To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 29 stycznia 2014
Na całej połaci śnieg

Są dwie rzeczy które ścinają mi krew w żyłach - widok wschodu słońca od strony dnia nadchodzącego (idę za cytatem z Gertrudy Stein, obie lubimy wchody od strony dnia odchodzącego) oraz widok świata pokrytego śniegiem i lodem (nawet oglądając latem zdjęcia).

Coś niedawno o czyśćcu pisałam reprezentowanym przez śnieżną i mroźną zimę. Nie wiem, z czego się oczyszczam :)

Biura mojej firmy są w budynkach po dawnym PRLowskim zakładzie produkcyjnym, dość znanym wtedy. Zakład upadł, zanim wszedł aktualny dzierżawca wydłubano z pomieszczeń kaloryfery i rury grzewcze. Dziś poszczególne biura, pokoje dogrzewają się piecykami olejnymi, na prąd. Opiszę stan w apogeum zimy, bo zimniej już zapewne nie będzie, choć i bywa. Jesienią należało dodać do tego jakieś 2-4 stopnie. Gdy wchodzę po 8:00 do naszego pokoiku jest 10 stopni C. I to dlatego, że zostawiamy na noc lekko włączony jeden piecyk. Po weekendzie, gdy są dwa dni bez ogrzewania mamy... 6 stopni. Włączam natychmiast oba grzejniki na maksa i w ciągu dnia dociąga do 18-19 stopni. W sumie zdrowa temperatura.

To co dalej opiszę, znane jest tylko osobom, które przebywały w życiu po kilka godzin w niedogrzanych pomieszczeniach. W ciągu dnia pracy moje ciało wytraca ciepło. Drga gdzieś w środku. Nie tak, żebym się trzęsła, ale jest to jakoś wyczuwalne. Potem przestaję to drganie zauważać, ale jest. Gorąca herbata za herbatą, kawa, jeden z grzejników mam tuż przy boku, niemal wtopiona. Zajadam się zupkami z torebek. Wiem, że zdrowo i pięknie przynieść z domu słoik domowej zupy. Co jeśli ja pragnę glutamianu sodu? Mam bardzo fajne miejsce w pokoju - tuż przy oknie, w wielu kulturach (korpo choćby) uważane za prestiżowe. Jednak okno to durszlak - czuję jak od niego nawiewa mrozem.

Ubikacja jest na końcu długiego i szerokiego korytarza. Nieogrzewanego oczywiście. Galopkiem w temperaturze 6 stopni. W kiblu ktoś czasem litościwie włącza ogrzewanie.

Efekt jest taki, że po 16:00 wychodzę z pracy i trzaskam zębami, trzęsę się. Nieważne grube swetry, palto na jakimś miśku, czapka, dwie pary grubych rękawiczek. Jestem niczym osika. Nie mam w sobie ciepła. Zimo wnika we mnie wszystkimi porami skóry. Kiedy rano wychodzę w wygrzanego mieszkania jest wręcz przeciwnie. Gdy wychodzę w wygrzanego sklepu, przedszkola - także.

Wracam do niby bardzo ciepłego domu. W mieszkaniu jest ciepło, a jeszcze odkręcę ogrzewanie. Jest mi zimno. Już nie dosłownie. Jakoś w przenośni. Wchodzę do wanny z bardzo gorącą wodą i wyparzam się, bo kąpielą nie można tego nazwać (określenie mojego brata). Kiedyś, gdy mieszkałam w domu rodziców - równie wtedy niedogrzanym, gdzie temperatura 14 stopni nie była rzadkością - potrafiłam wejść do wody o 40 stopniach (sprawdzałam termometrem). Dopiero wtedy - niczym ugotowany krab czuję się ciepła i szczęśliwa. Parująca :)

Nigdy nie byłam psychicznie odporna na zimno.

Podobno idzie ocieplenie.

Ale śnieg i zawieje mogą mieć swoje plusy. O czym jutro :)

22:58, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Wolność w rytmie 6/8

Wczoraj, po ustaleniach telefonicznych, okazało się, że Wiertka zostanie przez tatę odwieziona wieczorem, więc mogłam pojawić się na wcześniej umówionym spotkaniu Nieformalnego Klubu Czytelniczego u Agi.

