To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 24 lutego 2017
Tajemnica szafek kuchennych

Wczoraj wieczorem, ja wyszłam na spotkanie ze znajomymi, a Były został u mnie w domu z Wiertką. Gdy wróciłam, opowiedziałam mu, w ramach anegdotki, historię źle wymierzonej szafki kuchennej.

Wszedł do kuchni i po sekundzie zauważył, że... zlew się przesunął, naszedł na sąsiednią szafkę. W drugiej sekundzie docisnął go w stronę przeciwną, do lodówki. W trzeciej sekundzie miałam szafkę o szerokości 80 cm, nie 77 cm...

A potem powiedział, że w sumie to chciałby zobaczyć, jak rozmawiam z siecią meblową na temat sprzedanych szafek w źle podanym wymiarze :)

Nowy blat już leży. Kuchnia wygląda, tak jak powinna.

Jestem niepraktyczna, ale żeby aż tak...

czwartek, 23 lutego 2017
Kuchnia prawie gotowa

Biję rekordy prokrastynacji i mam za swoje.

Ja zapewne nikt już nie pamięta - pod koniec sierpnia kupiłam nowe szafki do kuchni. I przez niemal dwa miesiące były składane, wstawiane.

A co tam - zostały nowe blaty. Po prostu położyłam stary, sporo węższy. Z boku kuchenki wyzierała dziura, a ja zawartość szafki przykryłam ściereczkami, by nic tam nie kapało i leciało. Było miejsce na przygotowywanie posiłków, to w czym problem. W wąskiej szafeczce po prostu blatu nie było.

Pod koniec stycznia, wreszcie mój tata uznał, że ktoś musi dać mi impuls i podarował mi te blaty, jako upominek. Poszedł, zamówił i zapłacił. Tyle, że gdy mówił o kolorze, cały czas napomykał o białym, gdy ja zwracałam mu uwagę, że szafki nie są białe. To taki trochę ecru, kremowe. Przyszedł z formularzem opłaconego zamówienia - jak byk widniało tam... białe. Dobrze, że zakład jest niedaleko, szybko pobiegłam i wybrałam inny kolor blatów. Mój biedny tata jest daltonistą i ma na to nawet papiery ze szkoły. Przypomina mi się też komentarz sokramki do sytuacji: "kremowy, to taki zjebany biały" :D

To jednak nie koniec slapsticu. Uparłam się, że sama te blaty do domu przyniosę. Co to za problem - do przejścia jest może 100 metrów. Blaty dwa: 40 x 60 i 40 x 80. Drobiazg. O tym, że nie drobiazg zorientowałam się dwa kroki dalej, ale głupio mi już było wracać się do zakładu i prosić o pomoc. Do domu je doniosłam, ale zajęło to pół godziny, zatrzymywałam się co chwila i generalnie wyglądałam zabawnie. Cud, że się nie poślizgnęłam na oblodzonym chodniku. Było to przed moim rozbiciem głowy, więc lód nie wydawał mi się złowrogi.

To jednak nie koniec slapsticu. Blaty dotaszczyłam do domu i położyłam w kącie. Przez kilka dni nie mogłam na nie patrzeć. Wczoraj wreszcie postanowiłam nałożyć na szafki. I tu szczęka mi opadła. Blat jest... za szeroki. Nachodzi na kuchenkę. Chwyciłam za miarkę. Pieprzona firma, której nazwy nie wymienię, sprzedała mi szafkę "osiemdziesiątkę" w szerokości... 77 centymetrów! Poczułam się jak w filmie Barei. Gdyby nie to, że tyle czasu minęło od zakupu, skontaktowałaby się z nimi.

Trudno. Niedługo przyjedzie mój tata i dotnie mi ten blat. Inną opcją jest zataszczyć go ponownie do zakładu, by oni to zrobili :)

Jakiś pozytyw - lepszy blat za szeroki, niż za wąski :)

11:29, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 lutego 2017
Siedmiolatka o miłości

Skoro było o seksie, to będzie też o miłości.

Z okazji święta tydzień temu, Walentynek, Wiertka zastanawiała się, czy powinna je obchodzić. Czy ona jest zakochana? Imiona zmienione

- Tomek jest grzeczny na lekcjach, ale biega na przerwie. Adam też biega. Piotrek ma duży brzuch - tu podniosła palec do góry - Nie mówię, że jest gruby.

