To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 28 stycznia 2016
Jak bardzo jesteś łatwa?

Rano, przy porannnej, kawie, w czasie klepania odpowiedzi na maile, które spłynęły nocą, wpadł mi w ucho pewien quiz w radio. Pytanie opierało się na badaniach podanych przez jakąś amerykańską, czy angielską gazetę. Jaka jest optymalna ilość partnerów seksualnych kobiety, by można ją uznać za wystarczająco doświadczoną z jednej strony i nie puszczalską z drugiej?

Okazało się, że 10, słownie dziesięciu.

Od razu pomyślałam o metodologii - pytano i kobiety, i mężczyzn? Kontekst kulturowy - czy w Polsce padłaby podobna liczba?

Jestem już za stara, by zastanawiać się, jak ja plasuję się przy tej liczbie i przejmować się tym. Ja nawet nie znałam swojej liczby. Okazało się, że jednak podliczyłam i niestety nie mieszczę się w optimum. Biorąc pod uwagę, że mam przed sobą jeszcze ćwierć wieku (plus minus dekada) aktywności seksualnej, to mogę to optimum przekroczyć i wejść w obszar "puszczalska".

I kogo brać pod uwagę? Czy licealne macanko się liczy? Czy partnerem seksualnym jest ten, który pozostawił w lub na kobiecie swoje nasienie? Wtedy odpada ten buddysta, który mógł przez pięć godzin non stop, za to wydatkowanie spermy uważał za utratę cennej energii życiowej. No i kobiety też odpadają. Może w tym badaniu seks lesbijski liczy się podwójnie, a nawet potrójnie ze względu na swoją ekscentryczność? Jak rozliczać trójkąty i orgie?

Która kobieta jest bardziej optymalna. Ta, która w okresie pokwitania na fali poszukiwania miłości, bliskości oraz zrozumienia przespała się z kilkunastoma kolegami, by wreszcie w wieku maturalnym zakochać się prawdziwie i przejechać na jednym penisie do złotych godów? Czy ta która miała w życiu pięciu wieloletnich partnerów seksualnych, tylko dziwnym trafem większość była żonata?

Jeden wynik, tyle pytań :D

I, do cholery jednej, jakoś nikt nie bada optymalnej liczby partnerek seksualnych mężczyzny. Choć, gdy Czesław Mozil przyznał się do przekroczenia setki kobiet, nawet opinia publiczna poczuła się bezradna.

Chyba nie istotne jest ilu. Istotne jest ilu pamięta ten seks po latach. Jak większość już nic nie trybi na dźwięk twojego imienia, to tak - jesteś puszczalska ;)

środa, 27 stycznia 2016
Jak nie umiałam chorować

Po raz pierwszy od dwóch tygodni mam siłę cokolwiek napisać.

Od momentu ostatniego wpisu funkcjonowałam tak, że wracałam do domu z dzieckiem, włączałam jej bajki, robiłam szybki obiad, brałam gorącą kąpiel i zawijałam się w kołdrę. To było w czwartek i piątek. A w sobotę obudziłam się w takim stanie, że z trudem docierałam do łazienki i kuchni. Cały weekend przespałam z gorączką. Z łóżka wstawałam tylko po to, by zrobić coś do jedzenia dziecku. Sama nie dałam rady jeść. Dziecko tradycyjnie oglądało bajki.

Logiczne byłoby iść w poniedziałek po zwolnienie lekarskie. Szczególnie, że rozszalał się kaszel i katar. Ja jednak czułam się wystarczająco dobrze. Trochę wolno chodziłam, unosiłam się lekko nad ziemią, tak jakby przysypiała na siedząco, ale czułam się dobrze.

W środę wzięłam dzień wolnego. Zaprowadziłam dziecko do szkoły, wróciłam pod kołdrę. Zamknęłam na chwilę oczy kolo 8:15 i otworzyłam po 16:00. Dobrze, że dziecko jechało do ojca, nie musiałam wychodzić z łóżka. Zaraz zasnęłam ponownie.

A potem to naprawdę dawałam radę pracować. Choć po pracy, tradycyjnie, włączałam dziecku bajki, sama coś szybko gotowałam (apetyt wracał!), brałam gorącą kąpiel i zawijałam się w kołdrę.

