To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 18 marca 2019
Ostatnie 100 godzin zimy

Jak co roku o tej porze, w połowie marca, w różnych ośrodkach edukacyjnych odbywają się wykłady, pokazy z okazji Tygodnia Mózgu i Dnia Mózgu. Żadna z propozycji, wydarzających się w tygodniu, nie wydawała mi się ciekawa, ale za to w sobotę widziałam kilka fajnych rzeczy. Rano zaproponowałam dziecku, że wybierzemy się na specjalne pokazy interaktywne, także dla dzieci, ale nie spotkało się to z entuzjazmem. Spytałam się, czy w takim razie sama mogę się przejechać na dwa wykłady i tu nie miała nic przeciwko.

 

Nie dane mi było jednak nigdzie wyjechać. Miałam pierwszy dzień cyklu i choć teraz przechodzę go, w stosunku do doświadczeń innych ludzi, super – bez bólu, bez nudności, to zaliczam ogromny spadek energii fizycznej. I efekt był taki, że po obiedzie zamiast gdzieś pojechać, padłam i spałam. A moje dziecko było zawiedzione, że zostałam. Z kontekstu jednak wywnioskowałam, że było jej po prostu przykro, że chciałam gdzieś pojechać, a nie wyszłam w końcu w domu. Nic straconego, już widzę fajne wydarzenia na mieście.

Za to w niedzielę była taka piękna pogoda i wyszłyśmy sobie na spacer. Dziecko pojeździło na rolkach.

A w trakcie weekendu rozpoczęło się odliczanie 100 ostatnich godzin zimy :)

W środę, 20 marca, koło 22:58 wielkie przejście :)

 

21:20, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 marca 2019
Szkolny bieg przez płotki w dołki

W ostatni poniedziałek byłam na Dniu Otwartym w szkole. Specjalnie zostałam zaproszona przez panią od języka polskiego, panie wychowawczynie. Klasa młodej ma dwie wychowawczynie, bo młodsza stażem debiutuje jako wychowawca, a starsza jej  mentoruje. Niestety, nie zostałam zaproszona, bo moje dziecko jest wybitnym przykładem dobrego ucznia, a wręcz przeciwnie. Z panią od polskiego sama chciałam się spotkać, bo w pierwszym tygodniu nowego semestru moja córka dostała z tego przedmiotu trzy jedynki i dwa nieprzygotowania. Dokładnie na każdej lekcji było jakieś spięcie. Pogadałyśmy sobie i staram się zrozumieć sytuację. Młoda wyciąga podręczniki i zeszyty w połowie lekcji, albo po zwróceniu uwagi (a każdą uwagę, by coś zrobiła odbiera emocjonalnie), kładzie się na ławce, suwa po niej rękami, nie przepisuje z tablicy, nie odrabia lekcji. Kiedy rozmawiałam na ten temat z moją córką w domu, była zaskoczona, że tak nie można. Nie wiem, jak z jej koncentracją, ale chyba nie istnieje.  Z chęcią usłyszałabym jakiś pomysł, jak można by ją poprawić. Staram się zrozumieć sytuację nauczycielkę i to, że musi być też uczciwa wobec innych dzieci, które notują na lekcjach, robią zadania domowe. Na razie ustaliłyśmy, że będziemy pisać na Librusie, co jest do przygotowania. Dobre jest to, że nauczyciele wpisując w kalendarz klasówkę, dodają z jakiego zakresu materiału.

Z wychowawczyniami nie było tak różowo, bo według nich na razie jest ryzyko, że moje dziecko nie zda do następnej klasy. A ja jestem na to przygotowana. Sama widzę, że Młoda nic z lekcji nie wynosi. Po prostu przychodzi do szkoły, by jakoś spędzić czas na lekcjach. I nie wiem, jak do niej dotrzeć. Pomysł pań na razie jest taki, że założę jej zeszyt z listą lekcji na dany dzień i każdy nauczyciel będzie wpisywał, co jest zadane, do przygotowania. Może nazbiera lepszych osób choć z prac domowych.

Na razie mam za sobą uczenie mojego dziecka do klasówki z przyrody i angielskiego. Z obu dostała jedynkę. Jest to niestety frustrujące dla mnie. Nie okazuję tego dziecku. Ja powtarzam z nią informacje, a one w następnej chwili wylatują z jej głowy albo nie potrafi tej wiedzy przełożyć na odpowiedzi w arkuszu. Teraz uczymy się do klasówki z matematyki. Już mi słabo.

