To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 22 listopada 2017
Z pnączy, kaktusów, lilii i cierpienia

Gdy wiele miesięcy temu, pojawiły się informacje o polskiej wystawie obrazów Fridy Kahlo i Diego Rivera od razu wiedziałam, że muszę pojechać do Poznania. Trzeba było się tylko uzbroić w cierpliwość i czekać. Potem życie pokazało, że trzeba się uzbroić i w inne rzeczy, a najdalej - na wydarzenie kulturalne - to mogę sobie do Wawra w Warszawie pojechać (o czym kiedyś będzie).

Niedawno okazało się, że wybiera się grupa moich koleżanek ze stowarzyszenia literackiego. Padł pomysł, by jechać samochodem w piątkę, a koszty rozłożą się na kilka osób, będzie taniej niż pociągiem. Podliczyłam i wyszło mi, że mogę zaryzykować. Jest szansa, że zmieszczę się w mniejszej kwocie. A potem, dziewczyny zadzwoniły i zaprosiły mnie na ten wyjazd, pokryją za mnie wszystkie koszty. Taki wcześniejszy prezent urodzinowy. Już im podziękowałam, ale dziękuję także teraz :)

Wyjazd opisuję dopiero teraz, bo trochę czasu upłynęło.

Ruszyłyśmy wczesny rankiem, ale nie tak o świcie. Choć w listopadzie świt bywa o zwodniczo późnej godzinie. Cztery godziny jazdy w jedną stronę, bo jechałyśmy dla przyjemności, nie bicia rekordu.

I wreszcie zamek w Poznaniu. Wystawa rozłożona była w czterech salach. Gdyby opierała się tylko na obrazach Fridy i Diego, byłoby ciężko, bo nie było ich aż takiej zawrotnej ilości. Pomysł na rozszerzenie tematu był ciekawy - w drugiej sali ekspozycję poświęcono zdjęciom Bernice Kolko, w kolejnej Fanny Rabel, a w ostatnia poświęcona była wspomnieniu wystawy sztuki meksykańskiej w Warszawie, w 1955 roku.

Najpierw Frida i Diego.  Gusta bywają różne. Diego Rivierze nie można odmówić talentu, doskonałego warsztatu malarskiego, zapału i ognia. Jednak dla mnie to były tylko obrazy. Po prostu obrazy.

Za to obrazy Fridy Kahlo... Można było stać przy każdym po kilka minut i analizować element po elemencie. Wypływające z emocji, uczuć, psychiki są bardziej opowieściami z krainy snów, ciemności. Jak wiersze, albo smutne piosenki.  I nawet, gdy to opisuję, to mam wrażenie, że opisuję płasko. To trzeba obejrzeć - jeśli nie osobiście, to reprodukcje w internecie.

Można było także obejrzeć urywki filmów (artystycznych, a może tylko codziennych), na których byli Frida, Diego, Trocki. Byłam zaskoczona, bo o ile na zdjęciach (także były na wystawie) Frida przedstawia się posągowo, lekko demonicznie, to na filmach, jako osoba w ruchu, interakcji była urocza, dziewczęca, lekko frywolna i przestaję się dziwić, że mogła uwieść nawet kobietę.

Oraz taka dygresja żartobliwa - Frida Kahlo jest jedyną kobietą, której świat wybaczył gęste, czarne zarośnięte brwi i wąsik nad ustami :)

Dalsza część wystawy. Zdjęcia Bernice Kolko, to Meksyk połowy lat 50tych XX wieku, ostatnie chwile życia Fridy. Ten Meksyk etniczny, wiejski, biedny. Pomimo tego, że zdjęcia są czarno-białe, to gra światła, cieni sprawia, że to nadal interesująca, soczysta kraina. Kolko pokazuje, że można krainę, której największym atutem są fajerwerki słońca i kolorów, pokazać w czerni i bieli tak, że nadal jest fascynująca.

Fanny Rabel była Żydówką urodzoną w Lublinie, której rodzina przed II wojną światową wyemigrowała do Meksyku. Była jednym z uczniów Fridy. Mojej koleżance jej obrazy i szkice podobały się bardziej niż te Fridy. Dla mnie były próbą połączenia europejskiego postrzegania świata okiem i rozumem z magią Meksyku. Jednak bardziej kocham Fridę.