Nadszedł kolejny weekend i nawet dziecko miało już dość bajek. Trudne do uwierzenia. Mnie minął katar, kaszel, ale nadal nie miałam energii. Kolejną sobotę przedrzemałam. W ostatnią niedzielę, zabrałam Małą do kina. Niech ma coś z życia. Zasnęłam w sali kinowej. Po filmie doczłapałam się do domu i dalej poszłam drzemać.

Bez życia. Bez energii. Bez emocji. Bez radości. Przygnębiona.

Ale naprawdę od poniedziałku daję radę pracować.

Dziecko przechorowało szybko i lekko. Ja się zaraziłam i zwaliło mnie z nóg. Po mailach, wpisach od znajomych, współpracownic i kontrahentek widzę, że nie byłam jedynym rodzicem. Dzieci wychodzą szybko z choroby. Rodzice ledwo się zbierają.

Dziś jest pierwszy dzień, gdy czuję się na 80% normalnie. Wychodzę nawet z tego cholernego, bezdennego przygnębienia. Ale o tym jak stan fizyczny potrafi wpłynąć na stan psychiczny, będzie inny wpis.

18:16, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 13 stycznia 2016
Chorować trzeba umieć

Nie potrafię chorować. Nie potrafię chorować tak bezczelnie i na chama.

Zaczęło się tradycyjnie. Z soboty na niedzielę Wiertka dostała gorączki. Cała niedziela też w gorączce. W poniedziałek, jej ojciec zgodził się przyjechać na kilka godzin, a ja pojechałam do pracy, by zrobić te rzeczy do których potrzebne mi jest oprogramowanie dostępne tylko w biurze, na miejscu. Tak pracowałam zdalnie, z własnego komputera.

Dziecko przez cały poniedziałek czuło się ok. Wieczorem i w nocy temperatura znowu skoczyła. Zadzwoniłam, że zostanę w domu jeszcze jeden dzień. Korzystałam z urlopu na żądanie. Niestety, we wtorek choroba dziecka tak na prawdę się zaczęła - kaszel i katar. A miałam nadzieję, że dziecko trochę posiedzi i wróci do szkoły. O lat mam taką głupią nadzieję.

Nawet nie mam kogo poprosić o pomoc przy chorym dziecku. Wszyscy w rodzinie, na szczęście pracują. Mój tata wydeptał wreszcie zasiłek przedemerytalny, ale to mały grosz. Za to teraz, jako emeryta wszyscy chcą go zatrudniać.

Dziś cały dzień siedział z nią jej ojciec. Udało się go namówić i przehandlować za inne dni weekendowe. 

Ale tak na prawdę nie o tym. Bo dziś rano ja obudziłam się w fatalnym stanie. Rozbita, z kaszlem, katarem. I tępym wyrazem oczu. Spokojnie mogłabym dostać zwolnienie lekarskie na siebie. I posiedzieć z dzieckiem. Ja jednak nie potrafiłam trzeci dzień zostawić koleżanek z działu z częścią moich spraw. Szczególnie, że przeciągnęłoby się do końca tygodnia. Boję się, że przełożeni będą źle patrzeć na chorującego pracownika. W grudniu brałam zwolnienie lekarskie na dziecko, teraz znowu bym brała jakieś. Jest jeszcze inny absurdalny powód - zawsze wydaje mi się, że nie jestem wystarczająco chora. Mam wrażenie, że lekarz rzuci na mnie okiem i powie, że przesadzam. Prawdziwie chora osoba, to taka z grypą - 40 st gorączki, dreszcze i niemożność utrzymania pionu. Wszystko poniżej to drobiazg.

A to, że mogę zarazić innych w biurze, albo sami mi mówią, że kiepsko wyglądam, to inna sprawa.

Nie potrafię zachować się chamsko, iść na zwolnienie lekarskie, zadzwonić do biura i powiedzieć, że to ich problem.

Dwie kawy, jedna saszetka lekarstwa, spacer na świeżym powietrzu i jest ze mną o wiele lepiej. Dziecko trochę pokasłuje, nie ma gorączki od rana. Jutro idzie do szkoły. Mam nadzieję, że nie zachoruje ponownie, tym razem poważniej.

