To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 31 stycznia 2013
Sałatka macierzyńska

Dla równowagi będzie o moim dziecku. Nawet przez więcej niż jeden wpis :)

Odebrałam w tym tygodniu zdjęcia z niedawnego balu karnawałowego i innych zajęć przedszkolnych (np. pieczenie pierniczków). Jaka ta moja córka jest fotogeniczna! Piękna, o klasycznych rysach młodziutkiej Grace Kelly. Z epoki zanim poznała księcia. W przedszkolu rzuciłam okiem na więcej zdjęć z balu i doznałam szoku. Inwazja księżniczek. Wszystkie są księżniczkami. Rozróżniały je tylko kolory sukienek i ozdoby na głowie. Chłopcy mieli różnorodność przebrań. Nie znalazłam chyba dziewczynki w czymś co nie było "księżniczkowate". To straszne. Czy uda mi się za rok namówić córkę, by przebrała się za coś innego?

We wtorek, wtedy gdy czułam się bardzo zmęczona, a tak na prawdę brało mnie przeziębienie, włączyłam małej w całości film z balu grudniowego z Mikołajem. Oddaliłam się piec żeberka w marynacie ziołowo-miodowo-musztardowej (tak, gotuję czasami, dziś dla przeciw wagi będzie wizyta w pizzerii). Co jakiś czas jednak rzucałam okiem na ekran. I uznałam, że mam nietypowe dziecko. Niemal wszystkie dzieci (z wyjątkiem dwójki płaczącej na kolanach pań nauczycielek) śpiewały i tańczyły układ pokazywany przez Panią Zimę i jej pomocnika. Gdzieś w tylnych rzędach zobaczyłam moją córkę. Powoli rozejrzała się w prawo, powoli rozejrzała się w lewo, ze wzrokiem w stylu "co ja tutaj robię?" zawinęła leniwie nogę do tyłu, a potem odwróciła się na pięcie i poszła na koniec sali by się na spokojnie z dala wszystkiemu przyglądać. Czy ja mam się martwić, że nie potrafi tańczyć na zawołanie przedstawiony układ, nie integruje się z dziećmi? Czy mam się cieszyć, że jest indywidualistką i nie daje się porwać pierwszej lepszej atmosferze?

A ostatnio doszła jedna smutna rzecz. Gdy odbieram ją z przedszkola, nie chce do mnie wyjść z sali. W końcu wyprowadza ją nauczycielka. Następnie, Wiertka, nadal nie chce do mnie podejść, odpycha, rzuca się z płaczem na podłogę. Wczoraj jedna z nauczycielek pocieszała mnie, że to jedna z reakcji dziecka, które długo czeka na mamę. Aż wreszcie, mała chce się przytulać, przytulać, przytulać i nie mam mowy o założeniu kurtki, butów, itp. Wczoraj wyszłam z przedszkola o 17:15, po długich przytulaniach, prawie na siłę z płaczącym dzieckiem, jako ostatnie, gdy już tylko pani sprzątająca robiła ostatnie poprawki.

Przykro mi, że moje dziecko musi przechodzić przez takie rzeczy. Ale w tym kraju ciężko z godziwą pracą na pełen etat, a co dopiero na 3/4 etatu.

15:10, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 stycznia 2013
Fajnal kondołn

Mam tematy na kilka wpisów i chyba muszę sobie notatki zrobić, by nie zapomnieć. Na razie jednak milczę. Mam "fajnal kołdołn" do końca cyklu, z czego okazji jestem podminowana, łatwopalna, zmęczona i ciężko mi sklecić bystry tekst. Do tego balansuję na skraju anhedonii. A w pracy dużo pracy. Byle do weekendu.

Wiertka w weekend była przeziębiona - podwyższona temperatura i infekcyjny, brzydko pachnący katar. W poniedziałek wzięłam urlop na żądanie. We wtorek już ją posłałam do przedszkola, bo trzymała się jak zdrowe dziecko, a ja nie miałam nikogo, kto by z nią został. Jej ojciec też się wyłożył.

Dziś ja obudziłam się o 1.00 z bolącym gardłem. Już bałam się, że to angina, ale pastylka na gardło i ciepła herbata pomogły. Nie mogłam zasnąć, więc zaliczyłam na kablówce odcinek "Daleko od szosy", "Dziewczyny do wzięcia", "Tylko strach" i jakąś powtórkę programu Sekielskiego, gdzie pokazywali opętanych przez demony. Pomyślałam sobie nawet, że gdyby opętał mnie demon, to mówiłabym perfekt w sześciu językach, a nie już tylko w jednym i to słabo. Jako, że była już ta pora, że "latem to już nawet jasno jest", albo jeszcze poźniej/wcześniej (zależy z której strony nocy na to patrzeć), więc zrobiłam sobie kubek mleka. Uspał mnie wreszcie.

