To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 30 stycznia 2015
Moja córka reżyserka

Czas biegnie i trzeba zastanawiać się nad szkołą, zerówką. Rozkład jazdy jest raczej niedopasowany do zmian po reformie. Najpierw informuję przedszkole, że dziecko idzie do szkoły, potem wybieram szkołę, a na koniec dostaję od pań nauczycielek wynik testu dziecka i informację, czy ma gotowość szkolną...

W środę byłam na spotkaniu z paniami nauczycielkami Wiertki. Chciałam by powiedziały, czy mała dokonała jakiś postępów, zmian od września, czy może pójść do pierwszej klasy od września. Przyjęłam założenie, że interesuję się tym, czy moje dziecko idzie dalej, a nie ma być odraczane. Jednak po testach przesiewowych czterolatka i tych z początku zerówki byłam pełna niepokoju, czy moja córka sobie poradzi :(

Dygresja. Model to rzadki chyba. Na ostatnim spotkaniu świąteczny w przedszkolu - dzieci, rodzice i personel - przysłuchiwałam się rozmowom matek. Głównym tematem było jaka szkoła, a najlepiej, to jak odroczyć, gdzie wydeptywać ścieżki. Myślałam, że rodzice w tym roku karnie wyślą dzieci do szkoły, ale okazało się, że część kombinuje. Padały nawet pomysły,  że skoro zerówek w szkołach ma już nie być, to zapisać maluszka do szkoły muzycznej, albo prywatnej. Na rok... Pomyślałam, że dobrym interesem jest teraz otwieranie malutkich mini-szkółek tylko z oddziałem zerówkowym ;)

Wracam do rozmowy. Okazało się, że Wiertka zrobiła duży skok rozwojowy. Z dzieci, które wcześniej objęte były zajęciami specjalnymi ona rozwinęła się najbardziej. Ćwiczenia w książeczce robi bez dodatkowego wyjaśniania, tłumaczenia, od razu łapie, o co chodzi. A to wcale nie jest takie oczywiste u innych dzieci. Ćwiczenie robi szybko, trochę po to by iść się bawić, ale robi je prawidłowo.

Dygresja druga. Kiedyś, na placu zabaw, widziałam jak Wiertka wypełniała pewną książeczkę z koleżanką z grupy. Zabawa polegała na dopasowaniu naklejki według numeru - do numeru na karcie w książce. Koleżanka jest pół roku starsza, poważna, refleksyjna, sprawia wrażenie mądrego dziecka.

Dygresja szkatułkowa. Nam introwertykom łatwiej udawać inteligentnych, bo im częściej otwiera się usta, tym większe ryzyko, że palnie się głupotę. A milczenie ma swoje pozory głębi ;)

Wracam na plac zabaw :) I okazało się, że to moja córka w 2-3 sekundy znajdowała odpowiednie miejsce na naklejkę, gdy koleżanka potrzebowała więcej czasu na zastanowienie. Wtedy to pomyślałam, że może moje dziecko nie jest takie do końca głupie :)

A teraz dalsza rozmowa z nauczycielkami (wpis niczym z Potockiego i "Rękopisu" się robi) Reakcje emocjonalne Wiertki się zmieniły. Już nie wybucha płaczem, nie wywołuje bójek, kontroluje się.

A reżyserka? :) Organizuje dzieciom zabawy. Rozdaje role, ale też kwestie do mówienia (tak jak ze mną i koleżanką z bloku). To może nawet producentka. Jednak nie tylko. Słucha dzieci i dopasowuje scenariusz do ich uwag, nie naciska, że ktoś ma coś robić. Dlatego dzieci chcą się z nią bawić. Jest inna dziewczynka, która mocno się upiera i ta nie ma efektów.

Zazdroszczę tego mojej córce :) Że ma odwagę podporządkowywać sobie ludzi i że oni chcą się jej podporządkować :)

Według pań, może iść do pierwszej klasy. Da sobie radę.

Dziś rano rozmawiałam z panią psycholog przedszkolną. Jej słowa pokrywały się z tymi nauczycielek. Wiertka zadania robi sprawnie, bez dodatkowych wyjaśnień, wystarczy jedno polecenie. Są pewne trudności ze skupieniem uwagi, ale potrafi już przesiedzieć dłuższy czas przy jakimś zajęciu. W memo wymiata, zawsze wygrywa. Sprawia to pewną trudność, bo trzeba teraz chyba zmienić grę by i inne dzieci miały szansę :) Nie musi nawet przychodzić na te spotkania z panią psycholog.

