To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Roztoczona opieką

Gościłam wczoraj tatę u siebie na obiedzie. Przywiózł wnuczce pluszaka, książeczkę i hit nad hitami - urządzenie do wyciskania plastoliny w różne wzory. Kupił wnuczkę z miejsca. Przez półtorej godziny wyciskali razem, lepili, sklejali. Jeszcze po jego wyjściu tym się bawiła zafascynowana, że pod palcami może uformować różne rzeczy.

Zaproszenie taty nie było takie do końca bez intencji. W łazience odpadła kratka wentylacyjna, wąż i rączka od prysznica, a w kuchni straciłam gałkę od szafki. Głupio się czułam, ale zapraszając go napomknęłam o kilku drobnych naprawach. Mając silikon i takie urządzonko do jego wytryskiwania z kratką bym sobie może i poradziła, ale co do prysznica i gałki, to nie starczyło mi wyobraźni technicznej. W sumie gdybym wiedziała, że dzień wcześniej dostanę propozycję "roztoczenia opieki", to bym jeszcze poczekała :D A tak to, muszę dzielić mój feminizm z podzieleniem zadań - facet do napraw, ja do gotowania. Ale czy feministka musi koniecznie mieć dwie prawe ręce i wyobraźnię techniczną?

Wiertka z obiadu zjadła tylko mizerię, za to powiększoną porcję. Aż tata się dopytał, czy takie ilości ogórka jej nie zaszkodzą. Hmm, od kilku dni chce jeść tylko ogórek ze śmietaną. Z żywieniem małej zaczynają być kłopoty, bo rozpoczął się etap wybrzydzania i wybierania jedzenia. Kiedyś co dałam, to zjadła. Wyposażenie lodówki było dostosowane do moich potrzeb i rytmu zjadania pokarmów, a zapasów jedzenia miewam malutkie ilości, na 2-3 najbliższe dni. Gdy Wiertka zaczyna grymasić okazuje się, że nie za bardzo co mam jej dać na kolację. Butlę z kaszką oddała powtarzając "ndbla" ("nie dobra"), co oznacza, że wydała wojnę nie tylko kaszce, ale i samogłoskom. Przelałam do miseczki, pamiętając opowieść koleżanki jak to do 7mego roku życia piła owsiankę z butelki, bo z talerza śmierdziała, z butelki pachniała. W miseczce też była "ndbla". Dałam kanapkę z serkiem, takim sklepowym z pudełeczka, pewnie żadne tam przyjazne szczepy wapnia i drogocenne elementy. Zjadła. Zobaczymy jak będzie dalej, bo chyba nie jestem matką, która serwuje dziecku piąte danie na kolacje, z nadzieją, że maleństwo coś jednak zje.

Jeszcze kilka okruchów o rozwoju dziecka. Wiem, że dla innych to nudy, ale dla mnie fascynujący projekt badawczy. Projekt Człowiek. Zabrałyśmy się drugi raz za puzzle i szok - od razu wiedziała, gdzie ustawiać na obrazku dany element. Po kilku się znudziła, ale wyglądało to tak, jakby od ostatniego razu jej mózg przetwarzał i przepracowywał doświadczenie. A wieczorem sama pokazała obrazek - chce dalej układać. Mam trudności ze zmywaniem naczyń, bo przegania mnie od zlewu i chce sama to robić. Stanęło na tym, że zmywamy wspólnie. Wczoraj wieczorem zobaczyłam na spodniach plamę z wbitej i wyschniętej ciastoliny (po wyjściu taty zapomniałam się przebrań w ubranie "matki małego dziecka"). Wiertka najpierw próbowała zmyć mi to wilgotną ściereczką, a potem przyklejała resztę ciastoliny z nadzieją, że odlepi, to co na spodniach. Uśmiałam się. Kurcze, ja bym na to nie wpadła. Może wszyscy rodzimy się z dwoma prawymi rękoma i wyobraźnią techniczną, tylko potem gdzieś to niektórzy gubią.