Teraz w pracy, niewyspana, podziębiona, spóźniona, zbieram się ogarniać sprawy.

09:48, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 stycznia 2013
Mistyka smutku

Dalej lecimy w nurcie "lansu intelektualnego" :)

Piątkowy wieczór spędziłam w Giełdzie Papierów Wartościowych. Nie, nie nabywałam akcji, nie sprzedawałam akcji, nie szukałam lepszego męża, nawet lepszej pracy nie szukałam.

Odbywała się tam promocja pierwszej książki wydanej w serii Biblioteki Kongresu Kobiet - "Mistyka Kobiecości" Betty Friedan. Wśród dyskutantek - Agnieszka Graff, prof. Magdalena Środa, Kazimiera Szczuka, prof. Małgorzata Fuszara oraz tłumaczka książki Agnieszka Grzybek. Rzecz swego czasu kultowa. Jeszcze się w grube tomiszcze, stron ponad 500, bez rysunków, zdjęć, ani chociaż przypisów, nie wgryzłam. Mogę tylko zareklamować na tyle, na ile poznałam tego wieczoru. Jest to dokument-opowieść o najszczęśliwszych kobietach pod słońcem - amerykańskich gospodyniach domowych lat 60tych. Domek na przedmieściach, słodkie dzieci, pomoc domowa, pralki, kuchenki, odkurzacze (pamiętajmy, że to akcesoria jeszcze do niedawna nie znane), dwa samochody w garażu, mąż dobrze zarabiający. Tylko skąd ten smutek, skąd tyle wypitego wina, skąd wizyty u psychologów? Ukuto nawet nową nazwę chorobową "syndrom gospodyni domowej". Po wydaniu książki Friedan została zasypana listami od kobiet, które mają wszystko, a czują jakby nie miały nic, czują pustkę.

Znane postaci tamtych gospodyń domowych przetworzone przez naszą kulturę, to Laura Brown z "Godzin", która w pewnym momencie czuje, że to szczęście doprowadza ją na skraj samobójstwa, zostawia męża z dziećmi i znika. Lub Betty Draper, żona głównego bohatera serialu "Mad Men" (wiem, że leci już piąta seria, ja jestem dopiero przy drugiej i błagam o podarowanie mi przyjemności smakowania się resztą odcinków bez spoilerów). Betty ma życie jak w bajce - wspomniany domek, dzieci, pomoc domową, samochód, zabójczo przystojnego męża, który traktuje ją jak księżniczkę. Ciągle widzimy ją jednak z kieliszkiem wina, dzieci ją drażnią, dopadają ją skurcze dłoni (psychosomatyczne jak się okazuje),  fantazjuje o seksie z  akwizytorem, a w jej oczach tkwi ciągły smutek. Mąż często zostaje w pracy do późna, czasami musi przenocować w mieście, jest zbyt zmęczony na seks, ale mężowie sąsiadek mają tak samo.

Wszystko pięknie. Książka zapewne świetna jako dokument i smakowity zapis amerykańskiej białej klasy średniej sprzed pół wieku. Jak ma to się do współczesnej Polski? Zapewne większość znanych mi kobiet na diaboliczną propozycję: domek jednorodzinny z ogródkiem, pomoc domowa, dwa samochody, ty w domu, mąż zarabia bez napinania na to wszystko, zakrzyknęłoby - bogini, daj, daj natychmiast, a duszę mą weź. Jak pisałam wyżej ja też tęsknię czasami za byciem Betty Draper. Za chwilą oddechu, spokoju, poczucia bezpieczeństwa. Akurat, już się widzę w prostych społecznie rolach, korzystającą z "brzytwy Okhama". W "Mad Men", że wrócę z przyjemnością do serialu, pojawia się na chwilę postać Helen (nie wiem czy pamiętam imię), rozwódki z dwojgiem dzieci, pracującej w sklepie. Porzuciła męża, gdy przyłapała go na zdradzie. Nawet więc wtedy istniały kobiety, które lubiły gmatwać proste rzeczy. Dlaczego ja miałabym być inna?

