To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 16 stycznia 2019
Odnalezione :)

W ostatni weekend, który tak smutno się zakończył w warstwie społecznej, ja zaliczyłam mały sukces. Odnalazłam dokumenty mojego dziecka! Legitymację szkolną i włożoną w okładkę razem z nią Kartę Miejską. Znalazłam w miejscu, ze trzy razy przeszukanym. To jest takie absurdalne. Znalazłam w dodatku w punkcie tego miejsca, które specjalnie z uwagą przeszukałam. Jeszcze bardziej absurdalne. Mam taką lubianą przez mnie torebkę, której już nie noszę do pracy, bo moje ukochane koleżanki z biura, które lubię, doceniam i świetnie się z nimi czuję, uświadomiły mnie, że jest postrzępiona, zaraz się urwie i w ogóle jak to tak. Taka wada pracowania z babami. I wisiała tak ta torebka już chyba z miesiąc. Za każdym razem, gdy zabierałam się za szukanie legitymacji, przeglądałam także jej zawartość. Ostatnio przejrzałam także dziurę w podszewce, bo pomyślałam, że to jakiś trop. I nic.

 

I w niedzielę, wychodząc na wernisaż, przekładałam rzeczy do tej torebki, włożyłam tak od niechcenia rękę do środka, przejechałam po materiale i proszę – wyczułam coś, o znajomym kształcie pod podszewką! Dokumenty cały czas leżały tam, ukryte pod materiałem. Nie wiem, dlaczego poprzednio ich nie wyczułam. Jeden sukces więcej do rozliczenia J

 

22:59, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 stycznia 2019
Weekend zimowo-piecowy

W sobotę, chwytając ostatnie podrygi śniegu, wyszłam z dzieckiem na sanki. Długo jednak nie pobawiłyśmy się. Górka była trochę oblodzona, ja obawiałam się wdrapać na samą górę, bo moje buty się ślizgały. A dziecko koniecznie chciało, bym tam razem z nią była.

 

- Zimą jesteś powolna. – skomentowało moje dziecko. – Latem jesteś taka szybka, a zimą powolna.

Odnoszę wrażenie, że chyba wolałaby odwrotnie. I to prawda, zimą jak wyjdę z domu, zsunę się z kanapy, to można strzelać na wiwat. Latem mam plany na całe dwa dni weekendu. A może ja po prostu się starzeję i mało, co już mnie ekscytuje. Jak taki stary kot, który śpi dwadzieścia godzin na dobę ;) Choć wolę wierzyć, że zimą jestem jak drzewo, które spuszcza soki i zamiera, by wiosną ponownie zakwitnąć.

W niedzielny wieczór wymknęłam się na finisaż wystawy. Miałam swoje własne motywy, bo oprócz tego, że obrazy były przepiękne – hasłem przewodnim był dźwięk i zapach – to w ramach wydarzenia można było przeczytać swój wiersz inspirowany którymś z obrazów. Poprosiłam o przesłanie mi pdf z nimi. Napisałam wiersz. Wychodzić z domu mi się już za bardzo nie chciało, ale wykopałam się za drzwi. Siedząc w czterech ścianach i pisząc do szuflady daleko nie zajdę. Trzeba iść na podobne wydarzenia, czytać swoją twórczość, pokazywać się ludziom. Emily Dickinson była tylko jedna. Emanuel Kant także. Dopiero na miejscu zorientowałam się, że czytanie odbędzie się w formie Konkursu Jednego Wiersza. Trudno :) Wyszłam, przeczytałam, przeżyłam. Nagrody żadnej nie wygrałam, ale trzeba próbować dalej :)

 

poniedziałek, 14 stycznia 2019
***

Jakoś tak po koniec tamtego tygodnia, atmosfera była podminowana, trochę stresująca. Jednak nie z powodu warunków obiektywnych, ale tak jakiś prąd w pokoju biurowym leciał w powietrzu. Nie tak, żeby ludzie się znielubili, ale czuli, że powietrze jest naładowane.

