środa, 22 lutego 2012
O sesji zdjęciowej
W weekend Wiertka miała swoją pierwszą sesję zdjęciową. Z E skontaktowała mnie jej mama, a współpisząca na spotkaniach literackich i przewodnicząca tam, gdzie ja viceprzewodniczę :) W dodatku, czasem czytelniczka tego bloga, więc o sesji będzie ładnie ;)
Zastanawiam się jak wyglądają takie sesje dla magazynów, czy agencji reklamowych, jak wyglądają takie castingi. Bo ja mojej dwulatki na czymś takim nie widzę. Jako czekającą na swoją kolej jej nie widzę. Pierwszą część sesji przesiedziała na moich kolanach, wtulona, więc zdjęcia miałyśmy we dwie. Potem się odpępowiła i trochę bawiła, ale zawsze tyłem do aparatu. Na koniec, po godzinie, już jej się to zdecydowanie znudziło i zaczęła się wygłupiać, skakać, rozrzucać zabawki. Już rozumiem dlaczego fotografowanie dzieci i zwierząt (obcych), to najtrudniejsze zadanie zdjęciowe. Korespondencja z pola walki, to przy tym drobiazg. E dzielnie dawała sobie radę.
Szkoda tylko, że pod względem wizualnym jestem mało kreatywna. Nie miałam pomysłów na przebranie, aranżacje. W tym wolę zdać się na fotografa. W ostatnich dniach całą energię skupiłam na doprowadzeniu mieszkania do stanu, w którym "stajnia Augiasza" nie byłaby pierwszym skojarzeniem. Mimo to, chyba trochę fajnych zdjęć powstało :)
Tak oto porzuciłam drobne mrzonki, o tym, że moje dziecko może zostanie nieletnią gwiazdą świata mody lub mediów, bo ona ma do tej roboty za bardzo żywy i niesubordynowany charakter :) Co najwyżej może kiedyś zostać żeńską wersją Kuby Wojewódzkiego, albo Borysa Szyca ;)
piątek, 17 lutego 2012
Lutowe okruchy, cz. 2
Rankiem Wiertka zasiadła na nocniku i zajęło jej ponad kwadrans, trzema turami uporanie się końcowym efektem trawienia. Nie wiem, czy rotawirus nie wraca. Patrzyłam na zegarek, widziałam jak moje spóźnienie do pracy coraz bardziej się pogłębia. Jednak nie zgonię jej z nocnika, by się nie zniechęciła. W końcu zapakowałam ją w swetry, kombinezon, kurtkę, szalik, czapkę i gdy usłyszałam po raz kolejny "pupa", to już tylko rzuciłam "Wal w pieluchę" (nosi jeszcze do spania i do spacerów).
Wypadłam z nią z bloku. Na pobliskim przejściu dla pieszych stały dwa samochody, po stłuczce. Wyminęłam z gracją kawałki rozrzuconego plastiku. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że być może gdyby nie utknięcie Wiertki na nocniku, to znalazłybyśmy się na tych pasach w nieodpowiednim momencie. Kto wie?
W żłobku - pieluchę zdjęłam suchą. Zobaczymy, co powiedzą opiekunki po południu.
Jeszcze idąc do biura, skróciłam sobie drogę, jak zwykle, przez skwer z drzewami. Jakiś pies obok szczeka, odwróciłam w tamtą stronę głowę, sekunda nieuwagi i mała gałązka wbiła mi się tuż pod okiem. Jak można, noszą okulary, dać sobie wydłubać oko?
To jakieś "oszukać przeznaczenie"?