Wracając do spotkania, bo o "MM" mogłabym wpis za wpisem ;). "Mistyka kobiecości" nie przystaje do polskich realiów. Ciekawie wytłumaczyła to Środa. Ile by złego o PRL nie pisać to dawała obywatelkom równe prawa i równy w miarę dostęp. Mała panna Środa, wtedy Ciupakówna ;) śpiewała w przedszkolu piosenkę o Walentynie i otwarcie marzyła o zostaniu kosmonautką. Polska nigdy nie miała klasy średniej. Wszyscy wychowaliśmy się w zubożałych dworkach, albo nasi przodkowie przegrali wielkie włości, ale brutalna prawda jest taka, że 90% społeczeństwa ma korzenie chłopskie. A tam kobiet jak księżniczki nie traktowano - pracowały jak wszyscy. Inna sprawa, że ruch kobiecy, feministyczny mamy nawet starszy niż społeczeństwo zachodnie - ma swoje korzenie już w czasach powstania listopadowego. Ach, właśnie - Polacy walczyli, ginęli, albo dawali się honorowo wywieźć na Syberię, gdy Polki musiały zarządzać majątkami, domami, albo odnajdywać się w rzeczywistości, gdy dobytku rodzinę pozbawiano. Mamy długą tradycję silnych kobiet.

Czy w takim razie dziś mamy jakąś polską Betty Friedan? Czy Polki dopada jakiś smutek i zniechęcenie? Czy są najszczęśliwszymi kobietami na świecie, lecz ze smutkiem w oczach? Swoją teorię, jakże rewolucyjną, dała Agnieszka Grzybek, tłumaczka książki. Jaką znamy kobietę, która urodziła dzieci, prowadziła dom, dbała o rodzinę, dbała o to by było co jeść, było w czym spać, gdy jej mąż zajęty był Bardzo Ważną Sprawą? Jaka kobieta mimo tylu poświęceń i oddania czuje smutek, apatię i żal? Jaka kobieta swoją książką obudziła inne kobiety, które walą tłumnie na spotkania z nią mówiąc, że napisała o ich życiu. Życiu Typowej Polki. Danuta Wałęsa...

Coś w tym musi być, bo to właśnie po lekturze "Marzeń i tajemnic" Magdalena Środa wpadła na pomysł wydania "Mistyki kobiecości".

Kto by pomyślał, że to Danuta Wałęsa stanie się jedną z ikon pewnego nurtu feministycznego? Pisze nurtu, bo feministki, jak i politycy, to nie jedno serce i jeden postulat.

A kolejny tytuł, niedługo wydany, to "Bachlash" Susan Faludi - o odpowiedzi nurtu konserwatywnego na drugą falę feminizmu. Nastawiam się na długą i emocjonującą dyskusję, bo według mnie, to co się dzieje w Polsce od dwudziestu lat to ordynarny "backlash".

21:33, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 stycznia 2013
Uprzedzenie do uprzedzonych :)

Długo nic nie pisałam, bo w pracy trochę pracy, po pracy dziecko, emocje nas grzeją, walka matka-córka w toku ;)

Wracam teraz do poniedziałkowego wyjścia z domu "popołudnia NieMatki", kiedy to wybrałam się na wykład Kawiarni Naukowej "Wolni od uprzedzeń... Czy na pewno?". Poniżej link do streszczenia z tego spotkania, choć nie mojego autorstwa.

http://www.hfhr.org.pl/wielokulturowosc/page.php?pag=1&sec=1&art=706&more=1

Generalnie było o tym, że żyjemy nadal w czasach uprzedzeń, choć większość deklaruje swoją tolerancję. Obowiązkiem badacza jest więc tak chytrze utworzyć konspekt badania, by badanych na tych stereotypach przyłapać. Przykładów takich doświadczeń już nie będę przytaczać. Czytelnicy bloga jeszcze się przygotują i biedni badacze ponownie będą zmuszeni do przerabiania kwestionariuszy. I tak będą musieli, bo świat, przyroda i społeczeństwo uprawiają gonitwę "Czarnej Królowej" (odsyłam do "Alicji w Krainie Czarów") - chodzi o to, że jakbyś szybko nie chciał dogonić świata, ten biegnie tak samo szybko albo i szybciej, w efekcie stoisz w miejscu, albo znowu jesteś w tyle ;)

To chyba nieładnie, że w ponad dwanaście lat po opuszczeniu murów socjologii, ja z taką rezerwą odnoszę się do badan. A może właśnie to jedna z korzyści studiowania socjologii.

Ze mnie temat wyciągną dodatkowe refleksje. Bo już jakiś czas temu uznałam się za osobę tolerancyjną tylko w deklaracjach. Czyny bywają trudne. Pierwszym doświadczeniem było spotkanie kilkanaście lat temu na pewnej imprezie czarnoskórego chłopaka. Żyjemy w takim kraju w jakim żyjemy i na prawdę nie okażę się dziwolągiem jeśli napiszę, że było to wtedy dla mnie pierwszy, bliski kontakt z osobą innej rasy. I o ile postulowałam pełną otwartość i szacunek dla osób czarnoskórych, to w pierwszym zabawnym odruchu pomyślałam, czy moje dłonie nie mają ciemnych smugi, nie miałam ochoty na randkę. W grę wchodziły także inne czynniki osobiste i uczuciowe, dla usprawiedliwienia się dodam :)

