To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 03 grudnia 2016
Korporalnie

Feminizm, skomplikowana sprawa :) Bo - zamiast umawiać się na randki z fascynującymi ludźmi - dyskutowałam dziś, na zajęciach, o feminizmie korporalnym. Czy już jesteście zaintrygowani? Jaki feminizm? Analny? Korporacyjny? Kopro? Korporalny?

Nawet ja poznałam go dopiero teraz. Prowadzącemu udało się rozruszać towarzystwo, bo dyskutowaliśmy próbując poczuć temat. A jest to odnoga feminizmu skupiająca się na ciele, na tym co w ciele zapisane, co z niego wypływa będąc uznawane za wyraz głębi naszych naturalnych pragnień. Gdyby ktoś chciał zignorować resztę wpisu i przejść od razu do literatury fachowej, to odsyłam do Elisabeth Grosz, Susan Bordo :)

Tak trudno nam było rozgryźć o co w tym chodzi, bo zazwyczaj feminizm skupia się na komunikatach, które społeczeństwo przekazuje jawnie lub mniej jawnie, ale poprzez nasz umysł. Jak to zapisane w ciele? Kiedy wszystko, co w nas jest dotarło tam poprzez głowę - dzięki mediom, rodzinie, otoczeniu.

A są to właśnie komunikaty nie powiedziane wprost, które sprawiają, że ciało wypracowuje pewne odruchy, które po jakimś czasie uważane są za przejaw prawdziwego ja. Ja podrzuciłam przykład treningu czystości - nie wygłasza się przed dzieckiem długim pogadanek o tym, że trzeba załatwiać potrzeby fizjologiczne w toalecie. Wysadza się je na nocnik, trzyma go w widocznym miejscu, zachęca. Teraz w życiu dorosłym, sikanie w toalecie to przejaw tak naturalny, że by narobić w pościel potrzebowalibyśmy pistoletu przy głowie. Inny przykład - już w konwencji płci - to komunikat dla dziewczynki, żeby nie siedziała z rozstawionymi nogami. Nikt jej nie tłumaczy dlaczego. Jako dorosła kobieta uważa, że tak ją przecież natura stworzyła. Nie musi się rozkładać jak biedny mężczyzna, który sprawia wrażenie jakby sobie niemowlę umieścił pomiędzy udami. I tak dalej. Jest wiele naszych odruchów, które zostały w jakiś sposób wdrukowane w nasze ciało przez społeczeństwo. A które uważamy za naturalne, nie nabyte.

A co ma do tego feminizm? Bo inne komunikaty wdrukowuje się w kobiety, inne w mężczyzn. A co za tym idzie, co innego jest "nienaturalne" dla kobiet, co innego dla mężczyzn.

Prowadzący rzucił wynikami badań - do tematu wdrukowania w ciało - mówiących o tym, że 40% Polek nigdy nie miało orgazmu: dlatego, że nie czuło potrzeby, nie uznało to za istotne, nie szukało. Mnie ciężko jest w to uwierzyć. Niemal co druga w tym kraju? Chyba, że wliczymy pokolenie 70+, które wychowało się w innych czasach. Można nie mieć orgazmu z mężczyzną (czasami on nawet przeszkadza), można nie mieć orgazmu z kobietą (może rozpraszać), ale żeby nie mieć w ogóle? Nie mieć choć raz w życiu? Przez pomyłkę? Może część po prostu nie wiedziała, że to co przeżyła, to orgazm, bo się naczytała i naoglądała.

Będą jeszcze ze dwa wpisy z refleksjami w temacie - kobiecego nadmiaru i płynności płci.

A za dwa tygodnie mamy oglądać kobiece porno :)

wtorek, 29 listopada 2016
Uczuciowo

Nie mam zamiaru rozpisywać się o ludziach których poznaję poprzez portal randkowy. Może szkoda, ale to kwestia delikatności wobec innych.

