To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 26 września 2016
Trójka klasowa

Tydzień temu było zebranie rodziców w szkole. Czterdzieści minut podpisywania różnych zgód, opowiadanie o programie drugiej klasy i wreszcie na koniec najtrudniejszy punkt. Wybór trójki klasowej rodziców. Niestety, najbardziej energetycznych rodziców już nie ma. Garstka zebranych zbyła ten punkt milczeniem. Wychowawczyni wracała jeszcze trzy razy. Już wcześniej zastanawiałam się nad tym, żeby się jakoś uaktywnić. Nie mam natury przewodnika stada, ale w pierwszym szeregu lubię być.

W ramach dygresji. Prawie całą podstawówkę byłam przewodniczącą klasy, skarbnikiem, albo kimś w tym stylu - wymiennie z innymi osobami. Od pewnego czasu było to na zasadzie wybierania przez głosowanie, a zgłaszałam się sama. A zgłaszałam się, bo zapewne kiedyś, na początku byłam wybrana przez panią wychowawczynię. Nie posądzam się o taki lans w pierwszym klasach. Z tego, że byłam przez nauczycieli faworyzowana od początku, zdaję sobie sprawę. Natura poskąpiła mi wielu rzeczy, ale wpływu na grono pedagogiczne dała nadmiar. W ostatnich klasach udzielałam się nawet chyba w jakiś samorządach szkolnych. Ganianie po korytarzu w czasie lekcji, w ramach bardzo ważnych spraw, było fajne. Mikro szkolne "House of cards" także ;)

Życie niewiele mnie nauczyło, więc postanowiłam teraz kontynuować tę tradycję. Choć nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. Zgłosiła się też inna mama i ona ma swoje pomysły, więc jakoś to pójdzie.

Dziś za to było zebranie trójek klasowych, na które poszłam jako jedyny przedstawiciel naszej klasy. Frekwencja nie powalała, bo na 27 klas rodziców było kilkanaście. Dodam tylko,że nie jestem rodzicem, który odstawia dziecko do szkoły i odbiera z poczuciem, że zostało nauczone, wychowane i zrobione. Rodzic też coś tam powinien z siebie dać. W drugą stronę - praca nie pozwala być matką szkolną w stylu "Gotowych na wszystko". To zebranie to taki kompromis.

Nie miałam z kim jej zostawić, więc Wiertka była ze mną.

niedziela, 25 września 2016
Czarny Protest

Obudziłam się przed 11:00 w całkiem sprawnym stanie. W południe dołączyłam do panirolki i we dwie uczestniczyłyśmy w Czarnym Proteście organizowanym przez Razem. Tłumów może nie było, ale przestałam się tym przejmować. To w końcu któreś z kolei zgromadzenie. Za to w innych miastach frekwencja była spora. Było czytanie listy posłów, którzy zagłosowali za dalszą pracą nad ustawą, okrzyki. Było też słońce i dobra pogoda.

Potem chętni poszli pod sejm by z dziewczynami od feministek wyśpiewać piosenkę. Ja nie dałam rady.

Trochę mnie irytuje, że zamiast łączyć wydarzenia, robi się dwa protesty, w dwóch różnych miejscach. Brakuje jeszcze żeby jakaś trzecia partia, albo organizacja protestowała w tej samej sprawie popołudniu.

Podyskutowałam z panirolki i wrażenia były podobne. Warto krzyczeć, warto pokazać swoje zdanie, nie wolno milczeć. Jednak na decyzje w sejmie to nie wpłynie. Nawet gdyby na ulice wyszły wszystkie kobiety w kraju (nie wyjdą wiem, bo część zgadza się z projektem), to i tak sytuacji to nie zmieni. Panowie w sejmie zrobią, co zechcą, bo mogą. A kobiety po prostu nie mają odpowiedniej świadomości i nie są w stanie pojąć wagi prawa naturalnego. Zupełnie jakbyśmy byli w wiktoriańskiej Anglii. Jedyne czego się boją, to spadku poparcia tuż przed wyborami. A do wyborów zostało sporo czasu. Ludzie zapomną.

Podejrzewam też, że PiS wygra kolejne wybory, następne być może też. Trudno. Jestem jak słoń, cierpliwa i pamiętliwa. Nie rozliczą ich za dziesięć lat, rozliczą ich za pięćdziesiąt lat. Jeszcze te kartki w podręcznikach będą czarne. Nie było tak głupiego rządu, którego w końcu nie podliczono i nie skreślono. Musi wyrosnąć nowe pokolenie buntowników. PiS ich na swoim łonie za 500+ wyhoduje.