Potem, mnie osobę która na egzaminie wstępnym na uczelnię wymieniła wszystkie postulaty o jakie walczą mniejszości seksualne, podpisując się pod nimi, spotkało ciekawe doświadczenie. Jak zwykle impreza, mnóstwo różnych osób, oraz kuzynka mojej koleżanki - lesbijka. Zbierałam się już do wyjścia, gdy zaczęła mnie namawiać bym została. Mówiła takim tonem, była tam ujmująco miła, że zaczęło mi się przez ułamek sekundy wydawać, że mnie uwodzi. Prawdopodobnie nic takiego by mi do głowy nie przyszło, gdyby była hetero. Spłoszyłam się. W kolejnej sekundzie pomyślałam, że gdyby to był mężczyzna, to bym go po prostu uprzejmie, asertywnie spławiła. Przecież nie mam w obowiązku sypiać z każdym, któremu nabierze się na mnie ochotę. Zakończyłyśmy miło rozmowę. I całe szczęście, bo potem okazało się, że ona ma po prostu taki sposób bycia. Koleżanka miała potem większego pecha. Na innej imprezie była równie ujmująca wobec innej dziewczyny, tyle że ta zrobiła publiczną awanturę z powodu strasznego molestowania homoseksualnego. Z lesbijską koleżanką nadal do dziś jestem w dobrym stosunkach :)

Takie dwa przypadki, pierwsze z brzegu, które nasunęły mi myśl, że łatwo coś deklarować. Jednak kiedy stajemy z czymś twarzą w twarz wychodzi z nas kołtun. Wniosek jaki w tym widzę, to taki, że częste kontakty z daną grupą zmniejszają dnia na dzień poziom uprzedzeń. Tak wiem, że mówię prozą ;)

15:31, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Wyniki loterii blogowej ;)

Za mną fajny weekend z dzieckiem, kiedy to wychodziłyśmy na sanki - robiłam za konika pociągowego ;) Wiertka z górki zjeżdżać nie chciała, bo ostatnim razem przewróciła się i ma blokadę.

Pamiętam o obietnicy danej kilka dni, dla komentujących wpis o "Zbiorkomie" :) W charakterze "ślepego losu" wystąpiła moja córka. Policzyłam, że - wyłączając mnie - wypowiedziało się sześć osób, czyli sześć ścianek kostki do gry. Dałam takową dziecku i powiedziałam "Rzucaj". Rzuciła i wypadło...

...

...

...

1

 

Czyli pierwsza osoba wypowiadająca się pod tamtym wpisem - gratuluję makk73 :)

Wiertce rzucanie kostką spodobało się i zrobiła to jeszcze dwa razy. Za każdym razem wypadała jedynka. Los :) Może powinnam zabrać ją do kasyna?

Chwila na zastanowienie i stworzę jakiś limeryk :)

16:14, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 stycznia 2013
Ewangelia według Jezusa Chrystusa

Przed laty, w czasie grypy, mój rozgrzany do temperatury ścinającego się białka mózg wyprodukował pewien sen. Stałam przed ogromnym splotem lin, coś jak makaron spaghetti wielkości małego bloku. Tylko, że te linki stworzone były ze słów, które jedno za drugim układały się w zdania. Chwyciłam koniec jednej linki i ruszyłam słowo, za słowem, zdanie za zdaniem, zanurzając się w gęstą plątaninę, zmieniając co jakiś czas linę.

Tak wyglądała moja lektura "Ewangelii według Jezusa Chrystusa" Jose Saramago. To o tej powieści pisałam ostatnio. Tekst stylizowany trochę na biblijny, długie zdania, podrzędnie złożone, ciągnące się nawet przez dziesięć linijek. Znaki przestankowe potraktowane lekko, dialogi skomasowane w jednym zdaniu. Chwytasz pierwsze słowo, ruszasz, płyniesz i cały czas trzymasz koncentrację, by przy końcu zdania nie zgubić sensu. Po jakimś czasie ten rytm wciąga i staje się naturalnym.

