To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 20 kwietnia 2018
Raport blogowy

Piszę tak bardziej informacyjnie, co się zmienia.

Wolny, do niedawna czas, wykorzystałam na przeczytanie wszystkich moich wpisów i otagowanie ich. Lektura była fajna, bo wracałam do niektórych wydarzeń, spraw. Z tagami, niestety, nie posłuchałam "brzytwy Okhama" - "nie mnożyć bytów nad potrzebę" - i jest ich mnóstwo. Mam nadzieję, że jest to czytelne.

Jest to jeszcze plan w powijakach, ale powstaje blog literacki i profil na facebooku. Przeglądam moje teksty. Oczywiście, kiedy planowałam założenie takiego bloga, wydawały mi się znośne. Teraz są okropne :) Nie teraz, ale w dość bliskiej przyszłości pochwalę się.

Tagi: blog życie
20:35, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 18 kwietnia 2018
Bridget w wesołym miasteczku

Mam za sobą dzień pod napięciem :)

W okolicy przyjechało na tydzień wesołe miasteczko. Byłyśmy już tam w niedzielę. Wiertka wyciągnęła mnie na autodrom. Dawno temu pisałam, że nienawidzę go. W dzieciństwie i młodości nigdy nie wsiadłam do samochodzika. Zrobiłam to dopiero, jak miała dziecko, ale też okupowałam to stresem :) W niedzielę uznałam, że Wiertka może spróbować sama kierować, a ja posiedzę obok. To miało być niby mniej stresujące. Dziecko radziło sobie świetnie. Ja gorzej, bo ciągle chciałam jej wyrywać kierownicę, mówiłam żeby zwolniła, albo już skręcała. Teraz rozumiem dlaczego niektórzy kierowcy nie dają rady psychicznie być pasażerami :)

Dziś był dzień 50% obniżki cen za bilety. Wiertka chciała aż dwie rundki na autodromie. Trudno. Wytrzymam. Okazało się, że niekoniecznie. Znowu pozwoliłam jej prowadzić, nie wzięłam tylko pod uwagę, że dziś było więcej ludzi i pojawiła się grupa z zanikającego już zakresu gimnazjum. Wszyscy jeździli szybciej, obijali się o siebie. Wiertka jakoś wyrabiała, ale tym razem miała problemy z hamowaniem.  Ja miałam mocno obite nogi, nie widziałam czego się trzymać, okulary latały mi po twarzy. Aż w którymś momencie, zaliczyłyśmy dzwon, a moje okulary wyleciały do przodu i spadły na nawierzchnię autodromu jakiś półtora metra dalej. A samochody dalej jeździły... To były jedne z najgorszy sekund mojego życia. Widziałam jak jeden omija moje szkła o centymetry. Zapomniałam o klasie i godności, krzyczałam "Zatrzymajcie to!" po kilka razy. Na szczęście, koordynator na chwilę zatrzymał samochody i podał mi okulary. Najlepsze, że nikt w nie nie wjechał.

To jeden z tych momentów, kiedy dzieje się coś absurdalnego, jak z idiotycznej komedii, a ty nic nie możesz zrobić. I trzeba było jeździć dalej. Ja czekałam, kiedy się to wreszcie skończy, Wiertkę biedactwo bolał brzuch. Pocieszałam ją, żeby jechała spokojnie i zaraz wyjdziemy.

A jak wyszłam, to wymieniłam bilet na drugą kolejkę na inną atrakcję dla dziecka. Zapowiedziałam, że nigdy nie wsiądę w to naczynie demonów.

Potem stanęłam na trawie, uświadomiłam sobie, że ktoś mógł to nagrywać i za moment pół świata będzie miało ze mnie ubaw. I sama zaczęłam się głośno śmiać.

Tego dnia jeszcze zerwały mi się korale i rozsypały na trawie, a gdy zmywałam naczynią wieczorem, nóż rozciął mi palec.