08:58, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 stycznia 2012
Gdy druga młodość nadchodzi

Sobota zapowiadała się być dniem zajętym. Najpierw walne zebranie stowarzyszenia. Vice przewodnicząca raczej powinna być obecna. Potem miałam jechać na fajne wydarzenie kulturalne połączone z wymianą książek. A dzień uwieńczył miała impreza. Plany trochę się pokrzyżowały, jak sobie uświadomiłam, że jednak mam dziecko, które już mnie w tym tygodniu trzy dni nie widziało i nie mogę wpakować je do ojca na kolejny dzień. W sumie mogę, ale kiepsko bym się z tym czuła.

Tak oto, Wiertka pojechała ze mną na walne, gdzie zachowywała się w miarę grzecznie. Zjadła ogromny obiad i furę słodyczy, wzbudzając obawę o stan jej żołądka wieczorem. Nie patrzyłam na to nigdy od tej strony, dla mnie takie zachowanie jest naturalne. Chyba hedonizm i zachłanność zmysłową odziedziczyła po rodzicach ;) Szczęściem w nieszczęściu, nasze stowarzyszenie nie zrobiło w ostatnim roku wielu rzeczy, więc podsumowanie poszło szybko i sprawnie.

Wymianę książek odpuściłam, wróciłam z małą do domu na szybką kawę, odświeżenie, przebranie, stuningowanie twarzy i pojechałam zastawić ją u byłego na noc. Całkiem niedaleko, w Moim Miasteczku, odbywało się spotkanie mojej klasy z podstawówki. Niektórych zobaczyłam pierwszy raz po dwudziestu latach. Byłam ciekawa, co się wydarzy teraz, bo ostatnim razem, kilka lat temu, zaczęło się od grzecznej kawy i herbaty, a skończyło na popijawie i imprezie. Niedawno też przypomniałam sobie, wygrzebałam z głębin mroków pamięci, że to przecież pierwsi chłopcy, z którymi się w życiu całowałam lub, przez których byłam pierwszy raz w życiu molestowana na lekcjach.

Standardowe opowieści, co kto robi, ile ma dzieci. Moje należy do grona najmłodszych, bo co poniektórym potomstwo już się do gimnazjum wybiera. Co ciekawe, duża grupa z nas straciła już po jednym z rodziców, głównie matce. Krytyczny wiek, to jakieś 50-55 lat.  Pogrom zapanował w tym Miasteczku, albo to pokolenie przełomu lat 40/50tych takie kruche. Pokolenie naszych dziadków żyło o wiele dłużej, jeśli jeszcze nadal nie trwają na posterunku.

To były rozmowy na początku. Generalnie, albo panowie nie inwestowali w rozwój emocjonalny, albo w dzisiejszych czasach pierwszy kryzys i druga młodość dopada facetów już w okolicach 36 roku życia. Zachowywali się tak, jak ich zapamiętałam te dwie dekady temu, czyli było śmiesznie. Żonaci, ojcowie, a zachowywali się jak nastolatki.

Usłyszałam od jednego z kolegów, że nic się przez te lata nie zmieniłam i nadal wyglądam jak „niunia”. Nie wiedziałam, czy traktować to jako dziwaczny komplement, czy jako przytyk? Czy zachowałam młodość, czy nadal mam rysy idioty? Kilka kieliszków wódki później zaproponował, że „roztoczy opiekę nade mną i moim dzieckiem”, więc może to pierwsze? Z oferty nie skorzystałam. Poczułabym się jak Malena, krucha kobieta pozbawiona wsparcia mężczyzny, gdybym miała urodę Monici Belluci. Z MB to ja mam może figurę wspólną.

W popłoch lekki wpadłam jak zaczął wspominać, że mu w lekcjach pomagałam. Za cholerę nie mogłam sobie tego przypomnieć. Za to pamiętam, jak to pomaganie w lekcjach zazwyczaj wyglądało – stawał taki w drzwiach i pytał się, czy rozwiążemy razem zadania z fizyki, gdy ja byłam równie głupia i też na przerwie przepisywałam. To były naprawdę niewinne czasy, gdy 14 latek posuwał się do takich wybiegów.