Powieść czytałam na zajęcia dyskusyjne z jedną z Pisarek. I to było nasze najbardziej twórcze, owocne i gorące spotkanie. O samej akcji książki nie ma co dyskutować, bo jak żartowałyśmy - bohater znany, akcja znana, punkty kulminacyjne i zwroty akcji znane. Dziś, po latach publicznego kontestowania i krytykowania Kościoła Katolickiego pomysł by pokazać życie Jezusa w bardzo ludzkiej formie (jego rodzeństwo, związek z Marią Magdaleną, wątpliwości co do bycia prorokiem) już nie są takim objawieniem. Przez dwadzieścia lat wyszły dwa wydania i żadne nie spotkało się z protestami, krytyką, lasem krzyży, wpisywaniem na indeksy. Może dlatego, że dla większości gorliwych katolików ta powieść jest za trudna :)

Piękna jest warstwa językowa i filozoficzna tej książki. To kopalnia cytatów, tropów myślowych, które dotąd jakoś nie przyszły mi do głowy (np. Józef jest winny śmierci dzieci zabitych przez żołnierzy Heroda, bo wiedząc o nadchodzącej rzezi pobiegł ocalić tylko swojego syna, nie ostrzegł nikogo więcej w Betlejem, nie podniósł alarmu). Pokazuje to, co jest dla wierzących "czarną dziurą" - co mogło się wydarzyć w życiu Jezusa pomiędzy jego 10-tym a 33-tym rokiem życia. Dla mnie zaskoczeniem było to - jak dowiedziałam się w toku dyskusji - że takie informacje, zapiski istnieją, w apokryfach, ale te zostały przez KK usunięte kilka wieków wcześniej. Dostęp do nich ma niewiele osób studiujących te teksty. W powieści jest wiele smaczków i drobiazgów opisujących życie i obyczaje ówczesnych Żydów - Józef dziękuje co ranek Bogu, że te nie stworzył go kobietą (chasydzi do dziś co ranek dziękują), czy pamiętając, że w momencie śmierci Bóg rozliczy go z każdej potrzebnej i niepotrzebnej rozmowy z żoną rozważa, czy ta akurat jest istotna :) To nie jest idylliczny obrazek rodziny rodem z kolędy, tylko surowy rysunek układu, gdzie każda ze stron wie, gdzie jej miejsce i za co winna żywić szacunek. Kobiety w "Ewangelii..." i w ówczesnym społeczeństwie to byłby temat na oddzielny wpis :)

I nie jest to książka ateistyczna, bo nie neguje istnienia Boga. On tam jak najbardziej jest. Tylko, że jest tylko trochę inna wersją Diabła. Wytrawny gracz, odrzucający rękę wyciągniętą przez tego drugiego, bo wie, że jest nieskończonym Dobrem, tylko wtedy gdy istnieje nieskończone Zło.

Kończy się czytać powieść i ma się ochotę wrócić do początku, zacząć od nowa. Tym razem czytając wolno, zdanie po zdaniu, zdrapując pierwszą warstwę - fabularną, by smakować tylko tę filozoficzną.

Jako anegdotka. Czasami bywałam ciekawie odbierana, gdy czytałam "Ewangelię..." w komunikacji miejskiej (tylko wtedy miałam na to czas) - jedna z dziewcząt aż dwa razy wbiła wzrok w okładkę, starsza pani też wnikliwie obserwowała :) Zastanawiałam się na ile tytuł wzbudził w nich niepokój, a na ile uznali powieść za inną wersję "Szaty" LLoyda Douglasa :) Czytała kiedyś, czemu nie.

Ciekawa rzecz. Przewodniczka naszej grupy, dla której ta książka jest bardzo ważna, czytała ją cztery razy. Pierwszy raz jako młoda narzeczona, gorliwa katoliczka działająca w ruchach odnowy w duchu świętym (czy jakoś tak). Ostatni - jako rozwódka, żyjąca w konkubinacie z rozwodnikiem, luteranka, autorka powieści brutalnie rozprawiającej się z kobietami katoliczkami. Za każdym razem zaznaczała poruszające ją zdania i nie zawsze były to te same, te sprzed lat, przy kolejnej lekturze stawały się pustymi słowami.

Rozmawiałyśmy jeszcze o wierze, kościele, ale to może już nie temat na wpis.

Bardzo fajny wieczór.

Powieść polecam dla chętnych :) Nie jest to prosta podróż literacka, ale warto.

16:10, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 16 stycznia 2013
Z radiowęzła w zbiorkomie - cz. 1

Nie wykluczone, że wpis będzie pierwszym z serii, bo zjawisko jest powszechne i zalewające. Kiedyś w końcu nie wytrzymam i będę zamieszczam stenogramy długich pogaduszek telefonicznych w komunikacji publicznej.

