, nie miała przyjaciół, nie miała znajomych, nie miała własnego życia. Jej życiem były rodziny z którymi mieszkała i aparat fotograficzny, którym cały czas nosiła zawieszony na szyi. I cały czas robiła nim zdjęcia.

Maloof dotarł do dzieci, dziś dorosłych, w mocno średnim wieku, ludzi którzy zetknęli się z Maier i z rozmów z nimi utkał historię kobiety, która tak naprawdę nie miała historii. Tylko setki tysięcy zdjęć. Kobiety, której nikt nie widział, ale która widziała wszystkich. Sam tytuł filmu bardziej mi się podoba w oryginale - "Finding Vivian Maier". Bo to nie tylko rzecz o szukaniu, bardziej o znalezieniu i to nawet nie w sensie dosłownym, ale tym drugim używanym w angielskim - film o poznawaniu kogoś, nabieraniu o nim opinii.

Ja patrzyłam na historię totalnie zamkniętej w sobie osoby, która wpadła w obsesyjne zbieranie rzeczy i obsesyjne robienie zdjęć. Jest taka opowieść w filmie o stosach gazet zalegających w pokoju niani, stosach które zajęły cały pokój, przez które drążyło się korytarze by dojść do łóżka. Jak można wywnioskować z poprzedniego wpisu, ja to doskonale czuję. Ten ból rozstawania się z każdym świstkiem. Czuję też to robienie zdjęć na granicy lub już będącym nerwicą natręctw. Ja tak miałam z pisaniem. Dzień nieopisany, to dzień który znika na zawsze w niepamięci. Nie mogłam znieść myśli, że jakiś dzień zaginie na zawsze, bezpowrotnie, stanie się białą plamą. Że nie będę w stanie ustalić co robiłam dwa lata, siedem miesięcy, trzy dni wcześniej, na przykład. Vivian miała tak ze zdjęciami. Nie mogła znieść myśli, że ten obraz który właśnie widzi, za moment zniknie. A nie uwieczniony zniknie na zawsze, bezpowrotnie.

Każdy z nas ma swoje dziwactwa, mikro nerwice. Są jednak ludzie, którzy wpadają w swoje totalnie, z poślizgiem, mają kończący się dopiero śmiercią przelot.

Widziałam też obcego na naszej planecie. I to też doskonale rozumiem. Była jak wystrzępiony skrawek zdjęcia wydarty z jednej gazety i wklejony w drugą. Jak postać z kliszy jednego filmu nałożona krzywo na kliszę innego. Jak Czerwony Kapturek wstawiony w bajkę o Kopciuszku. Zapewne była gdzieś planeta, na której mogłaby się poczuć swobodnie.

Pozostała bezbarwna, szara, wtopiona w tło, bezcielesna, a pozostawiła po sobie ogrom uchwyconych migawką chwil. Dzięki niej ci ludzie na zdjęciach nadal żyją, nadal trwają, nadal mają swoją młodość.

Niestety miało to swoją cenę, bo z wiekiem jej "niezlepialność" pogłębiała się. Dla otoczenia była dziwaczką, czasem niebezpieczną. Miała to szczęście, że jedni z jej wychowanków wynajęli dla niej mieszkanie, w którym została aż do śmierci.

Gdyby nie ciekawość pewnego młodego mężczyzny, który zamiast wywalić filmy do kosza, wywoła je Vivian Maier rozpłynęłaby się we mgle.

Na tym nie koniec historii. Wychodziłam z seansu przez boczne, ciemne drzwi i nagle kobieta idąca przede mną odwróciła się i zaczęła mi zarzucać, że dotknęłam jej ręki i czy za krocze też się zabiorę. Tak mruczała pod nosem. Aż mnie zatkało. A Vivian Maier chichotała za grobu.

wtorek, 16 sierpnia 2016
Ćwiczenia z rozstania

Podejrzewam, że kiedyś o tym pisałam, bo problem w moim życiu pojawia się cyklicznie. Trudno. Opisywać też będę chyba cyklicznie.