Inną sprawą jest to, jak moje dziecko traktuje prace klasowe. Jeśli nie zna odpowiedzi, to zamiast zostawić puste miejsce, to wpisuje komentarze. Na marginesach są rysunki oraz prośby, by koleżanka dostała coś więcej niż jedynkę. Jest też arkusz z kilkoma partiami gry w kółko i krzyżyk na dole kartki. Po prostu, Młoda robi na klasówce tyle ile wie, potem zostaje sporo czasu, nudzi się i zajmuje sobie ten czas. Wygląda to nawet zabawnie, ale staram się nie śmiać. Tłumaczę córce, ona jest zdziwiona, że nie wolno nic rysować, a za dwa dni robi to samo. Informacja przekazana jej mózgowi, wylatuje po chwili. Jak je zatrzymywać?

Kiedy moje dziecko zakończy proces edukacji i pójdzie do pracy – może już za 8-9 lat – otworzę ogromnego szampana. I zacznę się stresować tym, że – z powodu trudnego charakteru – moje dziecko z każdej pracy jest zwalniane lub odchodzi obrażone.

17:50, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
wtorek, 12 marca 2019
200 uderzeń serca na minutę, czyli tachykardia lat 90tych

Tak chętnie wzięłam udział w quizie na temat lat 90tych, bo do tej dekady mojego życia mam największy sentyment. Lata skrzące się w mojej pamięci kolorami czerwieni i zieleni na zmianę.

Czas pomiędzy 14 a 24 rokiem to były lata intensywnego pokwitania, gwałtownej adolescencji i głośnego buntu by określić się siebie. Byłam głośna, zbuntowana, mówiłam głośno, to co myślę, miałam w dupie dyplomację i marzyłam o takich demonstracjach jak dziś ich pełno. Miałam prawie nieustannie 200 uderzeń serca na minutę – metaforycznie. Wszystko było nowe, ciekawe, niepewne. Tachykardia. Byłam chuda niczym gałązka, bo z emocji spalałam kilka tysięcy kalorii dziennie.

To był też czas silnych relacji społecznych, przyjaźni które zostały na lata, do dziś. Chyba tylko na tym etapie życia można tak się z kimś splątać, że nawet upływ czasu, czy odległość nie szkodzą. Z moją przyjaciółką widzimy się kilka razy do roku, raz w miesiącu  pogadamy przez telefon, ale to nadal więź i mogę jej powiedzieć wszystko. Lata 90te to czasy, gdy codziennie wychodziłam w domu i z kimś się spotykałam. Co dziś jest już dla mnie nie do pomyślenia. Jednak to była specyfika wieku, nie dekady.

Co najważniejsze, to była dekada, gdy miałam życie otwarte przed sobą i absolutnie wszystko mogło się zdarzyć. Mogłam mieć fascynującą pracę, zawód, w którym moje nazwisko byłoby znane i uznawane. Mogłam być pisarką. Mogłam mieć intrygującego mężczyznę, z którym tworzylibyśmy kolorową parę niczym Scott i Zelda – tyle, że ja nie wylądowałabym w końcu w szpitalu psychiatrycznym, zapomniana na lata przez męża, umierając w pożarze tego szpitala ;) Potrafiłam nawet naginać logikę ;) Mogłam mieć córkę, która będzie tak samo sławna jak ja. Byłam przekonana, że nie będę zwykłym człowiekiem, a życie moich rodziców to powolne umieranie J Może te marzenia i plany są śmieszne i nie powinno się o ich pisać. Ale co tam. Miałam takie :)