Oraz ostatnia sala i chyba najzabawniejszy akcent. W 1955 roku meksykańscy artyści i ich prace zostali zaproszeni do Warszawy, na wystawę w Zachęcie. Zapewne, gdyby nie meksykańskie zapędy komunistyczne, to polski robotnik nigdy by się z ich sztuką nie zapoznał :) Dziś mogliśmy zobaczyć część tych prac oraz ogromne zdjęcie obrazu Fridy Kahlo, który został wysłany na tę wystawę - "Zraniony stół". Z tym obrazem wiąże się sensacyjna historia. Obraz na wystawę dotarł, ale do Meksyku nigdy nie wrócił. Wieść niesie, że ekspozycja pojechała dalej do Moskwy, a tam płótno zaginęło. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Prawdopodobnie wisi w salonie jakiegoś byłego, radzieckiego oficjela, albo już u któregoś z nowych rosyjskich bogaczy. A może ktoś ukrył go w ciemnej piwnicy i każdy z nas nadal ma szansę nadal go odnaleźć :) Ciekawe jest dla mnie, jaki był klucz wybrania właśnie tego obrazu, bo w tamtych czasach Frida nie była przecież otaczana w Europie takim kultem.

Dlaczego ta wystawa - z 1955 roku - wydała mi się zabawnym akcentem? W gablocie można było się zapoznać wycinkami prasowymi, recenzjami z wystawy. Zanurzyłam się w ten socrealistyczny język i żałuję, że nie robiłam zdjęć. W jednym z tekstów autor wspomina spacerującego po sali robotnika w zabrudzonym smarem fartuchu. Inny, w innej recenzji, daje przepis na prawdziwą sztukę - zaangażowaną w ojczyznę, miłość do niej, gotowość w przelanie dla niej krwi. Żałuję, że trawestuję, bo oryginał był piękny. Ta poetyka przypomniała mi... dzisiejsze materiały prasowe. Już jakiś czas temu, zauważyłam, że pewne media mówiąc językiem łudząco podobnym do tego z okresu stalinowskiego. Taka ojczyźniania nowomowa. Druga strona, ta opozycyjna, dłużna nie jest. Może się okazać, że za kilka dekad, nasze wnuki będą z rozbawieniem czytać nasze wpisy na facebooku o "czarnych marszach", protestach. Uznają ten język za sztywny, napuszony w swojej waleczności. 

Może to język emocji, uczuć potrafi przetrwać lata. Nie zarykuję stwierdzenia, że się nigdy nie starzeje, bo zaraz ktoś mi doradzi lekturę "Cierpień młodego Wertera" ;)

Obiad zjadłyśmy przed wejściem na wystawę. Po wystawie była kawa i deser :) I wreszcie trzeba było zbierać się do powrotu.

Kolejne cztery godziny w samochodzie, ale tym razem w ciemnościach. Warunki wymagały podtrzymania naszej kierowcy w stanie gotowości i ożywienia, więc przez całą drogę prowadziłyśmy gorące rozmowy i dyskusje. Jednak, jak to się pisze - nie na bloga, ale "out of record" ;)

W domu byłam po 22:00 i padłam.

Jeszcze raz, bardzo dziękuję :)

poniedziałek, 20 listopada 2017
Pewne zdania mają swój czas

Żeby nie było tak ciągle smutno, będzie teraz trochę refleksyjnie. Rzucę trzema bardzo fajnymi cytatami. Tak się jakoś składa, że wszystkie są z "Córki Nastawiacza Kości" Amy Tan. Kiedyś, czytając książkę, często wypisywałam różne cytaty. Mam tego w pliku kilkadziesiąt kartek. Teraz, z perspektywy czasu, przeglądając większość, zastanawiam się, co takiego interesującego w części widziałam. Pewne zdania mają swój czas, potem przemijają.

Teraz przemawiały do mnie poniższe urywki. Każdy z nich mógłby być początkiem jakiejś rozprawki filozoficznej.

 

Gdy rozciera się tusz kamieniem, zmienia się jego charakter, z nieugiętego w uległy, z pojedynczej twardej formy powstaje wiele ulotnych form. Ale kiedy naniesiecie tusz na papier, znów staje się bezwzględny. Nie możecie go już zmienić.