Tym razem gościła nas w swoich skromnych progach :) Jak to zazwyczaj bywa na spotkaniach mocno zdominowanych przez kobiety - stoliczki uginały się od ciast, ciasteczek oraz tortu (trzy miały urodziny w okolicy daty spotkania). Może jestem seksistowska? Czy mężczyźni na swoje klubowe spotkanie nie przyniosą jedzenia. Ktoś złośliwie skomentuje, że przyniosą - upieczone przez żony ;)

Tym razem bohaterką spotkania była Nora Helmer z "Domu lalki" Ibsena. I to też nie do końca. Bo ile można dyskutować o rzeczach oczywistych - obłudzie, hipokryzji i próbie wyrwania się z tego. Drugoplanową bohaterką wieczoru, która stała się główną została - tarantela. To taniec, którego układ ćwiczyła Nora przed mężem. Taniec pochodzący z południa Europy - tot am zetknęli się z nim Helmerowie, a także sam Ibsen.

Aga zaprosiła koleżankę z lat studenckich, dziś doktorantkę kierunku związanego z teatrem i tańcem (mam nadzieję, że za bardzo nie poplątałam). I ona opowiedziała nam o tańcu, jego genezie, przeobrażeniach, pokazała filmy z przykładami.

Taniec kobiet, ukąszonych przez jadowitego pająka (niesłusznie zwanego tarantulą), który miał za zadanie uleczyć je. Szybki, w rytmie 6/8, rytmiczny, transowy niemalże. Przypominał mi trochę te rytuały wudu, gdzieś z rejonów Tahiti. Dopiero w połowie XX wieku tarantelizm został wykreślony z listy chorób. Od tamtej pory, taniec to raczej kawałek folkloru dla turystów.

Zastanowiło mnie, czy tarantela pojawiła się w sztuce tylko dlatego, że Ibsen ją zobaczył i chciał miło wpleść. Czy miał to być pewien symbol? Nora tańczy zaniepokojona szantażem, niczym ktoś ukąszony. Tylko czym ukąszony? Szantażem? Kłamstwem? Niedocenionym poświęceniem?

I okazało się, że moją myśl dokończyła dziś mailowo nasza specjalistka od taranteli. Nie wypada cytować korespondencji mailowej, ale kończy ją podsumowanie właśnie, że taniec ma za zadanie wyrzucić jad pająka, ale także ujawnia, wyładowuje konflikty tkwiące w podświadomości. W Norze nastąpił przełom, dostała siłę, by odejść i żyć własnym życiem.

Kolejne spotkanie przygotowuję ja :) Bohaterką będzie Alicja z kart Lewisa Carrola ;)

 

 

 

PS macierzyńskie: Dziecko wróciło w dobrym stanie. W niedzielę nie gorączkowała, ale połowę dnia przespała, więc coś tam musiało w niej buzować. Dziś, w poniedziałek, wzięłam dzień urlopu na żądanie i posiedziałyśmy jeszcze w domu. Od rana dziecko przedstawia okaz zdrowia - żadnej gorączki, kataru, kaszlu. Złego diabli nie biorą ;)

23:31, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 stycznia 2014
Weekend NieMatki

Smutny to Weekend NieMatki, spędzany w poczuciu winy.

Wczoraj wieczorem Wiertka zaczęła trochę gorączkować. Zasnęła razem ze mną, wybudzała się i plotła trzy po trzy, co nasunęło mi podejrzenie, że chyba rośnie jej temperatura. Zapomniałam głupia od jakiego poziomu temperatury ja miewam synestezje. Rano wyglądała już na lekko podziębioną, marudną, przyklejoną, ale ok. Bo rankiem przyjechał po nią jej tata. I teraz dylemat - zostawić ją w domu, ze świadomością, że po moim wolnym weekendzie, a następny będzie za dwa tygodnie, wiedząc, że dziecko zaraz może mówić, że tęskni za tatą i chce go zobaczyć. Czy może przejechać się ten kawałek samochodem z ojcem, który nie ma nic przeciwko choremu dziecku w domu (potrafi się takowym zająć, kupić i podać lekarstwa), ale też nic przeciwko by zostało ze mną.

Namówiłam w końcu małą, by z nim pojechała, choć kleiła się do mnie i chciała zostać. Gdy dotarłam do tamtego domu, okazało się, że temperatura skoczyła jej do 39,7 C (i tak przez resztę dnia, zbijana lekami). Czuję się podle. Pozbyłam się dziecka. Bo chciałam sobie powypoczywać. Bo chciałam posprzątać mieszkanie i cieszyć się czystością dłużej niż godzinę. Podłe. Podłe, w świetle tego, że 99% samotnych matek w takim przypadku walczy o zostanie dziecka w domu, nawet gdy ojciec przychodzi z policją. Tak powinna zachować się prawdziwa matka.

Zadzwoniłam w końcu by powiedzieć, że można ją przewieźć z powrotem do mnie, ale - słusznie pewnie - jej ojciec nie chce dwa razy ciągać dziecka.