Pani psycholog radzi by do pierwszej klasy posłać. Klasa i tak będzie złożona z jej rocznika, a na tle rówieśników jest zdolna. Doradziła też by pozytywnie nastawiać dziecko do pójścia do szkoły, bo one mogą wyczuwać wahania, niepokoje rodzica. Właśnie. Trzeba podjąć decyzję i pokazywać ją dziecku. Nie tak, że będzie cieszyć się, że idzie do I klasy, a potem wyjdzie z tego zerówka, lub na odwrót. Albo wyczuje, że kwestia pójścia do szkoły to jakiś groźny temat, może tam spotkać je porażka.

Ulżyło mi i spuchłam z dumy :)

Sokramka mówiła mi ostatnio, patrząc na Wiertkę, że nie widzi takiego malucha w szkole. Jest jakieś ryzyko. Tylko, że jej grupa to dzieciaki podobne. Klasa będzie złożona z takim maluchów. Jeszcze w marcu pochodzę na dni otwarte w szkołach i popatrzę na warunki, jak będą składane klasy - czy odroczony rocznik 2008 i 2009 będzie połączony, czy klasy będą oddzielne. O ile Wiertka wśród rówieśników może wymiatać, to z tymi rok starszymi może już się frustrować.

15:03, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 28 stycznia 2015
Poezja

Byłam wczoraj na pierwszych zajęciach z pisania poezji :)

Postanowiłam poprawić trochę warsztat :) 

Z poezją jest trudny temat, bo jest mocno poboczna. Opowiadania, felietony, różne teksty składałam odkąd nauczyłam się pisać. Co do wierszy, to uważałam, że trzeba mieć specjalny talent - coś jak chemia, czy fizyka ;) W dodatku granica pomiędzy grafomanią, a czymś poprawnie skleconym jest tak płynna, że czasem znawcom trudno to określić. A ja boję się śmieszności :)

Ale raz na jakiś czas dopada mnie coś takiego jak Jerzego Stuhra, gdy śpiewał "Śpiewać każdy może". Niech mnie który przegoni ;) Dopada raz na jakiś czas. Nie da zrobić z tego warsztatu, gdy dzień w dzień siedzisz i cyzelujesz te strofki od 8:00 do 16:00 (jak to można robić z powieścią).

Poszłam na te warsztaty, bo upajanie się tym co się napisało, bez uwag, czy bazy teoretycznej, to jednak za mało.

Było ciężko. Grupa nowych ludzi. Fakt, że malutka. Jeden rzuca fachowymi terminami z zakresu polonistyki. Piszą wiersze całkiem fajne. I w tym ja. Prawie się zablokowałam. Na ćwiczenie czasu było mało, ale też do napisania było kilka wersów. Czułam się strasznie i przemknęło mi przez głowę, że już tu nie wrócę. Ale trochę się rozpisałam i chyba ruszyłam do przodu. Mam kilka fajnych "zahaczek" - że zapożyczę termin do Bator.

13:07, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 stycznia 2015
O pożytkach z nieszczęścia innych

Tytuł wątku może okropny, ale wierzę, że ktoś inny pociesza się moimi nieszczęściami :)

Odkąd kurs franka poszybował w górę, popłynęła fala smutku i żalu. Za nią poszła kolejna o wiele większa - fala Schadenfreude. Nie biorę udziału w dyskusji, czy państwo ma komukolwiek pomagać, czy dobrze im tak, niech cierpią.

Mnie to dało całkiem inną refleksję. Wybaczcie frankowcy, ale dzięki tej sytuacji uświadomiłam sobie, że nie jestem na dnie :) Dotąd moim strachem było to, że znajdę się w tak ciężkiej sytuacji finansowej, że będę musiała sprzedać mieszkanie. A potem to już równia, bo pieniądze ze sprzedaży kiedyś też się wyczerpią i za kilka lat znajdę się kompletnie bez wystarczających środków do przeżycia. Bez wystarczających środków, nawet mając pracę. Żyć za 1500 netto i nie przetrwać. Taka trawestacja  Barbara Ehrenreich (dziennikarka amerykańska, która w ramach reportażu próbowała pracować na stanowiskach za niskie wynagrodzenie i utrzymać, po 1,5 roku znalazła się na skraju bankructwa) :/ I nawet nie pozostawię dziecku mieszkania.

Jednak poszłam po rozum do głowy. Ja będę miała przynajmniej żywą gotówkę w ręku, gdy część frankowców w najlepszym wypadku wyjdzie na zero. Jeśli nie zostaną im jeszcze ogromne długi w banku.

Frankowcom państwo pomoże. Mnie nie.

Nie przyłączam się do wiodącego dyskursu, że sami sobie winni. Po fakcie wszyscy są mistrzami ekonomii i jastrzębiami w przewidywaniu wahań kursów. Nie uważam za naganne, że ocenienie jakiego kredytu potrzebuję zostawiam fachowcowi. Tak jak nie pouczam lekarza, jak mam mnie leczyć. Nie mówię szewcowi jak ma fleka wbijać. Niestety, czas pokazał, że fachowcy to była łapanka, dociskana parciem na wynik sprzedaży.

