To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 31 stycznia 2017
Dreszcze grafomanki

Z okazji dzisiejszej astronomicznej koniungcji Wenus, Marsa i Księżyca na niebie, poniżej wierszyk napisany przy podobnej sytuacji dwa lata temu.

LUTOWA KONIUNGCJA


Tej lutowej nocy Wenus panna drżąca
Spacerując niebem niemającym końca
Czekała dość cierpliwie na kawalera
Marsa srogiego, co w namiętności wzbiera

Tygodniami ci kochankowie dzieleni
Przylegają wnet do siebie spleceni
Ona blada świeci na nieboskłonie
On krwi czerwienią z pożądania płonie

Wenus ta królowa przyjmuje zaloty
Przypominające namiętności loty
On, choć niepozorny drobny niczym piłka
Syci głód obojga, bo już bliska zsyłka

Gwiazdy rozsypane ta klaszcząca gawiedź
Także wciąż raduje ta miłosna spowiedź
Księżyc przyzwoitka przygląda w spokoju

Jeszcze się spotkacie, przyjdzie czas przyboju

poniedziałek, 30 stycznia 2017
Córka matki

To się zaczęło nieznacznie jakiś czas temu, a teraz się pogłębia. Mam nadzieję, że to taka faza rozwojowa u Wiertki i zacznie się wygaszać. To, że zaczęła się bać ciemności, duchów oraz samotnego przebywania w pomieszczeniu da się ogarnąć.

Niestety, nie chce jeździć do swojego ojca na weekendy. Czytałam kiedyś takie rozważania matek i wydawało mi się, że one przesadzają, tak naprawdę cieszą się, że dziecka tak reaguje. Bo to dodatkowa kara dla byłego partnera. U mnie w domu zaczęło się tak samo. Mała chce przebywać tylko ze mną. Na wieść, że jedzie do taty wybucha płaczem i namawia, by mogła zostać. Rozmawiałam z nią, próbowałam wybadać, czy nie ma to jakiś poważniejszych przyczyn. Bo tata każe jej jeść mięso, nie bawi się z nią, ona nie wie co ma tam robić, nudzi się. Może tam zabrać tablet, może zabrać dowolne zabawki. To nieważne. Tu jest dom. Wygląda to tak, że zaczęłam ją tam wypychać na siłę. Bo także potrzebuję po prostu pobyć sama i wyjść gdzieś sama. Tłumaczę, że tata ją kocha i także potrzebuje kontaktu z córką. Dla niej to chyba słaby argument. Gdybym zostawiała ją w domu, on by pewnie nawet nie czuł żalu.

Wiertka ucieszyła się z ostatniej choroby i weekendu ze mną. Tata przyjechał do niej, na kilka godzin i tak jest fajnie.

Wczoraj przez cały dzień miała gęsty katar. Wydawało mi się, że to nic poważnego. Dostało mi się kilka dni wolnego. Gdybym musiała iść w poniedziałek do pracy, to wypchnęłabym dziecko do szkoły. A tak spytałam się, czy może swobodnie oddychać. Okazało się, że ma zapchany nos i od ciągłego wydmuchiwania jest już obtarty. W takim razie zostawiłam ją dziś w domu.

Dziś jest już lepiej z nosem. Jednak na wystawę Beksińskiego nie poszłam. Trwa tylko trzy dni. Dziś był ostatni.

niedziela, 29 stycznia 2017
Weekendowo

Ten weekend miałam spędzić bez dziecka. Plany ciekawe - w sobotę gendery, na niedzielę zapowiadała się sokramka. A jakby nie dotarła, to była jeszcze wystawa fotomontaży Beksińskiego i wykład o Leśmianie.

W piątek wieczorem, razem z Wiertką pojechałyśmy w odwiedziny do jednej z moich koleżanek. Inna przyjechała na pewne szkolenie do Warszawy i była okazja by się spotkać. Zamówiłyśmy sobie pizzę, przyniosłam ciasto.