Wszechświat zaserwował mi chyba ucięty łeb konia :)

poniedziałek, 16 kwietnia 2018
Warsztatowo

Ostatnia sobota przypomniała mi dawne czasy, przed narodzinami dziecka, gdy chodziłam na różne warsztaty. Tamte były psychologiczne, skierowane bardziej do poznawania siebie. Te były typowo konsultingowe i wszystkich innych uczestników już znałam. Na cały dzień, szkolenie miała cała moja firma. Niecałe czterdzieści osób, żaden tłum. Jak wspomniałam, nie są to szkolenia z umiejętności twardych - księgowość, sprzedaż (choć na takie też można wnioskować). Ich celem jest bardziej skonsolidowanie firmy od strony pracowników. Są raz w roku, za każdym razem z innego obszaru. Ostatnim razem, ludzie rozpoznawali swoje typy osobowości, łączyli się w osobowościowe grupy, albo próbowali współpracować z typem antagonistycznym. Minęło wiele miesięcy, a oni do dziś czasami tak się określają.

To nie jest miejsce, by zdawać szczegółowe sprawozdanie, ale niektóre zadania miały ustalić w grupach, jakie "przekonania", a tak naprawdę rzeczy przeszkadzają w funkcjonowaniu w firmie. Byliśmy podzieleni na grupy, a okazało się, że każda miała podobną listę. Inne zadania miały określić, w jakim zakresie - tu już siedzieliśmy działami - poszczególne grupy mają wpływ na obrót firmy. Można myśleć o tym różnie, ale plusem z tych dyskusji było przeświadczenie, że każdy pracownik ma wpływ na to, czy firma zarabia, czy nie. Jak finanse firmy pikują w dół, to w plecy dostają wszyscy. Sama dotąd miałam przekonanie (wynosząc doświadczenia z poprzednich miejsc pracy), że główny ciężar spoczywa jedynie na dziale sprzedaży, a cała reszta nie ma o tym, co się dzieje w finansach pojęcia. W tej firmie, wgląd w codzienny przychód ma każdy, trzeba tylko umieć wykorzystać odpowiednią funkcję w systemie. Większość wie, że ma na to bezpośredni wpływ, co znowu obaliło moje dotychczasowe przekonania, że tym przejmują się tylko działy sprzedaży, a wszystkie inne są jak dzieci - myślą, że pieniądze szef wyciąga ze ściany.

Inną sprawą jest, czy fajnie jest jako pracownik przejmować się tym, jak mogę wpłynąć na zwiększenie obrotu firmy, w której pracuję. Jeśli o tym miejscu myślę w kategoriach pracy na lata, długie lata, to ma jakiś sens. Jeśli to tylko krótki etap, to nie. Jeśli lubi się swoje miejsce pracy, to takie dyskusje nie przeszkadzają. Jeśli przychodzi się do pracy za karę (a poznałam mnóstwo takich ludzi), to będzie to wkurzające.

A po szkoleniu pojechaliśmy do knajpki, gdzie na koszt pracodawcy mogliśmy zjeść i napić się. I to był właśnie ten fajny moment, bo w ciągu tego wieczora poznałam lepiej ludzi z innych działów, mogłam sobie z nimi pogadać, stali się bardziej ludzcy. W dodatku, Były przysłał informację, że Wiertka zostanie u niego na noc, więc bawiłam się do późna. Lubię ludzi, lubię z nimi przebywać. Nie zawsze jest to wzajemne, ale nieustannie staram się tym nie przejmować. Inaczej dawno zamknęłabym się w domu.

W niedzielę byłam mało przytomna. Po obiedzie, wybrałam się z Wiertką do wesołego miasteczka, na plac zabaw. Dobrze, że będę mogła odebrać sobie dzień wolny.

Tagi: praca
19:37, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
piątek, 13 kwietnia 2018
Weekendowo - zalegle

Wspomnę, co porabiałyśmy w poprzedni weekend. Pogoda zrobiła się wreszcie wiosenna i energia ruszyła do przodu.

W sobotę, Wiertka była na warsztatach mydlarskich, sponsorowanych przez nasze osiedle. Zrobiła trochę mydełek do domu :) Ja w tym czasie, zrobiłam szybko zakupy, bo - będąc konsekwentną - skoro popieram zakaz handlu w niedzielę, to chcę mieć wszystko w szafkach. Sąsiadka zaproponowała, żeby jej i moja córka poszły do kina (są koleżankami z klasy), ona zasponsoruje bilety ze swojej karty pracowniczej, a ja je zaprowadzę i poczekam w holu. Dziewczyny weszły na salę w emocjach, bo to ich pierwsza taka samodzielna wyprawa, a ja kupiłam sobie kawę i poczytałam książkę na kanapie w holu. Potem przeszłyśmy się jeszcze we trzy na plac zabaw.