- W taki dzień Gawrilo Princip postanowił zastrzelić arcyksięcia. - zażartowałam.

A teraz myślę ze smutkiem, że może stała się prawda. Jakiś Gawriło zdecydował ostatecznie, że zabije. 

Smutna passa dla kraju.

Tagi: życie
17:45, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 11 stycznia 2019
Bezpieczna starość

Wpis refleksyjny, jeszcze rozważania sprzed przesilenia zimowego. Wtedy na kablówce trafiłam na serial „Noce i dnie”. Pamiętam z dzieciństwa, że wstrząsające wrażenie zrobił na mnie ostatni odcinek. Barbara, w wieku starczym (bo wtedy tak postrzegałam bycie po 50tce) ucieka z płonącego miasta, traci dom, tuła się i miota po drogach, błaga przypadkowych ludzi o pomoc, oderwana od rodziny, samotna, opuszczona na pustkowiu. Wiem, że nie na takim pustkowiu i wiem, że nie taka znowu samotna. Wtedy jednak, jako dziecko, bardzo boleśnie odbierałam takie podsumowanie schyłku życia. Czułam, że wiek starszy powinien być czasem bezpieczeństwa, odpoczynku, spokoju. Ucieczka i strach przed żołnierzami to domena dla ludzi młodych, pełnych energii. Człowiek powinien spędzać schyłek swojego żywota bezpiecznie.

 

Dziś, patrząc na to z perspektywy osoby w wieku średnim, wiem, że sytuacja Barbary nie była taka straszna. Prawdopodobnie, gdy przetoczyły się wojska, wróciła do swojego Kalińca. Nawet może jej mieszkanie ocalało. Czekały na nią gdzieś tam dzieci, gotowe zaopiekować się matką. Jednak nadal jest we mnie taki lęk, że ta starość powinna być łagodna jak koc z wełny merynosa. A być może dotknie człowieka samotność, wyrwanie korzeni, strach, niepewność, ukrywanie się po zimnych miejscach, zagrożenie życia.

Bo jakby się czasem człowiek nie starał, nie zawsze dobre życie oznacza dobrą starość.

 

Tagi: życie
17:07, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 stycznia 2019
Kronika rzeczy zagubionych / znalezionych

Znana to prawda, że szukając jednej rzeczy znajdziesz kompletnie inną.

Przez dwa i pół roku legitymacja szkolna mojego dziecka spoczywała w mojej torebce lub jej plecaku. Teraz doszła Karta Miejska i trzeba było odłożyć komplet w bezpieczne miejsce. Jak mogę powierzyć dokumenty w ręce dziecka, które wieczorem nie pamięta, o czym było w południe na lekcji. Owo miejsce jest tak bezpieczne, że od września nie mogę sobie przypomnieć, gdzie jest. A w ramach porywczych sprzątań przejrzałam już wiele kątów. W grudniu, ogarniając dom na cześć urodzin mojego dziecka poukładałam rzeczy na niektórych półkach. Teraz też zaglądałam w różne kąty. W pierwszej kolejności, wzięłam pod uwagę miejsca, gdzie mogłam ukryć rzecz będąc w stanie przytomności, nie ogłupienia. Teraz wezmę się chyba za te drugie.

Ale nie ma nic straconego. Odnalazłam kopertę z kartą kodów do konta bankowego. Data na kopercie 02.03.2016. Leżała oczywiście w bezpiecznym miejscu. Napisałam to, tak naprawdę, dla efektu dramaturgicznego. Koperta leżała w przedpokoju, na szafce na buty, przykryta szalami, apaszkami, czapkami, a to wszystko zasłonięte wiszącymi okryciami wierzchnimi. Trochę mi to dało do myślenia…

W ustawieniach konta bankowego mam jeszcze jakąś kartę kodów, która może być aktywowana. Być może to ta.