W sobotę rano, Mała obudziła się - o nietypowej dla niej porze, bo o 7:30 - z bólem głowy. Dobrze, że nie zasnęłam ponownie, pozwalając jej obejrzeć bajki, bo Wiertka za moment usiadła na łóżku zatykając buzię. Zdążyłam ją zaprowadzić do łazienki. Jeszcze muszę opanować manewr kierowania ją w stronę ubikacji, bo potem musiałam grzebać papierowym ręcznikiem w umywalce, by ją przepchać. Przy okazji zobaczyłam, że jej żołądek nie trawił już od poprzedniego wieczora, bo pizza i ciasto było nienaruszone.

Widać było, że ma gorączkę. Mdliło ją. Zaparzyłam jej rumianku, ale ledwo miała siłę podnieść kubek. Dostałam lek przeciwgorączkowy. Ponownie zasnęła.

W południe miał przyjechać po nią jej ojciec. Kiedyś zdarzyło się raz, że chore dziecko ubrałam, zapakowałam mu do samochodu na weekend. Też potrafi się takim zająć. Miałam wyrzuty sumienia, że matka tak nie postępuje. To były czasy, gdy Wiertka była trochę bardziej żywiołowa, bardziej wymagająca uwagi, a ja byłam bardziej zaangażowaną matką. Efekty był taki, że czasami byłam wykończona i marzyłam o pozbyciu się dziecka na ojcowski weekend. Do szóstego roku życia Wiertki, czułam, że matka nie powinna spławiać dziecka, gdy to chce się bawić, powinna zajmować się nim, a bajki to góra godzina dziennie. Jak przeciągnęłam do dwóch godzin, to było fatalnie. Tak przeżyłam sześć lat. A potem odpuściłam i to ostro. Chce oglądać cały dzień bajki - proszę bardzo. Chce grać w gry na tablecie - proszę bardzo. A i tak okazuje się, że dziecko woli bawić się ze mną. Przez sześć lat robiłam co mogłam dla rozwoju intelektualnego i emocjonalnego mojego dziecka. Co włożyłam, to w nim jest. Teraz stałam się olewającą matką. Jednak efekt jest taki, że gdy nadprogramowo wpadną dwa dni z dzieckiem, to nie reaguję płaczem :)

Napisałam do ojca Małej jak wygląda sytuacja - że może wpaść i posiedzieć z nią kilka godzin, gdy ja pojadę na zajęcia, a jak nie da rady, to ok, ten weekend też będzie ze mną. Przyjechał na połowę soboty. Pojechałam na gendery, gdzie dyskutowałam o cyborgizacji seksualności w ujęciu Donny Haraway ;) Daruję wyjaśnianie tutaj :) Gdy wróciłam, Mała znowu spała. Okazało się, że gorączka znowu podskoczyła prawie do 40 C.

Na wszelki wypadek, nasz syrop na gorączkę kończył się, podjechałam do sąsiadki w tym samym bloku i pożyczyłam więcej leku. Nie wiedziałam, jak może wyglądać noc. Pisałam z biedną sokramką, nie będąc pewną, czy następnego dnia będę mogła ją przyjąć. Co jeśli dziecko będzie leżeć w pościeli zmęczone? W końcu wizytę przełożyłyśmy.

Wiertka obudziła się wieczorem zdrowa, bez gorączki. Dziś była już pełna energii. Ma tylko lekki katar. Nie wykręciłam się przed zabawą z nią :)

czwartek, 26 stycznia 2017
Dreszcze grafomanki

Żeby przełamać trochę melancholijność moich wpisów - bo będzie takich jeszcze trochę - dziś coś z gatunku literackiego. Moje ćwiczenie poetyckie - miałam napisać wiersz bez użycia litery "e", którego to tematem miał być właśnie ten brak. Starałam się, jak mogłam :)

 

Zasób słów to ta granica

Jaką ma umysłu wioska

Co gdy naraz znika stamtąd

Taka drobna samogłoska?