 

Jest bardzo bogata, ale skąpa. Zostawia sobie na potem wszystko, co wydaje jej się za dobre, by od razu zjeść - owoce, czekoladki, orzechy nerkowca. Kładzie te smakołyki na lodówce, a kiedy zgniją i nie da się ich już jeść, wkłada je sobie do ust i mówi: Czemu wszyscy twierdzą, że to takie dobre? Co w tym dobrego?


Biegłość to umiejętność rysowania tej samej rzeczy taką samą kreską, z taką samą siłą w takim samym rytmie i z taką samą wiernością. Taki rodzaj piękna jest zwykły. [...]
Drugi poziom. Coś więcej niż zwykła wprawa. Piękno tego malunku jest wyjątkowe. Mimo, że jest prostszy, z mniej widoczną wstęgą i o bardziej zaznaczonych liściach. Oddaje siłę i osamotnienie [...]
Trzeci poziom to Boski. Tu liście są cieniem poruszanym przez niewidzialny wiatr, a źdźbło istnieje przede wszystkim dzięki sugestii. [...]
Czwarty poziom [...] Możemy go wyczuć tylko wówczas, gdy nie staramy się tego robić. Pojawia się bez przyczyny, bez pragnienia, bez znajomości skutków. Jest czysty. [...]
Kai Jing długo milczał.
- Czwarty poziom nazywa się Bez Wysiłku. - powiedział wreszcie. Schował książeczkę do kieszeni i popatrzył na mnie w zamyśleniu. - Ostatnio czuję piękno Bez Wysiłku we wszystkim - rzekł. - A ty?
- Tak samo. - powiedziałam i zaczęłam płakać.

Oboje wiedzieliśmy bowiem, że mówimy o tym, że można się zakochać bez wysiłku, niezależnie od własnej woli, jak gdybyśmy byli dwoma bambusowymi źdźbłami, które przez kaprys wiatru nachyliły się ku sobie.

niedziela, 19 listopada 2017
Szkolne potyczki

Ta wywiadówka szkolna była już ponad tydzień wcześniej, ale mogę na spokojnie opisać ją teraz.

W dawnych czasach, rodzic wracający z wywiadówki ze złymi wieściami, ściągał pasek i lał dziecko w tyłek. Ja sobie prawie popłakałam. Bo to się wszystko tak nawarstwia. I jestem z tym sama, gdy w normalnej rodzinie rodziców jest dwoje.

Wśród tradycyjnego narzekania na moje dziecko, pani wychowawczyni stworzyła nawet specjalny zeszyt, w którym, zapisuje wybryki mojej córki. Oświadczyła, że niektórzy rodzice zaczynają się już dopytywać, co się dzieje na lekcjach. Wiertka rozprasza inne dzieci, ma ataki płaczu, trwające czasem lekcję, dwie. Nauczycielka powiedziała, że powoli już nie wie, jak postępować z moim dzieckiem i będzie chciała się spotkać z dyrektorką w tej sprawie.

Najlepszym wyjściem byłoby ustanowienie nauczyciela wspomagającego dla Wiertki (to nie jest klasa integracyjna), albo nauczanie indywidualne (od tego roku może się odbywać tylko w domu). Albo po prostu powtórzenie III klasy w innej szkole, w klasie integracyjnej. I wtedy musiałabym mieć nadzieję, że tam nauczyciel też już po miesiącu nie miałby mojej córki dość. Według wychowawczyni, Wiertka z takim zachowaniem i takim traktowaniem nauczyciela, nie przejdzie IV klasy. I tu się zgodzę.

Co ja mam powiedzieć wychowawczyni, kobiecie po 60tce, pedagogowi z czterema dekadami doświadczenia - że według mnie, wykształcenie pedagogiczne powinno dać jakieś kompetencje, umiejętności do wypracowania autorytetu u dziecka? Z tych wszystkich zarzutów, jedynie ta niestabilność emocjonalna Wiertki jest dla mnie poważnym problemem. Nie wiem, co można by było z tym zrobić? Czasami, z jakiegoś powodu, bo coś się nie uda, ktoś jej coś zrobi, mała wybucha płaczem i nakręca się. Etap wyjącego psa, jęczenia zintensyfikował się. Trudno to zatrzymać. Ja w domu, z kamiennym spokojem to ignoruję, proszę by się uspokoiła. Sama mam czasami tego serdecznie dość. Rozumiem, że prowadzenie lekcji w klasie, gdy jedno dziecko sobie wyje, jest prawie niemożliwe. A w takich chwilach, do Wiertki nic nie dociera. Pod tym względem jest emocjonalnie na etapie przedszkolaka.