Dotąd podchodziłam do sprawy na luzie, bo z dzieckiem prawie nigdzie nie jeżdżę. Gdy są z klasą na wycieczce, to podejrzewam, że ostatnią rzeczą o jakiej marzy kontroler, to sprawdzanie Kart Miejskich dzieciakom. Zrozumie to każdy, kto podróżował komunikacją miejską w towarzystwie szkolnej wycieczki. Teraz jednak byłyśmy na wystawie, podróżowałyśmy pociągiem na Wigilię rodzinną. I kupowanie biletów jak dla osoby dorosłej, trochę mnie bolało.

Zaliczyłam jakiś mikroskopijny sukces, bo znalazłam pierwszą legitymację szkolną dziecka, która gdzieś w połowie I klasy zawieruszyła się na półkach. W sekretariacie szkolny Panie mi jednak doradziły wyrobienie nowego dokumentu. A potem trzeba się pofatygować do POK Związku Transportu Miejskiego, by wyrobić duplikat Karty Miejskiej.

Jeszcze mam kilka miejsc, które dałoby się przejrzeć. Sytuacja może być rozwojowa.

Podsumowując, jakbyście chcieli żebym wam ukryła zwłoki, to nie krępujcie się.

17:51, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 stycznia 2019
Weekend kulturalny

Weekend był częściowo kulturalny, częściowo śnieżny.

 

W sobotę wybrałyśmy się z Młodą na wernisaż wystawy obrazów mojej koleżanki. Motywem przewodnim były psy i koty. Techniki różne – akryl, oleje, pastele. Mnie się podobały te z akrylu, mojej córce w oleju J Długo nie pobyłyśmy, bo moje dziecko nie ma cierpliwości do takich spędów. Obrazy obejrzała, zdjęcia porobiła, podjadła przekąski, wypiła wodę i już nie miała co robić. Ze starszymi, czyli każdym powyżej trzynastego roku życia, rozmawiać nie będzie J Po niecałej godzinie zabrałyśmy się do domu. Jeszcze tylko moje dziecko, gdy usłyszało moją rozmowę ze znajomą, która jest morsem i dziś akurat raczyła się kąpielą w jeziorze, bardzo się podekscytowało tą ideą i też chce się kąpać w lodowatej wodzie. Już jutro J

Niedziela była leniwa. Wyszłyśmy tylko przed obiadem na okoliczny plac zabaw. Jest tam górka do zjeżdżania, spora przestrzeń do ganiania się ze śnieżkami. Trzeba wykorzystywać, że jest śnieg.

 

środa, 02 stycznia 2019
Noworocznie :)

Trzy ostatnie lata witałam w towarzystwie mojego dziecka. W tym roku postanowiłam to zmienić. Dyżur z Młodą pełnił jej ojciec. Nie wiedziałam, gdzie pójdę, gdzie mam się bawić. Z czasem miałam zrobić rozeznanie wśród znajomych. I akurat na początku grudnia, koleżanka rzuciła pomysł spędzenie sylwestrowej nocy w knajpie. Tanie to nie było, ale raz na jakiś czas można. W cenie był szwedzki bufet uzupełniany całą noc, także ciepłymi posiłkami i open bar.

Nie przygotowywałam się szczególnie. Jedynym szaleństwem było kupienie torebki na przyjęcia - dość karnawałowej, bo całej w cekinach. Moje dziecko oświadczyło, że chce ją po mnie odziedziczyć :) Torebka była przeceniona 50%, więc się nie zastanawiałam długo. Miałam jakiś pomysł, jak się ubrać. Jednak efekt był taki, że na pół godziny przed wyjściem przebierałam się ze trzy razy, dopasowywałam rzeczy, a i tak wyszłam w końcu w tym, co zestawiłam jako pierwsze. Tremę trochę miałam, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz bawiłam się na tańcach. Być może na studiach.