 

Czy granica spada z wagi

Niczym jogurt odtłuszczona

Czy tam nowy znak zarasta

Jak wrażliwa, młoda błona

 

Rozmów długich płyną tory

Opór czując z tą granicą

Dni, godziny, lata płyną

Słownik nowym pik nasycą

poniedziałek, 23 stycznia 2017
Jak przestałam czytać książki

Zauważyłam to pod koniec ostatniego roku. Kiedyś czytałam dużo książek. Potem czytałam i książki i prasę (tygodniki opinii, jeśli kobiecą to taką bardziej z wyższej półki). Ostatnio coraz więcej i więcej było samych gazet. W sumie nadal czytałam, ale raczej nie o to do końca chodziło. Albo potrafiłam przez sporą ilość czasu serfować po jakiś internetowych dyskusjach. Jakby się nie upierać, też czytanie.

Jednak kilka tygodni temu dotarło to do mnie mocniej. Kartę do biblioteki gdzieś chwilowo (oby) zapodziałam. Mam na półkach masę książek. Przy takiej ilości zawsze można po jakąś sięgnąć i wrócić po kilku latach. Patrzyłam na nie, przeglądałam i miałam efekt "zaciśniętego umysłu". Jak osoba z zaciśniętym żołądkiem, patrzy na jedzenie i nie ma apetytu. Ja miałam podobnie z czytaniem, jak patrzyłam na książki.

Trochę poczytałam, ze dwie, trzy książki, ale takie z gatunku "chick lite". Lekkie, do przełknięcia. Może stało się tak, że mając za sobą stresy w pracy i domu, nie miałam siły generować sobie dodatkowych, przeżywając tragedie i problemy bohaterów powieści i reportaży. Pewnych rzeczy już nigdy nie przeczytam i nigdy nie obejrzę. Jeśli coś czytam, to ma to być miłe i głaszczące. Jeśli coś czytam, to ma mnie uspokajać, koić.

Niestety, wygląda to trochę tak, jakbym się zwijała intelektualnie do środka. Niedługo jeśli chodzi o prasę, to przerzucę się na jakieś w typie "Życie na gorąco".

Promykiem jest to, że byłam ostatnio na obiedzie u panirolki, pożyczyłam "Potarganą w miłości", biografię Agnieszki Osieckiej autorstwa Uli Fryciak i czytam.

niedziela, 22 stycznia 2017
W duszy

Przeważająca większość ludzi ma łatwość zakochiwania się, wchodzenia z związki, relacje. Obserwowałam to i czasami było mi smutno. Lata całe zajęło mi rozgryzienie, dlaczego ja tak nie potrafię.

Wygląda to tak, jakby każdy człowiek miał w sobie dziurę o nieregularnych kształtach. Spotyka drugiego człowieka i dopasowuje go do tej dziury. Trochę porozciąga, albo tu i ówdzie poucina. Jednak osobę dopasuje. A ta osoba ugniata go w swoją własną. I żyją razem latami szczęśliwie bardzo, mniej lub w ogóle. Ja potrzebuję kogoś, kto by w tę dziurę zmieścił się idealnie, dokładnie. Ja będzie za mały, albo za duży, to będzie uwierać, jak stringi o dwa rozmiary za małe. A każdy, o zdrowych zmysłach, wie, że takie wpasowanie jest prawie niemożliwe. Zdarza się, ale bardzo rzadko i nie należy się na to nastawiać.

I to nie jest kwestia wygórowanych oczekiwań i wyśrubowanych standardów. Ci co poznali mężczyzn, których kochałam mogą przyznać, że przechodzili bokiem standardom.

Pocieszeniem jest to, że - jak wiedzą wszyscy, którzy mają jakieś niezabezpieczone otwory w otoczeniu - w owe dziury wpadają paprochy, pył, kurz. Po jakimś czasie wszystko można zatkać.

piątek, 20 stycznia 2017
O pisaniu wierszy

Po poprzednim roku, który był bardziej redaktorski niż artystycznym, w tym poczułam znowu ochotę na pisanie czegoś. Wróciłam na warsztaty poetyckie. Do pisania wierszy potrzebuję jakiś bodźców, a towarzystwo innych ludzi, grupa, to świetny bodziec. Sama prowadząca powiedziała ciekawą rzecz - pisanie wierszy nie lubi siedzenia na krześle. Bo tak bywa. Nie siada się przy biurku, przed ekranem komputera, czy laptopa z postanowieniem: teraz napiszę wiersz. Albo dziesięć. Być może ktoś tak robi. Być może mnóstwo poetów tak robi.