Nie da się ukryć, że to wszystko było możliwe dlatego, że rodzice otoczyli mnie bańką. Czułam się bezpieczna. Wiedziałam, że rodzina ma kłopoty finansowe, odczuwałam to na co dzień, ale czułam w tym wsparcie. Bo ktoś inny musiał wymyślić rozwiązanie. W latach 90tych moi rodzice utrzymywali się jeszcze na powierzchni. Wolny rynek rozprawił się z nimi dopiero w drugim rzucie, na początku kolejnego stulecia. Jednak mieli świeżo wybudowany dom, który trzeba było wykończyć, podłączyć wszystkie niezbędne rzeczy i jeszcze opłacić rachunki za jego utrzymanie. Wprowadziliśmy się do budynku, gdzie w łazience był tynk, woda grzana była grzałką w pralce Frania, na podłogach leżały płyty pilśniowe, a schody wewnętrzne to był beton. Trzeba było podciągnąć gaz miejski, kolektor na ścieki. Ciągle były ogromne rachunki do spłacenia. Cudem, a raczej dzięki plotce od kogoś, udało im się spłacić wcześniej – za pożyczone po rodzinie pieniądze –  kredyt za dom, zanim mocno podskoczyło oprocentowanie. Jeszcze przez wiele lat widywałam na osiedlu puste, opuszczone wraki domów, które zostawili zbankrutowani właściciele.

A nie wszyscy tak radośnie odnaleźli się w nowym świecie. Lata 90te to by czas, gdy jeśli miało się spryt, pomysły, znało jakiś język, umiało znaleźć odpowiednich ludzi, robiło się wielkie pieniądze. Część ludzi zachłysnęła się tym doprowadzając życie codzienne do form odbieranych dziś trochę jako kiczowate. Dla nas wtedy były ekskluzywne. Fajnie to pokazuje, niezbyt dobrze recenzowany, serial Jerzego Gruzy „40 latek – 20 lat później”. Usiądźcie i obejrzyjcie to sobie dziś – z perspektywy czasu jest to ciekawa satyra na nuworyszostwo tamtego czasu. Schyłkowy okres tej maskarady, gdy wszyscy już sztywnieją w swoich pozach mogę sobie obejrzeć w innym serialu „Bulionerzy” ( z roku 2004), gdzie bohaterzy jeszcze aspirują do tego kolorowego świata, ale z drugiej strony widzimy już, że ten świat to wydmuszka. Wydmuszka, która pęknie już za kilka lat – jesienią 2008 roku.

Bo jeśli, w latach 90tych, chciałeś po prostu zwyczajnie, normalnie, uczciwie wykonać swoje obowiązki, a potem wrócić do domowego życia, albo – co gorsza – przekroczyłeś czterdziesty rok życia, byłeś wycinany bez litości. O rynku pracy i moich pierwszych wspomnieniach napiszę kiedyś oddzielnie. Padały PGRy, wielkie zakłady. Masa ludzi lądowała bez środków do życia lub na głodowych zasiłkach. Nikt za bardzo się wtedy tym nie przejmował. Jeśli osiągnąłeś sukces, to dzięki swoim zasługom. Jeśli ktoś sobie nie radził na rynku pracy, widocznie za mało się starał. Nie tak jak ty. Masę ludzi wsiadło na okręty pod pełnymi żaglami, ale też druga taka masa została pozostawiona sama sobie na skalistej wyspie. I od kilku lat płacimy rachunki za tamtą niefrasobliwość społeczną.

Na pewno 99% moich wspomnień o latach90tych to idealizacja. Bo przecież miałam ograniczaną wolność, nie byłam samodzielna finansowo, a bezustanna tachykardia potrafiła zmęczyć psychicznie. Przejmowałam się niewspółmiernie niepowodzeniami w życiu osobistym, czy towarzyskim. Niewspółmiernie to bardzo dyplomatycznie napisane :)

Wiem, że lata miną, posunę się bardziej i nawet aktualna dekada wyda mi się kolorowa ;)

19:49, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 marca 2019
Cholerny blox

Napisałam ogromny, składający się z wielu akapitów wpis o moich latach 90tych. Po raz pierwszy od lat nigdzie go nie zapisałam.

Najpierw blox go nie upublicznił, a gdy chciałam - już potem z telefonu, poprawić tytuł, okazało się, że przy publikowaniu wycięło wszystko poza początkiem. Nie jestem już w stanie wyciągnąć tamtego tekstu, nie ma go w roboczych. Nie ma go w wordzie. 

Cała godzina tworzenia psu w dupę.

Jestem tak strasznie rozżalona, że pewnie napiszę to wszystko jutro, albo pojutrze.

17:03, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 marca 2019
Czy pamiętasz lata 90te? :)

Brałam wczoraj udział w zabawnym wydarzeniu – quiz na temat wiedzy o latach 90tych. Lata 90te darzę ogromnym sentymentem, może dlatego, że udało mi się je przeżyć ;) Jednak to byłby temat na oddzielny wpis.