W efekcie uznała, że zakochanie jest bleeee, tu miałam wywalony język na brodę :)

poniedziałek, 20 lutego 2017
O matko! Oni to jedzą?

Zaczyna się etap trudnych pytań.

Wczoraj robiłam drobne zakupy z Wiertką i natrafiła na jeden z produktów wystawionych przy kasie. Nie omieszkała przeczytać na glos nazwę:

- Pre zer watywy p pr prążko wane.

I oczywiście padło pytanie:

- Mamo, co to jest?

I nie ma, że "opowiem ci w domu".

- Używa się tego, by nie mieć dzieci. - podsumowałam.

- O matko! Oni to jedzą?! - zakrzyknęło moje dziecko, a ja i pani sprzedawczyni wybuchnęłyśmy śmiechem.

Mojemu dziecku to nie wystarczyło, bo chciała wiedzieć, jak to konkretnie działa. Dodałam, już po wyjściu ze sklepu, że zakłada się to na siusiaka.

- Przecież mężczyźni nie mają dzieci.

To dodałam, że kobiety mają w brzuchu jajeczka, a mężczyźni nasionka, które wyciekają siusiakiem i po to zakłada się tam gumową rękawiczkę.

Na razie wystarczyło.

Na wszelki wypadek, dodałam, by jeszcze nie dzieliła się tą wiedzą z koleżankami.

środa, 15 lutego 2017
Kuchenne eksperymenty

Jak dotąd, chyba pierwszy fajny dzień w tym roku. Udało mi się zdobyć wejście na warsztaty dla dzieci organizowane przez Crazynauka w Kuchni Spotkań. Specjalnie dla tego wyjścia zmieniłam sobie plan urlopowy.

Zebrało się kilkoro dzieci i ich rodziców. Dwoje super ludzi z Crazynauka (pasjonaci propagowania nauki) prowadziło wspólne pieczenie pizzy. Jednak nie tylko. Przyznam się szczerza, ale kto mnie zna zaskoczony nie jest, że pizzę robiłam pierwszy raz. Chyba pierwszy raz w życiu rozgniatałam ciasto rękoma (to i potem inne). Ciągle mam swoje przygody z sensoryką, więc babranie się dłońmi w lejącej się, lepiącej fakturze wydawało mi się początkowo niemiłe. Mam tak od zawsze. Dłonie mają być idealnie suche :) Zrobienie własnego ciasta było fajne :) Potem ono rosło, a my ugniataliśmy jeszcze wspólnie - już z mąki ziemniaczanej (och, jaka to inna faktura w dotyku) domową plastelinę.

Po zjedzeniu pizz, były jeszcze ciekawe warsztaty z laserem, wybuchający wulkanem, czy ręką Frankensteina - ciekawe zastosowanie sody i octu :) Dzieci bawiły się też w sali zabaw obok, a dorośli posiedzieli trochę przy herbacie i dyskutowali o różnych ciekawostkach naukowych.

Cudownie spędzone cztery godziny!

poniedziałek, 13 lutego 2017
Śmierć, Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - pierwsze, cz. 3

Mój ostatni wpis, ostatnia refleksja dotycząca książki.

Nie ulega wątpliwości, że Tomasz Beksiński był dystymiczny, że miewał załamania nerwowe, cierpiał na depresję. Pomoc psychologiczną, terapię powinien był otrzymać już po swojej pierwszej próbie samobójczej, na pewno po drugiej. Gdy pomyślano o tym na poważnie, tuż przed jego śmiercią, było już o dwadzieścia lat za późno. Przypominam sobie jednak, że po próbie w latach osiemdziesiątych był hospitalizowany. Teoretycznie powinien się wtedy zająć nim jakiś specjalista. Kto ich tam wie. Po tym względem, Beksiński urodził się stanowczo za wcześnie. W latach 70tych, 80tych terapia nie była jeszcze tak znana, nie mówiło się tyle o depresji, ludzie nie przyznawali się do tego otwarcie. Gdyby dziś był człowiekiem wchodzącym w życie, być może poszukałby pomocy fachowej.