Nie mogę też się zgodzić z radami "trzeba wyjechać", "wyjedźcie z tego kraju". Najprościej zostawić i szukać szczęścia gdzieś indziej. A w Polsce zostawić psychopatycznych polityków i najbardziej bezbronnych obywateli. Na tym ma wyglądać odpowiedzialność społeczna? By pilnować tylko swoich spraw? Gdyby wszystkie kobiety działały według tej zasady, nie miałybyśmy wstępu na uniwersytety, praw wyborczych. To inna wersja "szklanej windy" - osiągnęłam sukces, jestem więc lepsza od innych kobiet, ja mogę wyjechać z kraju, więc nie obchodzi mnie sytuacjach tych, które nie mają takiej szansy. Dopóki nie grozi mi w tym kraju fizyczna eksterminacja, będę tu i będę starała się, by cokolwiek zmienić. Mamy brunatne czasy i gdzie indziej też nikt już na Polaka nie czeka.

Chcę wierzyć, że zaostrzenie ustawy, to sztuczny szum mający na celu wprowadzenie innych, gorszych ustaw. A gdy przyjdzie do realizacji, prace utkną. Oby tylko nie zwołali jakiegoś nocnego posiedzenia. I rano obudzimy się w Salwadorze lub Rumunii Ceausescu. Wodza czekają teraz bardzo ważne zadania związane z Trybunałem Konstytucyjnym. Na to przeznaczy noce.

sobota, 24 września 2016
Sobotnio

Plan był taki, że dziecko jedzie do ojca, a ja idę na wykłady Festiwalu Nauki, może wykład Pawilonu Warszawa, wieczorem na koncert z kolegą. Wypalił tylko wyjazd dziecka do ojca. Bo rano obudziłam się półżywa, z wybladłymi oczami. Dzień spędziłam pod kołdrą, pijąc hektolitry gorącej herbaty, czasem drzemiąc Gdy stres schodzi z człowieka, wchodzi zmęczenie.

 

 

 

 

 

22:28, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 września 2016
Złota jesień

Jestem wkurwiona, tym co się dzieje w sejmie. Bardzo wkurwiona. Tak, że zastanawiałam się, czy w ogóle dziś pisać na blogu.

Życie toczy się obok. Bo, że "dalej" nie napiszę. Bom wkurwiona :)

W pracy sprawy się powoli rozładowują. Będzie jeszcze 2-3 tygodnie stresu, ale ten najbardziej mnie rozwalający projekt rusza od poniedziałku. I dalej to będzie mnie dobijał fazą realizacji. To jednak spokojniejsze. Jednak ciągle wybiegam z pracy zamiast o 16:00, to o 17:00 i odbieram dziecko przed zamknięciem świetlicy.

Dziecko nauczyło się alfabetu prawie w całości - tak do litery T. Nie narzekam, uważam, że to spore osiągnięcie. Piosenką próbowałam, ale nie poszukałam odpowiedniej w necie i podrzuciłam dziecku taką skopiowaną z angielskiej wersji. Za to na dwóch kartkach wypisałam litery po kolei, dołączyłam do każdej obrazek, wydrukowałam to i zalaminowałam. Dziś pani pytała Wiertkę. Niestety, nie było sukcesu. Mała zaczęła "a, ą", tylko że "ą" powiedziała jak "o", pani jej przerwała, powiedziała, że źle i kazała innemu dziecku dokończyć :( Sama do tego doszłam, gdy zaczęła mi recytować i usłyszałam to "o". Wiertka nie wiedziała dlaczego robi coś źle, skoro robi dobrze.

O kuchni będzie zapewne oddzielny wpis, bo to temat strumyk ;)

Dziś, po wyjściu ze świetlicy, Mała zauważyła mecz siatkówki na hali. Poszłyśmy na trybuny i okazało się, że żeńska drużyna z naszej szkoły, gra z inną. Wiertka była bardzo zainteresowana. Chyba emocjonowanie się sportem ma po tacie. Niestety, przeciwniczki były dobre, nawet powiedziałabym, że bardzo dobre. W dodatku, razem z nimi przyszli rodzice, dziadkowie, zgrana grupka dorosłych dopingująca i pocieszająca okrzykami, gdy straciły piłkę. Do tego mieli megafon :) Za to ze strony naszej szkoły nie było nikogo... Nie rozumiem tego :( My dwie, i może jeszcze ze dwie osoby. Po trzecim przegranym przez nas secie, Wiertka powiedziała, że chce wracać do domu, bo nie może na to przegrywanie patrzeć, smutno jej się robi. Jej ojciec w takiej sytuacji zazwyczaj krzyczy, przeklina i złorzeczy :)

czwartek, 22 września 2016
Jesień

Obudziła się rano z uczuciem, że gdzieś dopełzłam do ściany.