W pracy dopiero druga mocna kawa doprowadziła mnie do stanu używalności biurowej.
czwartek, 16 lutego 2012
Córeczka tatusia
Wczoraj Wiertka wyciągnęła jeden z albumów ze zdjęciami i trafiła na jakieś zdjęcie swojego taty. Był już wieczór, siedziałyśmy w łóżku. Nie dała go schować. Obcałowała je, aż w końcu sama zaproponowałam, żeby poszła z nim spać. Jest już trochę pomiętolone ;) Może dziś o nim zapomni, bo tak to, zdjęcie szybko ulegnie zniszczeniu. Mogę je włożyć w jakąś folię, czy ramkę, ale czy to nie będzie dziwne, że w moim mieszkaniu jedyne zdjęcie w ramce, to Byłego? :D
Zabawnie tak to pisać, ale w przypadku gdyby Były nawiał, nie płacił, nie utrzymywał kontaktu z dzieckiem i generalnie pozostawał z nami w stosunku analnym lub zginął w jakimś wypadku i los ustawiłby nas w stosunku analnym, to byłoby mi przykro, smutno i może nawet założyłabym jakiś wątek na forum dyskusyjnym "Samodzielna Mama".
Tydzień temu, po dwóch dniach spędzonych z tatą, kiedy to sprzedała jemu, a nie mnie rotawirusa, Wiertka, w drodze do naszego domu, już przy windzie zaczęła się dopytywać, a gdzie jest tata. Wyszedł za nami do sklepu, zobaczyła, że jednak jest. Akurat podjeżdżał autobus, więc pobiegłam na przystanek. I Mała rozpłakała się w autobusie, gdy zobaczyła, że taty jednak nie ma z nami. Wołała "tata, tata". Wyjęłam ją ze spacerówki, posadziłam obok na siedzeniu, z nadzieją, że nowa perspektywa na widoki za oknem ją ucieszy. Nie ucieszyła. Nadal popłakiwała, wołała "tata, tata" i wpatrywała się w otwierające drzwi na przystankach. Przytuliłam ją, spytałam, czy "tęskni za tatą", potwierdziła. Spytałam, nie dlatego, że nie wiem, ale dlatego, żeby - wg Rodzicielstwa Bliskości - nazywać jej uczucia i nauczyć ja nazywać swoje uczucia. Potem zajęłam ją oglądaniem tego co z okna autobusu i zaczęła się uspokajać, mówiąc tylko "nie ma tata, nie ma".
Dotąd tak nie było. Mówiła tacie "pa pa" i wracałyśmy spokojnie do domu. Może trzeba ustalić jakiś rytuał pożegnania.
środa, 15 lutego 2012
Testy alergiczne, cz. 1
Miałam wczoraj robione testy alergiczne. Na razie tylko część. Pielęgniarka nakropiła mi tych substancji, a następnie - kroiła, drążyła, rżnęła moją biedną rękę. Tak na prawdę, tylko lekko nacinała nożykami, ale ja miałam minę jakbym brała udział w kolejnej wersji "Piły". I nawet zaciskanie oczu nie pomogło ;) Potem siedziałam jeszcze chwilę w gabinecie, a z przejęcia mi dech zatykało. Czekałam na szok anafilaktyczny :) Po kilku minutach mogłam wyjść z gabinetu i poczekać na korytarzu. Dobrze, że pani doktor mi potowarzyszyła, bo najpierw staranowałam parawan, potem drzwi :) Na swoją kolejkę do testów czekał 7mio letni chłopczyk.
- Tylko dziecko teraz wystraszę. - zażartowałam siadając w poczekalni blada jak ściana.
- On już miał jedną turę testów. Prawda, że się nie boisz?
Siedmiolatek pokręcił wysoko podniesioną głową i dziarsko wszedł do gabinetu. Nawet dziecko ma więcej odwagi ode mnie :)
Zatykanie w piersi przeszło, gdy wyciągnęłam książkę do poczytania :)
Testy wyszły ok - seria dotycząca pylenia roślin. Jakiś drobny rumień przy brzozie i tyle. Kolejne za półtora miesiąca.
wtorek, 14 lutego 2012
Człowiek Matka
Nie jestem Matką Polką. Człowiekiem Matką jestem. Trudno.