Za to, jak można wyczytać z blogu, potrafię roztkliwiać się nad sobą i spędzać niektóre dni zakutana w koc, drzemiąc. Nie potrafię chorować, ale potrafię się lenić.

17:35, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 12 stycznia 2016
Fejsbukowe Erynie

Miałam opisać jedyny przypadek, gdy jednak nie chciałam wiedzieć, co nowego wydarza się u osoby znajomej.

Mam koleżankę, jeszcze z czasów szkoły średniej. Kilka lat temu, na fali popularności portalu społecznościowego, odnalazłyśmy się po latach, poopowiadałyśmy sobie, co tam nowego. Potem pisałyśmy do siebie co jakiś czas. Rok temu okazało się, że obie jesteśmy na FB i przeszłyśmy z rozmowami tam. Zanim zaprosiłam ją do znajomych, napisała mi, że jej mąż zrobił coś strasznego. Nie dopytywałam, uznając, że kiedy zechce sama napisze więcej.

Przyjęłam ją do znajomych i od razu miałam codzienną, dziwną fotorelację. Najpierw zdjęcie radosnej pary wychodzącej na kolację Walentynkową. Widocznie mąż nie zrobił aż tak strasznej rzeczy. Kolejne dni to zdjęcia: mąż bawiący się dziećmi, mąż kopiący ogródek, mąż naprawiający to, mąż naprawiający tamto.

Aż w końcu odmiana - wyskoczył jakiś mem w stylu Coelho mówiący: "Myślisz, że jeśli zostawił inną dla ciebie, to nie zostawi i ciebie?". W kolejne dni cytaty w podobnym stylu oraz prawdy życiowe mówiące "rude jest wredne".

Szybko połapałam się, co takiego strasznego zrobił mąż i czemu miała służyć ta seryjna fotorelacja ze szczęścia rodzinnego. Bo, że Misio skruszony wrócił do domu, otrzymał przebaczenie i teraz miłość wybuchła ze zdwojoną siłą, to było absolutnie pewne.

Nudziło mnie to międlenie jaka ta trzecia jest straszna i wyrachowana. Bo przecież wiadomo, że nie Misio.

Jednak pękłam, gdy koleżanka na swojej ścianie umieściła pewne zdjęcie - było na nim ciało jakiegoś padłego zwierzaka, dzika lub świni i obok leżąca ruda kobieta. Może to był fotomontaż, może koleżanka wyciągnęła z archiwum jakieś stare zdjęcie. Uznałam jednak, że istnieją granice odgrywania się na winnej "wrogiego, chwilowego przejęcia Misia". Napomknęłam o tym delikatnej koleżance w prywatnej rozmowie, ale odpisała, że wszystko jest super. Nie chciałam drążyć tematu brutalniej, bo obawiałam się, że wtedy to ja stanę się celem ataków.

Dla mnie nie było super. Takie zagrania - od fotorelacji rodzinnej, po memy, aż do zdjęcia, to zagrania rodem z gimnazjum. A robiła to moja rówieśnica. Dotąd tylko czytałam o takich kobietach i myślałam, że ludzie przesadzają. 

Koleżanki ze znajomych nie usunęłam, ale zablokowałam wyskakiwanie informacji od niej. We wszystkim trzeba zachować jakieś resztki klasy.

niedziela, 10 stycznia 2016
Toleruję, choć się nie zgadzam

W ostatnim weekendowym dodatku do GW był artykuł na temat usuwania ze znajomych - teraz usuwa się z FB najczęściej.  Były już chyba fale takie wycinania znajomych po burzliwych dyskusjach - zaczęło się bodajże w kwietniu 2010. Teraz gorącym tematem nadal jest polityka - wybory, KOD, Trybunał, ustawa medialna.

Czytam o tym usuwaniu znajomych, z którymi się ktoś nie zgadza i zastanawiam się, gdzie podziali się dorośli ludzie. Mam wśród znajomych na FB osoby o totalnie ode mnie odmiennych poglądach politycznych i społecznych. Tak się składa, że to głównie mężczyźni - jakby ich w szczególności dotykało prawicowe ukąszenie. Kiedyś nawet próbowałam coś u nich komentować, ale kończyło się to zarzucaniem mi erystycznych sztuczek, po tym jak mój rozmówca sam wykorzystał ich kilka. Poprzestałam na hołubieniu pierwotnego znaczenia słowa tolerancja - toleruję twoje poglądy, choć ich nie podzielam. Oni co jakiś czas coś pokomentują u mnie.