Niedawno siedziałam w tramwaju i czytałam pewną powieść, dość trudną językowo i konstrukcyjnie. Usłyszałam nad sobą strzęp rozmowy. Jakaś dziewczyna rozmawiała przez telefon w zatłoczonym pojeździe. Poinformowała swoją rozmówczynię, mnie oraz szereg innych osób obok, że dostała maila od niego, i on pyta, ale zaznacza, że to plotka, bo ludzie mówią, a wiadomo, co ludzie mówią. Wybaczcie, że nie raportuję dokładnie, bo jak wspomniałam czytałam powieść dość trudną językowo i konstrukcyjnie. Tak więc on pyta w tym mailu, czy ona się całowała z tym chłopakiem. I ona nie wie, co mu odpisać, bo w końcu ta malinka i ludzie plotkują. Cholernie się starałam skupić na powieści, o której już pisałam, że jest dość trudna językowo i konstrukcyjnie, ale ta gadka wrzynała mi się w mózg. Po kilku minutach temat jego i maila został zamknięty, choć proces decyzyjny nie został zakończony. Jednak rozmowa szła dalej i wysłuchałam jeszcze innych rzeczy, choć starałam się czytać, bo na kolanach miałam powieść dość trudną językowo i konstrukcyjnie.

Wychodząc miałam ochotę otworzyć serce przed dziewczyną i dać jej dobrą radę, bo przecież podzieliła się problemem nie tylko ze rozmówczynią telefoniczną, ale ze mną i tyloma osobami obok. Widać, że kwestia była dramatyczna, bo nasza bohaterka raczej całowała się (skąd malinka?) i raczej nie chciała się do tego przed kolegą przyznać (skąd malinka?). Tylko jaka rada byłaby dobra? Poniżej krótki quiz:

 

Powinna odpisać:

A. Tak, całowałam się i jestem z tego dumna.

B. Tak całowałam się, to skomplikowane.

C. Nie, nie całowałam się i jestem z tego dumna.

D. Nie, nie całowałam się, to skomplikowane.

E. Rozpostarte skrzydła żurawia zasypują białe płatki kwiatów wiśni.

F. Kit z panienką, co to była z powieść?!

 

Proszę garstkę czytelników tego bloga, przypadkowych także, o głosowanie w komentarzach :) Wśród odpowiadających wylosuję czytelnika, któremu prześlę mailem krótki limeryk lub inną mało wyczerpującą czasowo formę literacką. Widziałam na innych, szanujących się, opiniotwórczych blogach, że robi się coś takiego - konkurs, losowanie, bo to dobrze robi na wizerunek bloga i pozwala nawiązać z czytelnikami więź ;) A ja jestem Blogerką, zdanie wytrych otwierające drzwi i magazyny różnych firm - o czym może jakiś krótki wpis niedługo.

15:07, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
wtorek, 15 stycznia 2013
Marketing przedszkolny

Temat stary jak, stara jest praktyka marketingu w przedszkolach. Może nie jak świat ;)

Dopóki Wiertka chodziła do żłobka, to nie natykałyśmy się na to w tak zmasowanej ilości - raptem jeden kalendarz świąteczny ze zdjęciem dziecka. Z wpisów w necie widzę, że w naszym przedszkolu i tak jest jeszcze ok.

Zadziwia mnie jednak pomysłowość różnych ofert. Zrozumiem ten nieśmiertelny kalendarz ze zdjęciem dziecka, filmowanie balu przedszkolnego, czy fluoryzację zębów. Jednak prześwietlenie kręgosłupa??? Czy jakoś tak, to się nazywało. Na szczęście, wiszą tylko ogłoszenia i kto chętny zostawia informację w grupie, razem z pieniędzmi. Tylko nagrywanie kamerą zostało uhonorowane listami na drzwiach szatni, żeby można sobie było porównać, kto się jeszcze szarpnie na ten wypas. I lista wcale nie jest wypełniona na maksa, wręcz przeciwnie.

Ja się szarpnęłam na filmowanie spotkania z Mikołajem. Całe 35 złotych. W moim budżecie, to jeszcze kwota do przyjęcia. Nie dla wszystkich zapewne. Najpierw dotarły do mnie zdjęcia z tej zabawy i zobaczyłam, jak niefajnie rozwiązano sytuację. Dzieci "do kamerowania" miały naklejone na piersi logo firmy. Reszta nie. Rozumiem, że trzeba wiedzieć, które mają być chwytane w kadr. Czy nie można było jednak każdemu dziecku dać plakietkę - np. jednym białe chmurki, innym niebieskie? Bystry kamerzysta by się połapał i żadne dziecko nie czułoby się wykluczone. A może, już te starsze, i tak zdają sobie z tego sprawę? Dobra, pół biedy plakietka, przecież moje dziecko z tych "lepszych". Dostałam w końcu płytkę i... zorientowałam się, że coś się stało z moim składakowym komputerem i nie mogę jej obejrzeć. Wrzuciłam szybko w pracy, w firmowego laptopa i jakoś mojego dziecka w tym fragmentach nie mogłam odnaleźć. Były głównie plany ogólne - dzieci tańczące i bawiące się do rytmu piosenek śpiewanym przez przebraną grupę animatorów. Wiertka stała gdzieś na samym końcu, wyciągała głowę, aż w końcu odwróciła się i zajęła jakąś zabawką. Ona stanowczo przesadza z tym indywidualizmem ;)

Godzinny filmik obejrzę jeszcze niedługo w całości, na spokojnie. Wczoraj zaryzykowałam jeszcze raz i zapisałam małą na listę dzieci filmowanych na balu karnawałowym. Może kiedyś będzie zadowolona z takich pamiątek.