Jestem załamana. Jakby nie dość, że moje życie to jakaś wędrówka od porażki do porażki, to nie potrafiłam nawet zwyczajnego dziecka urodzić. Nie mieści w standardach edukacyjnych. Jeśli nie stresuję się pracą, to stresuję się myślami, co będzie z moim dzieckiem.

Rozmowy z Wiertką nie pomagają. Spływa po niej. Idzie następnego dnia do szkoły i robi to samo.

Tagi: córka życie
17:40, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 16 listopada 2017
Raport macierzyński

Na razie będę miała chwilę na odetchnięcie.

W następny czwartek, Wiertka będzie miała badanie słuchu na oddziale laryngologicznym. Już w tamtym miesiącu byłyśmy na wizycie i miała możliwość bycia przebadaną, ale okazało się, że ma katar. A to dyskwalifikuje. W życiu bym nie powiedziała, że ma katar. Może coś tam furkotało na dnie nosa. Jak widać, nie za bardzo potrafię zdiagnozować własne dziecko. Ona niestety, ma z tym problem non stop. Laryngolog powiedział, że jeśli nie uda jej się z tego wyleczyć, to będzie się zastanawiał skąd u niej chroniczne kłopoty z nosem.

Postanowiłam skorzystać z tego faktu. Poszłam z małą dziś do pediatry. Opowiedziałam jak wygląda sytuacja i nawet nie musiałam prosić. Lekarka od razu odrzekła, że dziecko musi zostać w domu, co najwyżej wychodzić na spacer. Żadnych sklepów, supermarketów, wycieczek, skupisk ludzkich. Dostałam zwolnienie lekarskie do końca następnego tygodnia. Zapłacę za to bawieniem się z moim dzieckiem ;) 

Tagi: córka życie
13:47, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 12 listopada 2017
Weekendowo - azjatycko

W ten weekend, razem z Wiertką zawitałyśmy na Festiwal Kultury Japońskiej. Widziałam jak zainteresowała ją książka o Japonii i tamtejszej kuchni. Dlatego zapisałam nas na dwa warsztaty kulinarne. W ramach festiwalu były także koncerty i wykłady, ale moja córka uznaje to za nudę i jest zdziwiona, że mnie może coś takiego interesować. Zacytuję ją:

- Jak mogłaś urodzić takie przeciwne dziecko.

Wracając do warsztatów. W piątek wieczorem pojechałyśmy uczyć się robienia temari suchi. Robi się je prosto i szybko. Nawet ja jestem w stanie ogarnąć sprawę. Wiertka tym bardziej. Na folię spożywczą nakłada się dodatek, na to kulkę z ryżu i całość zawija się, formuje dłońmi w zwartą kulkę i odwinięte kładzie na talerzu. Talerz podlewa się odrobiną sosu sojowego, a na każdą kulkę daje odrobinę wasabi. Moje kulki nie były tak idealne i piękne jak innych, ale też dawały radę. Wiertka, z dodatków uznawała tylko ogórka i kawałki omletu. Odmawiała jedzenia tuńczyka, łososia, grzybków mun, czy paluszków krabowych. Jadła sam ryż :) Za to robiła kulki z dodatkami dla mnie. Trzeba przyznać, że się objadłam. 

W sobotę rano, miałyśmy spotkanie związane z robieniem japońskich słodyczy - wagashi. Ten rodzaj akurat składał się z masy zrobionej z pasty z białej fasoli, mąki ryżanej i ogromnej ilości cukru oraz nadzienia z pasty z fasoli adzuki, także z ogromną ilością cukru. Wydawało mi się, że lubię słodycze, ale wzięłam do ust kilkumilimetrową kulkę i jej słodycz powaliła mnie na długo. Te słodycze jada się do ceremonii herbaty, więc może z jej goryczą dobrze współgrają. Robiliśmy dwa wagashi - jedno w kształcie liścia klonu, drugie w kształcie japońskiej chryzantemy. Masę trzeba było uformować dłońmi (przed oboma warsztatami, uczestnicy umyli porządnie ręce), zamknąć w niej kulkę z nadzienia, potem ulepić w odpowiedni kształt, wyrysować nerwy liścia, czy płatki. Wszystko to miało swoją określoną kolejność, odpowiedni ruch dłońmi. Jak to w świecie japońskim - nie liczy się efekt końcowy, ale cała ceremonia, która do niego prowadzi.