W ostatniej Gazecie Świątecznej przeczytałam bardzo ciekawy artykuł "Wiedzieliście" Grzegorza Sroczyńskiego . W pierwszej chwili pomyślałam, że następny, który pastwi się nad tymi, którzy i tak już czują się podle. Na szczęście, artykuł wymierzony jest w tych, którzy stali za nadmuchiwaniem bańki kredytowej - prezesów banków, szefów sprzedaży, trochę doradców finansowych. Polecam lekturę, nie wiem, czy pod linkiem jest całość.

Kiedy jednak wracam pamięcią do tamtych lat, to - po kryzysie przełomu wieków wywołanej klęską dotcomów - ludzie zachłysnęli się hossą. Wielu chyba myślało, że tak może być już zawsze. Nawet ja po 2-3 latach czujności i obaw, myślałam, że wreszcie dobiłam do wyspy normalności. Napomykałam, że moglibyśmy kupić mieszkanie na kredyt, ale Były stukał się w głowę, że po co nam sznur na trzy dekady. Wynajmowanie, w przeciwieństwie do rzeszy ludzi, wspominałam dobrze. Całkiem ok sposób na życie. Może dlatego, że nie mam sraczki na punkcie urządzania wnętrz i wicia gniazda. Moje dziś własne wygląda jak z FP "Chujowe mieszkania do wynajęcia" :) Nieważne, czy własne mieszkanie. Ważne z kim mieszkasz.

I kto te kredyty sprzedawał. Fachowcy. Jak większość czytelników bloga wie, szukanie pracy mam w krwiobiegu. Bywałam na rozmowach rekrutacyjnych jesienią 2008 i zimą 2009. Także w firmach doradztwa kredytowego, czy finansowego. Nie po to by zdobyć tam pracę, ale z ciekawości poznawczej. W większości rozmowa nie polegała na tym, by zbadać, czy się nadaję, ale by mnie zachęcić do zostania. Skoro sprzedażą kredytów mógł zajmować się absolwent socjologii po miesięcznym kursie z finansów, to o czym rozmawiamy...

Jeszcze inna refleksja - zamiast kupować kupon Lotto, powinnam była za wszystkie oszczędności kupić franki w środę przed "czarnym czwartkiem" i sprzedać je następnego dnia. Byłabym 11 tysięcy do przodu w jeden dzień. Nikt cynku nie dał :)

 

Tytuł artykułu - "Wiedzieliście" - skojarzył mi się od razu z tytułem innego artykułu - sto lat temu, inny kraj, skandal polityczny z podtekstem narodowościowym w tle. Zapewne świadome nawiązanie. Ciekawe komu też się skojarzyło? :)

15:46, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 stycznia 2015
Wegetariańska dywersja

W ostatnim czasie, gdy zaglądałam z Wiertką do stoiska mięsnego, dziecko pytało się dlaczego na karteczkach są rysunki świnki. Odrzekłam, że to dlatego, że te wędliny są robione z mięsa świnek. Moja córka robiła płaczliwą minę.

- Nie chcę żeby świnki umierały.

- Ludzie, którzy nie chcą by zwierzęta umierały, nie jedzą mięsa. Jeśli nie chcesz, to nie musisz jeść.

Przy drugiej takiej rozmowie, dziecko podniosło stopień trudności.

- A ty chcesz żeby świnki umierały?

- Lubię jeść mięso.

- Ale czy chcesz żeby świnki umierały?

Użyłam słowa wytrycha na wygodne trwanie w niewygodnym stanie:

- To skomplikowane.

Za trzecim razem, w sklepie, Wiertka stanowczo odmówiła jedzenia szynki. Kupiłam dla siebie, a dla dziecka dużo twarożku :) Skoro nie chce jeść mięsa, to będę jej przyrządzać coś innego.

Zapewne za jakiś czas wyleci jej powiązanie zwierzątka z różowym płatem na kanapce i powróci do jedzenia. Stało się to nawet wczoraj, gdy jej tata zrobił jej kolację. W dodatku Były wywołał ognistą dyskusję z pozycji mięsożercy na moim profilu FB, gdzie ściął się z moimi wegańskimi koleżankami. Małe dzieci bywają też jeszcze niekonsekwentne - szynka nie, ale kotlecik tak. Tak było z czekoladą - dla Wiertki czekolada jest niezdrowa, ale jajko niespodzianka już nie, bo wg niej nie jest z czekolady :) Dyskusje nie dały rezultatu :)

A Młoda, wegetarianka, cieszy się, że młodsza siostra do niej dołączy.

Jeśli moja córka w wieku nieco pomad 5 lat postanawia zostać wegetarianką, to co wymyśli jak będzie miała 15 lat?