Jednak żadnemu z nas (im dotąd także nie) nie przyszło do głowy żadne usuwanie ze znajomych. Ja widzę co wrzucają, oni widzą. I zapewne utwierdzamy się w swoich poglądach.

Jak wygląda świat, gdy usuwasz ze znajomych tych którzy myślą inaczej niż ty? Na ścianie FB masz newsy z mediów, które akceptujesz, czytasz wyrazy poglądów znajomych, które akceptujesz. Świat dookoła jest taki, jaki akceptujesz. Na co nie rzucisz okiem, popiera twoje poglądy, utwierdza cie w przekonaniu, że wszyscy myślą jak ty.

A potem nie dowierzasz, że wygrał PiS...

 

Jednak raz, prawie rok temu, nie wytrzymałam. Wtedy zablokowałam pojawianie się informacji o tej osobie, nie usunęłam jej. O tym będzie jakiś oddzielny wpis.

środa, 06 stycznia 2016
Stać go na coś lepszego

Wracam do wizyty rodzinnej w pierwszy dzień świąt. Byłyśmy u mojej ciotki, siostry mamy. Jej syn, zwany dalej bratem, jest sześć lat ode mnie młodszy. Dotąd wieczny ptak, był kilka lat w związku, ale kiedy dziewczyna i jego matka zaczęły planować ślub wymiksował się. Brat z nikim już się nie związał, ale życie ma wygodne - duży rodzinny dom, matka gotująca i piorąca.

Już latem coś przebąkiwał pomiędzy zdaniami i wysnułam wniosek, że z kimś się spotyka. Teraz przed świętami, powiedział matce, że chciałby zaprosić swoją nową dziewczynę na święta do nich. Jest tylko jednak, drobna kwestia - dziewczyna ma czteroletnią córkę... Ciotka zna swojego męża, wszyscy go znamy i poradziła synowi, by poinformował o tym fakcie ojca, bo ona nie ręczy za efekt przy świątecznym stole. I miała rację. Wujek się oburzył, powiedział wiele słów, między innymi, że jego syna stać na coś lepszego niż panna z dzieckiem. Mamy 2016 rok. Mój brat to usłyszał. Pokłócił się z ojcem. O mało co, a nie doszłoby nawet do kolacji Wigilijnej. Pierwszego dnia świąt, obudził się i pojechał do swojej dziewczyny.

Wujek przetrawia, ale uparty jest jak osioł. Ciotka jest z tych gorliwych katoliczek, które hasło o miłości bliźniego jak siebie samego bierze bardzo dosłownie. Cieszy się, że syn jest szczęśliwy. Mój brat jest zachwycony dzieckiem i przynosi jego rysunki do domu. Wujek obawia się, że nie doczeka się własnego wnuka. Jakby dotąd były na to szanse. Ciotka tłumaczy mu, że skąd może wiedzieć, czy jego syn nie ma kłopotów z płodnością. A o tym, że dziewczyna może mieć dzieci, już wiedzą :)

Co ciekawe. Pamiętam z dzieciństwa, że ciocia była kompletnie nieasertywną matką i syn wchodził jej kompletnie na głowę. To ojca się bał i słuchał. Wystarczyło tylko, że ten podniósł brew. Jednak nie skończyło się jak w "Balladzie o Januszku". Jako dorosły mężczyzna, to do matki przyszedł się zwierzyć.

Mam też swoją osobistą refleksję. Czy mąż mojej ciotki uważa mnie - samotną matkę z dzieckiem - za gorszy sort potencjalnej partnerki? To jestem już podwójnie gorszego sortu ;) Zawsze gdy poznawałam fajnych, ale bezdzietnych facetów, takich jeszcze bez szram po rozwodach, to nawet gdy wydawali się mili, to obawiałam się, że potem wkroczy rodzina oburzona tym, że ich rycerz mógł trafić na coś lepszego.

Co najciekawsze, wujek ma siostrę, która zapoznawszy kiedyś pewnego geodetę, została panną z dzieckiem, bo geodeta szybko powrócił w rodzinne strony.