Był człowiekiem, który budował swoje marzenie. Ono waliło się w gruzy. Nabierał nadziei, budował od nowa. Waliło się w gruzy. Nabierał nadziei, budował. Waliło się w gruzy. Po każdej katastrofie bolało. I w końcu, w okolicach 41 urodzin uświadomił sobie, że tak będzie zawsze. Zawsze będzie budował i się zawali. I będzie boleć. I to nie raz. Będzie tak raz po raz, aż do śmierci. Dookoła wszystko zbudowali. Stoi mocne i stabilne. Być może on już nigdy nie zbuduje. Co jest jeszcze bardziej bolesne. Wyjściem jest zaniechanie budowania. Tylko, że wtedy boli jeszcze bardziej. Doskonale to znam. Sama dobiegam tych urodzin.

Do tego ta samotność. Rodzice starzeją się, dochodzą. Z resztą rodziny kontakt jest luźny. Przyjaciele mają własne gniazda. A dookoła niego cisza i pustka. Łatwo mi wzruszać ramionami na miłość, jak moje dziecko doprowadza mnie do stanu permanentnego ogłuszenia. Mnie samotność wydaje się kusząca.

niedziela, 12 lutego 2017
Weekend

Krótki przerywnik od smęcenia.

W sobotę wysłałam dziecko do jej ojca i wprowadziłam w życie plan - koc, książka, pilot od tv, telefon z wejściem do netu. Wreszcie nic nie musiałam, a dom spowity był ciszą (nawet jeśli coś oglądam w telewizji, to cicho, gdy moje dziecko podbija dźwięk kilka razy). Potrzebowałam oddechu, nie życia kulturalnego. Na kablówce miałam maraton - drugi sezon rodziny "Soprano" i jak zaczęłam od 18:00, to skończyłam o 2:00. Serial jeszcze leciał do świtu, ale ja odpadłam :)

W niedzielę miałam wyjść - w ramach Urodzin Pragi na spacer miejski i wykład. Tak poza domem od 13:00 do 18:00. Traf chciał, że po przebudzeniu zabrałam się za czytanie książki (czytam już trzeci dzień) i nie mogłam się od niej oderwać. 

W ramach dygresji nadmienię, że podskoczyło moje libido czytelnicze. I to, nie zaznanego od dawna, wysokiego poziomu. Książki połykam.

Tak sobie leżałam, czytałam "Lśnienie" Kinga i patrzyłam na zegarek - dobra, jeszcze półtorej godziny mogę czytać, jeszcze godzinę czyli super, jeszcze pół godziny, ojej, kurcze tylko kwadransik, no nie, odkładaj, bo musisz się ubierać. A potem pomyślałam, że przecież nie muszę wychodzić z domu. Kto mnie zmusza do aktywności kulturalnej? Mam wymówkę porównywalnie ambitną - czytam powieść. I resztę niedzieli przeleżałam, czytając dalej.

Zaraz wraca dziecko.

piątek, 10 lutego 2017
Miłość, Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - pierwsze, cz. 2

Chciałam teraz napisać trochę własnych refleksji na temat Tomka Beksińskiego. Coś, co mi przyszło do głowy po lekturze.

Jego przyjaciele wspominali, że był z całkiem innej epoki. Za szlachetny, za idealistyczny, za nadwrażliwy na te czasy. Odszedł razem z wiekiem XX, bo nawet jak na ten wiek był już dziwny. Sama z trudnością wyobrażam go sobie w wieku XXI. Jednak nadwrażliwcy - z autopsji to piszę - na każde czasy się nie nadają. Czy to byłby wiek XIX, XVI, czy epoka lodowcowa. Wystarczy sobie przypomnieć historię (wiem, że wymyśloną) Wokulskiego i Łęckiej, by wiedzieć, że tak by kończył Beksiński. Każda epoka uprawia z nadwrażliwcem seks analny, gdy ten wolałby wino i pieśni.