Po 22.00 część ekipy postanowiła kontynuować wieczór w jakiejś dyskotece. Ja zdecydowałam się wracać do domu. Nie dlatego, że knajpy z tańcami raczej nigdy mnie nie kręciły. Dopadło mnie zmęczenie po całym dniu spędzonym w biegu. Napiłam się trochę wódki i albo to nie był mój dzień, ale w tym lokalu podawali coś wyjątkowo podłego. Po każdym łyku w moim żołądku odzywała się fala przyboju. W wyniku czego upiłam się raczej skromnie. Chłopcy nie puścili mnie samej w tę noc i mróz siarczysty, gdzie wilki wyją. Znalazłam się w samochodzie, z na szczęście trzeźwym wydzwonionym kierowcą, w otoczeniu, któremu średnia wieku jeszcze się obsunęła. W pewnej chwili zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno mnie pod dom odstawią. Wyciskaną na pożegnanie odstawili.

Było ciekawie i chciałabym jeszcze. Byle bym była wyspana, a wódka wchodziła.

piątek, 27 stycznia 2012
Codzienność, cz. styczniowa

Ta moja codzienność, to nie do końca bywa codzienna, ale ja mam wrażenie, że nudnawe to moje życie.

Dwa dni spędzone na targach. Pierwszego dnia spotykałam się z klientami, drugiego chodziłam na różnego rodzaju seminaria, byle tylko zniknąć z oczu szefowi. Miałam sprawiać wrażenie zajętej, by nie odczuł ciężaru zmarnowanej forsy na mój pobyt. A i tak, przed odjazdem poprosił mnie o raport, z kim się spotykałam, rozmawiałam, bo sam też chce tam zajrzeć. Wypisałam na całą listę i życzyłam powodzenia. Ostatnio zrobił się nieufny, a że ja raczej jestem poczciwa, to może sobie mnie sprawdzać. Wiem, że i tak nie pójdzie na te stoiska, bo o co niby zapyta?

Za to po powrocie do firmy dotarł do mnie nowy pomysł szefa, który na chwilę wszystkich zelektryzował. Na prawdę, chyba napiszę o tym książkę, bo takie historie nie mogą się zmarnować. Zaczęłam podejrzewać, że tak jak istnieją osoby patologicznie kłamiące, tak istnieją też osoby patologicznie chcące być okłamywanymi.

Dziecko nie widziało mnie trzy dni i myślałam, że wrażenia to na niej nie zrobi. Co wieczór dzwoniłam, mówiłam do niej, ale nie wiem, czy łączyła to coś z komórki z obrazem mamy. Na mój widok roześmiała się i rozpłakała jednocześnie, więc chyba tęskniła. Jednak już za progiem sali pokazała na co ją stać i zaintrygowało mnie, jak w 72 godziny można stać się jeszcze bardziej niegrzeczną :) W domu okazało się, że jeśli pozwolę jej pozmywać wszystkie sztućce i trochę garnków, mam trochę czasu dla siebie :)

Tagi: praca
15:36, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Leniwy Weekend

Za mną leniwy weekend z dzieckiem.

Spędziłyśmy go na zabawie w chowanego. Wiertka chowa się za firanką, ja pomiędzy drzwiami a szafą. Czasami pozwala mi samej ukryć się za firanką, a zajmowała moją pozycję za drzwiami :) Trzecią opcją było siedzenie w jej schowku we dwie ;) Bawiłyśmy się też w pieski i kotki, co polega głównie na tym, że to ja udaję, któregoś z tych zwierzaków, a ona się śmieje.

Spróbowałam z małą układania puzzli. Dotąd nie miałam żadnych w domu, więc nie było okazji. Teraz mamy takie 12-to elementowe. Jest trudno. Wiertka nie zwraca uwagi na obrazek do porównania, nie patrzy czy rysunek pasuje do rysunku, sprawdza tylko czy wypustka jednego puzzla wchodzi w zagłębienie drugiego. Próbuję ją nakierować, podpowiadam, a ona i tak mając kawałek A, B, C, gdzie mówię jej, że A pasuje do B, stara się połączyć A z C :) Ułożyłyśmy jeden obrazek i widziałam, że była już tym zmęczona. Może powinnam zacząć od tych puzzli najprostszych, dwu elementowych? Może cierpliwa dłubanina to nie jej żywioł, bo znowu kazała mi się chować za drzwiami, a sama pobiegła za firankę.

Ćwiczymy też spacery bez spacerówki, czyli "już czas dziecko byś się nauczyło chodzić przy nodze" ;) Opcję takich wędrówek są chyba dwie - pierwsza, gdzie dziecko idzie trzymając rodzica za rączkę, chce czy nie chce, rodzic wytycza trasę. Druga, gdzie dziecko biega swobodnie obok rodzica i samo wybiera trasę spaceru. Nie wiem, czy dobrze, ale na razie praktykujemy opcję drugą. Może dlatego, że Wiertka nie biegnie na oślep, tylko trzyma się blisko mnie. Zdarza się, że każe mi zatrzymać się w miejscu, nie ruszać, a sama idzie sobie w świat. Odwraca się i sprawdza, czy aby na pewno za nią nie idę, by skarcić, bo to robię. Żałuję, że nie mogę stać się niewidoczna i nie mogę sprawdzić jak daleko by taki samotny spacer ją zaprowadził, kiedy poczułaby się samotna i chciała wracać do domu. Jak wyglądałoby jej doświadczanie wędrówki, eksploracja świata? A tak trzeba pilnować by pod samochód nie wpadła. Dodam tylko, że trasę dom-plac zabaw zna :)

Gdy idziemy za zakupy, zabieram ze sobą spacerówkę, by - gdy nie zgadza się z moją trasą - wsadzić ja tam szybko. Generalnie, nie śpieszę się wtedy i zakładam, że wędrówka od sklepu do sklepu potrwa.

I takie tam domowe drobiazgi - prawie wychodzi jej zmywanie naczyń i sama ostatnio obtoczyła kotlety w jajku i bułce tartej.

Mały człowieczek :)

Tagi: córka
22:05, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 stycznia 2012
Pracowo

Nie mam nastroju na chwytliwe tytuły.

Piątek zamiast być dniem wstępnego rozprężenia przed weekendem był od 8.00 lekkim trzęsieniem ziemi. Dyplomatycznie ujmując, pewna osoba w wyniku utraty zaufania musiała nagle odejść, a reszta zespołu przez większość dnia tylko o tym dyskutowała. A gdy nie dyskutowała, to sprzątała i czyściła, bo utrata zaufania była jak najbardziej podparta dowodami. Większość z nas czekała, kiedy wreszcie ta ziemia się obsunie i nieźle, że teraz, a nie za kilka miesięcy. Nie mogę pisać w szczegółach, ale moi współpracownicy stwierdzili, że mam temat na książkę :D

Własnej roboty mam po czubek głowy, za chwilę targi, na które teraz nie wiadomo kto pojedzie. Ja jadę. A dodatkowo musiałam jeszcze wyjaśniać pewne sprawy tak, żeby klient nie zorientował się, że po wydawnictwie rozchodzi się smród. Z pracy wypadłam z opóźnieniem i nawet nie miałam siły gnać by dziecko o ludzkiej porze odebrać. Czułam się jak po seksie z żonatym facetem, w knajpianej toalecie. Albo jak tuż przed ;)

Plus jest taki, że teraz może układy w dziale wrócą do normy.

Tagi: praca
22:13, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 stycznia 2012
Miss Representation

Byłam wczoraj na pokazie "Miss Representation" Jennifer Siebel i dyskusji po pokazie. Film mocny i wstrząsający, o tym jak media i reklama kształtują światopogląd młodych dziewczyn. Wstrząsający, po części zapewne dlatego, że umiejętnie skręcony, zlepiony, wykorzystujący wszystkie możliwe socjotechniki. Można by nakręcić wstrząsający film o dokładnie przeciwnej tezie i też wykorzystano by autentyczne materiały redakcyjne, filmowe, reklamowe. Być może to specyfika amerykańska, że jak kręcisz coś w społecznej idei, to walisz pięścią pomiędzy oczy, albo nasze społeczeństwo jest już tak zblatowane głównym nurtem przekazu, że inaczej nie dojdzie.

Idea szczytna. Świat w jaki wejdzie świadomie moja córka już niedługo, to świat szczupłych, pięknych kobiet, które by osiągnąć sukces - w mediach, biznesie, nauce, muszą być jeszcze bardziej szczupłe i piękne. Mądre, utalentowane, kompetentne - niekoniecznie. Świat, w którym nawet polityczkę, działaczkę społeczną ocenia się najpierw po tym jak jest ubrana, czy nie rozpłakała się czasem i czy aby ma męża i dzieci, czyli ktoś ją zechciał. I te punkty będą najpierw uderzać adwersarze i to już wystarczy, by zdyskredytować je w dyskursie politycznym i społecznym.

Dyskusja rozpoczęła się od tego, że w Polsce nie jest jeszcze tak tragicznie. Nasze media nie osiągnęły jeszcze tego poziomu amoku, nasi komentatorzy, dziennikarze nie dosięgli jeszcze tych poziomów chamstwa. Jednak, czy to znaczy, że jeszcze wszystko przed nami, czy też że jesteśmy - my lepszy Stary Świat - lepiej zabezpieczeni?

Dużo zależy od tego w co Wiertkę wyposażę - co będę jej opowiadać, czytać, pokazywać w tv. Moja osobowość kształtowała się w całkowicie innych warunkach społecznych. Pierwszy wstrząs światopoglądowy przeżyłam jako mała dziewczynka, po obejrzeniu serialu BBC "Królowa Elżbieta" z Glendą Jackson. Od tamtej pory marzyłam nie o tym by być Księżniczką, Królewną. Chciałam być KRÓLOWĄ. Zobaczyłam, że nie trzeba mieć męża, by być ważną, wpływową kobietą. W wieku późnego dorastania, obejrzałam zapomniany już serial "Murphy Brown" z Candice Bergen i zachwyciłam się tym, że można być niezależną, wolną kobietą i osiągnąć sukces w mediach. Tak to upraszczam, bo nie jestem przeciwniczką związków. Widzę teraz tylko, że jakoś tam kształtowałam się w oparciu o tezę, że bardziej istotny jest charakter i ambicja, a nie to, czy jesteś piękna. I, że fajnie jest być wolną :)

Nie zawsze udało mi się to pamiętać w życiu. A szkoda.

W końcu padło z sali, jak przekazywać fajny wizerunek dziewczyny, kobiety w mediach, skoro dostępne dziś media tego nie robią? Moja koleżanka przez pewien czas była naczelną jednego z pism młodzieżowych i ciężko to wspomina. Chciała wprowadzić teksty o dziewczynach organizujących się w grupy, działających lokalnie. Nie tylko jako grupy przestępcze ;) Wszystko ucinał wydawca, bardziej zainteresowany tematem... nastolatki sypiającej z księdzem... Potwierdza się teoria, że naszymi umysłami rządzi kilku facetów w zarządach firm produkcyjnych i wydawniczych. Facetów, którzy traktują odbiorców jak niepełnosprawnych umysłowo nastolatków.

Wtedy przyszło mi do głowy, że skoro na rynku nie ma mądrego czasopisma dla młodzieży, to... należy je wydać. Teraz kwestia - nie ma go, bo wielkie wydawnictwa dawno zrobiły odpowiednie badania i wyszło im, że interes padnie zanim się zacznie? Czy też nie ma go na zasadzie, którą opisuje cytat Condoleezze Rice o pierwszej amerykance w kosmosie, Kathryn D. Sullivan "gdyby czekała, aż jakaś kobieta poleci w kosmos, nigdy by w ten kosmos nie poleciała" (tak, wiem Condi ma niepełne, amerykocentryczne informacje). Czasopisma nie ma, bo nikt nie próbował? Dlaczego padła "Filipinka"? Wiem, mamy inne czasy i nie da się już skopiować identycznego wzorca, ale chodzi generalnie o klimat.

Moje rozważania na temat możliwości zostania wydawcą są tak rozległe, że może poświęcę im jakiś inny wpis.

czwartek, 19 stycznia 2012
Codzienność, cz. 276

Piszę, bo jeszcze czytelników stracę ;)

W weekend Wiertka była u taty, który trochę alarmował, że pokasłuje i chyba ma gorączkę. Dotychczasowa Opiekunka znalazła stałą pracę, a ja jeszcze nie ponowiłam castingu na kolejną. Na szczęście, zaczęły się ferie i wakacyjny Opiekunek akurat miał czas. W niedzielę, dziecko na pierwszy rzut oka wydawało się zdrowe i hoże. Rzeczywiście, tradycyjny glut z nosa był i delikatne pokasływanie. Gdybym miała nóż na gardle, posłałabym ją do żłobka, ale skoro wydzwoniłam już opiekę, to zostawiłam ją w domu na dwa dni.

Jednak była różnica pomiędzy Opiekunką, a Opiekunkiem. Wiertka chwilę popłakała, ale potem już nie pobiegła za mną do kuchni, gdzie coś jeszcze robiłam. Dzielnie siedziała, przytulona do misia i słuchała jak jej Opiekunek czyta. Bez problemu mogłam wyjść z domu. W ciągu dnia dojechała do nich moja siostra cioteczna, też mająca ferie. Gdy wróciłam, oni sobie siedzieli, a moje dziecko grzecznie samo czymś zajmowało. Ona sama się czymś zajmująca?!

W pracy napięcie związane ze zmianami. Wydawało mi się, że tylko ja jestem spięta. W nocy z niedzieli na poniedziałek śniło mi się, że pisałam ofertę dla klienta, poprawiałam bazy danych. Czy szef zaliczy mi nadgodziny? Czy mogę sobie za to odebrać dzień wolnego? Na spotkaniu działu, okazało się, że wszyscy też są zestresowani i wystarczy chwila by wybuchły sprzeczki o podział klientów. Na razie staramy się to ogarnąć w kulturalnym stylu.

Pracy mam dużo. Ledwo się ogarniam w tym czasie, w którym mogę być w biurze.

sobota, 14 stycznia 2012
Spotkanie rocznika 199x

Piątek 13go spędziłam na spotkaniu mojego rocznika ze studiów. Wszyscy zaczęliśmy jeden kierunek październiku, tak w połowie lat 90tych, ale nie wszyscy go razem skończyliśmy. Jedni zmienili studia. Ja obroniłam się z półrocznym poślizgiem i byłam bodajże piąta osobą, która podjęła to wyzwanie. Organizator imprezy studiuje jeszcze coś do dziś. Dlatego rocznik w nazwie spotkania jest od roku rozpoczęcia studiów, nie uzyskania tytułu magistra, czy zrobienia absolutorium.

Spotkania są, co rok, ale miałam dłuższą przerwę, bo wypadłam z listy mailingowej. A tak, co roku skład osobowy bywa inny.

Gdy patrzę w lustro, widzę kobietę, którą omija czas. Gdy patrzyłam na zebranych przy stoliku, doszłam do wniosku, że jednak czas doskonale o nas pamięta. Jednak, jeszcze się nie sypiemy. Szczególnie panowie się zmienili – twarze im się zaokrągliły, obwody w pasie także. Ciekawe, co oni pomyśleli o nas, paniach?

Na początku, główny temat rozmowy, irytujący mnie cholernie, ale na takich spotkaniach uciec się od niego nie uda – co robisz, gdzie pracujesz. Wszyscy mają fajną, prestiżową pracę, własne formy, stowarzyszenia fundacje. A ja mam zwyczajne, zwykłe życie i zarabiam by mieć, co jeść, a nie satysfakcję. Przetrwałam.

Potem, z biegiem schłodzonej czystej, tematy w końcu się zmieniły. Pamiętam gorącą dyskusję na temat ateizmu, agnostycyzmu i wiary generalnie. Kolega miał refleksje na temat moich wpisów na FB, uznając, że strasznie dużo piszę o dziecku, jakbym była z nim zbyt mocno związana. Subtelnie zapytałam, czy ma dzieci i okazało się, że jedno, z których ma sądownie ustalone kontakty. Już nie drążyłam tematu, by nie wyjść na wścibską, ale jak dla mnie projektuje swoje problemy z byłą partnerką na inne matki. Czy każdy z nas wychodzi z dłuższego związku z jakimś przetrąconym, wewnętrznym żebrem?

Do domu wróciłam po północy i dyplomatycznie to określając, połowę dzisiejszego dnia odpoczywałam.

Do przyszłego roku.

piątek, 13 stycznia 2012
Przygotowania do warsztatów i pożytkach nocy z dzieckiem

W środę siedziałam z dziewczynami i pomagałam stworzyć ćwiczenia m.in. z fabuły na spotkanie warsztatowe. Nawet napisałam dwa początki ballad i fajne to się wydało.

Wróciłam do pustego mieszkania i łóżka. Były uznał, że nie opłaca mu się czekać do ciemnej nocy i wracać z wilkami do siebie. Zabrał Wiertkę ze żłobka do siebie na nic. Niby fajnie, ale czułam, że nie do końca mi dobrze. Czy nie jestem aby już zbyt olewającą matką. Zaraz się okaże, że dziecko jest częściej u ojca. No tak, zaraz to on wyjedzie z miasta na minimum tydzień.

Inna sprawą jest to, że... trochę się bałam tak sama chodzić po mieszkaniu, sama zasypiać. Nie wiem jak niby obecność małego dziecka miałaby mnie chronić przez duchami? Bo czysta, nie skalana grzechem duszyczka? Skalana, grzechem pierworodnym. W środku nocy ocknęłam się, bo coś dziwnego, złego, czarnego spłynęło w moją stronę z krzesła. Posłałam w tę stronę celną ripostę wujka Staszka i mimo walącego serca zasnęłam ponownie. Przy włączonym już telewizorze :)

W kolejny wieczór nie zasypiałam już sama, tylko przy skaczącym po łóżku, tańczącym kółka, kopiącym ścianę lub pościel demonku. Złą siłą, czyli bezcierpliwością wcieloną, to ja się akurat okazałam.

środa, 11 stycznia 2012
Z dzieckiem na zajęciach

Z powodu złego rozplanowania częstotliwości przypomnień Byłemu, kiedy ma się zająć dzieckiem, zdążył on zapomnieć, że we wtorek mam zajęcia z Pisarką. W terminie następnych, ostatnich, będę na targach, więc i tak musiałam się pojawić, po wpis. Po ustaleniach mailowych, prowadząca zgodziła się bym przyszła z Wiertką. Zapewne mały ma kontakt z dwulatkami i nie znam ich możliwości :)

Uzbroiłam się w siatkę przekąsek, wodę do picia, kartki i kredki. Byłam mile zaskoczona. Mała chwilę posiedziała na krzesełku zachwycona, że ma własne miejsce z podpórką do pisania, tak jak wszyscy. Trochę pokonsumowała, porysowała, zrobiła kupę (co głośno oznajmiła) i musiałyśmy udać się do toalety. Potem zajęła się spacerowaniem po sali, wybebeszaniem mi torebki, wyciąganiem i wkładaniem z powrotem potwierdzeń z bankomatów, kart lojalnościowych, itp. z torebeczki.

I co z tego, skoro ja byłam  tak napięta, skupiona tym by była w miarę cicho i grzecznie, że ledwo coś pamiętam z referatów. Jeden był o "Personie" Bergmana, drugi o "Malinie" Bachmann :)

Po 45 minutach, Wiertka zrobiła się głośna, chciała spacerować po korytarzu, więc zwinęłam nas do domu. Wpis do indeksu dostałam przed zajęciami i był to pierwszy wpis w życiu dokonany przez Pisarkę. Jej autograf też jakby ;)

 
1 , 2
Tagi