Tagi: rodzina
17:30, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
sobota, 02 stycznia 2016
W nowy rok

Dziecko wyciągnęło mnie do centrum handlowego. Ja zamierzałam kupić dodatkowe pudełka na zabawki, a ona chciała pobawić się na placu zabaw. 

Dziesięć minut zajęło autobusowi przejechanie przez część parkingową pod centrum aż na pętlę. Był taki korek samochodów. Do placu zabaw także kolejka, bo nabity dziećmi. Trzeba było czekać, aż któryś rodziców odbierze dziecko. Stałyśmy dwadzieścia minut i czułyśmy się jak pod klubem w piątkową noc. Wzięłam dwa pudła i odstałam pół godziny w kolejce do kasy.

Wszędzie tłumy, kolejki, korki. Polacy, po 1,5 dnia zamkniętych sklepów wyskoczyli z domów i musieli to sobie odbić. Jakby kilkadziesiąt godzin spędzonych w czterech ścianach, na spacerach, bez wydania ani grosza był torturą.

Oczywiście, my także do tego się dołączyłyśmy. Wiertka już w tamtą niedzielę pytała się, kiedy idzie do szkoły, a konkretnie na świetlicę pobawić się. Gdyby chociaż spadł śnieg. Wczoraj w desperacji wyszłyśmy i jeździła na rowerze. Na ten plac zabaw czekała od dwóch dni i dopytywała się, kiedy wreszcie.

Rewiduję moje plany związane z feriami zimowymi. Miałam zamiar wziąć tydzień urlopu i namówić byłego, by on trochę posiedział z dzieckiem w drugim tygodniu. Widzę jednak, że dla mojej córki będzie to dotkliwa kara. Chciałabym by dziecko się porządnie wyspało, więc myślę o wykorzystaniu kawałka urlopu, ale na zasadzie, że będę w pracy od 10:00 do 14:00. Dziecko by się wyspało i trochę pobawiło z rówieśnikami.

Projektuję na moje dziecko własne przyjemności z dzieciństwa. Lubiłam długo pospać, pobawić się sama w kącie, w ciszy, spokoju. Mijając w szkole świetlicę, patrzyłam na to miejsce ze zgrozą - tyle OBCYCH dzieci, hałas, zamieszanie. Kolonie, obozy - no ok. Jednak dwa tygodnie ferii zimowych to za mało. To długość czasu akurat na lenistwo. Po jakiś wyjazdach wróciłabym na semestr letni umęczona. A Wiertka, wręcz przeciwnie. Spokój domowy ją umęcza ;)

18:26, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 stycznia 2016
Czy dobre może trwać tyle, co złe?

Pożegnałam wczoraj 2015 i powitałam 2016. O ile od wielu lat miałam tradycję żegnania odchodzącego roku, to dopiero teraz wpadłam na pomysł, że można powitać ten nadchodzący. Może będzie łaskawy.

To, że 2014 będzie trudny czułam na kilka tygodni zanim się zaczął. A w połowie stycznia nie mogłam się doczekać, kiedy się skończy. To, że 2015 będzie dobry także wyczuwałam kilka tygodni wcześniej. Może dlatego, że gdyby miał być taki jak poprzednie, to nie miałabym już siły z tym wszystkim się szarpać.

Rok 2015 był bardzo dobry, pogodny, spokojny, intrygujący jak umani, ocierając się czasami o glutamian sodu, który lubię ;)

I teraz mam kłopot. Bo boję się, że po jednym dobrym roku, nie może być kolejny taki sam. Nie mam żadnego przeczucia, ale jest taka myśl, że dobre rzeczy nie mają prawa długo trwać. Muszą się przeplatać z tymi gorszymi. A im dłużej będzie trwała dobra passa, tym więcej będzie strachu, że urwie się.

Bo czyż osobie, której wszystko się wali miesiąc po miesiącu, nie mówimy, że ten straszny czas musi się kiedyś skończyć? Każdy z nas czeka, aż zła passa minie, mając nadzieję, że jeszcze tylko chwila.

Bo czyż nie może tak być z dobrym czasem? Ten także ma swój termin przydatności?

Tagi: życie
20:28, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
Tagi