Ostatnio Były nigdzie nie wyjeżdżał, więc mogłam sobie wyjść w kilka miejsc, z dzieckiem chorym na rotawirusa dwa dni posiedział. Bardzo miło z jego strony. Zaczęłam się obawiać, że Wiertka więcej czasu z nim zaczyna spędzać i zaraz dostanę od niego pozew o alimenty. To i tak nie jest szczyt moich możliwości, bo gdybym miała możliwość, to codziennie się dzieje coś fajnego w mieście. Starałam się to teraz jakoś wyważyć.
Zastanawiałam się też ile potrwa ten "miesiąc miodowy", bo że się w końcu skończy, to pewne. A spytać się nie mogę, bo to wścibskie, nieeleganckie i jak to miałoby brzmieć? "Zerwaliście ze sobą / Ona ma teraz ważniejsze sprawy / Nie masz pieniędzy na bilet / Masz dozór policyjny i nie możesz opuszczać miasta?". Już widzę tę agrafkę wystającą z jego tyłka i to "nie wiem, nie wiem, skąd mam wiedzieć, co będę robić za trzy dni". Nawet Jarosław Kret nie wie.
No to teraz "mm" się skończył. Były wyjeżdża i musi, musi. Akurat kiedy mam pierwsze zajęcia, dziewczyny ze stowarzyszenia dopytują się mnie, który termin warsztatów mi odpowiada, żebym mogła je wesprzeć. Te wszystkie wykłady, wieczory autorskie to duperele, bo mogę sobie z nich zrezygnować, świat się nie zawali. W takim układzie nie mogę za bardzo - zapisać się do lekarza, umówić ze znajomymi na kolację, do kina.
Może jak on znowu wróci do tygodniowych interwałów wyjazdowych, to będę mogła ponownie sprawy ogarnąć.
Jeszcze napiszę o niedzielnym zakończeniu urodzin Mojej Dzielnicy - wernisaż zdjęć "wczoraj i dziś". Zdjęcia "wczoraj" były głównie z lat 60tych, ale zdarzały się też i takie z przełomu 70/80tych, czyli czasów, gdy odbywałam pierwsze podróże do Miasta. Podróże w celach zakupowych - na Bazar, czyli taki podmiejski szyk "pret a porte" lub do PTDu, czyli świata "haute couture". Dziś zamykam oczy i pod powiekami widzę jeszcze tamte miejsca, tamten zgiełk. Tamten Dworzec. Po wystawie były jeszcze opowieści o ulicach dzielnicy, budynkach.
niedziela, 12 lutego 2012
W oparach, tylko czego
Wczoraj wieczorem chciałam się wybrać na kolejne wydarzenia w ramach urodzin Mojej Dzielnicy. Przyszłam do knajpki trochę przed czasem, 20 minut i zobaczyłam, że połowa stolików (fakt, że lokal nie jest duży) ma kartki z rezerwacją na godzinę tego wykładu. Rezerwacje były na konkretne nazwiska, więc dla konkretnych osób, nie ogólnie dla zainteresowanych tematem spotkania. Dla pewności dopytałam się w barze i dowiedziałam się, że mogę siadać wszędzie, ale nie tam gdzie są rezerwacje. Na przykład na schodach. Czułam się trochę głupio siadając na schodach, w pół pustej sali i czekać tyle minut. Znalazłam, na antresoli, pufę nie przypisaną do żadnego ze stolików. Hurrraa, to znaczy, że wolno mi na niej usiąść! Ale wtedy zrodził się we mnie jakiś bunt plejbejski.
Dlaczego nie podali informacji, że obowiązuje rezerwacja miejsc? Dlaczego inne lokale potrafiły coś takiego podać na stronie wydarzenia? Dlaczego inne lokale potrafią zorganizować wydarzenie kulturalne, mieszcząc tłumy i nie blokując stoliki dla wybrańców? Bali się, że zejdzie się plebs z okolicy, usiądzie posłuchać i nic nie zamówi? Wiadomo, że lokal nie jest dla okolicznych mieszkańców, tylko dla turystów z drugiego brzegu podnieconych, że są w dzikiej Azji.