Ograniczeń dla uczestników nie było – można było startować grupowo, pojedynczo. Każdy dostał kartkę z tabelką do wpisywania odpowiedzi, długopis. Spodobało mi się to, bo za wpisywaniem na kartkę introwertyk może się ukryć. Gdyby trzeba było się zgłaszać i wypowiadać, to bym się nie odważyła. Pytań było 60 i wszystkie dotyczyły tego okresu w Polsce. Pogrupowano je w sześć kategorii – polityka, Warszawa, architektura, „cudowne lata” (ogólnie), „kto to powiedział?” oraz „co jest na zdjęciu?”. Każde pytanie było zilustrowane zdjęciem, opisem. Dominowały budynki, miejsca w Warszawie, bo autor pytań, prowadzący quiz oraz prowadzący kawiarnię w jednej osobie jest także przewodnikiem miejskim. Miałam przyjemność brać udział w jego spacerach. Stąd też trafiłam do tej kawiarni, która znajduje się totalnie na drugim końcu miasta. Prowadzący zachęcał do odpowiadania, dzieląc się refleksją, że przy niektórych quizach (nie był to pierwszy taki konkurs) nawet 30% daje duże szanse na zwycięstwo.

Pisałam odpowiedzi, w niektórych miejscach nie pamiętałam, nie wiedziałam. Od niewiedzy, bardziej wstydziłam się trochę udzielenia odpowiedzi, za to głupiej, kretyńskiej J Doszłam do wniosku, że nie wiem aż tak wiele o latach 90tych. Widocznie za dużo imprezowałam :)

Jako, że nagrodzeni mieli być wszyscy ochotnicy, zostałam na omówienie prawidłowych odpowiedzi i ogłoszenie wyników. I byłam pozytywnie zaskoczona. Zdobyłam 7 miejsce na 15 drużyn i byłam najwyżej notowaną drużyną jednoosobową J To ma jednak wpływ, czy odpowiadasz na wszystko sama, z kimś do pomocy, czy – jak zdobywcy I i II miejsca w pięcioosobowym zespole. Dlatego uznałam, że wróciłam do domu z tarczą :) Oraz z kalendarzem i sporą grudką węgla jako upominek (kawiarnia ma tydzień śląski). Węglem moje dziecko się zafascynowało. Takie pokolenie – trzymała coś takiego w ręce pierwszy raz :)

21:34, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
środa, 06 marca 2019
Domowo-szkolnie

Zabiegany czas. W pracy dużo pracy, ale na tyle by nie siedzieć po godzinach.

 

A po pracy orka rodzica. Moje dziecko w poniedziałki ma spotkania grupowe ze szkolną pedagog, we wtorki zajęcia grupowe w poradni pedagogicznej ( z czego wnoszę, że jest już „zresocjalizowana”), a w środy tańczy zumbę. Jest o tyle dobrze, że w poniedziałki i środy zawozi i odwozi ją jej ojciec. Jednak nie to jest najtrudniejsze. Młoda nie potrafi jeszcze sama odrabiać lekcji, ani się uczyć. Czyli w okolicach 19:00 (po powrocie z pracy i wszystkich zajęć) wchodzę ja – cała na biało – i pomagam jej w lekcjach, powtarzaniu do sprawdzianów, klasówek. Na szczęście, część nauczycieli wpisuje terminy klasówek w Librusie, bo Młoda nic nie zapamięta. Mamy za sobą powtarzanie układów ciała człowieka na przyrodę. Teraz siedzimy w języku angielskim, bo w piątek jest klasówka z całego pierwszego semestru. W kolejny piątek będzie cało semestralny z matematyki, więc nie odpocznę. Cała ta akcja nie po to, by moje dziecko dostało piątki, ale żeby w jej głowie zostały strzępy na jakąś dwójkę, trójkę. Robimy program minimum. Nie wnikam, co jest zadane z innych przedmiotów, jeśli nie ma tego zanotowane w zeszycie. Wtedy siedziałybyśmy przy zeszytach do 22:00. To będziemy robić za jakieś dwa, trzy lata.

Po tym wszystkim, nie tylko dziecko powita wakacje z radością.