Im jestem dłużej w tamtym miejscu - całe przeogromne dziewięć dni :) - tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ja się do tego nie nadaję. To kompletnie do mnie nie pasuje. Już mi się wydawało, że jestem na tyle stara, że potrafię randkować dla samej sztuki randkowania. A nadal wydaje mi się to stratą czasu. Niestety, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że fajnego człowieka, z który zwiążesz się emocjonalnie pozna się przy okazji robienia rzeczy nie związanych w emocjami, uczuciami. Fascynacja przychodzi z czasem. A nawet szybciej. Szukanie kogoś interesującego na portalu randkowym jest jak szukanie dobrego seksu w burdelu - sporej ilości ludzi to się udaje. Reszta czuje się jak idiota.

Poznałam kilku mężczyzn, pisałam, ale było to męczące, takie ciągnięcie na siłę. Żaden do mnie nie dotarł. Tam gdzieś pod naskórek. Też nie jestem osobą, która się sama od razu rozpina. Jednak nie potrafię sama przestać odpisywać. Nie potrafię kogoś odrzucić. Jeśli ktoś do mnie nie pisze, to ok. Spływa to po mnie. Gdy wymieni kilka zdań i zniknie - trudno. Sama nie potrafię tego zrobić, bo oni sprawiają wrażenie osób, którym to sprawi przykrość. Jakiś takich przyciągam. Powinnam była wykadrować zdjęcia razem z biustem :) Przyjęłam więc delikatną strategię zanudzenia rozmówcy. Może sami zrezygnują.

W dodatku, nawet jak ktoś chce się spotkać, to nie mam z nim kiedy. Mając wolne w miesiącu dwa weekendy plus 3-4 dodatkowe dni i ludzi, których cenię, którym chcę poświęcić też czas - nie wiem jak to wcisnąć. Dlatego samotne matki - takie bez artylerii babć i cioć - rzadko się z kimś wiążą :) Mam zabierać ze sobą dziecko? W taki grafik wcisnę tylko żonatych. A nawet ci nie mogą w weekendy. 

Kasować konta nie będę. Zobaczę jak to się potoczy.

Mam kumpla, z którym mogę wyjść do kina, coś zjeść, długo pogadać przy kawie, albo na messengerze. To spotkania bez podtekstu. I paradoksalnie, z nim mogłabym pójść do łóżka. Bo nasze spotkania nigdy nie były randkami :) One nawet koło randek nie stały :)

Tagi: życie
20:17, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 27 listopada 2016
Zagłodzić mole

Wpis z serii mocno zaległych.

O tym, jak zagłodziłam mole spożywcze :)

Nigdy nie miałam czegoś takiego w domu. W domu rodzinnym też się nie pojawiały. Podejrzewam, że dlatego, że moim rodzice jadali głównie ziemniaki, kasze pojawiały się rzadko.

Jeszcze przed remontem latały mi ze dwa, czy trzy przed nosem, ale z braku wcześniejszego kontaktu, przyjęłam to jako koloryt kuchenny. Potem wyniosłam wszystkie rzeczy spożywcze do pokoju. Wymieniałam szafki. Załadowałam ponownie. I po jakimś tygodniu, latało tego sporo. W dodatku w kaszy pęczak znalazłam coś, czego bym zjeść nie chciała, choć zapewne było bogate w białko, a w Azji może być przysmakiem.

Dopiero wtedy zaczęłam przeglądać internet pod kątem walki z molami spożywczymi i włosy stanęły mi na głowie. Bo to cholerstwo rozmnaża się w tempie geometrycznym, acz w interwałach tygodniowych. Ludzie męczą się z tym miesiącami. Jeden napisał, że musiał wymienić szafki kuchenne na nowe, a inny... zerwał boazerię ze ściany...

Tylko blondynka odmaluje ściany kuchni, wymieni szafki kuchenne na nowe, a następnie wstawi w nie jedzenie z larwami moli kuchennych... 

Postanowiłam walczyć kompleksowo i po całości. Rozstawiłam pułapki z klejem na mole. Nie tylko w kuchni. Także w dużym pokoju i pokoju dziecka. Te cholery latały już wszędzie i wszędzie mogły składać jaja. Nawet karma dla świnek morskich jest dla nich kusząca. Przez pierwsze dni nic się nie działo i już myślałam, że to wielka ściema. Potem zaczęły się przyklejać. Równocześnie, wyszorowałam dokładnie nowe szafki, łącznie z zawiasami. 

