To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 19 listopada 2018
Listopadowe śnienie

Ciekawe doświadczenie, jak śniona historia może wpływać emocjonalnie na dzień.

W niedzielę miałam w planach wyjść gdzieś z dzieckiem. Jednak obudziłam się i wychodząc ze snu czułam się tak przygnębiona, że jedyne czego chciałam, to zostać w czterech ścianach. Sam sen nie był jakiś szczególnie straszny. W porównaniu do tych, jakie potrafię mieć. Pamiętam, jak to najczęściej bywa, tylko strzępki. Przenoszę się z dwiema koleżankami do równoległego świata, tam oglądamy zwłoki kobiety, ten punkt na jej ciele, który krwawił. Jednak nie mogę powrócić do swojego świata prawdziwego, muszę jeszcze zostać, nie działa ten punkt przez który mogę przejść. Nie czuję się z tym pewnie. Teraz sceny wcześniejsze, albo późniejsze – w jakimś mieszkaniu, umeblowanym jak zwyczajne miejsce do zamieszkania, kiszę się z wieloma osobami jak w biurze. Z kimś się sprzeczam, zmieniam pokój.

 

Dla kogoś czytającego z boku, nie jest ani kawałek interesujące, ale ja spisuję to by zapamiętać. Bo najistotniejszy jest klimat, stalowa szarość za oknem. Obudziłam się po takim śnie i byłam w jakimś smutku. Nie takim dystymicznym, ale bardziej melancholijnym. Nie chodziło o to by leżeć w łóżku i nic nie robić. Poczułam głęboką niechęć wobec wychodzenia z domu. W jakimkolwiek celu. Tak jakby za drzwiami wyjściowymi był szary, rozmazany świat. Albo jakby poza domem było rozciągnięte aż po horyzont białe urwisko. Wreszcie rozumiem, jak to jest, gdy ktoś pisze, że tak bardzo nie ma ochoty opuszczać domu, że się zmusza, albo nigdzie nie wychodzi.

Biorąc pod uwagę, że na zewnątrz szalał smog, to był nawet dobry pomysł.

 

Tagi: sny życie
18:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 listopada 2018
Disney On Ice

Wyjść kulturalnych część kolejna. Tym razem „Disney On Ice”. Bilety na występ kupiłam już… w lipcu J Dziecko chciało iść na to już we wcześniejszych latach, ale nasza sytuacja finansowa była taka sobie. Pojawiły się pierwsze reklamy, z ciekawości kliknęłam w link, potem jakoś tak zaczęłam sprawdzać dostępność biletów na poszczególne dni, ich ceny. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że sporo jest już wykupionych. A może nie ma co się zastanawiać? Znalazłam dwa miejsca, w dobrym punkcie moim zdaniem, w środku tygodnia, więc w najtańszej możliwej opcji. Zarezerwowałam uznając to za wcześniejszy prezent urodzinowy dla dziecka. Taka tam racjonalizacja J Płacąc za te zakup weszłam na krótki czas na napiętą drogę z bankiem, bo na koncie miałam opary, ale w perspektywie za kilka dni wypłatę. Bank wybaczył, bo ciągle chce mi dawać jakieś pożyczki.

 

A potem to już tylko wystarczyło, żeby nie zapomnieć o dacie występu przez ten cały czas J Bałam się, że przypomnę sobie dzień po J Wiertka była podekscytowana.

Przedstawienie było fajne. Skondensowanych kilka bajek Disneya. Mnie najbardziej zaciekawiła choreografia i wytańczone układy. Nie jestem fanką łyżwiarstwa figurowego, nie oglądam występów w telewizji, dlatego, to co widziałam teraz na lodzie wystarczająco mnie usatysfakcjonowało J W tle leciały piosenki z filmów Disneya, można było sobie ponucić, czy pośpiewać. Generalnie fajny wieczór. I o dziwo, mimo ostrzeżeń, że na hali panuje temperatura 18 stopni, wcale nie zmarzłam J

 

czwartek, 15 listopada 2018
Piąte Królewstwo

Długi weekend ukoronowałyśmy wypadem do kina na „Dziadka do orzechów i cztery królestwa”. Zainteresowanym mogę polecić – fajny obraz dla młodych w wieku od 8 lat do wczesnych nastolatków, a potem dorosłych. W warstwie plastycznej film jest zrobiony przepięknie – trochę jak „Alicja” Burtona, ale bez jego pazura szaleństwa. Alternatywny świat królestw z ich klimatycznymi obrazami, mieszkańcami, detalami strojów. Jeśli ktoś ma inklinacje do schizofrenii niech lepiej nie idzie J Z poziomu bardzo racjonalnego, dla mnie to historia młodej dziewczynki, która przeżywa swój pierwszy epizod psychotyczny, odziedziczony po zmarłej matce. Jednak oczywiście, jest także warstwa irracjonalna i tak kazała mi zachwycać się filmem. Jako dziecko bardzo lubiłam takie historie (najczęściej w książkach), bo w głębi duszy, procentem swojego jestestwa wierzyłam, że tak naprawdę pochodzę z krytego, fantastycznego królestwa, lub innej planety. Tamta historia ciągle czeka  na mnie, ale ja na zawsze utknęłam tutaj i muszę przesnuć swój żywot w takim kształcie, z poczucie obcości i bycia boleśnie odrębną. W takim piątym królestwie. Dlatego seans „Dziadka do orzechów…” był dla mnie melancholijnym powrotem do tamtych tęsknot.

 

Jakby się ktoś uparł bym napisała zawiązanie fabuły, to mamy młodą dziewczynę przeżywającą pierwsze święta po śmierci matki, która w trakcie wigilijnego przyjęcia trafia do ukrytej krainy, w której jej matka była niegdyś królową. I musi tę krainę uratować. A wszystko to w oparciu o znaną historię „Dziadka do orzechów”, z motywami muzycznymi z baletu i cudownymi scenami baletowymi jako, dobrze zgranymi z historią, wstawkami.

Nieopatrznie zajrzałam też, by sprawdzić opinie w sieci i nie są spójne z moją J Kalka z „Alicji”, „Narnii”, fabuła miałka, niby „Dziadek do orzechów”, ale to nie jest „Dziadek do orzechów”. No i dlaczego rządzi poprawność polityczna, czyli któraś z postaci musi być czarnoskóra, nawet jeśli to byłoby kompletnie niemożliwe w tamtych czasach. Mnie się podobało. Moje dziecko oglądało film z wypiekami, obgryzała paznokcie w emocjach i chciałaby pójść obejrzeć go jeszcze raz. I to jest najważniejsze.

Kłopotem dzisiejszej kinematografii jest to, że trzeba nakręcić film, który spodoba się dzieciom, ale także zaspokoi estetyczne, kulturalne i różne inne potrzeby dorosłych.

 

Tagi: kino
16:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 listopada 2018
Rocznicowy weekend

Za nami kolejny dłuższy weekend. Pomysł by zrobić z tego ciągłą tradycję, pracy w systemie 4 dni robocze-3 dni odpoczynku, byłby fajny. Tylko ostatni piątek był mocno zawalony pracą, bo klienci zlecali rzeczy aktualne i te do załatwienia w wolny poniedziałek.

 

W sobotę przejechałyśmy się z Wiertką na Plac Zamkowy, gdzie odbywał się Piknik Historyczny. Jak dla mnie dużo rzeczy tam nie było, ale mnie akcesoria wojenne średnio interesują. Obejrzeć można było różnego rodzaju armatki, motocykle, karabiny, wozy wojenne – z czasów obu wojen. Spacerowali panowie rekonstruktorzy w mundurach przeróżnych, choć polskiej formacji. Popatrzyłyśmy, zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, kupiłyśmy biało-czerwone rozetki. Dla mnie to była okazja by wyciągnąć moje dziecko z domu i zażyć świeżego powietrza (prawie świeżego).

Potem przeszłyśmy się kawałek dalej, do Parku Miniatur. Ze względu na pogodę, to już chyba ostatnie dni, gdy można je oglądać we względnym termicznym komforcie. W malutkim parku stoją zminiaturyzowane modele znanych przedwojennych budynków, tych których – z różnych względów – nie udało się odtworzyć, odbudować. Skali nie pamiętam, ale budyneczki miały jakieś do pół metra wysokości i metr lub więcej długości. Dla lepszego klimatu, wstawiono w ich wnętrza, na balkony, otoczenie figurki ludzi w strojach z epoki, wozy, konie. Cudowne dla kogoś, kto ma jeszcze w sobie jakieś resztki dziecka. Wiertce najbardziej podobał się teatr letni, który istniał w Parku Saskim i targ z Placu Żelaznej Bramy. Nawet obfotografowała je na pamiątkę. Generalnie, każdy budynek uważała za piękny i żałowała, że miasto dziś tak nie wygląda.

Niedzielę, dzień ważny i uroczysty, spędziłyśmy w domu. Klimat społeczny ostatnich lat sprawił, że nie mam ochoty wychodzić na żaden marsze. Nawet jeśli mają być rodzinne, radosne, wspólne i wszystkie takie tam. Odkąd maszerowanie, w dowolnej sprawie, stało się ostentacyjnym wyrazem poglądów, myśli, z przekory nie mam ochoty dołączać. Mam jednak jakiś smutek w sobie. Setna rocznica odzyskania nieodległości, powrócenia jako niezależny organizm polityczny mogła być okazją do radosnego świętowania. A tu były od razu spięcia, to blokują jeden marsz, to inny, patronat polityczny, jakbym nie próbowała tego ominąć będzie miała i partia polityczna, i prezydent, którzy nie mają mojej sympatii. A ulubionym sposobem Polaka na wyrażenie radości jest odpalenie rac, których ilość da się tylko opisać jedną liczbą – „w chuj”.  Nie włączałam nawet telewizora, czy innych mediów. U nas było domowo, kanapowo, kocio.

Trzeciego dnia wybrałyśmy się do kina. O tym będzie kolejny wpis.

 

Tagi: weekend
20:16, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 listopada 2018
Gdy nauczyciel jest oceniany

Dziś będzie o nowym, ciekawym zjawisku. I mam nadzieję, że koleżanka, która jest autorką tej burzy, nie będzie miała do mnie żalu, że wykorzystałam historię, jako przykład.

 

Przy okazji rozmów o dzieciach, pracach domowych, koleżanka opowiadała, że jakby jej dziecko się nie starało, ile by wysiłku nie włożyło w napisanie wypracowania, to nie dostaje nie więcej niż trójkę. Kiedyś, w ramach eksperymentu, matka napisała pracę za dziecko. Też dostało trójkę. Pamiętam, takie wydarzenia z dzieciństwa – choć to przecież była szkoła z lat 80tych. Dostawało się pewną etykietkę w pierwszych latach edukacji – piątkowego, trójkowego, „z tego to nic już nie będzie” i jakby się nie starało, albo nie próbowało schrzanić, był się albo równanym w dół, albo wyciąganym w górę. Myślałam, że współczesna szkoła już od tego odchodzi. Może niekoniecznie.

I oto niedawno, koleżanka wrzuciła na pewien portal społecznościowy skan wypracowania dziecka, razem z oceną – tradycyjnie trójkową - i uwagami nauczycielki. Bez zbędnego opisu – „tak tylko zostawiła”. Praca była anonimowa – bez danych dziecka, nauczyciela, szkoły. Dyskusja rozwinęła się w komentarzach. Czy ocena jest zaniżona, czy jakość pracy jej rzeczywiście odpowiada. Tego rozwijać tutaj nie będę.

Bo istotniejsze jest to, że wkrótce, na Librusie, do koleżanki napisała wychowawczyni jej dziecka. Nawiązała do wpisu na portalu, skomentowała, że jest zażenowana tym czynem i zaprosiła na rozmowę. To jest właśnie ten nowy trend, na który nauczyciele nie są przygotowani – bycie publicznie ocenionym. Czasami widuje się w sieci, jak rodzice lub osoby związane z dzieckiem wrzucają skany wypracowań, prac domowych – czasem by się trochę pośmiać, czasami dla wywołania burzy. Jednak, pierwszy raz teraz się spotkałam z reakcją szkoły na to. Ciekawa jestem, czy w niedługim czasie pojawią się stosowne obostrzenia w Regulaminach szkolnych. Czy nauczyciel ma prawo do zastrzeżenia tego by prace dziecka, z pedagoga adnotacjami, nie pojawiały się w publicznych miejscach?

Co ciekawe, i może smutne, wychowawczyni nie jest w „znajomych” koleżanki. Informacja o dyskusji musiała jej zostać przekazana przez osobę, która może swobodnie przeglądać profil. Pozostał lekki niesmak.

Spotkanie dopiero przed koleżanką.

 

17:39, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
środa, 07 listopada 2018
Kieszonkowe historie, cz. 2

Przy okazji kieszonkowego, zobaczyłam, że moje dziecko ma także żyłkę handlową. Za każdym razem, gdy słyszy ode mnie proponowaną kwotę – kieszonkowego, podwyżki kieszonkowego, od razu wychodzi z wyższą kontrkwotą. 7 złotych co tydzień – a może jednak 10 złotych? I tak jest za każdym razem :) Nigdy się nie uginam, ale mam nadzieję, że moje dziecko nie straci swojego zapału – taki tupet przydaje się w negocjacjach z potencjalnym pracodawcą ;)

 

Swego czasu, dostała od dziadka 100 złotych w ramach prezentu i zdecydowałam, że nie dostanie takiej sumy do ręki na dowolne wydanie, tylko wybierzemy jakiś jeden, czy dwa większe prezenty. Kilka dni próbowała mnie przekonać do przekazania jej całości tej sumy i sięgnęła nawet po dość ciekawy argument:

- Dam ci mamo 10 złotych z tych 100 złotych. Pomyśl, będziesz miała 10 złotych dla siebie.

Sprytne, nieprawdaż?

Niedawno, w ramach programu motywacyjnego, który zapewne napawa niektórych zgrozą, zaproponowałam Wiertce, że za każdą zapamiętaną pracę domową dostanie ode mnie 50 groszy. Moja decyzja, moje kłopoty, trudno. Moje dziecko nie pamięta żadnej pracy domowej. Teraz zanotuje co którąś. Wracając jednak do mojej propozycji. Usłyszałam od mojej córki:

- To nie jest korzystna oferta.

- Ale jedyna jaką dostaniesz, więc albo się zgodzisz, albo nie ma nic. – ja na to.

Być może jest w tym domu choć jedna osoba, która będzie potrafiła robić interesy :)

 

Tagi: córka
17:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 listopada 2018
Kieszonkowe historie cz. 1

Ponad rok temu dołączyłam do grupy rodziców dających swojemu dziecku kieszonkowe. Wiem, że zdania są podzielone i decyzje różne. Jedni uważają, że przecież dziecko za każdym razem może zasygnalizować, że czegoś potrzebuje i będzie mu to kupowane. A tak nie wydaje pieniędzy na głupoty. Moja mama wyznawała taką zasadę i bardzo mnie to frustrowało. Dla mnie kwestia „proszenia”, sygnalizowania, że coś potrzebuję była okropna. Bo według mnie posiadanie nawet drobnej kwoty, daje wolność i niezależność.

 

W rozmowach z rodzicami, którzy rozważali dawanie kieszonkowego także padały zaskakujące dla mnie stwierdzenia. Ja zdecydowałam się startowo na 7 zł tygodniowo, uznając, że dla ośmiolatki to wystarczające. A tu jedna z matek, twierdziła, że sens jest dawać jakieś 20 złotych co tydzień. Dla mnie to jednak zbyt duża kwota dla takiego malucha, jak na samodzielne dysponowanie. Inni rodzice opowiadali, że dawali córce też 20 złotych tygodniowo, z zaleceniem, że ma wydawać pieniądze rozsądnie. Wydała na jakieś pierdułki i kieszonkowe zostało na zawsze zabrane. Ciekawa jestem, czy uznali by za normalne, gdyby ich pracodawca wypłacał im pensje, z zaznaczeniem na co wolno, lub nie wolno jej wydawać. Oraz cofał pobory, w przypadku – jego zdaniem – lekkomyślnych zakupów.

Dziecko jest tylko dzieckiem. Dlatego wysokość kieszonkowego powinna być na tyle niska, by nie było szkoda, gdyby wydało je na głupoty. A moja własna córka, udowodniła mi, że nawet dziecko potrafi dojrzewać finansowo.

Bo rzeczywiście, pierwsze kieszonkowe były wydawane tego samego dnia, po otrzymaniu, w ciągu najbliższych minut :) Na słodycze, albo w sklepie typu „Wszystko za 1 zł” (pewnego razu kupiła trzy opaski do włosów i dwie spinki). I tak było przez wiele miesięcy. Po jakimś czasie podwyższyłam kieszonkowe do 8 złotych, bo uznałam, że ta kwota może rzeczywiście jest za niska. Wiertka weszła w etap, gdy komasowała dwa kieszonkowe, by na przykład kupić sobie gazetkę. Wtedy wykorzystywała to aktualne i awansem to, które miała otrzymać za tydzień. Taki trochę kredyt 0% ;) A ostatnio zaskoczyła mnie. Zbiera pieniądze na coś większego. Jeszcze dokładnie tego nie wie, ale chce by suma była spora. I od kilku tygodni nie wydaje kieszonkowego. Pieniądze są „zamrożone” u mnie. I zebrała się tego już spora kwota. Dla mnie ciekawe było to, że moje dziecko potrafi się już powstrzymać, ma jakiś cel, mglisty, ale ma. Odkłada gratyfikację na później. I to jest dojrzewanie do podejmowania decyzji finansowych. Jestem z niej dumna.

A w kolejnej części będzie o biznesowej żyłce mojego dziecka.

 

Tagi: córka
19:39, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
niedziela, 04 listopada 2018
Dzień Zmarłych, cz. 2

Na sobotę miałam w planach wycieczkę do któregoś z królewskich zamków - listopad jest miesiącem bezpłatnego wstępu do czterech z nich. W Zamku Królewskim byłyśmy już kilka raz, w Wilanowie dwa razy, na Wawel nam jakoś nie po drodze (choć staramy się być bohaterkami). Wiertka wybrała Pałac w Łazienkach w tym roku.

Sobota obudziła nas szarością i deszczem. W sumie, prawdziwego awanturnika i poszukiwacza przygód to nie odstrasza. Ja jednak dwa dni byłam już poza domem. Chciałam uaktywnić dziecko, które zamieniało się powoli w narzutę od kanapy.

- Jestem trochę zmęczona. - odezwałam się do dziecka - Ale jeśli powiesz, że chcesz wyjść i jechać na wycieczkę, to wybierzemy się. Zrobię to dla ciebie.

- Zostańmy w domu. - odrzekła moja córka - Zrobię to dla ciebie.

Akurat.

Ja i tak wybrałam się w kilka miejsc na zakupy.

Za to, w niedzielę, była wyprawa na trzeci, rodzinny cmentarz (leży tam reszta członków mojej rodziny, znajomych, sąsiadów). Półgodzinny tym razem spacer w jedną stronę (znalazłam krótszą drogę) i godziny spacer w drodze powrotnej - do domu taty i brata, na obiad. Wiertka nie omieszkała jęczeć, że boli ją głowa, uszy, noga i co ta jeszcze mogła znaleźć. A ja jej oświadczyłam, że jej pokolenie jest cherlawe i ja w jej wieku, co niedziela robiłam kilkukilometrową trasę lasem w odwiedziny do babci i dziadka. Moje dziecko rozbawił wyraz "cherlawy". W końcu, wyciągnęłam telefon, włączyłam muzykę i tak ułatwiłam nam wędrówkę.

O dziwo, po dotarciu do domu dziadka, moje dziecko czuło się na siłach by biegać po ogrodzie z kuzynostwem. Taka to jest względność rzeczy.

Tagi: życie
19:43, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 listopada 2018
Czas dla zmarłych

Wzięłam dzień wolnego w piątek i oto miałam czterodniowy ciąg wolnego czasu. W tym roku wreszcie postanowiłam, że wykorzystam go, by odwiedzić te cmentarze, na które dotąd brakowało czasu, sił, energii, emocji. Członkowie mojej najbliższej rodziny rozsypani są na trzech cmentarzach oddalonych od siebie kilometrami. Jeśli ktoś się uprze, odwiedzi je wszystkie komunikacją miejską w jeden dzień, ale to mordercze wyzwanie. A pogoda była przepiękna, działam na słoneczne baterie, więc chciało mi się, tak jak mi się powinno chcieć.

Wczoraj pojechałam na cmentarz, na który dojazd jest najbardziej komfortowy, bo miejsce znajduje się w środku miasta, tuż obok przystanku autobusowego. W czasach mojego dzieciństwa, to było na granicy miasta, ale w ostatnich dwóch dekadach, powstało tam wiele nowych osiedli. I Prawem Murphego, z dojazdem najwięcej było kłopotów. Niby jednym autobusem kwadrans, drugim dziesięć minut. Tylko, że pomiędzy nimi, czekałam na przesiadkę czterdzieści pięć minut. Autobusy stały w korkach, były spóźnione, a w jednym zemdlała dziewczyna i kierowca czekał na karetkę.

W końcu jednak dotarła. I tu zaczął się kolejny, mały stres. Na tym cmentarzu byłam ostatni raz chyba dziesięć lat temu. Od tamtej pory, małe dziecko, zmęczenie, gonitwa życiowa, sprawiały, że nie dałam rady dotrzeć. I czułam się z tego powodu okropnie. Leży tam, samotnie, moja siostra cioteczna, urodzona dziesięć tygodni za wcześnie. W 1986 roku to było zbyt wcześnie na uratowanie życia. Wytrzymała tylko trzy dni. Obawiałam się, że wszyscy już o niej zapomnieli, nikt tam nie jeździ, bo reszta rodziny leży na innym cmentarzu. Grób się zapada. A ja też się tam nie pojawiam. Padł i odpadł nawet pomysł by przenieść ją na drugi cmentarz do grobu, gdzie leży jej mama, a moja ciocia. To jednak koszty. Dawniej wiedziałam jak trafić na jej grób, ale przez dekadę wszystko się w okolicy pozmieniało, zniknęły punkty orientacyjne, jakie miałam od czasów dzieciństwa. Błąkałam się po cmentarzu, aż w końcu zadzwoniłam do cioci. I tak jakoś gadając z nią, idąc przed siebie, trafiłam. Zobaczyłam grób malutki, stary, z betonowym obramowanie, drewnianym trzydziestoletnim krzyżem i odrapaną tabliczką. Jednak widać było, że moje siostry nie zapominają (są niewiele starsze od zmarłej, a reszta rodzeństwa jest młodsza). Są tutaj co roku. Na grobie był wielki bukiet świeżych kwiatów i dużo zniczy. Zapaliłam też jeden od siebie. Pamiętam, że wiele lat temu, gdy grób odwiedzała ciocia z małymi jeszcze wtedy dziećmi, te zostawiły tu zabawki z kinderniespodzianki na pamiątkę. Siostra leży w alejce, gdzie pochowano jeszcze kilkoro innych małych dzieci. I tak sobie pomyślałam, że po co ją przenosić - oni się tu już ze sobą zżyli, stworzyli zgraną paczkę, będzie za nimi tęsknić. 

Dzisiaj pojechałam do sąsiedniego miasta, trzydzieści minut PKSem, na cmentarz gdzie leży moja babcia. Pogoda znowu była przepiękna, do autobusu powrotnego została mi godzina, więc spacerowałam sobie pomiędzy grobami. Czytałam historie rodzinne. W najnowszej części cmentarza zobaczyłam już przygotowane kilkanaście alejek z ocembrowanymi grobami. Wyglądało to trochę jak fundamenty pod osiedle. I tak mi się też skojarzyło - to taki nasz ostatni deweloper. Ostatnie kredyty, pożyczki, długi - na dziurę w ziemi i pomnik.

Wiertka nie towarzyszyła mi w tych wyprawach. Boi się cmentarzy i towarzyszącej im aurze śmierci. Na grób noworodka i nieznanej prababci nie będę ją ciągnąć.

Tagi: życie
16:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 października 2018
Życie, życie, życie

Dziś o moim skromny występie, który to – w oczach niektórych – przykryje dokonania mojego dziecka.

 

To było dwa tygodnie temu, gdy byłam przeziębiona, pracowałam zdalnie z domu. Miałam wylogować się z systemów o 18:00 i już nie mogłam się doczekać by wejść do gorącej wanny, bo było mi chłodno, drżałam. Zapewne z osłabienia. Skończyłam pracę i zanurzyłam się w gorącą wodę. Wyparzałam zziębnięte ciało od jakiejś pół godziny, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Niestety, mam silny impuls każący mi zawsze podejść do drzwi i sprawdzić, kto tam stoi i co się dzieje. Wyszłam z wody, założyłam szlafrok, na głowie miałam czepek, bo nie chciałam zmoczyć włosów. Za drzwiami nikogo nie było. Trudno. Rozgościłam się ponownie w gorącej wodzie. I po chwili dzwonek zadzwonił drugi raz. Wyszłam z wody, założyłam szlafrok, podeszłam do drzwi. Za nimi nikogo nie było. To już mnie trochę poirytowało. Wróciłam do wanny. Gorąca woda, te sprawy. I po chwili dzwonek zadzwonił trzeci raz…

Tym razem wyskoczyłam z wanny, owinęłam się szlafrokiem jak ręcznikiem, coś krzyknęłam i ociekając wodą oraz irytacją poszłam ku drzwiom. Wyjrzałam przez wizjer. Na korytarzu stał całkiem przystojny, młody mężczyzna… z metalowym łukiem strzeleckim… Cholera, nie wpuszczę go do domu. Coś jeszcze zrobi mi i dziecku. Po sekundzie coś jednak kliknęło mi w mózgu i klepki zatrybiły – przypomniałam sobie, że na parterze wisiało ogłoszenie mówiące o tym, że tego dnia miała byś sprawdzana z bloku instalacja gazowa. Wyjrzałam przez wizjer po raz kolejny – tak, rzeczywiście, może to nie łuk, ale jakieś urządzenie. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że byłam chora.

Zapomniałam o tych wizytach. A silny imperatyw trzymania się procedur sprawił, że nie przyszło mi do głowy udawać, że mnie nie ma. Od bezpiecznej instalacji gazowej zależy bezpieczeństwo życia w bloku. Kontrolerzy przychodzą kolejny raz, ale nie wiem, czy wtedy będę w domu. Wpuściłam pana do domu, przepraszając, że jestem przeziębiona i właśnie się kąpałam. Miałam na sobie ten nieszczęsny czepek, szlafrok zamotany dookoła ciała i nawet jeśli byłam pół naga, to już bardziej aseksualna być nie mogłam. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że byłam przeziębiona i słabo myślałam. Pan sprawdził instalację. Kuchnia zawalona była naczyniami i garnkami, bo nie miałam siły na ogarnięcie. Na szczęście szybko poszedł.

Tak sobie myślę, że przy tym zgubienie kurtki za 100 złotych, to nic.

 

Tagi: życie
17:34, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 129
Tagi