Wiem, wiem, sobotni wieczór - wtedy knajpa najwięcej zarabia. Ale albo myśli się o kasie, albo podpina pod popularne wydarzenie robiąc sobie lans.
Wyszłam. Powinnam była jeszcze na tej pufie zostawić kartkę "Rezerwacja, 18.00, W Dupie Mam Lans". Pozostał mi niesmak do tej knajpki. W drodze do domu kupiłam sobie wino, na jakie ostatnio mam fazę - białe, półsłodkie reńskie. Wieczór też był miły.
piątek, 10 lutego 2012
Od ruin do socrealu
Zajrzałam na "Przystanek Historia" IPNu, na wykład "Architektura nowoczesna versus socrealizm". Tytuł nie zapowiadał fajnego wieczoru, ale zaryzykowałam. I było ciekawie, nie żałowałam.
Zaczęło się od ruin, roku 1945. Chwila statystyki - tylko 25% lewego brzegu miasta nie zostało zniszczone, 55% zrównano z ziemią. Prawy brzeg miał więcej szczęścia, bo tam 59% zabudowy ocalało. A może prawy brzeg był mniej interesujący i dlatego można tu dziś obejrzeć wiele fajnych kamienic. Oczywiście, póki stoją... Bo skąd te 55% po lewej stronie? Aż tak? O zniszczonym to mieście przewrotna ballada. Z minuty na minutę toczącego się wykładu, okazuje się, że sporą z tego część stanowiły zniszczone, nadpalone budynki, które spokojnie można było małym nakładem środków odbudować. Miasto jednak zrównano ponownie z ziemią, by zbudować Nowy Wspaniały Świat. Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Kraj zniszczony gospodarczo, ludzie potrzebują mieszkań, a nie odbudowuje się, a buduje od nowa? Mogę sobie wyobrazić decydentów i architektów, którzy wyszli z pożogi wojennej, czasu, gdzie życie ludzkie było warte nic, gdzie śmierć była stałym elementem codzienności. Rozwalenie nadpalonych murów i postawienie nowych cegieł, to była przy tym drobnostka. Albo wręcz symboliczne rozpoczęcie Nowego Życia. Bo przecież nastał też Nowy Ład Społeczny.
Co ciekawe, odbudowywano kamienice prywatne, a na państwowych gruntach burzono. Odwrotnie niż dziś, gdzie właściciel prywatny doprowadza budynek do ruiny, dyskretnie podpala mu piwnice, by potem rozłożyć ręce i westchnąć, no nie dało się uratować. Tak znika Moja Dzielnica. Po wojnie, w tej metodzie był też sprytny cel - prywatnym właścicielom dawano nierealne terminy na odbudowanie budynku, a gdy nie potrafili ich dotrzymać, odbierano im to co już zdołali podnieść z gruzów.
Ta sama pokrętna logika dotyczyła zabytków. Ustalono "dzielnicę zabytków", gdzie mogły one pozostać - wąski pasek jednej ulicy, a wszędzie indziej zostały one zburzone. Cały dowcip w tym, że w "dzielnicy zabytków" trzeba je było odtwarzać od nowa, powstał więc taki historyczny Legoland.
Czy można się dziwić, że ludzie przyjeżdżający do Mojego Miasta widzą je brzydkim, nieestetycznym, nie poskładanym? Niech postawią świeczkę za to, że ich miasta były tak mało ważne, że nikt nad nimi tak długo nie planował...