W obliczu kumulujących się, mocno stresujących obowiązków w pracy, przemeblowania kuchni i piętrzących się sprzętów z niej w moim pokoju, głodzącej się na śmierć świnki morskiej i dziecka, które ma się na jutro nauczyć alfabetu, poczułam ogromną potrzebę zostawienia tego wszystkiego i wyjechania gdzieś.

Na przykład w Bieszczady. Tylko, że w górach teraz zimno.

Potem kupiłam gazetę i co w niej znajduję? Mapę Puszczy Białowieskiej.

Może wszechświat daje mi jakieś znaki?

A potem stało się to nieuniknione. Ściana przesunęła się dalej.

wtorek, 20 września 2016
Raport

Miało być o czym innym, ale jest tylko raport o tym, że żyję. Znalazłam lokalnego optyka, który szkła wymieni mi za pół ceny, nie zdzierając na usługach dodatkowych. Okulary odbiorę w czwartek. Na razie chodzę w starych, rozregulowanych i zaczynają mnie boleć od nich oczy.

Remont kuchni ruszył do przodu, ale siedziałam dziś godzinę z myjką i mopem. Szorowałam kafelki i podłogę za odsuniętymi szafkami. A było co szorować.

Część wieczora spędziłam przed komputerem na przygotowywaniu obrazków z alfabetem dla dziecka. Ma się nauczyć na piątek i pomyślałam, że taka forma jej pomoże zapamiętać.

19:54, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 września 2016
Raport życiowy

Ostatni tydzień był stresujący w pracy. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale puściłam ofertę w jednym przetargu, który miał mordercze warunki. Prezes zazwyczaj każe brać udział, twierdząc, że damy radę. Wszyscy usiądą i zrobią. Bierzemy więc udział, a potem trzymamy kciuki, by wybrali kogoś innego. Zazwyczaj wybierają, bo konkurencja daje ceny dumpingowe. Tu krótka dygresja - widać, jakie stawki dają i wiem, jakie stawki biorą ludzie w tej branży. Wychodzi na to, że konkurencja dopłaca. Raz nawet dostaliśmy prośbę o wyjaśnienie podania "rażąco niskiej ceny". Wysłaliśmy odpowiedź, bo nasza była normalna. Wygrała firma, która podała sporo niższą. Nie wiem, jak oni się wytłumaczyli.

I zdębiałam, gdy dostałam telefon, że wygraliśmy. Zbladłam. Fartem było to, że trzeba było jakieś drobiazgi uzupełnić i zanim to zrobiłam, wynegocjowałam pewne ustępstwo. Inaczej wykonanie założeń byłoby prawie niemożliwe. Od ponad tygodnia siedzę na mailach, telefonach, żyję w stresie. Jeśli się nie uda, czekają moją firmę kary umowne. A dodatkowo mam ogromną ilość pracy, która zwala się zazwyczaj o tej porze roku. Zostaję po godzinach. Jednego dnia pół nocy nie spałam. W piątek obudziłam się sama z siebie przed 6:00, co oznacza, że jestem w fatalnym stanie :) Zamiast się cieszyć, że już piątek, martwię się, że piątek i jeszcze by trochę czasu się przydało.

Na szczęście, w piątek była pełnia księżyca i mam nadzieję, że teraz będzie już lepiej ;)

Żeby było mało, w czwartek wieczorem przysnęłam w okularach, dziecko śpiące obok walnęło mnie ręką i pękł kawałek jednego ze szkieł. Nosić mogę, ale długo tak się nie da. Poszłam do salonu, w którym kupowałam te oprawki sześć lat temu i w którym półtora roku temu też mi wymieniano rozbite szkło. Teraz rozumie, dlaczego sprzedają oprawki za bezcen. Okazało się, że tym razem trzeba wymienić oba szkła. Bo jedno będzie bardziej starte, a tak w ogóle już nie sprowadzają takich i trzeba zamówić nowe. 350 złotych poproszę. Zdębiałam. Powiedziałam dziękuję. I wyszłam. Może spróbuję jeszcze w jakimś mniejszym zakładzie optycznym. Albo zastanowię się, jak mogłabym zejść z ceny. Z antyrefleksu nie zrezygnuję niestety, bo zanim go zamówiłam, wracałam do domu - po ośmiu godzinach przed komputerem - ze zmasakrowanymi oczyma.