Biegałam po kuchni ze ścierką i wybijałam, to co latało. Z papierowym ręcznikiem, gniotłam egzemplarze oddające się orgiom na ścianie i drzwiach. W rogu kuchni, nad kuchenką, zobaczyłam coś przypominające w mikroskali to, co zniszczyło statek Nostromo. Nie dałam rady dosięgnąć ręką, ale wypaliłam to zapalniczką :) Trudno, nie będę mieć już idealnego sufitu :)

Ale najważniejsze było jedzenie. Bolało to moją oszczędną naturę, ale wzięłam worek na śmieci i wrzuciłam do niego wszystko. Absolutnie wszystko - makarony, kasze, ryże, przyprawy, kakao, galaretki, budynie. Poleciał do zsypu cały kosz :( Został tylko słój z płatkami śniadaniowymi, bo miał zasysane wieczko, herbata i kawa, bo szybko schodzą i mają mocne zakrętki.

To był początek. Co z tego, że jedzenie w hipotetycznymi larwami wyrzucone. Te mole, które latały nie mogły się niczym pożywić. Postanowiłam, że dopóki będzie latać choć jedna sztuka, plus jeden tydzień, nie wstawię do szafek żadnego produktu spożywczego. Wyjątkiem były wafelki i ciastka, które - jak zdążono mnie tu poznać - żyją w moim mieszkaniu kilka godzin.

Przez wiele dni kupowałam garmażerkę do podgrzania w domu. Jeśli już coś do ugotowania, to resztę opakowania wstawiałam do lodówki. Na stole też nie mogło nic długo leżeć, bo jak wspomniałam, mole latały po całym mieszkaniu. Wiertka też była przejęta i kiedyś, po tym jak zostawiła na pięć minut żelki, płukała je pod bieżącą wodą ;) Raz w życiu się przydało, że nie jestem boginią gotowania i nie zależy mi na skomplikowanym przygotowywaniu potraw.

Po miesiącu minął tydzień, odkąd zniknął ostatni mol i mogłam uznać, że moratorium jest zakończone. Nieśmiało wstawiłam najpierw jakiś ryż, potem makaron. Dopiero po kilku dniach, odważyłam się zrobić większe zapasy. Przy okazji, zauważyłam w sąsiednim sklepie latającego mola i zanotowałam, by nie kupować tam kasz, ani ryżu.

Minął miesiąc odkąd normalnie gotuję. Mole kuchenne nie powróciły. Może będę miała szczęście i nigdy już ich nie spotkam.

Teraz mogę się chwalić, że jestem tak kiepską gospodynią, że zagłodziłam nawet mole spożywcze :)

piątek, 25 listopada 2016
Cukrowa śmierć

Jak każdy nadwrażliwiec, któremu wydaje się, że na pewno na coś umiera, robię sobie regularnie badania kontrolne ;) Morfologia, cholesterol, hormony tarczycy - moja mama na to umarła, poziom cukru - umarła na to babcia i jej siostry, choruje jeden z dziadków.

Dziś odebrałam wyniki. Niska hemoglobina, hematokryt trochę poniżej normy. Czyli słaniam się na nogach, bo idę w stronę anemii. Trzeba jeść więcej buraków, szpinaku. Co ciekawe, takie wyniki morfologii mam regularnie od jakiegoś czasu. Kiedyś nie mogłam przez to oddać krwi.

Niestety, nie tylko to. Cukier na granicy :( Jak spojrzałam w widełki, to dla mnie on jest już powyżej jej. Lekarka odrzekła, że to jeszcze nie cukrzyca. Mnie to jednak przygnębiło trochę. Jak wspomniałam, moja babcia i wszystkie jej siostry, chorowały na cukrzycę i umarły na nią. Babcia zachorowała tuż po 40stce, czyli mniej więcej w moim wieku. Umarła mając 61 lat, co wtedy wydawało mi się wiekiem mocno podeszłym, a dziś to dla mnie okres pełni życia i możliwości. Szczególnie, że co ekipę polityczną mieszają w wieku emerytalnym. Widziałam, co cukrzyca robi z ciałem człowieka - odbiera wzrok, możliwość chodzenia (stopa cukrzycowa), rozwala serce. Przez ostatnie dwa lata przed śmiercią, babcia nie widziała, leżała w łóżku, a dojście do łazienki wymagało asysty, bo nie miała siły. Gdy cukrzyca zaatakowała nerki, zaczął się koniec.