Po południu byłam w kinie na "Pod Mocnym Aniołem". Nie, nie rozwalam się po salach kinowych, gdy dziecko cierpi :) To był spóźniony prezent gwiazdkowy dla mojej cioci. Uznałam, że kolejny zestaw kosmetyków będzie nudny. Zabiorę ją do kina. Okazało się, że nie była w kinie od ponad trzech dekad. Taka mentalność - kino przed ślubem, po ślubie to już niekoniecznie :) A bez męża się nie wychodzi. Film sama wybrała i dopytałam się ją, czy na pewno wie o czym to jest. Wydaje się zbyt delikatna na takie tematy, ale ok. I film podobał się jej.

Sam film? Gdy zobaczyło się jeden film Smarzowskiego, to tak jakby widziało się wszystkie. Wiem, bluźnię. Książkę czytałam lata temu. Początkowo byłam zdziwiona, jak historia może "zatrząść Polską" skoro wykorzystuje się wszystkie anegdotyczne klisze o pijakach rodem z dowcipów. Połowa sali się cicho śmiała. Historia, jak wódka wciąga i nagle znajduje my się w seriach następujących po sobie ciągów alkoholowych i detoksów, odwyków sfilmowanych niemal jak w "Trainspotting", gdzie nie wiadomo co domem, co szpitalem, co wiosną, co zimą.

I wątek miłosny. Wpleciony niczym pojedyncza nitka pomiędzy scenami, gdy nie wiemy kiedy się zaczął, kiedy skończył w chronologii ciągów. Bo i zapewne w życiu alkoholika tak wygląda miłość. Cieszę się, że wbrew kulturowym kliszom nie mamy tu uczuciowej dziewoi, która wierzy, że jej miłość wyciągnie go z alkoholizmu, trwa pomimo wszystko i zapewnia tak szeroko przedyskutowany w temacie "komfort picia". By wreszcie, na koniec miłość zwyciężyła ten straszny nałóg. Może młode dziewczyny zobaczą, że jak widzisz ukochanego w kałuży wymiocin po raz kolejny to włączasz funkcję "wylogowywania", nawet jeśli tytułuje cię "największą miłością swojego życia". Może picia?

Miło się oglądało. Bez rewelacji. Może odświeżę książkę.

21:22, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Nic tak zębów nie wybiela...

Wysłałam dziecko do ojca, bo planowałam wybrać się do Kawiarni Naukowej. Temat spotkania średnio mnie kręcił - zagrożenie wirusem HIV, uśpione, aktualny stan świadomości społeczeństwa. Chyba bardziej potrzebowałam tej świadomości, że mogę sobie wrócić po pracy do pustego domu, obudzić się rankiem i iść do pracy jak człowiek, nie matka.

W miarę upływu dnia zmęczenie mnie dopadło i wybrałam opcję powrotu do domu, wypoczynku. Przeczesałam jednak różne źródła i wpadłam na info, że przecież - jak co poniedziałek - jest spotkanie POSULu. Kwadrans spacerkiem od mojego domu, tematem mają być socrealistyczne plany dotyczące architektury i planów przestrzennych Pragi. Bo POSUL to Praski Otwarty Samozwańczy Uniwersytet Latający :)

Spotkanie w jednej z knajpek na Nowej Pradze. Jak one wszystkie, ta charakteryzowała się kiepskim ogrzewaniem (parter starej kamienicy), więc trochę przemarzłam. Z wielu fajnych rzeczy wyłuskałam dla siebie dwie ciekawostki. Reszta wpisu będzie dla orientujących się w topografii Warszawy, w - Pragi Północ szczególności. Reszta może czuć się znudzona :)

Zobaczyliśmy slajd z planami, które kamienice na Pradze miały być wyburzone, co zostawione. Generalnie, większość dzielnicy miała być wybudowana od nowa. Wyróżniała się część mapy przy Dworcu Wschodnim, który - dacie wiarę - był wtedy najbardziej reprezentatywnym dworcem w mieście (przełom lat 60/70tych). Widać było na mapie kreskę "jamnika", czyli najdłuższego bloku w Wawie, na ul. Kijowskiej. Miał on za zadanie zakryć widoki na stare kamienice - oczom przyjezdnych. Równolegle do niego widać blok stojący przy ul. Ząbkowskiej, a pomiędzy nimi trzy kreski tych dziesięciopiętrowców należących do innych ulic.

Czemu to piszę? Bo rzuca się w oczy, ile tam jest, pomiędzy tymi budynkami przestrzeni i powietrza. Dzisiejszy deweloper wsadziłby tam jeszcze z kilka innych bloków. A tak mamy teren zmarnowany na przedszkole, górkę do zjeżdżania, plac zabaw, boisko do gry w piłkę i od cholery trawników. I to PRL był do dupy.