Na tym nie koniec. Próbowałam wgrać e-hologram na moją Kartę Miejską i automat stwierdził, że nie ma takiego numeru w systemie. Musiałam iść do Punktu Obsługi Klienta. W jednym okienku Pan kazał mi pokazać się jeszcze raz z zaświadczeniem z Urzędu Skarbowego. Nie ma w systemie i już. To ile miesięcy użytkowałam nielegalnie Miejską Kartę Warszawiaka? W drugim okienku, gdzie mnie odesłano, po długiej dyskusji (nie będę chodzić do US) kazano mi po prostu wyrobić nowa Kartę Miejską i problem zostanie rozwiązany.

- Niech pani wyrobi nową, ta jest starta, nie można rozpoznać panią na zdjęciu. 

Stwierdziła urzędniczka, poniekąd słusznie, bo po siedmiu latach mało już na niej widać. Chciałam jej powiedzieć, że nigdy nie była na tym zdjęciu do siebie podobna, bo robiłam je w siódmym miesiącu ciąży, ale się powstrzymałam.

I to na tyle. Na razie mi wystarczy.

wtorek, 13 września 2016
Ochrzt

Niewiele zmieniło się przez lato w kwestii duchowości mojego dziecka. Niestety, chyba pod wpływem zalewu dziewczynek w komunijnych strojach w maju (niestety ze względu na sukienki), Wiertka zaczęła myśleć o lekcjach religii. Koleżanki z klasy powiedziały jej, że będzie mogła mieć komunię, jeśli będzie chodzić na religię. I o ile całą pierwsza klasę te lekcje ignorowała, tak nagle pod koniec roku szkolnego chciała na nie iść. Była na jakiś dwóch. I bardzo jej się spodobało.

Przed nowym rokiem szkolnym, wiele razy mi przypominała, że ona chce chodzić na religię i mam jej pozwolić tam chodzić. Zawsze uważałam, że nie będę blokować dziecka w takim kwestiach. Ludzie mają różną wrażliwość na duchowość. Jedni jej poszukują i w najgorszym wypadku lądują w jakiejś sekcie, za zamkniętymi drzwiami. A tego wolałabym uniknąć. Inni całe życie obywają się bez problemów z sacrum.

Przykładem jest starsze rodzeństwo Wiertki. Wychowani oboje w tych samych warunkach. Jej siostra jest bardzo wierząca. Brat unikał religii, nie chciał iść do komunii, został niemal przepchnięty do niej. I teraz jest czytającym Marksa i Lenina nastoletnim, anarchizującym ateistą :)

Jak dotąd Wiertka była na dwóch lekcjach religii i wkręciła się w Jezusa niczym gimnazjalistka w Justina Biebera. Śpiewała mi dziś piosenkę, kupiłyśmy specjalny podręcznik. Odbywamy poważne rozmowy. Na przykład, powiedziałam jej, że by przystąpić do komunii trzeba być ochrzczonym.

- A ja miałam ochrzt?

Tu trochę ciężko mi było zachować powagę :)

Wczoraj, pytała się mnie, czy wierzę w Boga i Jezusa? Jak to było, że Bóg stworzył świat? To zrobiłam jej mini wykład o historii ewolucji od Wielkiego Wybuchu. Utknęłyśmy na małpach i homo sapiens, bo moje dziecko z trudem akceptuje, że pochodzi od tego pierwszego. Trochę się śmiała.

Zastanawia mnie, czy czeka mnie chrzest.

A może się zapaliła i przejdzie jej, tak jak przeszedł balet. I zajęcia muzyczne. I judo. I siatkówka. I zajęcia taneczne.

Tagi: córka wiara
19:53, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 września 2016
Weekendowo

Sobotni wieczór to wyjście na koncert. Koncert był po sąsiedzku, w Ogrodach Ząbkowskiej. Grał i śpiewał Limboski. Nie znałam go wcześnie, ale namówił mnie kolega, z którym byłam. Mam ochotę wrócić do słuchania muzyki, a by słuchać trzeba coś znaleźć. Limboski ma głos Maleńczuka, ale muzycznie i tekstowo jest bardziej w rejonach "Raz dwa trzy". Fajnie spędzony wieczór.