Bo wiersze biorą się bodźców. Idziesz, kroki wystukują rytm i do tego rytmu wpada jakaś fraza. Siedzisz na kanapie, patrzysz z okno, foliowa torebka wpada w konar drzewa i łopocze, myślisz, że też się tak czasami czujesz i masz temat. Bo najpierw zbierasz słowa - hasła, pierwsze linijki, swoje odczucia w prozie poetyckiej. A potem - o to tak, siadasz i piszesz, przerabiasz, zmieniasz, szlifujesz. Albo piszesz z innymi ludźmi i ta energia cię mobilizuje.

W czwartek też byłam umówiona ze znajomymi, a że na to spotkanie nie mogłam zabrać dziecka, to poprosiłam o opiekę ojca Wiertki. W takim razie, w środę ja zabrałam ją na warsztaty. Na szczęście, jest już w wieku, gdy daje radę wytrzymać półtorej godziny w pewnym milczeniu. I tablet bywa nieoceniony. Okazało się jednak, że nie cały czas grała w gry. Gdy my pisaliśmy wiersz na podrzucony temat, ona też chciała się pochwalić swoim. Uznała jednak, że powinien to być ładny wiersz i przepisała jeden z podręcznika :) Gdy wracałyśmy do domu, wytłumaczyłam jej ideę prawa autorskich oraz to, że nie trzeba się krępować własnego pisania. Jeśli chce, to może na warsztacie napisać coś od siebie. Od razu zaczęła mi podrzucać frazy i pytać, czy tak może być.

wtorek, 17 stycznia 2017
Gdy pieniądze dają odpowiedzialność

- Stasiu, ja jestem tradycjonalistą. Wolę jeśli pieniądze w małżeństwie trzyma kobieta.

Nie wiem, czy już o tym kiedyś pisałam. Być może tak. Autorem tych słów był mój tata, a wypowiedział je na pewnej imprezie rodzinnej do mojego wujka (imię zmienione). Bo w mojej rodzinie, od strony mamy, a zapewne od strony taty także, obie pensje trzymały w garści kobiety. 

Podejrzewam, że tak wyglądała rodzina w czasach sprzed wejścia na rynek pracy kobiet (jakby pójście do fabryki włókienniczej było jakimś wielkim wejściem na rynek). Mężczyźni pracowali, ale pieniądze oddawali żonom, jako tym robiącym zakupy i gotującym posiłki. Zapewne jakieś formy przemocy także wtedy istniały. A największym ryzykiem było to, że szanowny małżonek przepije całą wypłatę zanim dotrze do domu.

Inną formą nacisku bywało narzekanie na niegospodarność, nieumiejętność oszczędzania u małżonki. Sama pamiętam jak mój tata coś takiego z siebie wydawał. Aż za którymś razem moja mama zezłoszczona oddała mu obie wypłaty i kazała samemu nimi dysponować. Po tygodniu oddał pieniądze i powiedział, że woli jednak by ona to robiła.

Bo tu dochodzimy do najważniejszego punktu. Pieniądze to władza, ale pieniądze to także duża odpowiedzialność. Dwa oddzielne konta i karty płatnicze są dobre z związkach, gdzie oboje zarabiają minimum dwukrotność średniej krajowej i nie mają żadnych kredytów do spłacenia. W rodzinie, gdzie zarobków jest niewiele, albo jest czarna dziura zwana kredytem hipotecznym na 35 lat na mieszkanie, powinna być jedna osoba, która trzyma wszystko w garści. Nie dlatego, że to takie zabawne, ale dlatego, że wtedy ledwo starcza do kolejnej wypłaty. A fajnie byłoby coś jeszcze odłożyć. Gdy wydają oboje, pieniądze wyciekają.

W dawnych czasach mężczyzna ciężko pracował (albo i nie), ale po przekazaniu wypłaty nie martwił się już o więcej. Jadł to co zostało mu podane i ubierał się w to, co zostało mu kupione. To żona martwiła się, czy starczy do końca miesiąca, jak kupić coś w najkorzystniejszej cenie.