Każda z nas zrobiła po dwa wagashi. Ja nie dałabym rady zjeść takiej morderczej ilości cukru, ale dla Wiertki nie było to przeszkodą. Początkowo, chciała zostawić trochę na poniedziałek i pochwalić się dzieciom w klasie, ale w końcu zjadła wszystko. Nie wiem, czy jej któryś składnik nie zaszkodził, bo już drugi dzień często odwiedza toaletę. Brzuch ją nie boli, tylko lekkie rozwolnienie. Mam nadzieję, że jej przejdzie.

środa, 08 listopada 2017
Lubię lody

Wpis z gatunku lekkich, ale także refleksyjnych.

 

W ramach akcji unikania przez moje dziecko wgapiania się w media elektroniczne (ta nadpobudliwość), jako kompromis zgodziłam się, by słuchała sobie stacji muzycznych. Nawet nie patrzy w telewizor, ale w tle leci muzyka. Cisza dla mojej córki jest zbyt straszna. Kłopot w tym, że aktualnie ulubionym gatunkiem mojego dziecka jest disco-polo. Dziecko kocha się i akceptuje, takie jakie jest. Wiertka moją muzykę uznaje z góry za kiepską. To już powoli ten etap. Być może skoczność, rytm, ludyczność disco-polo świetnie współgra z temperamentem małej.

Okazał się jednak, że nie przypadły jej do gustu słowa piosenek. Bo to głównie o kobietach, miłości. Nudne to.

Dygresja. Rzucę czasem okiem na ekran i zaskoczył mnie szczególnie jeden przebój, gdzie podmiot liryczny ustami piosenkarza śpiewając „żono moja”, wyznaje owej żonie miłość, oddanie i wszystkie inne dobra, przymioty. Tyle, że wyśpiewuje to wszystko w otoczeniu wijących się młodych, zgrabnych blondynek. Biorąc pod uwagę, że podmiot liryczny zwraca się bezpośrednio do owej żony, żadna z dziewcząt obok nią nie jest. To musi być bardzo wyrozumiała żona.

Wracając do warstwy tekstowej, Wiertka zapytana o ciekawsze tematy przebojów, podała dzieci, słodycze. Lody na przykład. I zaczęła śpiewać piosenkę o lodach – że są cudowne, smaczne, świetne, truskawkowe, czekoladowe to najbardziej. I to wszystko pod melodię ostatnio lecącej piosenki disco-polo. Czyli skocznie, ludycznie, przaśnie. Nie da się ukryć, czyli mocno dwuznacznie. Wyobraziłam sobie, że ma to potencjał na przebój śpiewany na weselach, ale już nad ranem, gdy wszyscy są tak pijani, że nawet obleśny wujo Kazimierz wydaje się zabawny. Wtedy „Cztery razy po dwa razy, osiem razy raz po raz”, to już nie piosenka o działaniach matematycznych.

Wolałabym, żeby moje dziecko nie wyśpiewywało publicznie takich rzeczy. Poprosiłam ją ze śmiechem, by o lodach nie śpiewała. Logicznie zapytała dlaczego. I tu odpowiedzi odpowiedniej do jej wieku nie znalazłam.

Ktoś ma pomysł, jak by to wytłumaczyć?

Czy tylko ja mam zboczone konotacje? ;)

Panowie też mogą komentować, a nie tylko zaglądać i podczytywać ;)

 

Tagi: córka życie
14:50, bezcielesna
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 06 listopada 2017
Splątane matki i córki

Nie pisałam, bo czytałam. Pochłonęłam dwie powieści pod rząd. Siedziałam i czytałam, dziecko chciało się bawić, więc pocieszałam je, że jeszcze tylko do końca strony, rozdziału, z wanny wyjść nie mogłam, bo szkoda mi było urwać w środku akcji. A jak kończył się rozdział, to tak tylko na chwilę, na sekundę, rzucałam okiem na pierwsze zdania kolejnego i leciało dalej. Mam tak czasami.