W niedzielę wybrałam się na spacer miejski po warszawskim Aninie. Dawno nie byłam w tych rejonach prawobrzeżnej Warszawy. Okolica cudowna - domy jednorodzinne zatopione w lasach. Cała ta dzielnica jest tak klimatyczna - sokramka potwierdzi, jako tubylczyni :) Jestem człowiekiem blokowiska, betonu i miejskich atrakcji, ale taki spacer potrafi człowieka złamać :) Odwiedziliśmy dom, w którym bywał i mieszkał ksiądz Jan Twardowski. Pierwotnie mieliśmy zobaczyć tylko pamiątkowy kamień przed posesją, ale wyszła do nas gospodyni, opowiedziała o księdzu, zaprowadziła do ogrodu, gdzie jest wystawa zdjęć mu poświęconych. Z innych ciekawych miejsc - widzieliśmy dawny dom Tuwima, wcześniej przedszkole, a w latach 90tych miejsce tragicznej zbrodni na małżeństwie Jaroszewiczów. Hipotetyczne miejsce, gdzie mieszkał Gałczyński. Oglądaliśmy też świdermajery, które ocalały - nie spłonęły, nie rozpadły się lub nie zostały rozebrane. Piękne, charakterystyczne dla tej okolicy (linia otwocka) budynki mieszkalne. Czas nie obszedł się z nimi łaskawie. Są takie, które przy wkładzie finansowym i determinacji nowych właścicieli są tak atrakcyjne jak niemal wiek temu, gdy je budowano. Równie fascynujące architektonicznie są nowo wybudowane wille, stylizowane na modernizm.

Oprócz tego, trochę posprzątałam, trochę po odpoczywałam. I tak minął weekend bez dziecka :)

czwartek, 08 września 2016
Wiersze

Ciągnie się to strasznie długo. Kiedyś już pisałam, że postanowiłam wydać swoje wiersze. Tata jednej z koleżanek ma małe wydawnictwo. Latami zajmował się poezją, sam także pisze, więc najpierw sam je przejrzał. I uznał, że nadają się do druku. Zredagował mi je nawet. Bałam się, że otworzę plik i zobaczę moje teksty poćwiartowane, wymagające mnóstwa poprawek. Okazało się, że było ich niewiele i nie wnikały brutalnie w strukturę tekstu. Pocieszyło mnie to. Usłyszałam nawet, że moje wiersze są męskie. Choć, gdzieś tam z kobiecym tłem. Nie wiem, jakie bywają wiersze męskie, czy żeńskie. Moje są krótkie, esencjonalne. Nie potrafię pisać takich kilku zwrotkowych. Uważam, że ciekawiej wyrazić coś w kilkunastu słowach, kilkunastu linijkach.

Teksty czekały złożone do druku i zaczęła się trudniejsza część zabawy. To ja miałam dostarczyć okładkę. Nieoceniona AsiaJot, pozwoliła mi przejrzeć swoją galerię obrazów i skorzystać z któregoś. Wybrałam. Jeden z kolegów zaoferował się, że złoży mi tę okładkę. Niestety, okazało się, że zdjęcie obrazu było w zbyt malej rozdzielczości. Prawie do sierpnia czekałam, aż obraz zjedzie z wystawy i będzie mu można zrobić zdjęcie. A potem kolega został zawalony pracą, z której kupuje sobie jedzenie i opłaca rachunki, więc ponowie musiałam czekać.

Wróciliśmy do tematu wczoraj. Spotkaliśmy się by omówić, jak wyobrażam sobie okładkę. I tu jest trudność, bo o ile swobodnie poruszam się w świecie słów, to wątpię w moje kompetencje estetyczne. Miałam jakieś swoje pomysły, ale były one zapewne bardzo schematyczne. Omówiliśmy, co się nada przy takim typie obrazu, co nie. Podrzuciłam mój pomysł, ale chyba nie zachwycił. On pokazał, jaki ma swój pomysł. Ciekawy, ale nie byłam do końca przekonana, czy taka okładka będzie grała z wierszami. Nawet przeglądaliśmy w internecie i w księgarni stacjonarnej inne okładki. Doszłam jednak do wniosku, że jak się czymś zainspiruję, to będzie to wyglądać kopią ciekawego rozwiązania. Mam nadzieję, że to w końcu ruszy, bo chciałabym już zobaczyć swoją rzecz wydrukowaną. Dziś już widziałam coś, co podrzuciło mi pomysł - ścianę budynku :)

19:58, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 97
Tagi