Po zdjęciach Miasta zniszczonego wojną, budynku, które po chwili miały zostać zburzone, przyszedł czas na projekty. Projekty nie zrealizowane. Można było zobaczyć, jak Miasto mogło wyglądać - np. jedna z głównych arterii, w centrum jako wielopasmówka, z niską jednostajną zabudową (szybko jadący kierowcy nie będą skupiać wzroku na tych budynkach) i wieżowcami na tyłach. Dziś kierowcy tkwią tam w korkach, bo jezdnie są 2-3 i mogą się do upojenia napatrzeć na budynki, a raczej na płachty reklamowe.
Przyznam się do ignorancji architektonicznej, ale nie miałam pojęcia, że pomiędzy ruinami, a socrealizmem był w Mieście jeszcze modernizm. I to powstało w tym stylu sporo ważnych budynków - część Sejmu, Dom Partii (to co dziś jest jego frontem miało być tyłem, podjazdem dla samochodów, pomiędzy nim a niedalekim Placem miała być pusta przestrzeń, z tarasem, eksponująca piękno budynku), GUS i sporo innych. Budowano ile się da, zanim nastało szaleństwo socrealizmu.
Prowadzący fajnie opowiadał o odbudowywanych osiedlach, pokazywał je z rzutu samolotu by można było dokładniej zobaczyć jak były rozplanowane. Płynnie przeszedł do socrealizmu i szczerze się przyznam, że nie wiem, czy byłabym w stanie rozróżnić co jest modernizmem, co socrealizmem. Zasada chyba była taka, że tam gdzie dziwne zdobienia, nie funkcjonalne tarasy, wysokie, półkoliste bramy, rozmach i przepych, to mamy to drugie :) Gdzie prostota, ascetyzm przypominający lata 30te - mamy to pierwsze.
Żałowałam, że zapomniałam długopisu. Byłyby takie fajne notatki.
Wykład miał trwać 1,5 godziny, ale mijała druga godzina, a prowadzący wciąż fajnie opowiadał. Dobrze, że nie musiałam wcześniej wyjść. Mimo to, treść wykładu, a moja percepcja stały się dwoma kartkami, które się rozślizgnęły. Kiedy chwyciłam, że zamiast słuchać, myślę o wannie z gorącą wodą, stwierdziłam, że trzeba wracać do domu.
A za miesiąc kolejny taki wykład :)
Wiertka znowu nocowała u taty i poświęcę temu jakiś inny wpis, bo tu już się rozpisałam.
środa, 08 lutego 2012
Lutowe okruchy
Będzie skrótowo, bo w pracy znowu żongluję czterema piłeczkami na raz, w dodatku później przychodzę lub wcześniej wychodzę. Niektóre rzeczy już zamykam, z niewyrobionymi budżetami, więc zaczyna się "skrobanie bazy", nazywane też przez innych "żebraniną".
Zaczęły się obchody urodzin Mojej Dzielnicy. W poniedziałek byłam na jednym fajnym wykładzie historycznym i na tyle będzie chyba mojego świętowania. Nie dam rady co wieczór, gdzieś wychodzić. Dzięki temu poznałam nową, fajną, klimatyczną knajpkę w okolicy. Większość tu jest z klimatem, którego nie ma na drugim brzegu :D Lokalna ze mnie patriotka :)
Matka całe życie czegoś się uczy. Nauczyłam się ostatnio, że bardzo wysoki mróz nie wybija rotawirusa. Wiertkę dopadł wstępnie w połowie zeszłego tygodnia, a gdy była w weekend u ojca rozgościł się na dobre. Odebrałam ją w niedzielę, jeszcze z nadzieją, że to nic poważnego. Nadzieja prysła, gdy wieczorem zwróciła te niewielkie ilości pokarmu, które chciała zjeść, w stanie jak tuż po przełknięciu.
Były był miły i zajął się dzieckiem w poniedziałek i we wtorek. Tyle, że chciał robić to u siebie, więc jednego dnia rankiem mu ją zawiozłam, drugiego wcześniej odebrałam. Dlatego później przyjeżdżałam do pracy, wcześniej wychodziłam. Dobrze, że szef jest przez jakiś czas dziewięć stref czasowych do tyłu.