Czas bez dziecka nie spędzam na kompletnym obijaniu się. Wróciłam z pracy i zaczęłam redukować rzeczy dziecka. A to dla mnie trudna rzecz. I to nie dlatego, że to rzeczy dziecka. Każdy kto urodził w ostatniej dekadzie wie, ile przedmiotów można zgromadzić dookoła dziecka - zabawek, gazetek, malowanek, mini zabawek (jajka z niespodzianką, dodatki do gazetek, gadżety z fast foodów). To idzie w liczby trzycyfrowe. Można zgromadzić, jeśli się cyklicznie nie robi bezlitosnej czystki. Wiem, że gdybym to robiłam w obecności Wiertki, byłby płacz, prośba. Złamałabym się.

I tu będzie dygresja. Bo ja niestety, za bardzo przywiązuję się do przedmiotów. Nie wykluczone, że wzajemnie. W dzieciństwie miałam skłonność do antropormofizowania rzeczy. Zabawek, drobiazgów, długopisów nawet. Wszystko miało dla mnie swoją duszę i mogło cierpieć gdybym to zniszczyła, czy wyrzuciła. A co dopiero, gdyby wylądowało w koszu, na śmietniku, w barbarzyńskich rękach, które je zniszczą. Niestety, trochę z tego zostało mi na resztę życia. Ubrania, drobiazgi używałabym najchętniej dopóki się nie rozpadną. W czasach, gdy ze sklepów wylewają się nowe rzeczy, gdy to co się produkuje rozpada się zanim doniesiesz do domu, to kłopotliwe. Podobnie z zabawkami dziecka - każda ma jakąś historię, stoi za nią jakaś osoba, "jestem już na zawsze odpowiedzialna za zabawkę, która mnie pokochała" ;)

W pozbywaniu się rzeczy pomógł mi artykuł o Kondo Marie - jeszcze nie oszalałam, żeby kupować jej książkę. Powiedziała, żeby z każdą rzeczą się żegnać słowami, oddać jej szacunek i podziękować za wspólne chwile. Można się śmiać, ale mruczę coś takiego pod nosem i lepiej mi wyrzucać :)

Jednak chciałam poczekać aż dziecko wyjedzie.

Bo tu będzie kolejna dygresja. W dzieciństwie miałam żal do mamy, że tak łatwo pozbywała się rzeczy, które jej podarowałam - listów z kolonii, laurek z okazji Dnia Matki, mojego pierwszego pamiętnika (miałam 10 lat) - a czytała go z uznaniem, mojej pierwszej książki (miałam jakieś 9 lat), moich gazetek, jakie tworzyłam (z własnymi artykułami i przedrukami z książek :D ). To wszystko lądowało w koszu w ciągu roku. Trochę ją rozumiem - mieszkaliśmy we czwórkę w pokoju w kuchnią, łącznie jakieś 20 m kw. Trzeba było umieć pozbywać się rzeczy.

Rozpisałam się i na razie zakończę. Wczoraj z półtorej godziny. Dziś tyle samo - pozbywałam się rzeczy.

Mojemu mieszkaniu nadal daleko do tego, żeby przestało przypominać sklep "Wszystko za 5 zł".

poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Bezdzietna Matka

Dziecko pojechało wczoraj na wakacje z tatą. Czekałam na ten moment, a napięcie rosło skokowo :)

Bo moje dziecko jak zwykle dużo mówi, śpiewa, skacze, nawet bajki ogląda w dziwnym pozycjach zlatując z łóżka. A potem stwierdza:

- Jak dorosnę, będę jeszcze bardziej szalona.

Ktoś by pomyślał, że gra na tablecie ją wycisza. Gdzie tam. Komentuje na głos, to co robi. Ostatecznie śpiewa grając. A gdy już kompletnie ma być cicho - głośno nuci.

I pojechała, a mnie ta cisza niby cieszy, a jednak nie cieszy. Połowę dzisiejszego dnia przesiedziałam smętna i tęskniąca. Im moje dziecko jest starsze, tym bardziej czuję się z nią związana. Kiedyś jej nieobecność bardziej mnie cieszyła. Może potrzebuję trochę czasu? Żartuję, że moje macierzyństwo ma element "syndromu sztokholmskiego" :)

Do tego zamieniam się powoli w moją matkę, która wietrzyła wszędzie tragedię. Samochód się rozbije, pociąg wykolei, zgwałcą, pobiją, zabiją. Jak mnie to kiedyś irytowało. Teraz ja sama byłam niespokojna, czy bezpiecznie dojechali (ruszyli dziś rano). Odganiałam od siebie myśli o sobie pędzącej przez pół kraju do jakiegoś szpitala, albo co gorsza kostnicy. Coś kiepsko widzę swoją przyszłość jako matki :)

Dojechali bezpiecznie, bo po 17:00 Były zadzwonił z pytaniem dlaczego nie dałam dziecku sandałek. Czyli żyją. Pojechali w polskie góry, pogoda jest jaka jest. Uznałam, że "adidasy", kalosze i pantofelki z materiału wystarczą. Nie spodziewam się w Tatrach upałów.