W niedzielę, już we dwie, pojechałyśmy w okolice mojej pracy, bo tam w jednym z centrów handlowych odbywała się impreza dla dzieci - spotkanie z Biedronką i Czarnym Kotem. Moja córka jest fanką tej bajki. Choć widziałam, że powoli robi się już za duża na takie atrakcje. Dekorowała babeczki, pograła w planszówkę, robiła rysunki, ale po ponad godzinie już chciała iść. Nie wróciłyśmy do domu, tylko pojechałyśmy w jeszcze inny kraniec miasta, na plac zabaw. Kiedyś znalazłyśmy go przypadkiem. Nie ma już dużo miejsc, gdzie 8-9 latka mogłaby się pobawić. Te osiedlowe place robią się już dla niej za nudne. A tam było sporo atrakcji także dla większych dzieci. Spędziłyśmy tam resztę dnia. Ona się bawiła, ja czytałam książkę.

Słońce robiło swoje. I w ten weekend widziałam, jak ludzie różnie reagują na słońce :) Pierwsza grupa, jak ja, była w długim rękawie, spodniach, miałam nawet kurtkę, ale niosłam ją na ramieniu. My widząc słońce za oknem, nie czujemy, że już nastał lipiec. O nie, to trzeba wybadać, obwąchać. Nie wiem, ile musi być stopni, od ilu dni być bardzo ciepło, żebym założyła krótki rękaw :) A druga grupa wyległa na ulice w podkoszulkach i szortach. Świeci słońce, 24 stopnie, gdzie moje klapki!? Nieważne, czy jest komfort termiczny, czy tak na prawdę chłodno. W roku mamy 99 dni ciepłych i nie można ani jednego przepuścić, nawet jeśli to nie jest jeden z nich.

Jak widać, oba dni weekendu były dość zabiegane. Nie mogę powiedzieć, żebym się przemęczała. Przeczytałam sporo książki. Żebym jednak wypoczęła, to też nie jestem pewna :)

Miałam wyjść dziś wieczorem, mam czas bez dziecka, na pewne przedstawienie, ale powinnam zbierać siły. Teraz czeka mnie zajęty dzień. W sobotę, cała moja firma ma warsztaty szkoleniowe, a po południu spotkanie integracyjne. Na szczęście, odbierzemy sobie tę sobotę jako dzień wolny w dowolnym terminie. Mimo to, czuję, że ten weekend będzie króciutki.

18:51, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 kwietnia 2018
Sieciowa blondynka

Serwisant od internetu mógł wreszcie przybyć w godzinach, kiedy jestem już po pracy. I tak, jak się obawiałam, ale zapewne na szczęście, problem rozwiązał w kilkanaście sekund. Nawet się za dobrze na krześle nie rozsiadł. Gdyby ktoś przez ostatnie lata zadał mi pytanie, ile kabli odchodzi od mojego routera, to bym nie miała pojęcia. Jeden. Może dwa. A jeśli siedem, to też możliwe. Okazało się, że skrzyneczka ma trzy kabelki, a jeden... wyleciał. Potwierdziłam wszystkie głupie kawały o blondynkach :) A sprawdzałam jeszcze, czy nic się nie obluzowało. Nie zauważyłam, że jeden zaplątał się pomiędzy biurkiem, a stołem obok. Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że kabli tam sporo. Zapewne, gdybym była uparta i wnikliwie podeszła do problemu, to pogrzebałabym w tej plątaninie i załapała, że z listwy wychodzi coś, czego końcówka nie jest w nic wbita :) Jak widać, nie stało mi wyobraźni :)

Wiem także dlaczego. Chwilę wcześniej prasowałam dziecku koszulę na dzień mundurkowy i szarpnęłam listwą. Wtedy kabelek musiał się wysunąć. Jak widać, prasowanie szkodzi.

19:44, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
wtorek, 10 kwietnia 2018
Bezsieciowa

Padł router od internetu. Serwisant może przybyć w godzinach mojej pracy. Może pod koniec tygodnia dotrze. Z telefonu ciężko się pisze dłuższe teksty, a w pracy sporo obowiązków.

Ale komentarze mogę czytać :)

20:10, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 05 kwietnia 2018
Sny przed pełnią

Pełnia była w ostatnią sobotę, jednak z wpisem zwlokło się do teraz.