15:09, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 21 stycznia 2015
Sałatka życiowa

Takie tam okruchy.

Wczorajszy wieczór całkiem na luzie. Ochota na czekoladę spadła, zjadłam ze smakiem i przyjemnością pomarańczę. Choć nadal przyznaję, że to nie to :D

Kilka dni temu, prawie padł mi komputer. Pierwsze co pomyślałam, to to, że nie zarchiwizowałam mojego tekstu. Tekstu jest sporo, to kilkanaście tygodni żmudnego przepisywania i pierwszego poprawiania. Gdybym to straciła, to bym padła. Jakby wszechświat się napinał, by mi powiedzieć: odpuść kobieto. Nawet strata ogromnej ilości zdjęć jakie ostatnio robię tak by nie bolała. Na szczęście, Były, przy okazji odwiedzin dziecka, coś przy nim zrobił i rzęch działa. Działa wolno, z namysłem, dostojnie, niczym jego protoplaści dwie dekady temu. Jak mam w przeglądarce otworzony Facebook i Gazeta.pl, to biedactwo się zawiesza. Gdyby nie moja oszczędność ocierająca się o granice skąpstwa i wieczna obawa, że zaraz nie będę miała za co żyć, kupiłbym nowy sprzęt. Tekst oczywiście zarchiwizowałam.

Zaniedbałam trochę biednego Edka. Daję mu jeść, czyszczę klatkę, głaszczę, rozmawiam. Jednak biedakowi zrobił się kołtun w tylnej części ciała. Moja młodzieńcza świnka morska była krótkowłosa, nie miałam odruchu sprawdzania sierści zwierzaka i przegapiłam moment, gdy włosy się splątały. Trzeba też było skrócić pazurki. Nie wiedziałam, jak zabrać się za to sama. Edek lubi gryźć w chwilach niepewności.

I oto niedawno, znowu przy okazji wizyty u dziecka, Były oraz Młoda (starsza córka, posiedziała chwilę z Wiertką, bo ojciec był na jej wywiadówce w liceum) zabrali się za moje zwierzę. Po powrocie zastałam je już oporządzone. Za to Były był zapłakany, przysmarkany, z wysokim ciśnieniem (według niego). Ma alergię na świnki morskie. Zapowiedział, że więcej się do Edka nie zbliża, nawet z jedzeniem. Ciekawe, że większość jego byłych kobiet ma w domu świnki morskie ;)

16:50, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 stycznia 2015
Czekoladowy Blue Monday

Wczoraj był Blue Monday, podobno  najbardziej depresyjny dzień w roku :) Podobno dlatego, że w okolicach tego dnia postanowienia noworoczne zaczynają się sypać :)

W tym roku prawie nałożył się z nowiem księżyca. I przeszłabym przez ten dzień gładko. Gdyby nie cholerna czekolada.

Jestem uzależniona od czekolady i do niedawna starałam się tym nie przejmować. Jednak po okresie świątecznym zaczęłam przypominać Bukę i nie dopinać się w ubrania. Okazało się, że świąteczne menu, siedzenie w domu mocno się do tego przyczyniło, bo gdy wróciłam do pracy sytuacja się trochę poprawiła. Nie jestem jednak aż tak naiwna, że poprawiła tak jakbym chciała. Waga w łazience (nie mojej), niczym matka, zawsze wypomni, wypunktuje i pouczy.

Postanowiłam, jak w czasach przed ciążą, jeść słodycze tylko w weekend. A w tygodniu trzymać dyscyplinę. Kiedyś sobotnie wieczory nazywałam "nocą zbrodni", bo siadałam z czekoladą, paczką chipsów oraz dwoma piwami :)

Łatwo powiedzieć. Efekt jest taki, że wieczorami, leżąc w łóżku... fantazjuję o czekoladzie. O galaretce delicji oblanej czekoladą, albo o ptasim mleczku rozpływającym się w ustach. To na prawdę bardzo zmysłowe fantazje. Tamten tydzień opędziłam pomarańczami. Bardziej dla zajęcia rąk, bo słodkie, smaczne, ale to nie czekolada. Głód pozostaje.

Wczoraj, chyba po weekendzie z czekoladą, padło na mnie maksymalnie. Chciało mi się czekolady. A jeśli nie jej, to chociaż papierosa. A jeśli nie jego, to chociaż alkoholu.  A jeśli nie jego, to chociaż męskiego ciała. Wszystkie pokusy świata robiły sobie na mnie używanie.

Jak na złość papierosy się skończyły. Czekolady nie było. Mężczyzny też. Na widok pomarańczy ciało jeżyło się i prychało. W barku miałam kawową brandy. Ktoś kiedyś przyniósł w prezencie. Stoi od pół roku, bo kompletnie nie mój typ alkoholu. Czasem kogoś poczęstuję. A teraz - proszę bardzo. Kłopot taki, że po lampce brandy zrobiłam się potwornie głodna i zjadłam kanapkę. Nie wiem, czy czekoladą nie dobiłabym tyle samo kalorii.