W dodatku, cukrzyca jest wstydliwą chorobą. Kojarzy się z nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Co w czasach diety bezglutenowej, diety paleo, diety Kwaśniewskiego, diety doktor takiej lub brata zakonnego takiego jest występkiem bardziej odstręczającym niż zdrada małżeńska, czy sypianie z żonatym / mężatką ;) Ciało jest polem kontroli już nie w sferze seksu, ale w sferze jedzenia.

Nikt nie przyznaje się w wywiadach prasowych, czy telewizyjnych do tej choroby. Znani ludzie zapijają się, przedawkują narkotyki, ale nie naszprycują się cukrem na śmierć ;) To nie licuje z powagą celebrytowości ;)

Jedyny, znany, smutny przypadek to Robert Leszczyński, który zmarł zanim zdążył się zdiagnozować.

Z drugiej strony, dociera do mnie argument, że kiedy zachoruję na cukrzycę, będę brała dofinansowane leki, sponsorowane przez podatnika. A przecież do choroby się sama doprowadziłam. W takim razie, powinnam sama płacić za jej leczenie.

Wiedziałam, że jestem obciążona rodzinnie i jest ryzyko zachorowania. Po ostatnich wynikach, widzę, że to kwestia czasu. Dieta jedynie to odciągnie o kilka, kilkanaście lat. I mogę podejrzewać, jak będzie wyglądała końcówka mojego życia. Jeśli chce dożyć wieku emerytalnego, już teraz muszę zacząć ograniczać słodycze :( Trochę jak kazać alkoholikowi odstawić alkohol :( Czekolada mnie zabije ;)

19:05, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
czwartek, 24 listopada 2016
Nowa kuchnia

Ten wpis powinien powstać już bardzo dawno, ale jakoś nie miałam natchnienia. Zmiana mojej kuchni nie nastąpiła z dnia na dzień - patrzysz na stare pomieszczenie i zaraz widzisz je w nowej odsłonie.

W zmianach pomagał mi tata, trwały ponad miesiąc. Czasami z tygodniowymi przerwami. Jakiś czas skręcał meble. Potem zdjął górne szafki, zawiesił nowe. Minęło trochę czasu i wreszcie przestawił lodówkę. Trzeba było jeszcze przesunąć kuchenkę, zlew razem z armaturą (na szczęście o kilkanaście centymetrów, więc dało radę). Pomoc taty bardzo się przydała.

Jednocześnie, okazało się, że kupowałam te meblem trochę jak blondynka :) Wybierając je wiedziałam, że mają mniej elementów niż stary zestaw. Byłam na to przygotowana. Nie pomyślałam jednak, o tak banalnej rzeczy jak wymierzenie ich. Założyłam, że są tej samej szerokości co stare :D A są szersze o 20 centymetrów :) Wyszło to w czasie ich wieszania. Od razu zmieniłam koncepcję - miały być wszystkie na jednej ścianie razem z lodówką. Teraz wąski słupek - stojąca i wisząca są na ścianie z oknem.

Moja kuchnia to popularna kiszka z wielkiej płyty. Jakieś 3 na 2 metry. Wcześniej lodówka stała na przeciwległej ścianie niż cała reszta zestawu. Miałam trójkąt roboczy - kuchenka-zlew-lodówka i blat na przeciw. Gotując tylko robiłam skręty biodrami. Jednak takie ustawienie lodówki, optycznie zagracało kuchnię. Teraz stoi w ciągu od okna - lodówka, zlew, blat, kuchenka. Kuchnia jest tak mała, że się nie nabiegam. Cała przeciwległa ściana jest pusta - nic tam nie wisi, nic tam nie stoi. Jedno krzesło. Kuchnia nabrała przestrzeni.