Dziś w przedszkolu akcja fluoryzacji zębów. Zastanawiałam się, czy jest sens wywalać 12 złotych, gdy mycie zębów przez Wiertkę polega na maźnięciu tych przednich i czasem tylnych, gdy ją przycisnę. Jednak inne forumowe mamy namówiły mnie, argumentując, że nic tak nie robi dobrze na technikę czyszczenia uzębienia jak autorytet pani dentystki i jej pogadanki :)

Zobaczymy jakie kolejne usługi dotrą do przedszkola.

15:32, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Dziś w przedszkolu wielki bal

Teraz będzie seria wpisów o dziecku, bo te wyrażające głębię moich myśli nie cieszą się wieloma komentarzami :D

U Wiertki dziś jest bal karnawałowy w przedszkolu. Nie wiązał się z jakimś matczynym stresem, bo jesienią w przesyłce w ubrankami - od pewnej miłej internetowej znajomej - znalazła się także długa, różowa, księżniczkowa sukienka. Miała coś nie tak z suwakiem, ale inna mama, pożyczając na bal dla swojej trzylatki, załatwiła kupno suwaka i wizytę u krawcowej (ja tylko zwróciłam koszty). Mała sukienką była wczoraj zachwycona, pół dnia chodziła w niej po mieszkaniu i tylko kwestia zjedzenia obiadu i wypicia soczku zmusiła ją do przebrania. Opowiadam jej różne bajki i uznała, że jest Kopciuszkiem. Wyciągnęłam z szafki jesienne buciki ze złotym brokatem i miała już swoje pantofelki ;) Teraz tylko wspominała, że będzie tańczyć na balu z księciem. Wczoraj ja grałam jego rolę :)

Krótka dygresja. Na pewnym, dość opiniotwórczym, forum dziecięcym spotkałam się z krytyką ubierania dzieci w "karnawałowe gotowce" z supermarketu, sklepu. Blogerka wkleiła nawet grupowe zdjęcie dzieci z pewnego balu, zamazując tylko twarzyczki. Trochę ciśnienie mi skoczyło. I to nie tylko przez szafowanie cudzymi zdjęciami. Żyjemy w czasach, gdy bycie super matką, to nie tylko gotowanie eko, czytanie, chodzenie z dzieckiem na uniwersytet zerowego wieku, ale także własnoręczne dzierganie dekoracji i kostiumów karnawałowych. Tak jakby było totalnie oczywistym, że każda kobieta potrafi szyć, haftować, plątać koraliki. To chyba jeszcze przeświadczenie z czasów, gdy panna z dobrego domu dostawała lekcje francuskiego, rysunku i haftu. Bo to miało jej wystarczać i to miało ją określać. Rozumiem czasy naszych matek, gdy w sklepach nic nie było, a przemysł dziewiarski miał trudności nawet z wyprodukowaniem poprawnych rajstop. Wtedy talent w dłoniach był na wagę złota. Pamiętam jednak też, że mój tata miał - z racji miejsca pracy - okazję wypożyczania mi sukienek z rekwizytorni teatralnej. To były księżniczkowe kiecki, których dziś pełno w sklepach, ale trzydzieści lat temu byłam jedyną dziewczynką w przedszkolu tak ubraną. Do dziś pamiętam to uczucie bycia kimś pięknym i wyjątkowym. Mam tego pozbawiać moje dziecko w imię "matczynego lansu"?

Nie ma talentu w dłoniach, jestem dwuleworęczna dogłębnie i boleśnie. Czy skoro ja potrafię napisać bajkę dla dzieci trzynastozgłoskowcem, mam twierdzić, że inne matki mają też takie pisać, inaczej nie są troskliwymi kobietami? ;)

Wiertka nie miała nic na głowę i trochę mi ta jej "stylizacja" niekompletnie wyglądała. Byłam zbyt leniwa na grzebanie w sieci w poszukiwaniu diademów, koron. Tu pomyślałam, że błysnę "wkładem własnym". Znalazłam w szafce zawalonej "przydasiami" ("przyda się") czapeczkę dzierganą na szydełku, taką w typie siatkowym (nie wiem jak to opisać by można było sobie wyobrazić). Zakupiłam ją w czasach fascynacji The Doors, Joplin, flower-power i raz wykorzystałam w przebraniu karnawałowym w stylu lat 20tych :) Wygrzebałam też resztę pomarańczowych motylków pozostałą po zeszłorocznym przebraniu Wiertki i naszyłam je na tę siateczkę. Wyszło nakrycie głowy, nie gryzące się za bardzo kolorystycznie.