Zasnęłam dopiero po 1:00.

Postanowiłam pisać więcej wierszy, że by wyładować energię. Tylko, że świńskie wychodzą :)

Justyna Pochanke wyznała kiedyś w wywiadzie, że jest uzależniona od czekolady. Próbowała odstawić, ale się nie udało. Tak więc - razem z dietetykiem - zbilansowala dietę, żeby jedna tabliczka dziennie zmieściła się. Gdzie jest ten dietetyk?!

15:41, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Po weekendzie

W sobotę wybrałam się na spacer miejski z Praską Ferajną. Miałam zamiar zabrać ze sobą Wiertkę, ale sąsiadka zaproponowała, żeby mała pobawiła się z jej córką. Miałam dwie godziny na trochę wycieczki i szybkie zakupy :)

W niedzielę wahałam się pomiędzy kolejnym spacerem (tym razem Targowa i Muzeum Pragi), a kronikami w Domu Spotkań z Historią (Warszawa w gruzach tuż po wyzwoleniu). W obu przypadkach towarzyszyć miała mi córka. Pomyślałam w końcu, że przyda jej się trochę historii. Opowiadałam jej kiedyś o Powstaniu Warszawskim, pokazywałam zdjęcia zrujnowanej Warszawy, a filmiki miały być krótkie. Nie pomyślałam jednak, że moje dziecko może być wrażliwe. Na co dzień skrzętnie to ukrywa :) Po kilku minutach, może kwadransie, przytuliła się do mnie i powiedziała, że to jest straszne i boi się. Miała też potrzebę komentowania na gorąco, tego co widzi. Nawet szeptem, to może przeszkadzać.

Poszłyśmy oglądać wystawy. Pierwsza, zdjęcia z Wielkiej Wojny na Wschodzie, z frontu, nie zainteresowała mnie. W mniejszej sali była wystawa "Fotoikony". Może więcej niż dwadzieścia zdjęć-ikon, tych najbardziej znanych. Przykładem to Niedenthala z czasu stanu wojennego, czołg przed kinem "Moskwa", albo Jan Paweł II całujący polską ziemię po wyjściu z samolotu. Generalnie raczej nuda. Kurator miał ciekawy pomysł na to, by rzecz ożywić. Wchodząc na salę można wziąć malutkie naklejki - kwadraciki w trzech kolorach: czerwonym, czarnym i zielonym. I oto rozwiązuje się zagadka dziwnych mozaik, okalających zdjęcia. Można przy każdym nakleić kwadracik: czerwony - "znam to zdjęcie", czarny - "to zdjęcie zrobiło na mnie wrażenie", zielony - "to zdjęcie opowiada historię". Można też zobaczyć, przy jakim, jakie kolory dominują, ile jest kwadracików. To jest najciekawsze.

Ja podawałam Wiertce naklejki, a ona naklejała. Albo mówiłam jej kolor. Potem także ona wybierała i oznaczała zdjęcia, które zrobiły na niej największe wrażenie i które dla niej opowiadają historię :) Fajna zabawa, bo zaangażowała się :)

Na przykład zdjęcie trzech czy czterech małych dziewczynek siedzących na ziemi, a w tle budowany PKiN. Powiedziałam Wiertce, że dziś te dziewczynki, to dorosłe już kobiety. Zobaczyła podobieństwo do pań z przedszkola :) To zapewne one :) Innym takim zdjęciem była sylwetka robotnika, który miał twarz całkowicie zasłoniętą szpadlem łopaty, którą trzymał na sztorc. Dla mojej córki, to była "praca". Cholera, dość trafne :)

Wracając do domu wstąpiłyśmy do optyka. W czwartek wieczorem udało mi się stłuc szkło w okularach. Kąpię się w mojej wannie ponad pięć lat, zawsze kładę je w tym samym miejscu, a teraz udało mi się wychylając po ręcznik, nacisnąć łokciem na oprawki. I usłyszałam trzask. Mojemu łokciowi zawdzięczam 174 złote mniej na koncie :/ Szkła mam ze specjalną powłoką do pracy przy komputerze, dlatego droższe.