Dygresja. Spółdzielnia nie ma prawa do gruntów, na których postawiła bloki, więc już powoli "przestrzeń powietrzna" zaczyna być zagęszczana. Z boku, na szczęście zupełnego, postawiono w tym roku nowy blok. Śledzę z ciekawością dyskusje na forum, dotyczące sporów starej spółdzielni z nowym deweloperem. Boję się, że kiedyś powtykają bloczki wszędzie. Także pod moim oknem. Przecież to nie jest normalne by do okien najbliższego sąsiada mieć kilkadziesiąt metrów.

Okazało się, że podobną rolę pełniły wtedy bloki z mojego osiedla. Miały zakryć widoki na stare kamienice od strony torów kolejowych. Pamiętam, gdy je budowano. Dojeżdżałam pociągiem na stację (zakupy na Różycu, albo w PDCie, + obiad w Oazie lub krem sułtański w jednej z kawiarni - jak się po tym wymiotowało) i widziałam jak stawiają poszczególne piętra. Czy pomyślałabym wtedy, że w jednym z budynków będę mieszkać? Zaporą pomiędzy blokami a torami stały się garaże. To już wspomnienie z czasów liceum - na tych budynkach napisał ktoś sprajem, ogromnymi literami: "Nic tak zębów nie wybiela, jak mineta co niedziela". Tak oto Praga witała podwarszawskie słoiki :)

Dworzec Wileński. Z zaskoczeniem dowiedziałam się, że miał zostać zburzony, a w tym miejscu miał powstać zielony pasaż dla spacerujących. Nitka kolei miała iść do Dworca Wschodniego. Co z moimi Ząbkami - bo Zielonka miała bezpośrednie połączenie ze Wschodnim. Okazało się, że na Targówku Przemysłowym były resztki torów, które miały być wykorzystane na przekierowanie ruchu kolejowego, włączając w linię podwarszawską Ząbki. Dziś te tory straszą zasłonięte trawą, co widują jadący ul. Ziemowita.

Nudnawe :) Dla mnie fascynujące :)

23:15, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 19 stycznia 2014
Sałatka macierzyńska - egzorcysta

Jeden wpis byłby zbyt długi i rozbity tematycznie.

Po naszej rozmowie Wiertka zasnęła. Ja wróciłam do siebie obejrzeć coś w telewizji, poczytać. Koło 1.00 zbudził mnie jej płacz. Zdarza się. Przychodzi wtedy do mojego łóżka i dalej zasypia. Tym razem jednak, usiadła na podłodze w moim pokoju i nie dała się ruszyć zaspana. Zsikała się. No ok, zaspanej pomyliło się miejsce nocnika. Wytarłam podłogę, a Wiertka w tym czasie rozpłakała się. Siedziała tak z zaciśniętymi oczyma i płakała. Płakała coraz głośniej, krzyczała. Nie dała się dotknąć, przytulić, gdy coś do niej mówiłam, krzyczała coraz głośniej. Położyła się z płaczem na podłodze. Wiem, że maluchom czasami tak się zdarza. Ciągle są we śnie. Albo nie mam pojęcia.

Siedziałam tak smutna i bezsilna, nie zła. Próbowałam wszystkiego i tylko eskalowałam płacz. W dodatku uruchomiły się moje absurdalne schizy - widzę wtedy moje dziecko, jak siedzi w piwnicy jakiegoś zboczeńca, w ciemności i płacze, woła tak za mną. Tak wiem, okropne myśli, ale mam czasami takie strachy.

Minęło pięć minut. Minęło dziesięć minut. Minęło dwadzieścia minut. Minęło dwadzieścia pięć minut. Wiertka krzyczy i płacze na podłodze. Nadal nie daje się dotknąć i wrzeszczy bardziej gdy coś do niej mówię. Nikt nie zadzwonił po policję. Zaskoczyło mnie to. Ile to może trwać??? Smutek matczyny jedno, ale cierpliwości też nie zawsze starcza.

Byłam na tyle racjonalna, że nie przyszło mi do głowy opętanie, ani wizyta duchów. Także nie powzięłam postanowienia ochrzczenia dziecka.

Zaczęła coś mówić.

- Chcę fioletowego smoka z kokardką.

Zrobiłam skan jej zabawek. Nie ma żadnego smoka. Musiał się jej przyśnić. Mam jej dać coś co zostało w jej śnie. O cholera. Nie było lepiej. Teraz wrzeszczała, szarpała mnie, rzucała się na podłodze. Wszystko w sprawie fioletowego smoka. Tłumaczyłam, że jej się to śniło. Chciałam coś jej opowiedzieć. Wrzeszczała bardziej.