Była nas dziesięcioosobowa grupka - cztery pary i dwie singielki, więc nie czułam się krępująco nieparzysta. Większość osób już znałam, niektórych poznałam. I mogę przyznać, że był to czadowy sylwester. Żartowałam, jadłam, piłam, tańczyłam, a czas biegł błyskawicznie. Przed północą zdążyłam jeszcze pożegnać rok 2018, który był spokojny, udany, bez dramatów, w miarę stabilny finansowo. Chciałabym taki rok powtórzyć.

Podejrzewałam, że tak od 1:00 będę się chyłkiem wymykać do domu. A tutaj wybiła 3:00 i bawiłabym się jeszcze dalej, gdyby nie powolne wygaszanie imprezy przez organizatorów. Knajpa była w mojej dzielnicy, nie tak strasznie daleko do mojego domu - dwa przystanki autobusem. Aż głupio na taki kawałek brać taksówkę. Przed 4:00 wróciłam do domu piechotą.

Zabawa była fajna, ale Nowy Rok spędziłam na kanapie, walcząc z bólem głowy i osłabieniem ;) A lampki choinkowe musiały być wyłączone, bo wyjątkowo intensywnie migały ;) Zapobiegawczo, w Sylwestra ugotowałam wielki gar rosołu. Był to zbawienny pomysł, bo w Nowy Rok, co jakiś czas go sobie podgrzewałam i jadłam po talerzu. W 2019 jadłam to, co w 2018 było dobre :)

Ostatnie dwa tygodnie starego roku, taki czas pomost, czas zawieszony we wszechświecie, spędziłam na nic nie robieniu, lenistwie. Sama tak zawieszona. Z nowym rokiem przyszła nowa energia. Dziś mam jeszcze dodatkowy dzień urlopu i zabrałam się za rzeczy domowe.

poniedziałek, 31 grudnia 2018
Ostatni sen

Sen ostatni w tym roku. Nie w moim życiu. W co wierzę :) Ale, jak się potem okazało, mózg świetnie podsumował moje ostatnie lęki i próbował je rozwiązać.

Akcja snu polegała na tym, że wybierałam się do innego kraju. Wybierałam się dziwnym sposobem, bo miałam tam dotrzeć na jakieś cienkiej tratwie, przykrytej kocem. W dodatku morzem, małym, ale to zawsze morze. Przecież ja panicznie boję się wody. Sny nie muszą być logiczne, więc nic mnie z nich nigdy nie dziwi. Dlatego nie zaskakuje mnie dlaczego uważałam za naturalne dostać się gdzieś, pokonując na wątłym kawałku drewna dość rozległy zbiornik wodny.

Idę dalej, bo generalnie akcja snu polegała na przygotowywaniach się do tej przeprawy i jej wizualizacji. Na koniec znalazłam się z moją mamą i bratem w jakimś mieszkanku. Moja mama leżała sobie na łóżku, coś tam robiła. Brat też. Mama miała też jechać w to samo miejsce, ale pociągiem - szybko, wygodnie, jak normalny człowiek. Wiedziałam o tym środku lokomocji, ale z jakiś względów, na początku snu był dla mnie nieosiągalny. Brat wybierał się w to samo miejsce, ale chciał się przemycić w jakiejś ciężarówce. Też mocno kłopotliwy sposób podróży, ale w ogóle mnie nie zdziwił. Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że mama ma do pociągu niecałą godzinę, musi się więc zbierać. Zaczęłam ją poganiać. I pomyślałam, że teraz nie widzę przeszkód, żeby też z nią jechać pociągiem. Byłam w piżamie. Zaczęłam się ubierać. I tu wynikł problem. Spodnie założyłam, ale bluzki były za ciasne (zakładałam ten sam zestaw, który chce dziś założyć na Sylwestra). Tak, tak, ważyłam się u cioci :/ Szukałam pośpiesznie czegoś dobrego, czas biegł. Widziałam już, że nie zdążę. Jak w każdym moim śnie. Coś mi ucieka, a ja nie mogę się spakować do końca.

Obudziłam się.

W pierwszej chwili, pomyślałam, że jak zwykle śni mi się zmarła mama, a ja zamiast wykorzystać to na jakąś rozmowę z nią, ignoruję ją, poganiam. W drugiej chwili pomyślałam ze zgrozą, że śni się zmarły i ciągnie mnie, brata w to samo miejsce. Jakby sen miał zapowiadać naszą śmierć. Pomyślałam jednak dalej. Mama pojechała pociągiem - szybko, bez problemu. Ja i brat mieliśmy absurdalne, skomplikowane, czasochłonne sposoby na przedostanie się, które miały sporą szanse się nie udać. Ja w dodatku utknęłam tam, gdzie jestem, bo jak zwykle jestem nieogarnięta i nie mam nic poukładane.

Pomyślałam, że to znak od mojego mózgu, że umierać nie będę, bo mam za dużo jeszcze spraw do załatwienia. Lub skoro nie ogarniam mojego życia, to śmierci też nie ogarnę. To nagroda dla tych, którzy wszystko planują, mają poukładane i działają od punktu do punktu. W kwestii umierania też.

Mój umysł poinformował mnie, że mam żyć i nie przejmować się.

Tagi: sny życie
15:08, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 grudnia 2018
Jak liście z drzew

Miałam wczoraj zaległe odwiedziny u cioci i dziadka. Z rzeczy pozytywnych, oprócz oczywiście wymiany upominków świątecznych. Moja ciocia wyładniała. I to nie tylko z powodu kilku zrzuconych kilogramów. Tuż przed 60tymi urodzinami zmieniła wreszcie fryzurę. Dotąd hołdowała dostojnej koafiurze, gdzie ma się włosy krótkie, przystrzyżone na karku, ugarniorowane lekką trwałą. Trwała, ale taka bardziej prostująca włosy. Bo moja ciocia, jako jedyna w rodzinie (plus jej syn, który już łysieje) ma kręcone włosy. Tylko, nie wiedzieć ku jakiej to rozpaczy, przez ostatnie kilka dekad obcinała je. A teraz ma skręcone w loczki blond włosy do ramion. I gdyby ktoś upierał się, że ma czterdzieści kilka lat, to można by w to uwierzyć. Gdy latem skończy sześćdziesiąt lat. Jak fryzura może diametralnie zmienić kobietę. I fryzura pasuje do jej charakteru - takiego rodzinnego i nadopiekuńczego.

Taki charakter czasami się przydaje. Ciocia opiekuje się dziadkiem, który skończył właśnie 98 lat. od wielu miesięcy już tylko leży bezwładnie, nie może chodzić, nawet usiąść, czy wyciągnąć rąk. Tylko leży, patrzy w okno, mówi z trudem i czasami krzyczy :( Ciocia zmienia mu pampersy, obmywa, karmi zmiksowanymi papkami, daje pić i uspokaja mówiąc do niego zdrobniałym imieniem (dla przykładu - Boluś, Antoś, Teoś). To w dobrych miesiącach. Gorzej, gdy dziadek dostał rotawirusa, albo rozległej choroby grzybiczej na całym ciele :( Ogromnie ją podziwiam, za to co robi. To nie jest takie oczywiste, nawet da członka rodziny. Pomyślałam o swojej starości. Trudno mi sobie wyobrazić, że moja córka będzie się mną opiekować z takim oddaniem i brakiem niesmaku. A w placówce opiekuńczej, nawet najbardziej miłe pielęgniarki, nie zrobią połowy tego. To okropne. Nasze cywilizacja wymyśliła wiele rzeczy, ale z udaną starością jeszcze sobie nie poradziła.

A w temacie śmierci. Od cioci dowiedziałam się, że przed świętami zmarła moja bardzo daleka kuzynka. Daleka, miałyśmy może wspólnego pradziadka. Jednak pamiętam ją, widziałyśmy się może ze dwa razy, w czasie rodzinnych odwiedzin. Pamiętam, jak siedziałyśmy jako młode studentki, gadałyśmy. Była moją rówieśnicą. W grudniu skończyła 42 lata. Na początku roku zaczęło boleć ją gardło. Jedne pastylki, drugie. W końcu poszła do lekarza. Jeden antybiotyk, drugi. Gardło boli od kilkunastu tygodni. Jej wujek zajrzał jej z ciekawości do gardła i zobaczył dziwną kulkę. Powrót do lekarza, wycinek. Wynik - rak, trzecie stadium. Chemia jedna, druga, trzecia, utrata włosów, zębów. Paradoksalnie, zmarła na trzy dni przed Wigilią, na śpiączkę cukrzycową, której się nikt nie spodziewał. Przestała pracować trzustka i cukier skoczył do śmiertelnego poziomu. Wróciła ze spaceru do domu, położyła się zdrzemnąć i już się nie wybudziła.

Mam znajomych, którzy odeszli na raka. Dotąd byli to jednak ludzie trochę ode mnie starsi. Teraz widzę, że rak zabiera ludzi z mojej gałęzi. To z mojej gałęzi zaczynają spadać liście. Może ja jestem następna i tak jak kuzynka, która w zeszłoroczną Wigilię nie podejrzewała, że kolejnej nie dożyje, u mnie jest podobnie. I najgorsza jest ta bezsilność, że on gdzieś tam we mnie rośnie - w najbardziej absurdalnym miejscu - i ujawni się dopiero, gdy będzie można powiedzieć, rak trzecie stadium.

Takie lęki na nowy rok.

16:48, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 grudnia 2018
Poświątecznie

Tegoroczne święta były szlafrokowe. A, że nie jestem tradycjonalistką, to nie napawało mnie to smutkiem. Wręcz przeciwnie. Prawie pięć dni spędzonych na kanapie, w piżamie, wreszcie sprawiło, że znikł wlokący się za mną suchy kaszel i poszedł sobie siąpiący, kichający nos. Przestałam się też czuć, jakbym miała łeb w kadzi z budyniem (przez niedoleczone przeziębienie).

Jedyne wyjście z domu, to było to na kolację wigilijną organizowaną przez mojego tatę i dziadka. A prawie byśmy tam nie dotarły. W sobotnią noc Młodą dopadł rotawirus. Do 2:00 wymiotowała (dobrze, że przedtem miała silne mdłości i zdążyłam przygotować miskę), a rano miała jednorazowy wypadek w drodze do toalety. Potem czuła się już dobrze - zero gorączki, mdłości, kupy wzorowe, apetyt też. Takie tam tsunami. Zastanawiałam się, czy powinnam z nią jechać do rodziny, ale Wigilia była drugim dniem, gdy czuła się ok. I jednak perspektywa spędzenia Wigilii w dwie, jedząc makaron z lodówki, to jednak była dla mnie smutna perspektywa. Jestem fanką wigilijnego żarcia - objadłam się pierogami i barszczem. Wzięłam nawet do domu trochę.

Wizytę u cioci i drugiego dziadka jednak odwołałam. Dziadek skończył właśnie 98 lat, leży bezwładnie, nie może nawet usiąść. Ciocia prosiła by przyjeżdżać jedynie będąc idealnie zdrowym, bo łatwo go już czymś zarazić.

Urlop mam jeszcze do nowego roku, ale dziś pojechałam na pół dnia do pracy. Szef zarządził zebranie dwóch działów, podsumowujące rok i rozpoczynające rok nowy. Zebranie było obowiązkowe, więc by nie jechać bez sensu na godzinę, wzięłam już sobie pół dnia pracy. Pierwsze pół dnia miałam w poprzedni piątek, kiedy to pomagałam zorganizować klasową Wigilię u Młodej.

17:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 131
Tagi