19:26, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 stycznia 2015
Warszawa w oczach pisarek

Jednak nie ucieknę od lansu intelektualnego :)

Byłam wczoraj na spotkaniu "Warszawa - kobieca sprawa", promocji i dyskusji wokół książki Małgorzaty Büthner-Zawadzkiej "Warszawa w oczach pisarek. Obraz i doświadczenie miasta w polskiej prozie kobiecej 1864-1939". Tytuł długi, objętość równie, ale temat ciekawy :)

Była ze mną justek, która ma oficjalnie recenzować dla feministek, więc jest w trudniejszej sytuacji. Ja opisując spotkanie mogę jakieś rzeczy pominąć, wyciągnąć tylko te ciekawe dla mnie smaczki, o zgrozo mogę nawet coś źle zapamiętać, zinterpretować. Bo to moje życie potoczne. Jak puszcza się tekst do obiegu pod znanym szyldem, to już trzeba się trzymać faktów.

Oprócz autorki obecne były także - moderatorka, Agnieszka Kozłowska, Lena Magnone i Sylwia Chutnik.

Sama książka to pod różnymi kątami opracowane powieści, utwory polskich pisarek. Studia miejsce, genderowe i obyczajowe. Nie ma tam opracowań dzienników, listów, wspomnień, ze względu na ogrom materiału.

Obecne panelistki wyznaczyły kilka cenzur czasowych, według których można dzielić teksty. Jednak taką najważniejszą granicą była I wojna światowa. Przedtem Warszawa opisywana jest jako miasto prowincjonalne, w porównaniu do innych (choćby Lwowa). Po wojnie staje się stolicą i nabiera sznytu metropolii. Ciekawe, co na to porównanie dumni "warszawiacy nie-słoiki" ;)

Warszawa dotąd kojarzyła się z mężczyznami i pisarzami - Prus, Żeromski, Konwicki, Tyrmand, Białoszewski, Grzesiuk. Miasto to sfera mężczyzn, świat publiczny. I w XIX wieku tak było. Garnizony żołnierskie, uniwersytet. Ze względu na dużą skalę legalnej prostytucji i dbałość o zdrowie jej użytkowników, policja miała prawo legitymować samotnie spacerujące kobiety i w razie wątpliwości zabrać na badanie, czy aby zdrowa. Przy takiej kontroli kobiet w sferze publicznej, te nie mogły czuć się w niej swobodnie. Bycie "flanerem", tam opiewane w wierszach było tylko męskim przywilejem (Magnone).

Dlatego Büthner-Zawadzkia zwróciła uwagę, że kobiety miały w sobie jakąś formę agorafobii, ale w sensie lęku przed przestrzenią publiczną. W tekstach męskich, Warszawa jest klaustrofobicznym labiryntem. Taką ciasną przestrzenią dla kobiety był dom.

Nawet dom miał swoje strefy. Ta publiczna, od frontu, z salonem i gabinetem oraz ta z tyłu, z kuchnią i drzwiami kuchennymi. Zdarzało się, że w obu kobieta była gościem - w pierwszej widzem świata męża, w kuchni nadzorując służbę.

Sylwia Chutnik dodała jeszcze, że patrząc na miasto genderowo - męskie jest centrum, a damskie przedmieścia.

sDopiero koniec I wojny światowej sprawił, że kobiety zaczęły się pojawiać w przestrzeni publicznej, jako urzędniczki.

Autorka zwróciła uwagę na jeszcze jedną rzecz. Paryż, czy Rzym można opisać jednym zdaniem, hasłem. Warszawy tak się nie da, jest tyglem różnych zjawisk.

Ja zastanawiałam się, czym dziś dla pisarzy, pisarek jest Warszawa. Opisywana jest jako mroczne, ponure miejsce, które wsysa swoje ofiary i wypluwa. Gdzie toczy się ostra walka o byt - "Zachłanni" Magdaleny Żelazowskiej, "Wrzawa" Krzysztofa Beśki, hedonistyczne szaleństwa "Nocne zwierzęta" Patrycji Pustkowiak, thriller wśród ludzi pozbawionych emocji "Kilka nocy poza domem" Tomasza Piątka. Czy zdarzyła się ostatnio jakaś powieść, gdzieś ktoś opisał Warszawę ciepło i z sympatią? Z nostalgią? Nawet jeśli w tle dzieje się dramat? 

Mam wrażenie, że dziś fajnie jest pisać jaka ta Warszawa jest okropna, jak niszczy ludzi. Skupienie frustracji nie na prawdziwym winnym sytuacji ekonomicznej w kraju. Dzięki temu, sukces jaki się tu odnosi, nawet jeśli to umiejętność spłaty kredytu i przeżycia godnie do wypłaty jest traktowany w kategoriach życiowego zwycięstwa.