Za to przeczytałam jednym ciągiem ponad 200 stron książki. Dawno nie miałam takiego "przelotu".

Tagi: córka życie
20:47, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 10 sierpnia 2016
Spis znajomych

Ponad rok temu zmieniłam aparat telefoniczny. Ze starszego typu na smartfon. Łączyło się to ze zmianą karty sim (z tym samy numerem). Poprzedni aparat był zepsuty, więc nie mogłam wyciągnąć z niego listy kontaktów. Na nowej karcie ich nie miałam. Część szybko na bieżąco zebrałam. Starą kartę włożyłam do jeszcze starszego aparatu - zaczęłam skrzynkę kontaktową przepisywać, ale znużyło mnie to przy literze B. Zostawiłam to na później. I gdy teraz do tego wróciłam, okazało się, że karta jest już zablokowana, coś jest nie tak. Nie da się wyciągnąć tej listy.

Zrobiło mi się smutno. Z drugiej strony. Jeśli przez prawie piętnaście miesięcy nie odczułam potrzeby wyciągnięcia czyjegoś numeru, to znaczy, że nie była to znajomość warta zapamiętania. Mam trochę kontaktów w smartfonie - tych, które były na bieżąco potrzebne. Z częścią ludzi mam kontakt przez Facebooka, maile, więc nie potrzebuję ich numerów telefonów. Gdzieś są stare kalendarze, notatniki z listą telefonów.

To taki test - masz tylko pięć minut, zanim twoja lista kontaktów zostanie zniszczona. Przepisz te najważniejsze, zanim znikną na zawsze. Od których zaczniesz?

Tagi: życie
20:49, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 sierpnia 2016
Nocne historie

Dziś miałam niespokojną noc. Jak to ja. A do pełni, czy nowiu daleko. Wczoraj, zmęczona, padłam po 22:00. Potem coś mi się widocznie śniło, bo jednocześnie obudził mnie dźwięk wywracanej na balkonie plastikowej butelki (stoją trzy do podlewania kwiatów) i jakiś głos, że próbują się wkraść. Ocknęłam się i usłyszałam kroki. Piętro wyżej ktoś głośno stąpał po pokoju. Chodził po nim pośpiesznie, od jednego krańca do drugiego, do trzeciego kąta, z powrotem do pierwszego krańca, jeszcze do trzeciego kąta, drugiego krańca i pierwszego. Mieszka tam małżeństwo 60+ i są cisi niczym myszki, o 22:00 wyłączają media i wylogowują się z dnia. Od siedmiu lat nie słyszałam by tak tupali. Teraz nie mam pojęcia, w oparciu o jakie logiczne przesłanki, ale uznałam, że to złodzieje i właśnie okradają mi sąsiadów. I w następnej sekundzie, tak się przeraziłam, że nie dałam rady ruszyć się. Bo ci złodzieje wdrapywali się przez mój balkon. Co oznacza, że będą przez niego zaraz wracać. Zaraz ich zobaczę za oknem. Półtora metra od mojej głowy. Ze strachu ścisnęło mi się serce i rozbolał brzuch. A oni chodzili i chodzili nade mną.

Koleżanka, której to opowiedziałam, zapytałam logicznie dlaczego nie zadzwoniłam na policję. Sama się sobie dziwię i nie za dobrze to o mnie świadczy. Bo co z tego, że się bałam. Co z tego, że byłam sama z dzieckiem w domu. Nie mam pojęcia dlaczego, uważałam, że jak zacznę gdzieś dzwonić, to piętro wyżej będzie słychać.

Dobra. Trwało to wieczność. Może kilka minut. Sięgnęłam po telefon, by sprawdzić godzinę. 23:50... I strach "mnie odleciał". Kto okrada mieszkania tuż przed północą? Połowa bloku jeszcze pewnie ogląda telewizję. I inna kwestia - kto włamując się, tak tupie? Stąpa się wtedy delikatnie.