Bardziej odpowiada mi metafora - moja własna - kliszy fotograficznej. Nasz świat, wydarzenia, emocje, my sami, nasz charakter, to obraz zapisany na kliszy filmu. Jest się tej kliszy integralną częścią, by człowieka usunąć trzeba go z niej zdrapać, a to naruszy sam fundament kliszy. Dlatego człowiek jest ze swoją rzeczywistością nienaruszalnie zespolony. Są jednak ludzie z kliszy obcej, doczepieni, doklejeni, doklejeni mniej lub bardziej ściśle. Zawsze jednak odstają, odginają się, zaginają się, zadzierają. A w drastycznych momentach po prostu ześlizgują w nicość. Tomasz Beksiński był z innej kliszy. Tragedia polega na tym, że nie można do swojego filmu wrócić. Nawet nie wiadomo, gdzie on jest. A jeśli nawet, to w tej dziurze po mnie samej, ledwo się doczepię. Nawet tam będę już odstawać. Beksiński był tak luźno zespolony, że wystarczyło wstrząsnąć, a spadł. Mnie do tej rzeczywistości przytrzymuje szpilka z mojej córki.

Beksiński wybierał zawsze złe kobiety. Choć nie można oczekiwać sukcesu, gdy ciągnie człowieka do nastolatek - niezależnie ile sam już ma lat. Jeśli są tylko emocjonalnie nieukształtowane - zostają przyjaciółkami, jeśli są emocjonalnie nieukształtowane i zwichnięte - wciągają w toksyczny związek. A Beksiński jak kochał, to kochał według przyjaciół całkowicie, oddanie, romantycznie. A według mnie ocierało się to delikatnie o stalking. Nie czynny, gdy się kogoś dręczy z miłości różnymi pomysłami, ale taki wewnętrzny, gdy myśl o tej drugiej osobie, odrzuconej miłości, jest uporczywa, nie można jej się pozbyć, niszczy życie. Widać to po listach, które pisał do kobiety, po rozstaniu. Była już z kimś innym, była już szczęśliwa. Jednak pisał do niej, zaznaczając, że wie, że nic nie wskóra, ale musiał coś jeszcze wyjaśnić, coś powiedzieć o rozstaniu, coś rozwinąć. Jakby podświadomie miał nadzieję, że któryś z tych listów sprawi, że ona powróci.

I z taką wrażliwością, fatalnie lokowanymi uczuciami, Beksiński dotrwa do 41 urodzin. Ja za chwilę dojdę do moich 41. On popełnił samobójstwo w miesiąc potem. A o depresji, samobójstwach, poczuciu seryjnej, nieuchronnej, klęski będzie w kolejnym wpisie.

czwartek, 09 lutego 2017
Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - pierwsze, cz. 1

Z rodziny Beksińskich kochałam Zdzisława Beksińskiego - jego malarstwo, grozę, niepokojącą melancholię przenikającą z obrazów. Byłam za młoda by stać się fanką audycji Tomasza Beksińskiego - pozostałam w drużynie Marka Niedźwieckiego.

Jednak zastanawiałam się, czy nie iść na "Ostatnią rodzinę" do kina i recenzje mnie zniechęciły. Szkoda mi pieniędzy na bilet, by wyjść z seansu wkurwiona. Właśnie czytając te recenzje trafiłam na linki do różnych wywiadów, historii. A potem, czekając na swoją kolej w bibliotece, już z książkami do wypożyczenia w ręce, zobaczyłam na półce "Tomek Beksiński. Portret prawdziwy" Wiesława Weissa. Pod wpływem impulsu, odniosłam jedną z poprzednio wybranych książek i wypożyczyłam tę. Z wywiadów wiedziałam, że autor był oburzony "Portretem podwójnym" Grzebałkowskiej, a po filmie wprost wściekły tym jak pokazany był jego przyjaciel.

Wróciłam do domu i wsiąkłam. Niby 670 stron, bez przypisów i zdjęć, a czyta się jednym tchem. Nie mogłam wyjść z wanny, bo jeszcze tylko jedna strona. Nie mogłam iść sprzątać, bo jeszcze tylko do końca rozdziału. Tomiszcze grube, więc do czytania na stojąco w komunikacji miejskiej wymagany jest perfekcyjny błędnik oraz doświadczeniem w ćwiczeniu jogi.