 

A wciągnęły mnie tak powieści Amy Tan :) Żadna to nowość literacka, ale polecam. Kiedyś na zajęcia czytałam jej „Klub Radości i Szczęścia” i także bardzo mi się podobał. Teraz płynęłam na „Sto tajemnych zmysłów” i „Córce Nastawiacza Kości”. Zapewne powieści Amy Tan nie różniłyby się aż tak bardzo do wielu obyczajowych, pisanych przez amerykańskich pisarzy. Oczywiście, bardziej cenione są te męskie – np. Johna Irvinga. To te same historie, tyle, że u niego pokazuje się poprzez bohatera świat męski, a u Tan świat kobiet. A chyba nadal chętniej czytelnicy, bez względu na płeć sięgają po opowieści o męskim świecie, gdy o świecie kobiet chcą czytać głównie kobiety i to też tylko niektóre. Bo kobiecie to babskie. Pewnie będzie o miłości, uczuciach i łzawo.

I zapewne świat kobiet u Amy Tan tak by mnie nie wciągnął, nie wessał, nie wzruszył. Gdyby nie fakt, że autorka jest pochodzenia chińskiego i Chiny, ich kultura są w jej powieściach bardzo ważne. We wszystkich jej książkach głównym tłem jest zderzenie dwóch pokoleń – matek pochodzących z Chin, wychowanych w tamtejszej biedzie i kulturze oraz córek urodzonych już w Stanach Zjednoczonych, zanurzonych głęboko w zdobyczach świata zachodniego. Matki mają swoje tajemnice, traumy, ukryte głęboko straszne wspomnienia. Córki mają swój zwyczajny, poukładany świat. Przeszłość matek wpływa na ich trudne relacje z dziećmi.

Podoba mi się także moment zawiązywania akcji. Główne bohaterki to kobiety czterdziestoletnie, ich matki są po siedemdziesiątce. To specyficzny moment w życiu. Wahadło energii zaczyna się przechylać.  Córka jest w pełni dojrzałości, matka zaczyna słabnąć i milimetr po milimetrze robi się słaba niczym dziecko. Teraz to ona zaczyna być zależna. Chce także opowiedzieć wszystko, co tkwi cierniem w jej pamięci, bo może to jest ostatnia szansa.

Wracam jednak do kultury Chin. W powieściach Amy Tan najpiękniejsze są retrospekcje opisujące dzieciństwo, młodość matek. Opisywany plastycznie, kolorowo świat, przyroda, kultura Chin z pierwszych dekad XX wieku. Świat i kultura czasem okrutne. Od tego nie mogłam się oderwać. Jak stare, egzotyczne baśnie. Szczególnie, że Tan opisuje też świat duchów, demonów, pozazmysłowy. Ciekawie wykorzystuje tradycyjne chińskie wierzenia. Trochę jakby się człowiek znalazł na planie „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” (byłam swego czasu w kinie i wyszłam oczarowana i spłakana ;) ), a  okrucieństwo, bezwzględność duchów sprawia, że atmosfera robi się trochę niczym z filmów Davida Lyncha. Może to realne, może to rozgrywa się tylko w głowach, wyobraźni prostych chińczyków. Ważne, że mocno wpływa na akcję powieści.

Losy babek plączą losy matek. Te przekazują dalej, zamienione w kamień, swoje cierpienie córkom. Dopiero powieściowe córki próbują rozwikłać rodzinne supły, przerwać łańcuch fatum. Czytając tak sama się zastanawiałam się, ilu dziwnych, tajemniczych, niekiedy tragicznych historii rodzinnych nie poznamy. Zostały zamknięte w trumnach z naszymi zmarłymi krewnymi. Jednak efekty tych historii ciągle w nas grają, wędrują dalej rodziną. I z drugiej strony – ile naszych smutnych doświadczeń zostanie zamkniętych tylko w naszych wspomnieniach, a nasze dzieci nigdy ich nie poznają. Nigdy nie zrozumieją do końca dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.

 

czwartek, 02 listopada 2017
Wichrowe pola

Pamiętacie "Wichrowe wzgórza" Emily Brontë, gdzie atmosferę dzikości bohaterów, namiętności pomiędzy nimi podkreślały nie tylko wrzosowiska, ale także wiatr. Gdzie dusza umęczonej Kathy tłukła się razem z gałęziami do okien - w wyobraźni Heathcliffa. Pamiętacie "Czekoladę" Joanne Harris, gdzie Vianne z córką wędruje z wiatrem z jednego miejsca do drugiego. Gdzie zaczyna mocniej wiać pewien określony wiatr, a w niej rodzi się niepokój, potrzeba ruszenia do przodu. 

To piękne zespolenie ludzkich emocji, pragnień oraz żywiołu przyrody. Takie literackie. Pisarze mają prawo wymyślać takie rzeczy. Czy w takim razie, zdarza się to na prawdę?

Jednak mamy w Polsce coś takiego jak wiatr halny, który także ma wpływ na ludzką psychikę. Nerwowość, napięcie, smutek, przymus redukowania ich alkoholem, czasem fala samobójstw. Zapewne jest dyskusyjne, czy są na to wystarczające dowody naukowe. Coś musi dziać się wtedy z ciśnieniem.

A po sobie doskonale wiem, że ciśnienie może mieć wpływ na ludzkie emocje. Gdy zmieniają się fronty pogody, ciśnienie gwałtownie idzie w górę, odczuwam ucisk w czaszce, niekiedy ból głowy. Kiedy ciśnienie gwałtownie spada w dół, czuję ogromne przygnębienie, smutek, pragnienie zwinięcia się w kłębek. Coś w środku mnie obsuwa się w dół. Oczywiście, musi to też korelować z dniem hormonalnym, czy aktualnymi stresami życiowymi. Wtedy to wszystko razem gra, jak smutna orkiestra.

To już jest na granicy prawdopodobieństwa, ale ja nawet czuję działanie halnego, choć mieszkam w Polsce centralnej.

Wolałam mieszkać na wysokim piętrze, bo szumiące za oknem gałęzie drzew wzbudzały mój niepokój. Nieracjonalnie, bez przyczyny, ale wzbudzały obawę przed czymś. W czasie pełni, czy nowiu księżyca mam bezsenne noce. Zawsze mnie budzi jego widok za oknem, choć od kilku lat śpię twarzą przeciwnie od okna. Wybudzam się, odwracam się i widzę go.

W poniedziałek, po mojej dzielnicy mocno szumiał orkan Grzegorz. Wiatr wył, tłukł się pomiędzy blokami, gałęzie szarpały się. A ja czułam się tak fatalnie, że płakałam. Dobrze, że miałam dzień wolny i zaszyłam się pod kocem. Miałam w planach odwiedzić wszystkie rodzinne cmentarze, ale nie dałam rady. Nie dlatego, że to męczące, ale dlatego, że bliskość miejsca związanego ze śmiercią mnie przerażała. We wtorek przeszło.

Nie wiem, czy to tylko poprzestawiane w głowie mam :) Może są jeszcze osoby, na które wiatr działa podobnie :) Odpukać, do teraz mam ciało nie zdarte, wszystko zdrowe, kręgosłup powykrzywiany, ale nie dający o sobie znać, wyniki badań prawie idealne. Choć obawiam się, że przez te wszystkie stresy życiowe i moje nadmierne ich przeżywanie, hoduje sobie powoli jakiegoś raka - pojawi się za wiele lat, gdy życie się ustabilizuje, uspokoi i uznam, że teraz mogę wreszcie pięknie żyć. Silna skorupa ciała, ale w środku kołacze wiatr. Inni mają zapewne odwrotnie.

Tagi: wiatr życie
11:09, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
wtorek, 31 października 2017
Dzień szczeliny

We wszystkich kulturach, nie napiszę, że we wszystkich kulturach świata, bo są miejsca, gdzie w listopadzie jest piękna pogoda - czas pomiędzy październikiem, a listopadem, gdy przyroda ostatecznie zwija się do środka i zasypia, ten czas uznawany jest za szczelinę, przez którą mogą wejść na chwilę duchy zmarłych.

Kiedyś Dziady, potem Zaduszki, gdzieniegdzie Halloween.

I tylko w Polsce problem ideologiczny :)

Wydaje mi się, że jeszcze kilka lat temu nie było na tym punkcie takiego napięcia. Moje pokolenie, które Halloween znało z filmów amerykańskich, patrzyło na medialny i sklepowy szum z dystansem, jak na zabawę. Dla mnie, jak na zabawę dla dzieci. Zabawę importowaną z innej kultury, po to by sklepy, kawiarnie, cukiernie mogły zarobić. 