Kiedyś co noc miałam wielowątkowe, skomplikowane, symboliczne sny. Odkąd urodziłam dziecko moje noce sobą przeważnie białe. Czasem to się zmienia. Przed pełnią właśnie. A jeszcze nałożył się na to hormonalny smutek.

I tak, w czwartek w kilku slajdach śniłam, że najpierw zwolnili mnie z aktualnej pracy. I czułam to co zwykle, rozpaczliwe odrzucenie. Jednocześnie, koleżanka z pracy negatywnie wypowiedziała się o moim zaangażowaniu w pracę. Wróciłam do domu, a na twarzy mojego dziecka pojawiły się najpierw krosty, potem białe bąble. Cała była tak pokryta. Za to w piątek śniłam o jakiś spotkaniach towarzyskich. Najważniejsze były ostatnie sceny snu - siedziałam w gabinecie lekarskim, a lekarz po obejrzeniu wyników badań, wypisywał mi skierowanie na oddział onkologiczny. Pytali się nawet z pielęgniarką, jaki szpital chcę wybrać :) A ja zastanawiałam się z którego będę miała najbliżej do pracy. Chyba już nie pamiętałam, co śniło mi się noc wcześniej :) Tak czekałam, jaki szpital w końcu wpisze pielęgniarka, aż się obudziłam. Chciałam nawet ponownie zasnąć, by dokończyć sen, ale przypomniało mi się, że to tak nie działa :)

Były to sny, po których budziłam się w emocjach.

Wydłubywała ta pierwsza wiosenna pełnia ze mnie lęki i obawy. Tak to traktuję. Nie jako proroctwa. 

W tym tygodniu świeci słońce i rośnie trawa :)

Tagi: sny
19:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Wiosenne święto

Szczerze przyznam, że w tym roku ta Wielkanoc wypadła niefortunnie. Jestem po pierwszym miesiącu pracy, pod wpływem emocji, stresu, napięcia związanego z nowymi, złożonymi obowiązkami, wchodzeniem w nową grupę towarzyską. Może po kimś to spływa, mnie jednak eksploatowało. Do tego kończy mi się cykl, owulacyjny, czyli kończy się dystymicznie.

Wiertka od czwartku do soboty w południe była u ojca, a ja po powrocie z pracy zamiast sprzątać, kładłam się do łóżka i niewiele już robiłam. W sobotę posprzątałam, ale nie nazwałabym tego porządkami świątecznymi - ogólnie, by było czysto. Nie porwałabym się na to, gdyby nie to, że na świąteczny poniedziałek zaprosiłam brata z rodziną. Nie organizuję nigdy świąt, nigdy nic nie piekę. Z mojego punktu widzenia, mam świetne życie, bo ja i świąteczne kolacje, czy śniadania, to jakaś trauma. Jednak, zauważyłam, że miło by było zaprosić do siebie rodzinę, choćby na jakiś świąteczny obiad. Brat chciał przyjechać po obiedzie na kawę i ciasto. Jeszcze lepiej. Ona sam także należy do osób, które zapraszają na kawę i ciasto :)

 

W niedzielny świt, obudziłam się, średnio zachwycona, bo jak tyle razy tu pisałam, dla mnie oglądanie wschodu słońca od strony dnia rozpoczynającego się, ścina krew w żyłach :) Jestem nietoperzem :) Ubrałam się, herbaty, dałam dziecku płatków z mlekiem. Wiertka już od poprzedniego dnia była w złym humorze, bo nie lubi rodzinnych spotkań. Nudzi się. Zobaczyłam jednak, że nie najlepiej wygląda. Różowe policzki, diamentowe oczy, trochę kaszlnęła i tego udać się nie da. Zadzwoniłam do taty i przeprosiłam, że nie przyjedziemy do dziadka na śniadanie wielkanocne. Jak już byłyśmy w domu, to przebrałam się w piżamę, znowu położyłam, przymknęłam oko i gdy otworzyłam była już 11:37. I tak wyglądała reszta dnia. To była najmilsza Wielkanoc od kilku lat :)

Dziś brat z dziećmi nie przyjechał, bo obawiał się, że mogą się zarazić. Podejrzewam, że też trzeci dzień leży na kanapie i regeneruje siły, bo jest ateistą i nie cierpi rodzinnych spędów.