Nie jest tragicznie ;)

15:22, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 stycznia 2013
Chciałaś wolności? Zapracuj na nią.

Dziś na zajęciach o refleksyjności kobiety piszącej rozmawiałyśmy o Zofii Nałkowskiej (stąd ten cytat i wpis na mailu niedawny). Było także o jej pierwszej powieści, "Kobietach". Napisała ją jako 19-to latka, językiem do bólu młodopolskim w swojej egzaltacji, ale zawarła tam kilka ciekawych spostrzeżeń i typów kobiet przełomu XIX/XX wieku. Od zrozpaczonej zdradami męża, do mężatki cynicznej, która przyswoiła sobie reguły gry, przymyka oko na mężowskie słabości, oddając się własnym. Od narzeczonej artystki porzuconej dla lepszej partii, poprzez byłą kokotę, teraz utrzymankę, zwaną "żoną" (choć prawdziwa żyje sobie spokojnie gdzieś daleko), do głównej bohaterki obserwatorki tego galimatiasu, uwikłanej w romans z mężem przyjaciółki. Wszystkie łączy jedno - nie są samodzielnymi, niezależnymi bytami, zawsze istnieją w relacji z jakimś mężczyzną.

Bo czy w tamtych czasach kobieta mogła być sobą i tylko sobą? Koniec powieści pokazuje takie rozwiązanie - musi sama na siebie zarabiać. Bohaterka uznaje, że poznawanie życia niczego jej nie nauczyło, bo owo życie jest zbyt nieprzewidywalne. Praca naukowa jest czymś, co można poddać kontroli. Wolny wybór dalszej drogi życiowej, czy ucieczka po rozczarowaniu życiem prywatnym? Tego nie mogłyśmy ustalić.

Jako ciekawostka, jest tam jedyna postać kobieca - dalekiego planu, wspominana w rozmowach jedynie. To kochanka przyjaciela naszej bohaterki, kobieta z nizin społecznych, prosta szwaczka. Na propozycję, by rzuciła pracę i zamieszkała w wynajętym dla niej mieszkaniu, rzuca, że jest za wolną miłością, ale utrzymanką niczyją nie będzie. Czym wzbudza w - byłym już - kochanku grozę, bo jak tak można. On jej otwiera wrota raju, a ona tego rajem wcale nie chce nazwać. Okazuje się, że prosta dziewczyna ma w sobie więcej cywilnej, życiowej odwagi i mądrości niż damy z salonu.

I mężczyźni, jako gęste tło. Dzielący kobiety na te czyste, niewinne, utkane z mgły żony i pełnokrwiste samice, z którymi się sypia na mieście. Nie umniejszając przy tym, oczywiście, miłości, oddania i szacunku małżonce. Może to jeden z plusów swobody obyczajowej, że dziś panowie mają w tym względzie krótsze cugle. Żony już nie bywają z mgły, tylko czasem  z siekającej mżawki.

Plus odważne - jak na tamte czasy - teksty o małżeństwie jako zalegalizowanej formie prostytucji i likwidacji takowej w czasach, gdy zakwitnie wolna miłość i swoboda obyczajowa dla obu płci. Nasza dziewiętnastoletnia Zosia, wybaczmy błąd jej młodości, nie wiedziała jeszcze, że w czasach swobody dla wszystkich nadal będą małżeństwa-układy oraz prostytucja, bo emocje to coś, czego nie da się zadekretować manifestem. Dodam tylko, że powyższym manifestem o wadze wolnej miłości w emancypacji kobiet, młodziutka Nałkowska wywołała skandal na pierwszym Kongresie Kobiet Polskich. Tak wielki, że kolejny odbył się dopiero po stu latach :D

Jeszcze moje inne spostrzeżenie. Nieco wcześniej powstała, pod męskim piórem, inna powieść o młodej dziewczynie, także Janinie jak u Nałkowskiej, która chce być niezależna, chce doznawać życia. To "Komediantka" Władysława Reymonta. Jakże inne zakończenie. Janka Reymonta, doznając brutalnej porażki wraca grzecznie na łono rodzinnego miasta, zakłada rodzinę. Chciałaś wolności, to kruszej teraz w pokorze. Janka Nałkowskiej odtrąca kochanka, który coraz bardziej ustawia ją na pozycji zdradzanej "żony" i skupia się na pracy. Chciałaś wolności, to na nią zapracuj, kochana. Jak inne puenty piszą mężczyźni, jak inne kobiety :)

20:51, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Tagi