To wszystko nie są dylematy warszawiaków (od pokoleń, jednego pokolenia, 1/4 pokolenia), bo oni po prostu tu żyją. Nie pytasz ryby głębinowej, jak znosi wysokie ciśnienie i brak światła. Znosi, zawsze tak było :)

Książkę zakupiłam :) Chcę zwrócić uwagę na ascetyczną szatę graficzną. Książki wydawane przez Instytut Badań Literackich PAN, w serii "Lupa Obscura" są kolorowe - każda okładka w innym. To jedyny rynkowy element. Okładka nie ma zdjęcia, rysunku, obrazu - jest na niej tylko tytuł i autor. Sprawia to wrażenie naukowej cegły, dla wytrwałych. A tematy ciekawe. Jako, że była promocja, to kupiłam jeszcze inną książkę z tej serii - "Akuszerki transformacji. Kobiety, literatura i władza w Polsce po 1989 roku" Agnieszki Mrozik.


15:51, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
wtorek, 13 stycznia 2015
O depresji poporodowej teoretycznie

Skoro wczoraj było na temat genderów, dyskusji, referatów, to przypomnę także moje grudniowe wystąpienie na zajęciach.

Zagapiłam się i fajne tematy mi umknęły. Zostały tylko teksty teoretyczne. Zastanawiałam się trochę, czy brać się do referowania angielskiego tekstu. Moja znajomość języka, rzadko praktykowana w pracy, rdzewieje. Trzeba jednak utrudniać sobie życie :)

Za opracowywanie tekstu wzięłam się odpowiednio wcześniej i jak to ja - w komunikacji miejskiej. Może by sobie zrobić punkcik na skali lansu ;) Zabrałam się za niego wracając z pracy do domu i w pierwszej chwili entuzjazm mi runął. Nie mogłam nic zrozumieć. Masakra. Wróciłam do kartek następnego dnia rano. Zmiana o 180 stopni. Zmęczony ośmioma godzinami pracy mózg, w dodatku w okolicach przesilenia zimowego, działa jak koło zębate zasypane piaskiem. Porankami za to pyrka całkiem sprawnie. I to jeszcze przed pierwszą kawą :)

Dlatego referat przygotowywałam porankami, w tramwaju. Dziwnie to brzmi, ale w tworzeniu jazda, obecność innych ludzi nie przeszkadza mi. Robiłam notatki na kartce, więc było trudno podglądać. To a propos pewnego wpisu kiedyś na FP "Mordoru na Domaniewskiej", gdy ktoś zwracał uwagę na kończących w autobusie na laptopach swoje projekty. Gdzie widać było który klient, jaki budżet, jakie media :)

Cieszę się, że przełamałam swoje lenistwo.

A do opracowania miałam "Women's lives and depression: marriage and motherhood" z "Understanding depression. Feminist social constructionist approaches" Janet Stoppard. Czyli nic trudnego.

Główną tezą było to, że depresja związana z macierzyństwem ma podłoże społeczne, nie biologiczne (hormony poporodowe). Autorka opierała się (nie tylko) na badaniach z końca lat 90tych na kanadyjskich uczennicach kończących college. Młode dziewczyny mają przed sobą określoną wizję życia - małżeństwo, dzieci, praca łączona z zajmowanie się domem, ale być może pozostanie w domu oraz świadomość zdania się finansowo i emocjonalnie na męża (jego wsparcie finansowe i pomoc przy dzieciach). Ani jedna nie podała jako ewentualnych planówżycie samotne, bez dzieci, poświęcone pracy. I to zderzenie się z rzeczywistością - tym jak absorbująca jest opieka nad dziećmi, łączenie tego z obowiązkami domowymi, radzenie sobie ze zmęczeniem, powodują depresję.

To taki ogromny skrót. W sumie dla mnie nic odkrywczego. Raczej oczywiste. Choć komponent hormonalny, według mnie jest bardzo ważny, czego sama doświadczyłam na swoim ciele.

Ciekawe było zestawienie tej teorii z wiodącym tematem tamtych zajęć - trylogią Larsa von Triera "Antychryst", "Melancholia", "Nimfomanka". Czyli depresja jako przejaw natury, naszych ukrytych instynktów.

Po takim zasypaniu lansem intelektualnym, kolejne wpisy będą już o czymś innym. Na przykład, jakie to ma ciekawe dziecko :P 

15:27, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Depresja, załamania i inne przyjemności

Spojrzała w statystykę wejść na bloga i u licha, jakiś wirus mi nabija wejścia? Mam nadzieję, że nie trafiłam na "fanpejdż" pt. "Beka z <tu dowolne nieszczęście blogowe>"

Teraz o rzeczach fajniejszych. Ostatnia sobota, to zajęcia na genderach. Wiodącym tematem są kobiety i ich załamania nerwowe w literaturze, na tych zajęciach było tego sporo :)