Nie pamiętam, żeby ktoś mnie pomagał w odrabianiu lekcji. Choć zapewne tak było w pierwszych klasach. Tak od III/IV to już sama notowałam, co jest zadane, sama wszystko powtarzałam. Miałam to szczęście, że w szkole podstawowej 80% informacji zapamiętywałam z przekazanych rzeczy na lekcji i pamiętałam to jeszcze długo. Powtarzanie materiału przed klasówką, to było po prostu powtarzanie, a nie nauka i zrozumienie od nowa. Czy to inne pokolenie, czy moje dziecko jest inne?

 

 

17:23, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 marca 2019
Poetycki weekend

Miły weekend za mną.

 

Kawałek soboty spędziłam u mojej przyjaciółki świętując jej urodziny. Za to w niedzielę wieczór, ponownie wybrałam się na finisaż wystawy obrazów Stanisława Hiszpańskiego połączonej z Turniejem Jednego Wiersza. W tej galerii jest taka bardzo fajna tradycja, że z okazji zamknięcia wystawy, można przyjść z wierszem inspirowanym którymś z obrazów. Dla mnie to dobra motywacja by pisać. I by przełamywać się z czytaniem publicznie. Czytaniem z dobrą dykcją i tak by oddziałać na słuchaczy.

Nie zajęłam żadnego miejsca na podium, co podejrzewam. Podejrzewałam, choć wiedziałam, że napisałam coś dobrego. Za to spotkały mnie inne motywujące rzeczy. W przerwie, podeszła do mnie całkiem obca kobieta i pogratulowała wiersza, powiedziała, że dla niej on jest zwycięski i podoba jej się, to co napisałam. To takie ładujące baterie. Inna z uczestniczek także podeszła do mnie na koniec i zapytała, czy można gdzieś poczytać w sieci moje utworzy. Dzięki za bloga! Podyktowałam jej adres, umówiłyśmy się, że przez koleżankę prześlę go smsem. Jednak jak tylko wróciłam do domu zobaczyłam, że ta kobieta polubiła już mój FP na facebooku, więc jakoś odnalazła moją twórczość.

Wiersz będzie jutro w sieci. Dziś miała bardzo zabiegany dzień.

 

środa, 27 lutego 2019
Przeprowadzki zasadzki

Wieją wiatry wieją i znalazłam w skrzynce info, że blox przestaje istnieć. Optymalizacja kosztów szaleje. Nie znika z dnia na dzień, czasu trochę jeszcze jest. Nikt nie zostanie pozostawiony samemu sobie. Ale, że nie cierpię zmian, technicznie jestem noga, to nawet jeszcze nie zajrzałam w linki z instrukcjami.

Korzystając z okazji wspomnę o moim blogu z wierszami, krótkimi formami literackimi:

http://balladaozakrecie.blogspot.com/

Tagi: życie
14:54, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
wtorek, 26 lutego 2019
Weekend w DSH

Za mną fajny weekend. W sobotę byłyśmy z Wiertką na spotkaniu z moimi artystycznymi koleżankami.

 

Za to w niedzielę mogłam zostawić ją na trochę w domu i sama pojechać do Domu Spotkań z Historią na finisaż wystawy „Odzyskana” – zdjęć Warszawy z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Byłam już na wernisażu, oglądałam zdjęcia, nawet z zacięciem intelektualnym, ale finisaż wiąże się także z fajnymi wykładami przez cały weekend. I to na nie przyszłam. Z kilku wybrałam trzy.

Najpierw była rozmowa o „Obyczajach w dwudziestoleciu międzywojennym” – rozmawiała dziennikarka Hanna Zielińska z Agnieszką Kościańską. Miałam nadzieję na fajne informacje, ale tak naprawdę to usłyszałam o tym, o czym już wiedziałam. Może dlatego, że gdzieś tam czytałam na ten temat. Skupiono się głównie na prostytucji, walce o aborcję, Krzywickiej, Boy-Żeleńskim. Z takich nieznanych mi smaczków, usłyszałam, że przedwojenna wieś była bardziej otwarta i tolerancyjna dla pozamałżeńskich zachowań seksualnych niż miasto. Zachowały się nawet zapiski, jak proboszcz z jakiejś wioski grzmiał, że coraz mniej w okolicy nieślubnych dzieci, bo ludzie używają prezerwatyw z Francji, przywożonych z emigracji ;) Dowiedziałam się też, że były rejony w Polsce, gdzie na wsi, jako kapturka antykoncepcyjnego używano… świńskiego ucha. Próbuję to sobie wyobrazić…

O wiele bardziej pasjonująca była następna opowieść – „Kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice Warszawy – jak Starzyński Warszawę prowadził w nowoczesność”, Mai i Jana Łozińskich. Zostali poproszeni o powiedzeniu o luksusowej warstwie miasta. Jak żyło się kiedyś w stolicy, jeśli miało się pieniądze. Wykład był podparty mnóstwem fajnych zdjęć budynków. W latach 30tych ruszyła duża fala, dzięki ulgom podatkowym, budowy budynków na wynajem. Większość z nich miała bardzo ciekawą architekturę, choć losy powojenne czasami dość brutalnie skorygowały te bryły. W tej historii nie skupiono się na wynajmie dla każdego. To były budynki z garsonierami, kawalerkami. No nie z panieńskimi – widać jak życie odbija się w języku, młoda dziewczyna nie mogła sama zamieszkać. Często bywało tak, że w budynku jedno mieszkanie mieli jego właściciel, a reszta była wynajmowana. Mieszkania nie były duże – jedno, dwa pokoje, czasem tylko 30 metrów kwadratowych. Jak widać, dla samotnych mężczyzn, lub panów którzy potrzebują cichego, dyskretnego kąta. Choć ciekawe, czy wynajmowały je także kobiety. Lokatorzy byli starannie dobierani i selekcjonowani, nie przyjmowano rodzin z dziećmi. Rzeczywiście, musiało być tam cicho i dyskretnie J Mieszkanka nie miały służbówki, ani miejsca dla gospodyni, ale te oczywiście pracowały dla właścicieli. Po prostu pomieszczenia mieszkalne dla nich były na parterze. A niektóre z tych budynków miały nawet własne spalarnie śmieci. Taka ciekawostka z czasów przed wynalezieniem plastiku.

W tamtym okresie modne było okrywanie budynków kamieniem, co przepięknie widać na zdjęciach. Tynki uważano za „szminkę i puder” dla domu. Tylko w sumie nie wiem, czy chodziło o to, że są tak nietrwałe, czy o to, że upiększają.

Oglądaliśmy też zdjęcia niektórych wnętrz. Na przykład łazienkę z mieszkania Jadwigi Smosarskiej. Dziś wydałaby się ascetycznie biedna z jasnymi, jednokolorowymi płytkami. Ciekawym akcentem była malutka umywaleczka umieszczona po prawej nad umywalką właściwą – prawdopodobnie do spluwania i mycia zębów.

Z innych ciekawostek, których nie słyszałam na innych wykładach – w całej Warszawie było wtedy około 4 tysięcy samochodów. Tyle ile teraz jest zarejestrowanych na jedno 1,5 kilometra kwadratowego stolicy. A przecież jest jeszcze szara masa jeżdżących na innych rejestracjach. Jak wtedy musiały miło wyglądać ulice. Było też fajne zdjęcie z sygnalizacją uliczną sterowaną za pomocą… policjanta z budki obok J Za to, co jest bardzo ciekawe, Warszawa była bardzo nie zielonym miastem! Raptem 1,5 metra kwadratowego zieleni na mieszkańca! Dziś trudne do wyobrażenia. Dlatego prezydent Starzyński kazał zakładać nowe parki i skwery. Dziś za to mamy reaktywnie sporo zieleni, za to mnóstwo zanieczyszczeń związanych ze spalinami.

Na koniec opowiastki o tym wykładzie, dla mnie zabawne – z punktu widzenia dzisiejszego nazwy: Instytut Propagandy Sztuki, wystawa „Warszawa wczoraj, dziś i jutro” (to dlatego, że te ich jutro, to dla nas już od bardzo dawna wczoraj).

Ostatni wykład, którego wysłuchałam to „Ile lat, tyle miast! Jak zmieniała się Warszawa w 20-leciu międzywojennym” Jerzy S. Majewski. W sumie było ciekawe, tylko, że minęła godzina opowiadania, zbliżał się moment emisji filmu dokumentalnego, a prelegent nadal był w okolicach roku 1918 J A ja już musiałam wracać do dziecka.