Nie wiem, co robili moi sąsiedzi przed północą, ale stanowczo powinni trzymać się swoich wieloletnich nawyków.

A ja powinnam ponownie zacząć łykać końskie dawki magnezu, bo mój system nerwowy jest niczym plątanina kabli. Pół biedy zły sen i tkwienie pomiędzy snem, a jawą. Ale żeby jeszcze przez kilka minut leżeć ze strachu?

Tagi: życie sny
20:34, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 sierpnia 2016
Weekendowo

Jakiej pogody można spodziewać się w weekend, gdy w piątek jest 30 st? ;) Oczywiście, sobotniego deszczu. A na Otwartej Ząbkowskiej miały dziać się bardzo fajne rzeczy. Tylko, że niestety wszystkie pod gołym niebem. W końcu, po 15:00 nie mogłyśmy już wytrzymać w czterech ścianach i pod parasolką, w siąpiącym deszczyku przeszłyśmy się na spacer. Wiertce akurat deszczyk nie przeszkadzał. Biegała poza parasolką.

Pomysł wyjścia z domu był fajny, choć atmosfera była partyzancka. Po baldachimem, odważni kleili kolaże, a na scenie mieli swój Wieczór Improwizacji ludzie z Pana Wigwama. Z powodu pogody tłumów nie było, więc nasza garstka zainteresowanych siedziała pod daszkiem ogródkowego baru. 

Improwizacje polegały najpierw na odegraniu pewnej scenki i zdaniu się na publiczność, jak dalej ma potoczyć się historia. Po ocenie publiczności, dalej gra toczyła się właśnie improwizacją. Potem były scenki, historyjki robione pod hasła także rzucone z publiczności. Początkowo może ciężko było się w tym połapać, ale potem wciągało. Cała gra wymagała olbrzymiego refleksu, umiejętności błyskawicznego wymyślania ripost i poczucia humoru. Bo scenkę trzeba było stworzyć w sekundę, bez namawiania się, namyślania, rozdawania ról, czy tekstów. Na koniec była najciekawsza zabawa. Dwie osoby odgrywały scenkę i każda inna mogła w dowolnym momencie zatrzymać akcję, wejść w ustawienie ciała jednej z osób i zacząć kompletnie inną scenkę - np. wzniesione do góry ręce mogły być gestem w trakcie kazania, ale także podkreśleniem euforii. Wyzwanie dla drugiej osoby w parze, bo natychmiast musiała się przestawiać na inny dialog. Nie wiem, czy dobrze wyjaśniłam. To trzeba byłoby jednak zobaczyć. Osoby z publiczności mogły się dołączyć. Ja się nie odważyłam, ale zaciekawił mnie pomysł zajrzenia na ich warsztaty.

W międzyczasie, deszcz przestał padać, zaczęło się przejaśniać i po 17:00 rozpoczął się Salon Poetycki. Czytanie wierszy przez poetów, Turniej Jednego Wiersza z całkiem zacną nagrodą w wysokości 1000 zł. Spotkałam się z AsiąJot, która przyszła ze swoim wierszem. Poezja to energia kompletnie obca mojemu dziecku, więc marudziła żebyśmy wracały do domu, nudziła się. Po godzinie wyszłyśmy, by nie naciągać jej cierpliwości. A ja zaczynam się łamać, by w końcu w jakimś turnieju poetyckim wystąpić.

Niedziela to wizyta u rodziny. Przyjechała też moja daleka kuzynka z córką, obie chyba zobaczyłam po raz pierwszy. Poskładałam w głowie szczegóły drzewka geneologicznego i ustaliłam, że nasze babcie były siostrami i mamy wspólnych pradziadków. Na pożegnanie, powiedziała mi, że wyglądam dokładnie jak jedna jej kuzynka. Już się nie dopytywałam, czy także i moja. W tamtej okolicy, jak w większości wiosek do połowy XX wieku (zanim ludzie porozjeżdżali się do miast), rodziny były rozległe, łączyły się, tasowały, łączyły znowu. Może ja i owa kuzynka mamy twarz jakiejś kobiety, która nas łączy, ale która żyła dwa stulecia temu. Dlatego historia rodziny bywa dla mnie tak interesująca.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 95
Tagi