Powinna kupić stół. Dotąd go nie miałam. Nie odczuwałam potrzeby. Do przygotowywania potraw mam blat, jemy obie z Wiertką na kanapie z talerzami na kolanach. Wiem, że kuchnia to serce domu i tam ludzie najbardziej lubią się zbierać. Ja jednak tam nie mam serca. Nie chcę tam spędzać czasu ani minuty dłużej niż tego wymaga przygotowanie posiłku i posprzątanie po nim. Mam podświadomie obawę, że zostałabym zepchnięta do tej przestrzeni. We wszystkich pokojach znajomi pana domu, dzieci, ale pani domu z koleżanką upchnięte w kuchni. Nie chcę tak. I czy obawa opisana, może być już podświadoma? :)

Inna sprawa, że jak wstawię stół, to zaraz zostanie zastawiony, do ostatniego centymetra, różnymi rzeczami. Jak biurko i stoliczek w pokoju. Co zgarniam, to się odtwarza. Szybciej niż kurz.

Nowy zestaw nie dość, że ma mniej elementów, to jeszcze dwie półki zamiast trzech. Nie zmieniłam tego świadomie. Przenosząc rzeczy, sporo z nich wyrzuciłam. Przynajmniej w tym miejscu zredukowałam przedmioty o połowę.

Cała ta zmiana następowała tak długo, tak stopniowo, że nowa kuchnia wślizgnęła się niezauważalnie w starą. Gdzieś z końcem września. Albo te ostatnie tygodnie były takie, że nie potrafiłam się niczym cieszyć.

I nie zrobiłam wszystkiego do końca. Brakuje... blatów :D Na szafce mam stary blat. Za wąski o 20 centymetrów, więc po bokach widać środek szafki. Jedzenie da się przygotować, dlatego moja motywacja do zakupu spada. Prowizorki są najtrwalsze. Tu czuć brak samochodu. Trzeba by po ten blat pojechać, zamówić, odebrać, przywieźć. Mogłabym to zrobić w okolicy, ale zamykają o... 16:00. Myślałam, żeby się przejść w czasie zwolnienia lekarskiego - to kilkadziesiąt metrów. Nie miałam siły. Wczoraj zadzwonił tata i stwierdził, że sam mi kupi, mam tylko wybrać kolor.

18:48, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 23 listopada 2016
Bo ja taka jestem

W poniedziałek był Dzień Otwarty w szkole i przeszłam się porozmawiać z wychowawczynią. Szczególnie po wpisach w zeszycie i dzienniczku. Okazało się, że mojej córce znowu charakter się popsuł. Płacze i szlochy w sytuacjach kryzysowych. Trudności z koncentracją, rozpraszanie klasy. Zajmowanie się na lekcji pisaniem i rysowaniem, w żadnym razie nauką. Wychowawczyni dopytywała się, czy wcześniej Wiertka brała jakieś leki, bo teraz zmiana jest widoczna.

Widziałam te jej zapiski - pisze kontynuację książki dla dzieci, którą jej czytano, albo bajki, a nawet emocjonujący list do koleżanki z klasy, która zraniła jej uczucia. Uważam, że jeśli dzięki temu ma kiedyś dostać Nike albo literackiego Nobla, to może to dodawanie do dwudziestu sobie odpuścić ;) Rysunki też są niezłe, bo o tym, jak kocha mamę :)

Żartuję.

Porozmawiałam z małą w domu. Wywróciła oczami i stwierdziła:

- Bo ja taka jestem. Ja już się nie zmienię.

Jakbym jej tatusia słyszała ;)

Pomyślałam jednak, że jeśli rodzina to system połączony, to być może odbiła się też na niej stresująca jesień, moja choroba. Starałam się nie okazywać po sobie napięcia, stresu, smutku, ale może są dzieci, które to wyczuwają. Teraz powinnam więcej uwagi poświęcić dziecku. Ograniczyć tablet. Wyciszyć.

Tagi: córka życie
19:20, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 listopada 2016
O niepożytkach z białego, wytrawnego wina

Jak wspominałam, w sobotni wieczór wypiłam butelkę białego, wytrawnego, musującego wina, które chyba przez bąbelki zadziałało niczym półtorej butelki wina. I założyłam konto na portalu randkowym...