Dziś mała pojechała do żłobka mimo rozwolnienia porannego. Poprzedniego dnia było wszystko w porządku, miałam nadzieję, że już zdrowieje. Zobaczymy co powiedzą w żłobku.
niedziela, 05 lutego 2012
Lukrowana wersja depresji poporodowej
Kupiłam jakiś czas temu "Czarne mleko", Elif Safak, reklamowane jako książka o depresji poporodowej. Reklama zrobiła książce niedźwiedzią przysługę, bo o depresji jest tam jedna, mała część. Rzecz jest głównie o stawaniu się kobietą, łapaniu równowagi pomiędzy różnymi rolami społecznymi w jakie zdarza nam się wchodzić, walce wewnętrznych "ja". Sama depresja została tam opisana tak jakoś lukrowo, cukierkowo, w wersji pop. Za niedługi czas, fajnie będzie do roweru holenderskiego i okularów w czarnej oprawce dorzucić "ach, miałam depresję poporodową".
To co mi się w książce podobało, to przewijający się wątek prób połączenia bycia pisarką i bycia matką. Będzie kilka cytatów :)
"Czasem największą nagrodą, jakiej spodziewa się pisarka, nie jest Nagroda Bookera czy Orange Prize, ale pracowita niania o dobrym sercu. Wiele autorek marzy, by usłyszeć te dwa magiczne słowa: "Nianię otrzymuje...". Nic dziwnego, że liczne stypendia przyznawane Sylvii Plath były opisywane jako "stypendia na nianię" - dzięki tym pieniądzom mogła zatrudniać profesjonalna opiekunkę, a sama znaleźć czas i energię na pisanie." (s. 66)
"Jednak najgorsza była niemożność pisania [..]
Jednak ostatnio czułam się jak analfabetka. Słowa, które przez całe życie dotrzymywały mi towarzystwa, teraz mnie opuściły i zamieniły się w rozmiękłe litery niczym makaronowy alfabet w zupie". (s. 312/313)
Zazdroszczę jej, że z takiego stanu wyszła jeszcze przed pierwszymi urodzinami dziecka. Mój stan pulpy słów, implozji twórczej, gdy pomysły na zdania zwijają się do środka mózgu w mikroskopijny punkcik, lobotomii twórczej, mój stan nadal trwa. Choć nie jest już tak, jak w czerwcu zeszłego roku, gdy napisałam opowiadanie, które po redakcji składałoby się już tylko ze spacji.
I na koniec, najbardziej znakomite porównanie. Nic dodać, nic ująć.
„Powieściopisarka jest i musi być egoistką. Macierzyństwo natomiast polega na dawaniu.
Podczas, gdy powieściopisarka jest introwertyczką – przynajmniej w czasie tworzenia powieści – matka z definicji jest ekstrawertyczną. Powieściopisarka buduje maleńki pokój w głębi umysłu i zamyka drzwi, by nikt nie mógł się do niego dostać. […] Z kolei matka zostawia otwarte wszystkie okna i drzwi – dniem i nocą, latem i zimą. Jej dzieci mogą wejść dowolnie wybranym wejściem i zajrzeć wszędzie, gdzie tylko zechcą. Nie ma żadnych sekretnych kątów.