Minęło trzydzieści minut od początków jej płaczu. Minęło czterdzieści minut. Nie zmęczyła się ani trochę. Teraz byłam już trochę przerażona. Co ja mam robić??? Dzwonić na pogotowie? Przecież nie przyjadą uspokoić mi dziecka. Co niby doradzą przez telefon. Już rozbita zadzwoniłam do byłego, może zjedzie z trasy, ale nie dało się. Siedziałam przestraszona.

Aż Wiertka wreszcie wydukała:

- Chcę fioletowego smoka, którego kupiłam w Donaldzie.

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

To nie smok, to jakiś stworek w stylu Gremlina! Ostatnio skorzystałam z kuponu rabatowego i kupiłam jej zestaw w McDonaldzie. W sekundę znalazłam zgubę. Po kilku minutach, o 2.00, dziecko spokojne, uśmiechnięte, słodko spało.

Rano przyjrzało się temu czemuś. Cholera jasna, to rzeczywiście wygląda jak mały smok...

21:26, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Sałatka macierzyńska styczniowa

Wczoraj przed zaśnięciem Wiertce zebrało się na rozmowy o życiu. Zaczęła:

- Mamo, kiedy ja będę dorosła?

Zaczęłam mówić, ale szybko okazało się, że ona zastanawia się, gdzie będzie mieszkać.

- Możesz mieszkać ze mną, albo we własnym domu.

- Ale ja nie wiem, gdzie jest sklep z domami.

Wytłumaczyłam jej, że jak pójdzie do pracy, zarobi pieniądze, to są takie miejsca, gdzie domy się wyszukuje i kupuje. Ominęła kłopotliwy akapit o zdobyciu odpowiedniej pracy oraz odpowiedniej gotówki :)

- Nie wiem, gdzie jest sklep z łóżkami.

Widocznie do kwestii bycia dorosłą podeszła kompleksowo. Pocieszyłam ją, że jest dużo sklepów z wszystkimi meblami.

- A skąd wezmę dziecko?

Przyznam, że tym pytaniem mnie zaskoczyła. Podejrzewałam, że będzie w przyszłości należeć do "bezdzietnych z wyboru". Odpowiedziałam, że by mieć dziecko będzie potrzebowała chłopaka albo męża. Mogłam jeszcze pójść torem genderowym i dodać, że może potrzebować dziewczyny i procedury in vitro, ale wolałam nie komplikować problemu.

- Daj spokój mama! - zabiło mnie dziecko śmiechem, utwierdzając w przekonaniu, że dobrze było wyjść od najprostszych procedur.

- Ja bym chciała chłopczyka i dziewczynkę.

Tak podsumowało moje dziecko swoje plany prokreacyjne.

A dziś jeszcze ustaliła, że jak będzie duża, to kupi telefon, by do mnie dzwonić i wtedy będę do niej i dzieci przychodzić :)

21:06, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 stycznia 2014
Styczniowo

Mam nadzieję, że w piątek było apogeum mojego kiepskiego nastroju. Przez cały tydzień Wiertka miała paskudny nastrój, bunty, histerie. Starałam się przetrwać to w duchu "porozumienia bez przemocy", choć w środku wkurw mną targał. Pewnego wieczoru nawet skomentowałam:

- Czy ja nie mogę choć raz mieć spokojnego wieczoru? Gdybym się chciała codziennie kłócić nadal mieszkałabym z twoim ojcem.

"A dlaczego" powtarzane seryjnie, negocjowanie "ale mamo", puszczanie mimo uszu, to w tym wszystkim na prawdę drobiazgi. Im bliżej tygodnia, tym bardziej miałam nerwy na skraju, nawet na samą myśl, że o coś poproszę i to będzie dopiero początek kilkuminutowej drogi cierniowej. Wiem, domyślam się, że będzie tylko trudniej, bo córka dorośnie. O atakach histerii pisać dziś nie będę. Może kiedyś oddzielny wpis. Boję się, że może coś jest nie tak z nerwami i emocjami mojego dziecka :(

W piątek rano nerwy mi puściły. Przed wyjściem do przedszkola. Wiertka oświadczyła z krzykiem i płaczem, że bolą ją nogi i wyszła z domu na kolanach. Tak weszła i wyszła z windy. I wtedy nie wytrzymałam. To ja wyrwałam ją z tych kolan z krzykiem. I popłakałam się. Szłyśmy tak d tego przedszkola, a ja chlipałam. Bo dotarłam do ściany z tym dzieckiem. Nie wiem, jak wyglądało jej wychowanie, w czasach, gdy można było dziecku sprać tyłek. Jeśli teraz nie daję sobie z nią rady, to co będzie za dziesięć lat, jak zacznie dojrzewać? Co będzie jeszcze później, jak będzie kończyć gimnazjum? Skoczymy sobie do oczu? Już wyobraziłam sobie, że za czterdzieści lat ucieknie przede mną na inny kontynent, a może inną planetę. Albo gorzej, zajmie się mną - przywiąże paskami do fotela i będzie wciskać do ust jedzenie wkurzona. W końcu jaka matka, taka córka.