Z ciekawostek, wielka epidemia grypy hiszpanki dziesiątkująca Europę, dotknęła Polskę w małym stopniu. Umarło w kraju relatywnie mało osób. O wiele większym zagrożeniem była gruźlica. Widocznie, nasz kraj czekały jeszcze nowe nieszczęścia i to postanowiło nas ominąć.

Egoistycznie, zachowuję w notatkach, pamięci, na blogu tylko te wrażenia, informacje, które mnie zaintrygowały. Inni zapewne zapamiętaliby coś innego. Trudno J

 

 

czwartek, 21 lutego 2019
Taka sobie historia

To jedna z historii, które dane było mi poznać i którą chciałabym zachować w pamięci. Od dłuższego czasu myślałam też, by ją tutaj opisać. By pokazać, jak plecie się życie.

 

Jot to koleżanka mojej koleżanki. Ta druga opowiedziała o Jot, bo chciała nas poprosić o pomoc i wsparcie dla niej. Rzecz zaczęła się jakieś 3-4 lata temu. Jot właśnie rozwiodła się z mężem, który stosował wobec niej przemoc psychiczną. Zamieszkała z kilkuletnią córeczką w wynajmowanym mieszkanku. I wtedy spadła choroba. Zdiagnozowano u niej stwardnienie zanikowe boczne. Początkowo szło dobrze, choć rodzina mieszka w innej części kraju i odwiedzała ją z rzadka, to znajomi, przyjaciele, znajomi znajomych zorganizowali zbiórkę na leczenie, a nawet na codzienne życie, jedzenie. Bo szybko Jot znalazła się na wózku inwalidzkim, w mieszkaniu na IV piętrze bez windy. Ze względu na szybki dostęp do dobrych lekarzy i szpitali, chciała pozostać w Warszawie.

Życie życiem, ale wkrótce ojciec jej córeczki zabrał dziecko do siebie. Było to okrutne, ale w takim stanie ciężko zajmować się dzieckiem, które trzeba codziennie zaprowadzać i przyprowadzać ze szkoły. Mała odwiedzała mamę w weekendy.

Jednak choroba postępowała gwałtownie. Ponad rok temu Jot znalazła się w ciężkim stanie w szpitalu. Jej życie było zagrożone – śmiertelne mogło okazać się byle przeziębienie, które doprowadzało do duszenia się. Przestało działać przełykanie i od tamtej pory żywiona była poprzez pega. Historia z jego zdobyciem, serwisowaniem też byłaby rozwlekła. Zdarzało się, że przez cały dzień nic nie jadła, bo rurka była zapchana i trzeba było czekać na pomoc. W pewnym momencie choroba weszła w taki stan, że Jot mogła już tylko bezwładnie leżeć. Dobre dusze robiły jej wpisy na fb, wrzucały zdjęcia, prowadziły stronę ze zbiórką funduszy, odwiedzały w szpitalu.

Szokiem było dla mnie, że choroba może tak szybko postępować do przodu, gwałtownie, zachłannie zabierać sprawność. Niesamowite było to, ilu ludzi ją wspierało i pomagało. Mogłam śledzić jej wpisy, zdjęcia z – teraz już prawie dziewięcioletnią – córeczką, która pisała o tym jak marzy by mama znowu była zdrowa. Ostatnio zorganizowano zbiórkę na komunikator, który pozwalałby Jot mówić i pisać bez użycia rąk. I udało się to w błyskawicznym czasie. Nawet nie zdążyłam sama coś wpłacić, jak planowałam, a już oglądałam filmiki z pierwszych prób na sprzęcie.

Bo planowałam, że wyślę nie tylko kartkę na urodziny (była taka akcja), ale też wpłacę kilka złotych na jej potrzeby. Wreszcie wyszłam na prostą i mogę także finansowo wesprzeć innych.

Wczoraj dowiedziałam się, że Jot zmarła L Niewydolność serca. Tak nagle. A może w tej chorobie wcale nie tak nagle. Miała 36 lat. Od momentu diagnozy nie minęły chyba pełne cztery lata.

Byłam smutna, ale jak dziś przeczytałam na jej stronie, że – ze względu na córkę – pochowana zostanie w Warszawie, a jej dziecko wybierze dla mamy nagrobek, to się trochę popłakałam.

Powinno tylko wydać mi się, że moje życie bywa ciężkie.

 

Tagi: życie
16:32, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 133
Tagi