Kiedy twoje dziecko upada i zdziera sobie kolana albo wraca do domu z powiększonymi migdałkami, albo leży w łóżku z gorączką […], nie możesz powiedzieć: Wiesz, właśnie piszę nowy rozdział. Czy możesz wrócić za miesiąc?” (s. 332)
W depresji poporodowej, która ciągle bywa jeszcze tabu, jest drugie wewnętrzne tabu. O pierwszym zewnętrznym problemie zaczyna się mówić głośno, drugi jest tak straszny, że wszyscy milczą. Przyszło mi to do głowy, gdy zaczęłam śledzić najbardziej medialną sprawę kryminalną ostatnich dni. Może jutro o tym napiszę.
czwartek, 02 lutego 2012
Motylkowa wróżka
Padła groźba balu karnawałowego w żłobku Wiertki, czyli trzeba wymyśleć jakiś strój. Rok temu kupiłam jej trzy motyli z cekinami do naszycia na ubranie, bo ciężko coś nałożyć roczniakowi, by nie zostało zerwane i zjedzone. Wtedy akurat się rozchorowała. W tym roku, strój też był ograniczony fantazją w doznawania świata małej. Odpadały ozdoby na głowę, doczepione, zwisające, zawiązane. Wszystko ściąga, zrywa.
To jednak malutki problem przy tym, że ja:
- nie mam czasu na bieganie po sklepach, na pewno nie w mróz
- nie znam się na zakupach internetowych
- mam dwie lewe ręce i upośledzenie estetyczne
- jeszcze raz - mam mało czasu
Wiedziałam, że dopadnie mnie kiedyś "mroczna strona macierzyństwa", czyli tworzenie strojów karnawałowych lub pomoc przy pracach domowych z plastyki ;)
W poniedziałek, idą po dziecko, weszłam do jakiegoś sklepiku w typie "1001 drobiazgów", w nadziei, że tam coś mnie zainspiruje. Znalazłam kilka dużych kwiatków splątanych sznurkiem i jakąś taśmę z doczepionymi do niej motylkami z filcu. To chyba jakieś elementy, które wykorzystuje się w dekoracji okien, firan, zasłon, domów, cholera wie. Nie znam się. Pierwszy pomysł był taki, by z wstążki zrobić szarfę i doszyć do niej kwiatki. W domu okazało się, że kwiaty są duże, sztywne, a Wiertka szarfę szybko ściąga. Od razu przeszłam do planu B, czyli naszycia kwiatów na bluzeczkę i dodaniu tych zeszłorocznych cekinowych motylków. Zanim wzięłam się za igłę, okazało się, że Wiertka dopadła wstążki i pozbawiła ją kilku motylków. Dzięki czemu naprowadziła mnie na finalny plan C.
Wczoraj wieczorem ściubiłam igłą i nitką, w efekcie czego na zielonej bluzeczce, na środku jest duży kwiat przypominający trochę słońce, dookoła niego lata mnóstwo pomarańczowych motylków, a na dole świecą się jeszcze trzy pomarańczowe, cekinowe. Może nie jest to efektowne, żaden tam prawdziwy strój, ale akcent jest. Gdy dziecko zasnęło, o 22.00 wpadłam jeszcze na pomysł by na plecach bluzki udrapować i lekko podszyć wstążkę na kształt skrzydełek. Trochę to przypomina ramionka wiatraka, czy skrzydła, ale ważki, ale całość wygląda bardziej karnawałowo.
Wiertce bluzka się podoba. Powiedziałam jej, że będzie "motylkową wróżką". Mam nadzieję, że nie będzie z siebie tych motylków zrywać. Naszyłam je lekko, by jeszcze uratować bluzkę na przyszłość.
Nie sądziłam kiedyś, że będę robić takie rzeczy...
Kupując ot tak, po prostu, zwyczajnie gotowy strój, czułabym się tylko w połowie matką :) Choć pewnie taki czas nadejdzie, bo wymagania dziecka dotyczące skomplikowania przebrania będą rosły :)
Pamiętam kubraczek ludowy uszyty dla mnie przez mamę - czarny z wyhaftowanymi kwiatkami, cekinami, koralikami. Im bardziej świeciło i waliło po oczach, tym lepiej :) Żadne dziecko nie miało takiego ślicznego przebrania na balu karnawałowym. Poprzez kilka takich drobiazgów widzę, że mama na swój sposób musiała mnie kochać.
|
|