Zanim doszłyśmy do przedszkola, jakoś doprowadziłam się do normalnego stanu. Posypałam się za kwadrans przed budynkiem pracy. Grudy śniegu przypomniały mi, co jest nie tak z tymi awaryjnymi butami - ledwo obsadzone obcasy, które prawie wyrwałam. Znowu się popłakałam, bo przestraszyłam się, że nawet do końca dnia nie przetrwają. Taki dzień, gdzie jesteś obrany ze skóry.

Wysłałam wściekła do byłego sms-a, że ma mi wpłacić alimenty. Przelew albo gotówka - obojętnie. Dostałam zwrotnie wiadomość "Chcesz żebym ci płacił alimenty?". Obawiam się, że nie pomyliły mu się panienki. Aż mi głupio za taką małostkowość. Po czterech latach prosić o jakieś pieniądze na dziecko. Zapewne każe mi znaleźć lepszą pracę. A jeszcze przeczyta bloga i się wkurzy, że potrzeba mi kasy na buty, torebkę i fryzjera (tak, tak, odrosty). Mam małe serce - dowodem prześwietlenie klatki piersiowej.

Po wyjściu z pracy przypomniałam sobie ostatnią wadę tych butów. Zrobiła się chlapa. Przemiękają. Totalnie. Do stanu dosłownego chlupotania. Można w nich tylko szybko wrócić do domu i założyć suche skarpetki. Dobrze, że nie spotkało mnie to rano i nie musiałam tak siedzieć w pracy...

Szewc nie dał mi nadziei. Tamtych butów nie da się załatać. Są nie do odratowania. Nie dbałam o nie i rozwaliłam je. Zaczęłam się oswajać z myślą, że jednak muszę kupić i to szybko nową parę. Chyba są wyprzedaże.

Dziś znalazłam jakiś jasny punkt. Te buty z dziurką są suche i nie przemakają. Przynajmniej lewy i prawy jeśli nie zakopię się w kałużę. Je założyłam idąc dziś z dzieckiem na sanki. Było ok.

Wczoraj uznałam, że chcę by 2014 rok już się skończył, bo dalej nie może być milej. Nic fajnego mnie już w tym roku nie spotka. Nienawidzę 2014 roku.

Poczułam, że muszę poczytać coś odmóżdżającego i zamiast zabrać się za II tom "Nocy i dni", wzięłam jakieś "Zapiski zakupoholiczki". Coś z gatunku chick-litu wydawanego kiedyś na fali Bridget. Nie ma bardziej skrajnych sytuacji. I nawet wpadłam na pomysł książki o życiu za 1200 netto, gdzie dzień pamiętnika zaczyna się od wyliczanki - chleb 3,50 zł, jajka od kur trzymanych w stalowych klatkach 6 szt. - 5,00 zł, makaron - 3,50 zł, cebula - 1,50 zł. Makaron - cebula - jajka - kombinacja czterech obiadów za 10,00 zł. Drugi dzień będzie pełnym emocji opisem wyprzedaży w sklepach z używaną odzieżą. A nie, tam ogień trzaska gdy przyjeżdża nowy towar :)

21:29, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 12 stycznia 2014
Początek roku

Ostrzegam, że mogę trochę jęczeć :)

Nie odzywam się, bo nie specjalnego się nie dzieje. Przeziębienie niby pod kontrolą - katar, lekki kaszel. Ten weekend miał być na wyleżenie i wykurowanie. W sobotę trochę posprzątałam, bez szału, bo nie mogłam patrzeć na ten bałagan. Dziś niedziela i jest gorzej niż było. Od świtu boli mnie ząb. Wiem, co jest z nim nie tak - dentystka go oglądała rok temu, było robione rtg, jest do naprawy, która kosztuje kilka stów. Połowa moich aktualnych zarobków. Bez tego, ząb w stanach obniżonej odporności organizmu może boleć. Nic strasznego. Na to liczę, że poboli kilka, kilkanaście dni i przestanie. Już nie raz tak było. Ledwo chodzę. Mam 37,2 stopni. Nie wiadomo co gorsze - od zęba, czy od przeziębienia.