Sama biografia? Zdaję sobie sprawę, że to odpowiedź na dwa poprzednie tytuły medialne. I wyszła z tego laurka. Bo może i miał wady, ale kto nie ma. Może i krzyczał, ale kto nie krzyczy. Może był niepraktyczny życiowo, ale to się zdarza. Z drugiej strony, to piękne, gdy twój przyjaciel, po twojej śmierci potrafi zebrać od tylu osób, tyle pochlebnych historii i wypowiedzi. Są tam relacje znajomych i przyjaciół ze szkoły podstawowej, średniej, studiów, pracy. Nie ma tylko bezpośrednich wypowiedzi od byłych partnerek Beksińskiego. Może dlatego, że większość z nich przedstawiona jest mało pochlebnie. A ostatnia jest niemal wprost oskarżona o doprowadzenie bohatera do śmierci. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie będzie oburzona tą lekturą. No cóż, okazało się, że zmarła niedawno. Ładnie się złożyło. Nie ma szansy się obronić. A o tym, co ja sądzę o jego miłościach i związkach jeszcze będzie.

Gdy skończyłam tę biografię, nabrałam ochoty na poznanie "Beksińskich. Portretu podwójnego", by teraz zobaczyć Tomka Beksińskiego z drugiej strony. Sprawdziłam i okazało się, że jest dostępna, nawet w dwóch bibliotekach. Jednak, gdy przyszłam wczoraj, ktoś mi obie pozycje zwinął sprzed nosa. Spóźniłam się o kilka godzin. Mogłam zarezerwować, ale jak zwykle nie chciało mi się przypominać loginu i hasła do konta. Teraz zarezerwowała mi pani z biblioteki. Będę może z miesiąc czekać. A chciałam opisać na blogu moje refleksje najpierw po lekturze jednej, potem drugiej z biografii.

A to nie koniec moich wrażeń  z lektury "Tomka Beksińskiego. Portretu Prawdziwego". Będzie ciąg dalszy. Mam nadzieję, że jutro.

wtorek, 07 lutego 2017
Urodziny Pragi 2017 - inauguracja

Nie wiem, co tkwiło w głowie króla Władysława IV, że nadał wioseczce Praga prawa miejskie w środku zimy. A wtedy trzaskająca musiała być bardziej. Do wiosny poczekać nie mógł? I teraz musimy, wariaci, świętować w śniegu i mrozie :)

Tegoroczne obchody rozpoczęły się już wczoraj wykładem o Pradze w filmach. Odbywało się to w "To się Wytnie". Knajpa z klimatem, fajna. Jednak jak większość lokali na Nowej Pradze ma pewną wadę - brak ogrzewania połączony z wysokim sufitem. Był jeden grzejnik olejowy, ale to dość mało. Zebrało się sporo ludzi, atmosfera była prasko-rozrywkowa dzięki nieocenionemu Pani Mieczysławowi Janiszewskiemu i jego ferajnie.

Wykład był bardzo fajny, z fragmentami filmów. Karol Bulski, prowadzący, wybrał - z ponad stu pozycji - kilkanaście tytułów, których akcja albo plenery były wzięte z Pragi. Opowiadał o scenariuszach, a nawet - przy okazji oglądania "Rezerwatu" dzielił się własnymi wspomnieniami z wynajmowania mieszkanek w praskich kamienicach. Przy okazji dowiedziałam się, że najbardziej znana, najczęściej na świecie oglądana polska ulica jest właśnie tu na Pradze Północ, na Nowej Pradze. To ulica Mała. Dzięki swoim kamienicom, zabudowie jest sceną dla wielu plenerów w filmach o drugiej wojnie światowej, latach przedwojennych. 

Wytrzymałam ponad dwie godziny. A pomimo kubka gorącej herbaty, moje ciało stopniowo wytracało ciepło i zaczęło troszeczkę dygotać. Wiem, że metoda tylko pogarsza sprawę, ale przydałby się duży kubas grzanego wina ;) Po powrocie do domu, weszłam do wanny z gorącą wodą, by się wyparzyć.

Dziś pogoda się nie poprawia i nadal jestem zmarznięta.

W sobotę, Karol Bulski, poprowadzi spacer miejski śladami scenerii filmowych, a zainteresowanych świętowaniem zapraszam do przejrzenia programu ;)

http://www.twoja-praga.pl/info/informacje/5199.html

https://www.facebook.com/events/324460981283435/

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 103
Tagi