Najpierw krótka dyskusja nad tekstem teoretycznym - "The anger of hope and the anger of despair: how anger relates to women's depression" Stoppard i Gammel. Tę teorię poznałam już jakiś czas temu i wtedy, nie ukrywam, była dla mnie odkryciem. Depresja jako wynik tłumionego gniewu, jeden z jego objawów. Autorki pracy przeprowadziły wywiady z sześćdziesięcioma kobietami będącymi w stałych związkach, cierpiącymi na depresję. Zawsze gdzieś w tle były spięcia, tłumione pretensje, niemożność okazania prawdziwych emocji. Przykładem są sytuacje domowe, gdzie nie można czuć się do końca komfortowo, są źródłem stresów, ale ze względów ekonomicznych, rodzinnych nie można ich zmienić. Można tylko robić dobrą minę i zaciskać zęby. Albo dyskusje, w których z góry wiadomo, że jest się na przegranej pozycji, bo gra jest zero-jedynkowa. Dodatkowo, kultura wychowywała kobiety, jako osoby, które się nie złoszczą i nie krzyczą. Efektem tłumionego gniewu, frustracji są uzależnienia, pedantyczne sprzątanie, choroby psychosomatyczne, depresja. Dla mnie jakoś brzmi to znajomo.

Końcowy wniosek można wysnuć dość obrazoburczy dla tradycyjnej rodziny - to związek jest generatorem kobiecych nerwic i depresji. Ponownie brzmi znajomo, bo gdyby nie stresy związane z borykaniem się na rynku pracy, to moje życie emocjonalne byłoby sielanką. Co niestety odbija się na moich biodrach, bo nic tak dobrze nie odchudza jak nerwica :) Jako, że związek nadal ma zapewne wiele zalet przeważających nad ewentualnymi frustracjami, to jego idea nadal będzie się cieszyła powodzeniem :)

Potem już tylko przyjemność dyskusji nad literaturą. Choć "Miłość z kamienia" Grażyny Jagielskiej jest bardziej dokumentem. Od problemu milczenia w dyskursie publicznym na temat stresu pourazowego żon i dzieci osób, które wracają z miejsc zagrożonych śmiercią w konflikcie zbrojnym (reporterzy, żołnierze) przeszliśmy do kwestii, czy zawód reportera wojennego ma dziś jeszcze sens? Padł argument, że w dobie dronów robiących zdjęcia i mediów społecznościowych wszystko da się udokumentować i bez dziennikarzy na miejscu. Czasu było mało na dyskusję, więc nie dopytałam się, jaki dron zrobiłby zdjęcia gwałconej przez rosyjskich żołnierzy Czeczence Tai (opisanej przez Jagielskiego, a potem Jagielską? Gdzie ten komputer i internet, poprzez którego owa pani opowiedziałaby, zapewne na poczytnym blogu, swoją comiesięczną historię gwałtu? Inna sprawa, że w specyfikę dzisiejszego reportera wojennego wpisany jest pewien element gwiazdorstwa. On nie robi tego by poinformować. On robi to by poinformować pierwszy, zdobyć uznanie, nagrody, naćpać się adrenaliną.

I wreszcie "Drobne szaleństwa dnia codziennego" Kai Malanowskiej. Najpierw osobista refleksja literacka. Dotąd uważałam, że rozpisywanie się na temat własnych depresji, załamań jest pójściem po najmniejszej linii oporu, nie pokazuje możliwości artystycznych, daje ryzyko wpadnięcia w pułapkę jednej powieści, bo na kolejne nie ma się po prostu pomysłu. Nie zabrałam się za temat mimo rad, że moje tragedie są malownicze literacko. Malanowska poszła tą ścieżką. Dobiła drugą powieścią, ale podobno pracuje nad czymś trzecim, więc nie jest monotematyczna. Powieść czytało mi się ciężko, jest zbyt gęsta w rozbieraniu na drobne elementy swojego nieszczęścia. Z okładki wynika, że Kinga Dunin była zachwycona. Niestety, w przeciwieństwie do niej obawiam się, że zawsze z czytaniem o depresji jest jak z czytaniem o dzieciach - tylko własne są urzekające i wciągające. Sylvi Plath się udało, bo jej depresja jest gdzieś z boku akcji, jak czarna nitka wpleciona w tkaninę. Zdradziecka i dlatego tak urzekająca. Inna sprawa, że powieść Malanowskiej jest podobno mocno autobiograficzna i nie chciałabym by ktoś patrzył na mnie przez pryzmat tak intymnych wyznań jak załamanie nerwowe i depresja kompulsywna (w moim przypadku inny rodzaj ;) ). Choćby rozmowa z pewnego wydarzenia artystycznego, na którym Malanowska pojawiła się z mężem, a ktoś rzucił "o, to ten, co ją zdradził pięć lat temu" :) 

Dyskusji wokół powieści było trochę, ale to mam w swoich notatkach, do różnych przemyśleń. Była też ciekawa rozmowa na temat zdrady i tego, czy zawsze musi oznaczać definitywny koniec związku. Jednak o tym może już w jakimś innym wpisie :)

15:48, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Tagi