Musiało mnie coś ogłupić. Skoro ciekawość, to pierwszy stopień do piekła, to zobaczymy do czego jeszcze.

O ile znalazłam zdjęcie, na którym wyglądam dobrze i nawet kompatybilnie z aktualną wagą ciała, tak opisy siebie i cech partnera szły mi po grudzie. Czego bym nie wymyśliła, wyglądało idiotycznie. A nie będę się rozpisywać, czego oczekuję od faceta, bo mogłabym wycisnąć z siebie długą listę, a i tak może się okazać, że najfajniej mi z kolesiem, który nie dociąga nawet do jej 10%.

W niedzielę zmierzyłam się z czymś bardziej perfidnym od kaca - bo po białym winie kaca się nie ma, dlatego tak wciąga. Zobaczyłam, że już od 8:36 dostaję wiadomości. Początkowo miałam dylemat. Jeśli ktoś do mnie napisał, a ja po przejrzeniu profilu nie jestem na tak, to wypada w ogóle nie odpisać? Miałam wrażenie, że to nieeleganckie. Takie odrzucające. Z drugiej strony, po co komuś zawracać tyłek? Nie minęło dwadzieścia cztery godziny, a ja też komuś tam coś wysłałam i jak się nie odezwał, to świat nie runął. Do całej rzeczy podeszłam z dystansu i bez napinania się.

Propozycje seksu się pojawiły. A jakże. Ze cztery, czy pięć. Gdybym targetowała w szybki seks, to bym z łóżka nie wychodziła. Moje zdjęcie widzieli, więc chyba mieli świadomość w co się pakują?

Kobietom, które mają nadzieję na miłość, czy związek radziłabym omijać takie miejsca szerokim łukiem, bo pierwsze co je czeka, to frustracja :) Faceci albo proponują seks, albo rozmowa się klei niczym post it - niby się trzyma, ale spróbuj dmuchnąć. Dla mnie najbardziej męczące jest wymyślanie tych haczyków, które sprawią, że rozmowa może się jakoś toczyć dalej. Mężczyźni raczej w tym nie celują. 

Nie wiem, czy się niedługo nie zniechęcę. Buszowanie pomiędzy profilami jakoś średnio mnie kręci. Kontynuowanie rozmów, które robią się small-talkiem - też. I to cholerny pożeracz czasu. Poczytać bym mogła, albo gdzieś wyjść.

Tagi: życie
19:49, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 listopada 2016
We własnym domu

W tym tygodniu, czytałam swoje stare zapiski - wpisy z bloga, ale też własne dopiski już w zeszycie. Uświadomiłam sobie, że wcześniej miałam o wiele trudniej. Dziecko było małe, bardzo skupiające na sobie uwagę, chorowało, miejsca, w których pracowałam generowały różne stresy. Zobaczyłam, że teraz mam całkiem spokojne życie. Tylko dlaczego, tak wszystko przeżywam i się stresuję? Nie mam w sobie tego spokoju, jak dwa lata, czy rok temu. Mam nadzieję, że w z tego wyjdę w końcu. 

Ostatniego dnia, w ostatnich godzinach, udało mi się dotrzeć na festiwal Warszawa w Budowie i jego wystawę "Wreszcie we własnym domu". Przez chorobę, zmęczenie ominęło mnie parę wykładów, spacerów materiałowych. Wczoraj też były bardzo ciekawe wykłady, ale byłam na zajęciach, które ledwo przetrwałam. Wróciłam do domu, weszłam pod koc, zjadłam pizzę z mrożonki sklepowej i leżałam. Przez ostatnie dni brnę, jak zanurzona w gęstej cieczy. Wszystko się porusza wolno, dzieje wolno, myśli wolno. Dobra, kończę biadolenie :)

Sama wystawa była ciekawa. Nie da rady opisać wszystkiego po kolei. Motywem przewodnim była sytuacja mieszkaniowa, architektoniczna, socjologia miasta - jej zmiany na przestrzeni ostatnich 26 lat. Od prac dotyczących najnowszych osiedli, opisów architektonicznych do modelowych pomieszczeń w mieszkaniu.

Ciekawą informacją dla mnie był pewien rzut osiedla z opisem czegoś tak prozaicznego, jak oświetlenie mieszkania. Bo mieszkanie ma być oświetlone i to chyba jest całkowicie oczywiste. Okazuje się, że niekoniecznie. Według przepisów pokój ma być naświetlony słońcem minimum przez trzy godziny dziennie w dniach równonocy wiosennej i jesiennej. Opcja minimum to - w mieszkaniu może być tylko jeden taki pokój. I okazuje się, że deweloperzy wykorzystują opcję minimum. Budują bloki z mieszkaniami, które są niedostatecznie doświetlone, ciemne. Rzut architektoniczny pokazywał kilka bloków na pewnym nowoczesnym osiedlu - jeden rysunek z wszystkimi oknami, drugi rysunek z zaznaczonymi oknami prawidłowo doświetlonych pomieszczeń. Tych było może z 20%... Okazuje się, że o to właśnie trzeba pytać dewelopera, o te badania trzeba wnioskować kupując mieszkanie.

Z całej wystawy najbardziej podobały mi się trzy instalacje multimedialne. Pierwsza to zmontowane sceny z seriali i filmów polskich - od roku 1989 do dziś. Sceny, które działy się w salonach. Były tam urywki z "W labiryncie", "Klanu", "Tygrysów Europy", aż po "Magdę M" i flagowe komedie romantyczne TVN pokazujące młodych, pięknych i bogatych. Można było zobaczyć, jak na przestrzeni prawie trzech dekad zmieniała się estetyka tego co modne, ekskluzywne, światowe. Oczywiście, te wnętrza z lat 90tych mogły wzbudzać rozbawienie. Zapewniam, że sceny z filmów z Zakościelnym oraz Brodzik także będą kopalnią ubawu za następne dwadzieścia lat.

Dwie kolejne instalacje, to dwa filmy dokumentalne. Pierwszy pokazujący, jak żyje się ludziom w kontenerach socjalnych, z ich opowieściami, z czym się borykają. Drugi to film dokumentalny ze stycznia 1990 roku. Dziennikarz pojechał do Mińska Mazowieckiego i przeszedł się jedną z jego ulic, wchodząc do każdego z domów, kręcąc krótkie historie o ich mieszkańcach. Odbywałam podróż sentymentalną w czasy mojego dzieciństwa. Zapewne ta ulica wygląda już inaczej, większości tych ludzi nie ma już na świecie, wnętrza się zmieniły.

I patrząc na ten film, słuchając tych ludzi zobaczyłam, że tylko wydaje mi się, że nam jest trudno żyć. Tamci ludzie wchodzili właśnie w stan lęku o utrzymanie pracy, zarobienie na życie. W zakładach mówiono o zwolnieniach, likwidacjach ("Sejm zlikwiduje zakład" - cytat, jedna z mieszkanek tak usłyszała od swojego dyrektora), rozrastała się niepewność, co do tego co dalej. Każde pokolenie ma swoje strachy i lęki. 

A w kolejnym wpisie będzie o tym, jak wczoraj wieczorem wypiłam butelkę białego, wytrawnego, musującego wina, które przez bąbelki i ciśnienie atmosferyczne zadziałało jak półtorej butelki i dzięki czemu zrobiłam coś głupiego ;)

sobota, 19 listopada 2016
Sobotnio

Byłam dziś za zajęciach z seksualności. Wcześniej musiałam się przedrzeć przez Powiśle i jeden marsz protestacyjny. Lewy brzeg Wisły był prawie odcięty, nie nie jeździło mostem. Mogłam pomyśleć o jeździe pociągiem. Torów jeszcze nie zablokują. Dojdzie do tego, że człowiek wychodząc z domy będzie sprawdzał, jaki protest akurat idzie :)

Z zajęć wynoszę trochę fajnych rzeczy, ale dziś chciałam opisać ciekawostkę, o której nie miałam pojęcia. Prowadzący wśród znajomych ma osobę transpłciową. Ja także, kilka lat temu poznałam ją na zajęciach, gdy była jeszcze na etapie przejściowym. I to na jej przykładzie dowiedziałam, się kilku ciekawych rzeczy. Przeciwnicy korekt płci, uważają, że to akt nierównowagi psychicznej, kaprys. Jednak cała procedura składa się z wielu testów, rozmów, przepytywań przez komisję, które wszystkie mają tylko jeden cel - złapać osobę, na tym, że się myli, odrzucić jej wniosek. Oczywiście, próżnia szybko się zapełnia - są w sieci modelowe odpowiedzi na takie pytania. Komisje zakładają także, że osoba chcąca zmienić płeć (szczególnie ta młoda), dotąd nie miała życia seksualnego. Nie jest ani hetero, ani homo. Przecież brzydzi się swojego ciała. To seksu zapewne też się brzydzi. A już kompletnie nie należy poruszać tematu preferencji seksualnych po zmianie płci. Zakłada się od razu, że płeć się zmienia by być heteroseksualną osobą. Informacja o tym, że będzie się zainteresowanym/ą przedstawicielami tej samej płci (po korekcie) od razu dyskwalifikuje i skutkuje odrzuceniem wniosku.

W akceptacji ludzi z niezgodą na własną płeć, nadal tkwi poczucie, że prawdziwy świat jest heteronormatywny i do tego głównie powinni dążyć. Nie zapytam mojej znajomej - a teraz spotykasz się z kobietami, czy mężczyznami? A wcześniej? Bo generalnie definicja hetero- i  homoseksualizmu oraz statystyki "rozprzestrzeniania się" (w pewnej książce autentycznie padło takie twierdzenie) nie są jednoznaczne. To temat na całkiem inny wpis.

Ciekawa jestem, czy inne osoby, które mają za sobą zmianę też miały podobne doświadczenia? Piszę "zmiana" i "korekta" wymiennie, a przecież w tej sytuacji nie są tożsame. Ci ludzie nie zmieniają tak na prawdę płci, bo tę właściwą cały czas w sobie mieli. Uprościłam, by nie powtarzać w kółko tego samego słowa.

sobota, 12 listopada 2016
marsz niepodległości

Powinnam była pójść na marsz niepodległości. Był szeroki wachlarz marszów niepodległości. Każdy mógł sobie jakiś wybrać. A ja mimo wszystko chciałabym, by kiedyś ulicami Warszawy przeszedł się jeden Marsz Niepodległości i szli w nim narodowcy, kodowcy, feministki, najbardziej lewaccy z lewaków, anarchiści, a nawet ci, którym się pomyliła data i myśleli, że to miesięcznica. Chciałabym, żeby ten pochód był radością z tego, że kiedyś tam nasz kraj odzyskał niepodległość, mógł sam o sobie stanowić. Żeby to nie był ideologiczny spacer coś podkreślający. I jeśli ktoś uważa, że mu się nie godzi tak iść razem - oznacza to, że bardziej od kraju zależy mu na interesach własnej grupy, a 11 listopada jest tylko pretekstem.

Nie wyszłam wczoraj z domu. Nie czuję się z tym dobrze. 2016 to rok, gdzie co chwila albo jestem przeziębiona, albo nie mogę się podnieść. A za oknem przechodzą marsze, protesty. Solidaryzuję się z nimi, ale nie jestem w stanie do nich dołączyć. Nagle zrozumiałam, co mówiła sokramka o tym, że nie cierpi tlumów. Kiedy myślę, że mam iść pomiędzy tych ludzi, krzyczeć hasła - z którymi w 100% się zgadzam, identyfikuję - to czuję się jakbym była z papier mache. Tyle, że ten papier jest cienki i kruchy. Myślę o udziale w proteście i w klatce piersiowej coś zaczyna szeleścić.

W ciągu ostatnich dwóch dni wolnego weekendu, w ogóle nie ruszałam się z domu. Tylko dziś na zakupy z dzieckiem.

Wczoraj pomyślałam jednak - kobieto, ciągle jeszcze bierzesz antybiotyk (dziś rano wzięłam ostatni), kilka dni byłaś mocno chora. Masz prawo nie mieć siły na marsze. Kiedyś zrobisz coś, co przebije to wszystko.

A może tak zaczyna się starość :(

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 99
Tagi