Teraz szkoły próbują wymyślić konkurencyjne bale wszystkich świętych i tylko ktoś przytomny wspomniał ostatnio, że jak przebrać dziecko - za zjedzone przez lwa, spalonego żywcem, obdartego ze skóry ;) A niektórzy, protestującym przeciw tym pomysłom szkolnym zaczynają z wiedźm, kościotrupów robić swój własny oręż w przekonaniu, że to jest właśnie lepsze.

Jakby szkoła nie mogła się zająć po prostu programem nauczania, tradycją, a nie komercyjnymi świętami lub konkurowaniem z nimi. 

Nie będę walczyć z tym, że Halloween jest dla mojego dziecka zabawne. W sobotę była, w jednej z kawiarni, na zabawie dla dzieci. Być może kiedyś z tego wyrośnie.

Byłam zaskoczona, ale Wiertka miała wczoraj w szkole lekcję o Halloween. Wychowawczyni opowiedziała im krótko o korzeniach tej tradycji. Jednak nie oczekiwałam tego od szkoły.

11:14, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 października 2017
O aparacie ortodontycznym

Postaram się pisać dziś lekko, by nie było takiego skomasowania nieszczęść :)

Dwa tygodnie temu poszłam na fajny wykład (jeszcze go opiszę), a Wiertkę zostawiłam z jej ojcem. To był czas, gdy miałam zszarpane nerwy myślami o mojej przyszłości pracowniczej (nie napiszę zawodowej, bo to byłoby nadużycie), ciężko myślałam. Następnego dnia wysłałam Małą do szkoły, potem zajęcia korekcyjne, potem na weekend pojechała do taty. I nagle, w niedzielę wieczorem zorientowałam się, że nie wiem, gdzie jest jej aparat ortodontyczny. Wiertka pokazała mi jakąś półkę na regale, gdzie wydawało jej się, że go odłożyła. Jej ojciec twierdził, że pamięta jak leżąc na moim łóżku wyjmowała go z buzi i odkładała na bok.

I zaczęło się wiele dni miotania, wrzeszczenia przez telefon na Byłego (bo nie dopilnował) i denerwowania. Przeszukałam w pokoju wszystko. Łóżko, obok łóżka, za łóżkiem, pod łóżkiem. Potem pomyślałam, że zapewne może być wszędzie. Wszędzie. I zaczęłam przeszukiwać pokój metr po metrze. Zaglądałam pod kaloryfery, za biurko, obok biurka. Przeglądałam każde pudło, pudełeczko, puzdereczko (a jest tego w pokoju cała masa). Doszłam do półek, za książkami, obok książek. Nie ma.

Byłam wściekła, bo bałam się, że będę musiała zwracać koszty aparatu. Na nowy, płatny to już mnie nie stać. Były zachowywał spokój - no znajdzie się przecież, no w czym problem, no luz. A problem w tym, że nie dopilnował dziecka. Musiałam się na kimś wyzłościć, a na dziecku odreagować nie mogłam. A mijał już ponad tydzień bez aparatu. Dodatkowo denerwowałam się, że leży, obrasta kurzem i nawet jak go znajdę, to będzie się nadawał do wyrzucenia.

Już, w bezsilności i bezradności swojej, zaczęłam rozważać konsultację z wróżką :D

Efektem ubocznym było to, że w tych wszystkich kątach zobaczyłam krytyczną ilość kurzu, która mogłabym doprowadzić do zgonu kilku alergików. W sobotę zabrałam się za odkurzanie, wymiatanie, mycie tych wszystkich kącików. Coś jak przedświąteczne porządki, tyle że ja robię takowe, kiedy dopadnie mnie fala energii. Jak dopada, to raz na jakiś czas i trzeba wykorzystać, bo nie spada na człowieka zawsze. Przed samymi świętami może nie nadejść.

I oto w trakcie tych porządków, gdy Wiertka zajęła się zabawą, nagle moja córka przybiega do mnie:

- Znalazłam go! Przypomniałam sobie, gdzie go włożyłam.

I pokazuje mi małe pudełeczko lego. Leżał tam cały czas. A najśmieszniejsze jest to, że ja miałam je w ręku. Potrząsnęłam. Prawie puste, coś chrobocze, pewnie ze dwa klocki. I odłożyłam. A inną saszetkę w mnóstwem klocków lego przejrzałam skrupulatnie. Tak to jest, jak człowieka coś ogłupia.

Na szczęście, aparat ortodontyczny jest w porządku i dziecku znowu go nosi.

Tagi: córka
10:05, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 114
Tagi