Wiertka bawiła się w  różne zabawy, czasami wymagające papieru, kleju, nożyczek i pokój wygląda tak jakby nikt w nim nie sprzątał :)

Czuję, że bardzo wypoczęłam, nabrałam sił, odporności, optymizmu. Chyba by tak nie było, gdybym musiała coś upiec, nakroić i jeszcze odwiedzić ze dwie rodzinne destynacje. Zostawię to na resztę na kwietnia.

Miałam jeszcze coś napisać o kwestii życzeń świątecznych, ale to może innym razem.

Zapewne, gdyby tradycje chrześcijańskie były dla mnie duchowo ważne, to niemożność zasiadania przy prawdziwym wielkanocnym stole była by dla mnie przykra. A tak, było wiosennie.

Tagi: święta
16:31, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 marca 2018
Dziwna mama

Dziś krótka anegdotka z rejonów rodzicielstwa.

Odbierałam wczoraj Wiertkę ze świetlicy i usłyszałam od niej:

- A X (koleżanka z klasy) powiedziała, że jesteś dziwna.

Cóż, podejrzewałam, że taki dzień może nadejść i trochę się obawiałam. Nie czuję się taka zupełnie normalna jako rodzic, mamy nietypową rodzinę. Mogło się w końcu zdarzyć, że dzieci będą nas oceniać. Albo zrobią to rodzice, a dzieci słuchając, powtórzą. Nie jest to miłe, ale trzeba się na to przygotować. 

A moja córka dokończyła:

- Bo ona mówi, że ty jesteś taka miła i się uśmiechasz.

Teraz to całkowicie zrobiło mi się dziwnie :) Pomyślałam, że jakich dorosłych spotyka to dziecko :) Skomentowałam tylko, że szkoda, że tak odbiera wyraz bycia uprzejmym i dobrze wychowanym :)

18:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2018
Urodzinowo

Jak zawsze, piątego dnia wiosny, świętowałam swoje urodziny :)

No niekoniecznie zawsze piątego dnia, bo ta wiosna przychodzi z jednodniowym rozstrzałem. W tym roku nałożyło się to na zmianę czasu. Czułam się więc, jakby czas naprawdę przeskoczył o godzinę, a wraz z nim z chrzęstem, chrobotem, drganiem cały świat się przesunął. Czyli byłam taka trochę ospała i bardzo rozleniwiona. I choć miałam jakieś plany towarzyskie na niedzielne popołudnie, to zostałam w domu.

Szczególnie, że Wiertka chciała mi udekorować tort urodzinowy (ciasto kakaowe miałam upiec ja). Specjalnie dostała ode mnie pieniądze, poszła do sklepu, wybrała kilka rzeczy do dekoracji. Miałam nie widzieć ani zakupów, ani procesu dekorowania. Pełna niespodzianka. W międzyczasie, moja córka postanowiła, że chce także sama upiec ciasto. Od początku do końca. Walczyła we mnie gospodyni, co to wie lepiej i do wszystkiego ma rękę (dobry żarcik). W końcu zaryzykowałam i pozwoliłam jej na pieczenie. Obawiałam się, że nie będzie tego ciasta dało się jeść :)

Tak do końca, to neutralna nie byłam, bo kiedy Wiertka zebrała na blacie składniki podpowiedziałam, że jest jeszcze jeden kluczowy. Od razu widziała, że to mąka :) Ja zawsze piekę na jogurcie, ona uparła się, że zrobi na mleku. Sama wymieszała składniki malakserem, który niedawno podarowała nam kochana panirolki. Podejrzewam, że gadżet mocno zmotywował moje dziecko. W ostatniej chwili, przypomniałam sobie, że dodawałam jeszcze oleju do ciasta, więc mała też dodała.

A potem było oczekiwanie na upieczenie :) Z tym olejem coś było nie tak, bo w przeciwieństwie do moich ciast, nie wymieszał się, tylko bulgotał na powierzchni. Aż prawie zniknął. Moja wina, że o nim wspomniałam.

Ciasto miało niecały centymetr grubości, trochę wzgórków, bo bąbelki powietrza się pod nimi ukryły. Udekorowane wyglądało super - różyczki, trzy kolory i rodzaje posypki, esy floresy z mazaków i gdzieś tam ukryty napis z moim imieniem i wiekiem :)

W dodatku, ciasto było smaczne :) Suche, ale polewa lub lukier załatwiłyby sprawę. Jak na ośmiolatkę wyszło udane :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 120
Tagi