To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 26 kwietnia 2017
Dziadek

Po dwunastu dniach pobytu w szpitalu, dziadek wrócił do domu. Trochę go przebadali, ale nic nie zdiagnozowali. W tym wieku to już nie ma wielkiego znaczenia. Wczoraj pojechałam go odwiedzić. Ciekawe, ale odżył. Trochę je i pije płyny, odżywki. Różnica spora w porównaniu z dniem, gdy widziałam go na sali szpitalnej. Jednak to nie jest już ten staruszek sprzed kilku tygodni - leży, rękoma jeszcze sięgnie po picie, ale to jedyne ruchy, jakie może wykonać. Ma pod sobą materac przeciwodleżynowy, musi być co jakiś czas przekręcany. To drzemie, to popatrzy. 

Jest w tym jakaś ironia losu. Dziadek nie chce żyć od dłuższego czasu. Odkąd przestał chodzić i stał się zależny od innych. A ciało uparcie nadal funkcjonuje, serce bezustannie bije. Zegar się cofa. Stał się niczym wczesne niemowlę. Tylko, że umysł nadal sprawny jak u dorosłego człowieka.

Jeśli półtora tygodnia temu wydawało mi się, że odejście dziadka to kwestia kilku dni, tak teraz mam wrażenie, że taki stan może trwać miesiące.

Na pohybel ZUS-owi, bo dziadek pobiera emeryturę niczym średnia krajowa. I to od prawie trzydziestu lat.

18:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 kwietnia 2017
Nieważne, ile razy

Taka refleksja naszła mnie, przy tworzeniu poprzedniego wpisu, która warta jest oddzielnego.

Nieważne, ile razy posypie ci się życie. Ważne, ile razy spotkasz ludzi, których obchodzisz.

19:08, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 kwietnia 2017
Nowe

Nie pisałam, bo od wtorku rozpoczęłam nową pracę i jestem w fazie adaptacji do nowego etapu życiowego. Praca jest w sferze budżetowej, więc coś dla mnie nowego. Zobaczymy. Na razie, wychodzi na to, że moją pensję będą wypłacać mi podatnicy. Jeśli by więc ktoś czytający tego bloga wkurzał się, na co idą jego cholerne podatki, to co dziesiąty grosz idzie do mojej kieszeni. I może to go ukoi. Chyba, że nie lubi mnie czytać, wtedy wkurzy się bardziej.

Praca jest od 7:30 do 15:30 i stresowało mnie wcześniej, nie tyle jak zareaguje na to mój organizm, co jak zareaguje Wiertka. Bo oznacza to pobudkę o 5:30, bez opcji drzemki (z drzemką byłoby jeszcze wcześniej). Uważam, że o tej porze człowiek powinien zasypiać, nie się budzić, ale życie rzuca różne wyzwania. Efekt był taki, że pierwszej nocy ocknęłam się o 4:09, a potem tylko drzemałam, a drugiej wybudzałam się co jakiś czas. 

Wiertka za to budzi się całkiem sprawnie. Tak jak budziła się o 6:30, czy 7:00. Wyliczyłam wszytko tak, by nie zostawiać rzeczy na ostatnią chwilę i zawsze mieć zapas dziesięciu minut. Małej sytuację przedstawiłam językiem korzyści, jak się okazało, bo ucieszyła ją informacja, że będzie pierwsza na świetlicy. Pierwsza nie jest, ale 3-5. Jednak i tak uważa się przez to za członka jakieś lepszej kasty :)

Zrozumiałam o co pani dyrektor chodziło, gdy prosiła rodziców, by nie zostawiali dzieci samych przed otwarciem świetlicy o 6:30. Do głowy mi nie przyszło, że można coś takiego zrobić. Budynek jest otworzony zapewne od 6:00 i rzeczywiście - są rodzice, którzy zostawiają dzieci na korytarzu przez drzwiami sali. Dużo ich nie ma - w zależności od dnia od dwojga do czworga dzieci. Dziś rano byłam świadkiem jak dwóch chłopców biegało po korytarzu bawiąc się w chowanego. Była 6:25. Ech.