Wyrosłam w takim przekonaniu od dzieciństwa. Pieniądze i kontrola nad nimi dają mi poczucie bezpieczeństwa. W moim związku mieliśmy dwa oddzielne konta, choć wolałam inaczej. Nauczyłam się ufać, że bliska osoba ma jakieś pojęcie o wydatkach. Intuicję miała dobrą, bo gdy związek się kończył, Były miał już pierwsze długi - zasada, że wydaję tyle ile zazwyczaj, mimo spadającej pensji. A teraz jest jeszcze gorzej. Skoro jednak uważał, że świetnie gospodaruje wydatkami, to życzę mu dalszych sukcesów.

Być może się mylę i chętnie poczytam o związkach, gdy konta są oddzielne, partnerzy wzajemnie nie mają do nich dostępu, nie widzą ile tam jest, zarabiają co najwyżej przeciętnie i wszystko gładko gra.

niedziela, 15 stycznia 2017
Gdy praca musi czynić wolnym

Na wczorajszych zajęciach dyskusja skupiła się na przemocy w związku - fizycznej, psychicznej, ekonomicznej. A głównie na pracy kobiet. Jestem w tej części feministek, które uważają, że kobieta nie musi znajdować satysfakcji w pracy i jeśli chce pozostać w domu, to jej wola i instrumenty prawne powinny ją wspierać (część pensji męża przelewana na konto żony, część świadczeń emerytalnych także). Byłam w znaczącej mniejszości,  to właśnie przez zjawisko przemocy.

Nie można wnioskować, że każdy absolutnie każdy mężczyzna, gdy tylko stanie się jedynym żywicielem rodziny, zacznie się nad partnerką znęcać. Akurat moje dyskutantki pracują w organizacjach zajmujących się pomocą kobietom, które są ofiarami przemocy. I czasem historia pokazuje, że przed narodzeniem dziecka panowie byli orędownikami związków partnerskich. Sytuacja zmieniała się w momencie narodzin dziecka, dzieci.

I tu okazało się, że 500+ popierają także feministki. Wiele kobiet, po otrzymaniu tych świadczeń, zdecydowało się opuścić przemocowe związki. Wreszcie miały własne środki na życie.

Wychodzi na to, że - czy praca jest fajna, czy jest utrapieniem do końca życia - to i tak trzeba wstawać rano, iść do niej, czy chciałoby się, czy nie. Bo to daje niezależność, wolność finansową. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i pomyślałam, że nawet ja mam w sobie ograniczenia związane z płcią. Bo zakłada się, że mężczyzna musi pracować, musi zarabiać na dom. To kobiecie daje się alternatywę (w teoretycznych rozważaniach) - opieka nad domem i dziećmi, albo praca zawodowa. A może mężczyźni także woleliby poświęcić się ognisku domowemu, dzieciom, a kwestie finansowe zostawić kobiecie? Czy oni nie budzą się czasem ze ściśniętym gardłem i idą do pracy z myślą, że zaraz coś w nich pęknie?

Arystokracja, rentierzy, ludzie dający się nabrać na pracę opartą na pasywnym dochodzie - to dowód, że wszyscy kombinujemy jakby tu nie pracować, a mieć za co żyć. Jednak tylko kobietom, biologia daje wymówkę, by pracą się nie zająć.

Oczywiście, zajmowanie się domem i dziećmi to też praca. Sprzątaczki, kucharki, nianie - dowodem.

A o pieniądzach w związku jeszcze napiszę.

czwartek, 12 stycznia 2017
Wiersze

Stres ze mnie spłynął i została ulga. Oraz radość, że nie muszę już się przejmować :)

Dziś kurier zostawił paczkę z moimi wierszami :) Wydawnictwo wysłało jej na mój adres domowy, a ja byłam w pracy. Poszłam z dzieckiem do punktu, na szczęście w innej części dzielnicy, nie miasta, a potem wróciłyśmy spacerkiem do domu. A teraz nie czuję rąk od dźwigania.

Choć tomik jest maleńki :) Powiedziałabym, że wydanie podróżnicze, do plecaka. Nawet kontrola graniczna nie wykryje :)

I mam swoje wiersze wydane :)

19:04, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2
Tagi