Urwałam pasek od torebki. Nie do naprawy. Torebka tylko do noszenia w ręku. Wyciągnęłam jakąś starą, porwaną. Trzyma się, tylko nie wygląda za dobrze :) Przetarły się z wierzchu moje zimowe buty - przez dziurę wyziera skarpetka. Kupione rok temu, w końcówce sezonu za pieniądze sugerujące, że trochę w nich pochodzę. Być może źle je konserwowałam. Mam drugie, poskładane, pocerowane. Gdy daje je szewcowi, by wymienił fleki, ten mówi, że trzeba je wywalić do śmieci. Ale są w jednym kawałku, brzydko wyglądającym, ale jednym. Czyli mam poszarpaną torebkę i postrzępione buty. Jednego poranka dotarłam do pracy ze łzami w oczach. No bo znowu, podliczanie wydatków - stać mnie na jedzenie i trochę rachunków, albo na rachunki i z dziesięć dni jedzenia. Każdy dodatkowy wydatek - buty, torebka, dentysta, to ruina finansowa.

A dodatkowy kłopot to ten, że nie cierpię kupowania butów, spodni i torebek, bo nic, nic, nic mi się nie podoba.

Dobra, nie jest ze mną jeszcze tak fatalnie, żebym siedziała  w strefie "niedasi". Torebkę mogę zacerować, naszyć łatę - jeśli tego dotąd nie zrobiłam, to tylko mój problem i lenistwo. Buty zaniosę do szewca i dopytam, czy da się je jeszcze uratować, naszyć jakąś dyskretną łatkę. A jeśli nie, to są te drugie - można w nich chodzić, nie da się w nich wyglądać :) Ujdzie, do momentu rozmowy ws nowej pracy. W pracy dam jeszcze miesiąc, dwa szansy i zobaczę, co wyniknie, czy przyjdą jakieś pieniądze, od klientów nad którymi teraz pracuję. Proszek przeciwbólowy i kawa trochę pomogły na bolący ząb.

Zakończę miłą wiadomością. Od mojej wieloletniej znajomej z realnego świata - zaglądającej tu czasami panirolki - dostałam aparat fotograficzny, używany kiedyś przez nią i jej córkę. Fajny, dobry jakościowo. Wspaniały podarunek :)

Ten aparat to taki jasny punkt, w serii kiepskich wydarzeń pierwszych dni 2014 roku. Nie mogę więc pisać, że rok zaczyna się fatalnie i czeka mnie beznadziejne dwanaście miesięcy.

12:43, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 06 stycznia 2014
Przeziębienie - reaktywacja

Wczoraj wizyta brata z rodziną, potem spacer z Wiertką szlakiem dekoracji świątecznych. Powrót do domu, szybki obiad, senność, duszno, ucisk w czole. I po drzemce już wiem - zaczyna się mega katar. Nieprzespana prawie noc, bo ciężko oddychać ustami w tak suchym pomieszczeniu.

To tylko katar + wielkie osłabienie + początek cyklu i zapewne przejdzie w miarę ulgowo. Jednak to już trzeci albo czwarty od października. Gdybym na 100% wiedziała, że prostowanie przegrody nosowej coś na to poradzi, ograniczy te przeziębienia, to bym zaryzykowała to dłubanie dłutem w nosie i tkwienie cały dzień w dwoma tamponami w dziurkach nosa (czyli coś jak ostania noc). Prawdopodobnie wyłożyłam się na wychodzeniu z wanny - ja idę się kąpać, włączam Wiertce bajki na YT i co jakieś 15-20 minut muszę wyjść ociekająca wodą, by odpalić jej nową. Problem został właśnie naprawiony, bo wczoraj nauczyłam ją najeżdżać myszką i klikać na kolejną bajkę.

Dziś przez ponad godzinę był z nami jej ojciec, by mogła sobie po nim poskakać. A tak nie miałam na nic siły. Wiertka co chwila podchodziła do mnie z pytaniem "Czy już wyzdrowiałaś?", w domyśle - czy już idę się nią pobawić. Włączyłam jej bajki i - dzięki także jej nowym umiejętnościom - miałam trzy godziny nieprzerwanej drzemki, a potem czytałam książkę albo leżałam jak trup. Fatalnie dla intelektu mojego dziecka, ale trudno.

Z anegdotek o moim dziecku. Wczoraj pisałam sms-a, a ona próbowała wyciągnąć mnie do zabawy, nie mogąc się doczekać. Padły po sobie trzy zdania:

- Ty mnie nie słuchasz.

- Ty mnie mnie nie rozumiesz.

- Jestem żałosna.