Wiertka budzi się całkiem sprawnie, dlatego, że o 21:00 gaszę wszystko i kładę nas spać. Nie pozwalam już na snucie się po łóżku. Fakt, że trudności z zasypianiem nie ma. Dla nas obu. Nawet jak kilka minut potem włączę telewizor by coś obejrzeć, nawet jak mocno się zepnę, napnę, to najpóźniej o 21:21 zaliczam "blockout". Jak niemowlę.

Jak w sobotę obudzę się o 5:30 i nie będę mogła zasnąć...

poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Wszyscy zachorujemy na raka, tylko niektórzy tego nie dożyją

Przed świętami, jak zwykle z powodu hormonów, miałam swoje napady lęku i niepokoju. Takie odczucie, że coś się niefajnego wydarzy. Jak więc się cieszyć, gdy coś się wydarzy. W piątek zadzwoniłam do ciotki, by dopytać czy mogę ich odwiedzić ich w święta. I kazało się, że dzień wcześniej dziadek trafił do szpitala. Już od jakiegoś czasu nie jadł, nie pił i trzeba było wezwać w końcu pogotowie. I wreszcie ten niepokój mogłam w coś wlać. Przez resztę dnia byłam przybita.

Taka dygresja. Dziadek nigdy nie znał swojej daty urodzenia. Od swojej matki usłyszał, że urodził się w szóste roraty. I też nie można być pewnym, że dobrze zapamiętał, które - w roraty się urodził. Taka była podlaska wieś sto lat temu. W dowodzie ma wpisany 21 stycznia 1921, bo tego dnia jego ojciec wybrał się do urzędu. Kilkanaście lat temu, na czyimś pogrzebie w rodzinnej wsi, zgadał się ze znajomą i ona powiedziała mu, że akuszerka przyjmowała ich tę samą noc i ona ma wpisaną datę 21 grudnia 1920. Kto tam wie. Dopiero jakiś czas temu, przy okazji przeglądania drzewa genealogicznego innej gałęzi mojej rodziny, zobaczyłam, że kiedyś w kronikach kościelnych, gdy chrzczono dziecko zapisywano jego dzień i godzinę przyjścia na świat. Jedyny plus kościoła katolickiego. Teraz więc wystarczy dotrzeć do starych ksiąg kościelnych - te sprzed 1945 roku nie są już w parafii, ale archidiecezji i sprawdzić datę podaną w czasie chrztu. Miałam ostatnio wolne dni, ale to przeciągałam - to wyprawa dwie godziny autobusem w jedną stronę. I teraz okazuje się, że jest za późno i dziadek naprawdę nigdy nie pozna daty swoich urodzin.

W sobotę, wybrałam się do szpitala - kilkadziesiąt kilometrów za Warszawą. Wzięłam za sobą Wiertkę, bo nie miałam ją z kim zostawić. Wiem, że nie jest to dobry pomysł. Dziadek wygląda okropnie - w stosunku do tego jak wyglądał na początku roku. Blada skóra i kości. Podłączony do kroplówki. Widać, że to kwestia dni. Ledwo mówi, ale był przytomny. Wiertka od razu zaczęła mnie wyciągać do domu. Nie chciała sobie poczytać, posiedzieć obok. Nie dziwię się. Ten oddział był bardzo smutny. W końcu pozwoliłam jej wyjść przed szpital i tam się samej pobawić. Wiertka nie przepada za staruszkami, swojego dziadka uwielbia, ale do pradziadków ma dystans i trochę się ich obawia. Posiedziałam tam godzinę.

W niedzielę pojechałyśmy na śniadanie świąteczne do mojego drugiego dziadka, a potem właśnie do ciotki. Od niej dowiedziałam się, że dziadek jest chory na... raka. Badanie krwi wykazało markery nowotworowe. Jaki to rak, nie wiadomo, a dokładniejsze badania typu gastro-, czy kolonoskopia, a nawet usg, albo by go zabiły, albo dały ogromne cierpienia. Jego boli nawet dotyk. I w tej sytuacji to i tak bezsensowna wiedza. 96 lat życia we względnym zdrowiu i nagle rak w takim wieku. Może prawdą jest, to co kiedyś przeczytałam, że każdy człowiek - ze względu na bezustanne odtwarzanie się komórek, jest narażony na nowotwór. Tylko, że wielu tego po prostu nie dożywa.

Dziadek nie je i nie pije, dostaje kroplówkę. Teraz to kwestia pielęgniarki do opieki w domu, albo hospicjum domowego.

17:25, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 12 kwietnia 2017
Dziecięcy lęk przed śmiercią

Wczoraj miałam rozmowę z Wiertką. Przed snem rozpłakała się i powiedziała, że nie chce umrzeć. Dopytywała się, co się z nią będzie działo po śmierci. Bo ona nie chce "nie być". I pytała mnie o to kilka razy. Chciała jakiejś zdecydowanej odpowiedzi.

Dla mnie, jako agnostyczki, to trudna rozmowa, bo nie chcę wejść w łatwiznę i tłumaczyć możliwością życia po śmierci. Sama miałam trudność z pocieszeniem jej. W końcu, odrzekłam, że czasami wierzymy, że nasz duch będzie gdzieś krążyć, a tak w ogóle to ona jest młoda i umrze za całą wieczność.

Wtedy zaczęła się zamartwiać, że ja niedługo umrę, bo przecież mam 40 lat :)

Z rozmów z innymi matkami widzę, że Wiertka nie jest jedyna. Takie pytania, płacze i strach dotykają dzieci w okolicach 7-8 roku życia.

Ja jednak mam pytanie, prośbę i to szczerą. Jak takie rozmowy przeprowadzają ateiści? Przecież tłumaczenie, że śmierć to ostateczny koniec, idziemy do grobu, takie strachy u dziecka potęguje. Jak to przeszło w waszych domach?

wtorek, 11 kwietnia 2017
Na obiedzie u Słowian

W niedzielę wybrałam się na ciekawe wydarzenie. Polscy Słowianie (brzmi to trochę dziwnie, bo w końcu większość z nas należy do grupy Słowian ;) ) zorganizowali spotkanie i dwa fajne wykłady - o seksualności Słowian i o kuchni naszych przodków 1000 lat temu. Bardzo zainteresował mnie temat pierwszy, a okazało się, że wciągnął ten drugi.

Zaczynając od seksualności - w opisie było "ostrzeżenie", że to wykład akademicki :) Na szczęście słuchało się dobrze. Nie było slajdów, rysuneczków, zdjęć. Prelegent tylko opowiadał. Trochę byłam rozczarowana, że oparł się na środkowej części średniowiecza - XI-XII wiek. Podszedł jednak do rzeczy rozsądnie - oparł się na tekstach źródłowych (pamiętnikach, kronikach, listach). Wszystko, co wcześniej jest bardzo boleśnie nieweryfikowalne.

Ze Słowianami - ich wierzeniami, rytuałami, życiem codziennym smutny kłopot jest taki, że nie pozostawili dowodów piśmiennych. Jedyne źródło to chrześcijańscy księża. A informacje przez nich zapisane mogły być subiektywne, przekręcone, część przemilczana. Na przykład, gdyby ktoś za tysiąclecia chciał ocenić dzisiejsze kobiety na podstawie niektórych internetowych wpisów, mogło by się okazać, że rozkładamy nogi przed każdym "ciapatym" i marzymy o rytualnym gwałcie.

W każdym razie, zdarzało się wielożeństwo, wielomęstwo, we wcześniejszych czasach kobiety miały dość niezależną pozycję. W Noc Kupały pary mogły się dobierać, by zawierać związki.  A ojcostwo potwierdzała kobieta, nie mężczyzna - ona mówiła, że ów jest ojcem, a ten nie oponował. Do seksu podchodzono dość swobodnie. Może nie jak na Tinderze :)

Z sali padło pytanie, czy u Słowian homoseksualizm był tępiony. Co do nich nie ma żadnych źródeł. Są jednak teksty potwierdzające, że zjawisko nie było potępiane u Celtów, Germanów, Gallów. Być może także i u nas.

A potem przyszło chrześcijaństwo i spięło wszystkim tyłki agrafką aż do dziś :)

Co do kuchni, to też chrześcijaństwo zmieniło podejście do jedzenia. Słowianie lubili jeść, uważali to za ważny element życia, niektóre posiłki czarowano. I pomysł by pościć przyjęli jako absurdalny. Jednak idea postu powoli się przyjęła i jest popularna do dziś - patrząc na wszechobecne diety, wykluczanie to glutenu, to laktozy, to czegokolwiek, to chrześcijańskie poganianie bacikiem ciała za pomocą odsuwania sobie jedzenia od ust bardzo mocno w nas tkwi. Za każdym razem, gdy się objadam - robię to ku czci pradziadów i prababek Słowian ;)

Wykład o kuchni Słowian był już poparty badaniami archeologicznymi ich chat oraz resztek z ich garnków. Ogień był dla nich bardzo ważny, palił się w chacie przez cały rok. W Noc Kupały rytualnie rozniecany był ponownie, by pielęgnować go do kolejnego święta. Gotowano w glinianych garnkach i to długo, wolno. Głównym składnikiem posiłku były kasze (wbrew pozorom gryczana dotarła do nas kilka wieków później). Z warzyw znano - ogórki, cebulę, kapustę, marchew. Pierwotna marchew była biała. Pomarańczowa, to mutacja, która się pojawiła i stała się popularna. Mięso traktowano bardziej jak przyprawę, niż dania główne. Hodowano świnie, krowy, kury, jadano też kaczki i gęsi, ale trudno ustalić, czy były dzikie, czy hodowane. Łowiono sporo ryb. Gdy tak spojrzeć, na skład kolacji wigilijnej, to jest w 100% słowiańskim posiłkiem. I taki też jest jej rodowód. W lasach nie polowano.

I teraz część najciekawsza - jako przypraw używano ziół, które powoli dopiero teraz wracają do łask. W końcu papryki, pieprzu nie było, sól była rzadkim dobrem. Zioła zbierano w lesie, kilka z nich dało się wyhodować w ogrodzie. Nie zapisałam, niestety, nazw tych roślin.

I na koniec rzecz jeszcze bardziej ciekawa - powszechnym napojem było piwo. Dopiero na tym wykładzie uświadomiono mnie, że chmiel nie jest najważniejszym składnikiem piwa, tylko ziarna. Chmiel jest nadającą smak przyprawą. A w czasach Słowian, piwo przyprawiano także innymi ziołami. Chmiel był gdzieś w tyle listy. Chciałabym spróbować takiego napoju. Być może jakieś lokalne, małe browary już wracają do tego.

W ogóle, chciałabym się kiedyś przejść na takie warsztaty kulinarne, gdzie od początku do końca przygotowywano by posiłek, tak jak tysiąc lat temu. To musiałby być ciekawe :)

niedziela, 09 kwietnia 2017
Utracona cześć Katarzyny Blum - dyskusja

Po szczegóły historii o tym, jak media mogą sprawnie, w kilka dni zniszczyć życie człowieka, odsyłam do poprzedniego wpisu. Po projekcji filmu, nastąpiła cześć dyskusyjna. Niestety, miała jedną wadę - mogła trwać maksymalnie godzinę, ze względu na kolejną projekcję, a temat zasługuje na więcej czasu.

Panelistów było czworo - Roman Kurkiewicz z Collegium Civitas jako moderator, Magdalena Chrzczonowicz, sekretarz redakcji OKO.press, Joanna Grabarczyk, z organizacji HejtStop, Jan Świerszcz, z Fundacji na rzecz Różnorodności Społecznej.

Dla mnie poruszone zostały trzy ciekawe kwestie. Pierwsza podniosła mi lekko ciśnienie. Bo oto Pani Magdalena Chrzczonowicz odrzekła, że dzisiejszy czytelnicy mediów doskonale wiedzą, że news może okazać się fałszywy, potrafią to wytropić i wykazać. A tak w ogóle, to do każdej wiadomości podchodzą od razu, jako do fałszywej i to bardzo fajnie, że mamy takich wyrobionych odbiorców. A ja się pytam w duchu - przepraszam za język - jeśli każdy news ma być na wstępie kłamstwem, a ja mam go weryfikować, to na chuj mi takie media? Jestem kobietą, przepraszam - na pizdę mi takie media? Może w takim razie je zlikwidować? Zostawić tylko część komentującą, felietonistyczną. Dziś ludzie puszczają, nawet poważne opiniotwórcze portale, jakąś informację bez sprawdzenia jej w źródle. Od tego stają włosy na głowie. Autentyczność sprawdzają blogerzy. Włosy stają ponownie. Po co nam dziennikarze? Napiszę o tym kiedyś inny wpis.

Na szczęście, pan Kurkiewicz trochę zripostował w moim duchu, ale i tak zbyt delikatnie. Za to wspomniał, że ze swoimi studentami robi pewne ćwiczenie warsztatowe. Każdy ma na zajęcia napisać dwa teksty na ten sam temat - jeden prawdziwy, drugi fałszywy. Potem, w grupie ustalają, który jest który. I o ile, studentom nie sprawia żadnej trudności napisanie obu wersji, to nie potrafią wyłapać u kogoś, kiedy sporządził coś kłamliwego. Nadzieja jest, że może niektórych nauczy się warsztatu weryfikacyjnego. Jednak nie wiadomo, czy akurat ci zdecydują się na bezpłatne staże z wpisem do CV, w mediach, które czytamy.

Bardzo ciekawie opowiadała też Joanna Grabarczyk o młodych ludziach, hejcie w sieci, tym, że to od nas rodziców powinni się nauczyć bezpiecznego korzystania z sieci, podchodzenia do informacji z dystansem, chronienia ich. Trudno mi uwierzyć, jak powiedziała, że aktualnie najpopularniejszym wyzwiskiem w niektórych szkołach jest "ty uchodźco".

Czasu było zbyt mało na pytania z sali, a szkoda.

Utracona cześć Katarzyny Blum

Jak wspomniałam wcześniej, zabiegany czwartek nie skończył się szybko, bo na 18:00 poszłam do Kina Praha na jeden z filmów wyświetlanym w ramach Wiosny Filmów. Nie wybrałabym go, gdybym nie wiedziała, że po projekcji będzie jeszcze dyskusja z panelistami.

O powieści "Utracona cześć Katarzyny Blum" Heinricha Böll'a już kiedyś pisałam, trochę streszczałam. Zrobię to jeszcze raz, bo choć od jej wydania minęły cztery dekady, choć krytykowała ówczesną, niemiecką prasę tabloidową, to najgorsze jest to, że cała ta machina jest nadal aktualna i nadal sprawnie działa. Gdy czytałam ją po raz pierwszy, kilkanaście lat temu, jeszcze była dla mnie ciekawostką. Potem ze zgrozą zobaczyłam, że ta historia się aktualizuje.

Katarzyna jest zamkniętą w sobie kobietą w okolicach trzydziestki, nazywaną przez koleżanki "mniszką". Trafia jej się coś, co łatwo można by przerobić w łzawą, wzruszającą historyjkę miłosną. Na zabawie karnawałowej u ciotki (w miejscu absolutnie zaufanym) poznaje nieznajomego mężczyznę, który przypadkiem (jak się okaże, nie do końca) został tam ściągnięty z jakiejś restauracji. Ot, gość idąc na przyjęcie, zabiera nowo poznaną osobę ze sobą. Dwoje ludzi rozmawia ze sobą, czuje nić porozumienia i Katarzyna decyduje się spędzić z tym mężczyzną noc w swoim mieszkaniu. 

Rankiem, gdy budzi się sama, do jej mieszkania włamuje się brygada antyterrorystyczna, z policją, prokuratorem. A pod blokiem czekają przedstawiciele prasy i telewizji z kamerami aparatami fotograficznymi. Okazuje się, że tajemniczy mężczyzna jest anarchistą. Przypomnę, że powieść powstała w 1974 roku, więc świeżo po atakach Frakcji Czerwonej Armii. To tak, jakby dziewczyna poznała dziś śniadego, uroczego chłopaka, który rano okazuje się islamskim terrorystą świeżo po ataku bombowym.

Cała powieść o jest o tym, jak traktowana jest osoba - przypadkowo wplątana w sytuację, a uznana za zaangażowanego członka wydarzeń - przez policję, media. Prokurator i śledczy traktują ją jak puszczalską, tabloid dociera do członków jej rodziny, znajomych i puszcza na pierwszej stronie artykuły z kompletnie wymyślonymi słowami tych osób. Katarzyna odbiera obelżywe telefony, dostaje mnóstwo obscenicznych listów. Jest narażona na chamskie komentarze w miejscach publicznych. Wie, że media kłamią, ale też wie, że ludzie wierzą mediom. To jest prawda. Böll krok po kroku, kartka po kartce - a reżyserzy Volker Schlöndorff i Margarethe von Trotta scena po scenie - pokazują, jak kobieta traci twarz, godność, prawo do swojego ciała. Aż do momentu, gdy bezsilna robi coś tragicznego.

Ogląda się to i czuje, że taka sytuacja mogłaby się wydarzyć dzisiaj. Wystarczy poczytać komentarze w mediach społecznościowych. Obraźliwe wyzwiska o "rozkładaniu nóg", "puszczaniu się z ciapatym" oraz oczywiście tradycyjne życzenie "rytualnego gwałtu zbiorowego przez muzułmanów". Dygresja - ktoś mi poda jakiś element sacrum, który mówi, że jakikolwiek gwałt zbiorowy ma cechy rytuału? Wiem, autorzy tego powiedzenia nie są zbyt lotni. Z jednej strony, zjawisko oblewania jakiejś osoby kubłem pomyj ma dziś jeszcze większy zasięg. Z drugiej strony - jest jakiś okruch szansy na obronę.

Jednak nie zawsze. Na koniec pokażę przykład, na jaki się niedawno natknęłam. Jakaś dziewczyna napisała na FB na stronie sieci kawiarń wpis o tym, że barista zrobił jej nie taki szlaczek z mleka na kawie i zniszczył jej całą koncepcję. Podobno, to kolega zrobił jej głupi żart, pisząc z jej konta. I jej wpis, jako screen (więc usunięcie go nic nie pomoże), zaczął krążyć po FB, a wiele instytucji (ha, ha, ha, to takie zabawne), nie zadało sobie trudu by zamalować dane osobowe. Wpis był posyłany dalej przez setki ludzi i setki ludzi. Z komentarzami - obraźliwymi, wulgarnymi. Jej zdjęcie, imię, nazwisko wycierano po internecie przez kilka dni. Tego szaleństwa nie można było zatrzymać. I to może spotkać każdego z nas - nawet jeśli napisał coś rozsądnego, inteligentnego. To coś może zostać zniszczone przez internetowych kretynów.

Jeśli wydaje ci się, że strzeżesz swoich danych osobowych, zdjęć jak oka w głowie i jesteś niewinny niczym lilijka, to tylko ci się wydaje. W momencie, w którym media postanowią ustanowić cię bohaterem serii newsów, nie masz szans. A mogą to zrobić z błahego powodu. I nikt nie będzie dociekał, czy jest prawdziwy. Przecież skoro napisał to jego ulubiony portal, to jest to prawdą.

O dyskusji napiszę w innym wpisie, bo tu już powoli brakuje miejsca :)

 

PS: Książkę mam, mogę pożyczyć ;)

piątek, 07 kwietnia 2017
Czwartek w biegu

Wczorajszy dzień miałam zabiegany. Odprowadzić dziecko do szkoły. Zanieść spodnie do poprawek krawieckich, bo trzeba wszyć nowy suwak, a ja nie jestem biegła w tej sztuce. I komuś pracę dać trzeba :) Potem przejażdżka do Urzędu Pracy, by podpisać listę. Czasu miałam trochę, więc by dotrzeć w kolejne miejsce, na drugim końcu miasta, wybrałam połączenie bez przesiadek, ale za to długą trasą. Miałam książkę do czytania. Szkoda, że do picia wzięłam wodę, a nie termos z gorącą herbatą :) Zapobiegawczo założyłam ciepły płaszcz i szal, ale brakowało mi rękawiczek :)

Pojechałam na badania medycyny pracy, do nowej pracy. Dużo jeszcze nie piszę, bo boję się zapeszyć i cieszyć przedwcześnie. Jak to ja :) Instytucja chroniona, więc ktoś musiał po mnie wyjść, by mnie do lekarza zaprowadzić. Firma jest na rozległym terenie, więc owa osoba przyjechała po mnie samochodem. Zapobiegawczo byłam wcześniej, bo zakładałam, że dostanie się do budynku przychodni zajmie trochę czasu. Pan, który po mnie przyjechał - a zostało jeszcze trochę czasu - powiedział, że zanim mnie podwiezie, załatwi coś w innym budynku, a ja poczekam w aucie. Fajnie jest mieć zawsze przy sobie książkę. Tylko, że czas mijał i mijał. W końcu okazało się, że jest już pora mojej wizyty. Weszłam więc do budynku i kulturalnie wygarnęłam pana do samochodu.

W tamtym miejscu czas kieruje się swoimi własnymi prawami, bo gdy dotarła do poczekalni, gabinet był zamknięty. Jakaś przerwa. Byłam przygotowana logistycznie - miałam kanapki. I książkę oczywiście. Choć mój charakter, który chce wszystko szybko i od razu - cierpiał. Po 40 minutach, wreszcie lekarz zaczął ponownie przyjmować. To był ten pan, który po mnie wyjechał. Znalazłam się chyba po drugiej stronie lustra :) Ze względu na opóźnienia, wizyta trwała jedno mgnienie oka.

Załatwiłam jeszcze pewne sprawy w kadrach, przywitałam się z osobami, z którymi będę pracować i wyruszyłam dalej. Kompleks jest rozległy, można jeździć po nim samochodem, ale na piechotę także się da. Ćwiczę moją orientację przestrzenną i udało mi się wydostać bez kompasu, czy też finki.

To nie koniec, bo pojechałam do mojej byłej pracy, gdzie czekały na mnie jeszcze jakieś drobne pieniądze. Tam też chwilę pogadałam z byłymi współpracownicami.

Jednocześnie, starłam się z praktycznym zastosowaniem przysłowia "kwiecień plecień poprzeplata", próbując wbić się pomiędzy fale deszczu z gradem. Nie zawsze się udawało. Do domu dotarłam przemoczona. Zrobiłam sobie coś do jedzenia, poleżałam na kanapie i trzeba było iść po dziecko.

A po południu także wychodziłam na miasto, ale wpis o tym będzie następnym razem.

wtorek, 04 kwietnia 2017
Poniedziałek zaległy

Wczorajszy poniedziałek do południa się snuł, ale potem czekał mnie maraton - wyjście z klasą mojego dziecka na basen, trochę siedzenia na placu zabaw, klasowa wywiadówka, zebranie Rady Rodziców. I wreszcie z Wiertką, dotarłyśmy do domu koło 20:00 (ona część zebrań spędziła na warsztatach plastycznych).

Nie łudziłam się, że na zebraniu usłyszę same pochwały na temat mojego dziecka, ale o dziwo - były. Okazało się, że jako jedyna w klasie podała prawidłowe rozwiązanie zadania geometrycznego. Cała klasa podniosła ręce za jedną odpowiedzią, ona jako jedyna - za drugą. I ona miała rację. Jestem dumna z jej asertywności - bo jak sama pamiętam z dzieciństwa - prawdopodobnie część dzieci miała prawidłowy wynik, ale z obawy przed "wychyleniem się" wolała schylić się ku większości. Nie moje dziecko :) Jednak zachowanie bez zmian.

Za to potem, zaskoczona, dowiedziałam się, że zebranie trójek klasowych i zebranie Rady Rodziców, to są całkiem dwie różne sprawy. Do RR należy po jednym rodzicu z każdej trójki klasowej i każdy oddział ma swojego jednego przedstawiciela. Wychodzi na to, że - zgłaszając dziś moją kolej na wybranie się na zebranie - weszłam do szkolnej Rady Rodziców. Na razie były dyskusje głównie nad statutem, kworum i jakimiś wstępnymi pomysłami. Jak już kiedyś pisałam, skoro dziecko sprawia kłopoty wychowawcze, to przynajmniej matka zabłyśnie w szkole.

Dziś leżałam wypluta na kanapie, by wczesnym popołudniem wreszcie ze wstydem - zabrać się za porządkowanie zabawek dziecka.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 105
Tagi