To ostatnie mnie zaintrygowało :)

Jeszcze inna historia. Były miał dziś o poranku kurs z jednego końca miasta na drugi. Pogawędka z pasażerem - wschód słońca, pięknie zaczęty dzień, pięknie zaczęty tydzień pracy, ale dziś wolne. Pasażer z szokiem:

- To dziś wolne?!

I kazał się odwieźć do domu :)

A jutro do pracy. Za dużo roboty, by brać urlop. Muszę się wykaraskać, na ile się da.

19:34, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
sobota, 04 stycznia 2014
Sałatka pracownicza - przetargowo

Natknęłam się dziś w trakcie prasówki na informację, że przetarg na roznoszenie listów wysyłanych przez resort sądownictwa (czyli wezwania na rozprawy, itp) wygrał nie prawie jeszcze monopolista Poczta Polska, tylko niejaka Polska Grupa Pocztowa. Dała najniższą cenę. W grę wchodziły także inne czynniki, które dawały PP 100% szans wygrania - choćby punkt w każdej gminie. Kto je ma oprócz niego??? PGP weszła w układ w In Postem i dogoniła konkurenta. Poczta Polska będzie protestować. Wysoką cenę ofertową tłumaczy tym, że jej pracownicy są zatrudnieni na umowy o pracę.

To tylko wstęp, do wpisu, który planowałam od kilku dni. Bo ja wczoraj wypełniłam - mam nadzieję - ostatnią ofertę przetargową. Większość grudnia upływała nam na tych nieszczęsnych przetargach. Dlaczego nieszczęsnych? Na prawdę przebujanie się przez lekturę "Zaproszenia do oferty" wraz z horda załączników, to głupstwa. Rozgryzanie wachlarza wymaganych dokumentów (jedno potknięcie i ze względów formalnych można wypaść), to drobiazg. My jednak robimy to wszystko mając 100% pewności, że jest to bezcelowe, bo moja firma przetargu nie wygra. Przekonanie potwierdzone, bo informacje o niektórych wynikach do nas już dotarły. Wraz z ofertami cenowymi konkurencji.

Bo jedynym, najważniejszym, jedynym, najważniejszym i dodam dla pewności jedynym i najważniejszym kryterium wyboru jest cena. I doskonale to rozumiem. To budżetówka, wydaje moje pieniądze, chcę by były wydane racjonalnie. Chcę by wyścig był czysty, bez ustawień, bez dodatkowych założeń punktujących tylko jedną startującą firmę. Efekt jest taki, że wygrywa koncern, który daje "po kosztach" i wrzuca to w straty, albo mała firma, która cała działa po kosztach, ma urządzenia ledwo działające albo kiepskiej jakości i pracowników utrzymuje też "po kosztach", czyli czasami na umowy cywilno prawne. Tacy średniacy jak my - nie wygrywamy.

Odkąd odpowiadam na zaproszenia ofertowe, widzę wyniki tych przetargów, to całkiem inaczej patrzę na produkty wykorzystywane w urzędach - jak na te z najniższej półki ;) Nieważne, że w urzędzie częstują cię parówką, która nie ma mięsa, ważne, że w postępowaniu przetargowym była ona najtańsza (bo pozbawiona mięsa). Koleżanka z działu pracowała kiedyś dla firmy budowlanej i także jej firma odpadała w przetargach. Bo cenach jakie dawała konkurencja widać było, że nie ma fizycznej możliwości by jej pracownicy dostawali za wykonaną w przetargu pracę jakieś normalne pieniądze, by byli zatrudnieni nie na czarno. Potem mamy serię artykułów o pracy za 4-5 zł za godzinę. Jakoś ten przetarg, np. na sprzątanie marketu trzeba było wygrać.

W sumie nie wiem, jaka byłaby inna opcja. Jakie bym miała dać rozwiązanie.

Z ciekawostek przetargowych. Przeglądałam zaproszenie od pewnego banku i nawet nie zaczęłam wyliczać oferty, gdy dotarłam do punktu, w którym chcą sprawozdania finansowe mojej firmy za ostatnie trzy lata oraz informacje o zyskach i przychodach... Plus ankieta o jakiś etycznych działaniach pracowniczych, gdzie trzeba opisywać tajemnice kadrowe. A to, że piszą o liście placówek w całym kraju i odsyłają do wyszukiwarki na stronie, gdzie najpierw trzeba wpisać miasto, to już tylko drobny kwiatek.

Są także ciekawe inicjatywy. W specyfikacji wczorajszego zaproszenia był także wymóg, że firma stająca do przetargu nie ma zaległości w składkach m.in. na ZUS oraz nie ma wyroków sądu pracy.

22:24, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi