To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 28 lutego 2011
matka - żłobkowa sucz

Po trzech tygodniach chorób, jednym dniu w żłobku, weekendzie w domu, wczoraj wieczorem Wiertek zwymiotowała. Obiadem, popołudniową zupką, czyli tak od 13.00 jej żołądek już nie trawił. To, że mi ręce opadły, to mało napisane. Ja mam dziś rozmowę o pracę! Czy znowu czeka mnie trzymanie tydzień dziecka w domu i płacenie opiekunce?

Temperatury nie miała, była wesoła. Przed snem dałam jej wody z miodem w butli. Nie płakała jeść i tylko odrobinę ulała. Koło 3.30 obudziła się głodna. Z sercem na ramieniu dałam jej butlę mleka. Zjadła, zasnęła. Żadnej biegunki, żadnych wymiotów. Rano obudziła się bez temperatury, wesoła. Znowu dałam jej trochę wody z miodem.

Matka sucz, zaprowadziła dziecko do żłobka, udając głupa i nie zamierza zbyt szybko obierać stamtąd telefonów. Muszę pojechać na to spotkanie, a potem szybko ją odbiorę.

Pewnie moje dziecko zaraża teraz inne dzieci, tak jak sama złapała wirusa od innego dziecka, którego rodzice nie mają już jak wziąć wolnego. Taka sztafeta.

Siedzę spięta i patrzę na telefon. Byle nie dzwonił żłobek. Dziecko nie wymiotuj śniadaniem. Obiadem też.

Chciałam powysyłać jeszcze cv, ale na portalach jeszcze prawie pustki. No tak, 8.30, oni tam dopiero do biura docierają.

Tagi: córka
08:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 lutego 2011
rekrutacyjnie cz. kolejna

Posumowanie tygodnia.

1. Spóźniłam się kwadrans. Przez cholerną www komunikacji miejskiej - podali, które kursy nie chodzą z powodu ferii, na przystanku okazało się, że pomylili na stronie literki: oznaczone zostały kursy, które zostają, nie te które wylatują. Tkwiłam 20 minut na mrozie. W dodatku zostawiłam w domu telefon. Mimo to chceli ze mną rozmawiać, kiedy dotarłam. Żeby było śmieszniej, to na miejscu, sięgając do dorebki, rozwaliłam sobie skaleczony rano nożem palec. Leciała z niego krew, a ja w ostatnią chusteczkę higieniczną wydmuchałam nos. Dobrze, że miałam górę stroju w kolorze ciemnym - schowałam palec za żakiet... Szukają osoby do działu sprzedaży, ale produkt jest bardzo daleki od tego, z czym dotąd miałam do czynienia. Aplikację wysłałam, bo w wymaganiach nie podali koniecznego doświadczenia w branży. Szef jednak uważa, że mogę nie ogarnąć rzeczy technicznych. Za to zastanawiał się, czy nie przyjąć mnie do innego działu, bo spodobały mu się inne rzeczy w moim cv. Byłoby piękne, ale raczej się nie nastawiam.

2. Rozmowa dość krótka, bo nie dogadaliśmy się w kwestiach finansowych. Nie dam rady pracować za pensję, z której nie da się utrzymać. To zajęcie dla studentów mieszkających z rodzicami albo w kilka osób z jednym mieszkanku.

3. Bardzo fajna rozmowa. I produkt, i warunki finansowe, godziny pracy ok. Dobry dojazd na linii dom-żłobek-praca. Co do warunków finansowych, to może tylko tak mówią, że są w stanie zapłacić mi tyle ile podałam, a wezmą kogoś tańszego.

Tak na szybko, bo lecę odbierać małą ze żlobka. Dziś jest pierwszy dzień po trzech tygodniach w domu. Nie chcę, biedactwa, przetrzymywać.

Tagi: praca
13:16, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 lutego 2011
Z Planety Samomatka daleko do świata

Kiedyś ciągle wychodziłam z domu - Sokrates Cafe, Kawiarnia Naukowa, różnego rodzaju wykłady, warsztaty, promocje książek, pub ze znajomymi. Dostawałam newslettery i trudno było znaleźć dzień na spokojne siedzenie w domu. Swojego faceta ceniłam za to, że mu to nie przeszkadza. Wiatrem podszyta ze mnie była partnerka.

"Jak ty chcesz mieć dziecko, jak ciebie wiecznie w domu nie ma?"  komentowała to moja śp. mama, typ Femina Domestica.

Zdawałam sobie sprawę, że gdy zostanę matka, to większość tych wyjść się skończy. Po to rodzę dziecko, by miało matkę przy sobie. Teksty, że macierzyństwo nie oznacza zmiany stylu życia, uważałam, za naiwne. Jednak samotne mieszkanie z dzieckiem nawet i tę część ucięło. Teraz udaje mi się ukręcić jeden wieczór w tygodniu na dziewczyny ze stowarzyszenia literackiego i co drugą sobotę na krótkie zajęcia genderowe.

Trochę starałam się zabierać małą ze sobą. Jeszcze na 4 tygodnie przed porodem oglądałam film i słuchałam dyskusji z reżyserem, siedząc w zatłoczonej sali, na podłodze. Wiertek, jako niemowlak, była ze mną na II Kongresie Kobiet (pierwszy spędziła w moim brzuchu), na warsztatach pisarskich, zajęciach dla mam, niektórych wykładach Festiwalu Nauki. Teraz jednak już jest zbyt ruchliwa, głośna, ma własne zdanie co do rodzaju rozrywki.

Nie mam 20 lat, swoje wyłaziłam. Nie ma co się żalić.

Czasami jednak czuję się jakbym była na odległej planecie.

Tagi: życie
17:33, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 lutego 2011
wydmuchiwanie miniaturowego nosa

Sukces poranny. Ale od początku. Przez te pernamentne katary, ciągle muszę Wiertkowi wycierać nosek. Sama też co chwila coś łapię i dmucham. Jeszcze do niedawna, mała wydmuchiwała nos metodą "na Piasta", czyli dwa palce pod nos i "fruuuuuu". A potem rozprowadzała to po twarzy i imitacji włosów na głowie :) Dziś rano zobaczyłam, że stoi i robi "fruuu", więc szybko podstawiam jej chusteczkę. I tak otot wydmuchała nos w chusteczkę pierwszy raz :)

Wczoraj obmacałam dziąsła i padłam - w krótkim czasie wyszły lawinowo trzy czwórki (jedna już była pod koniec stycznia) i nawet chyba jedna piątka. Nie dziwne, że dziecko chodziło rozdrażnione.

Tagi: córka
13:19, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 lutego 2011
rekrutacyjnie

W tym tygodniu, mimo choroby dziecka udało mi się wyrwać na trzy rozmowy w sprawie pracy:

1. Byłam już na jednej rozmowie tam, prosili bym podała nr telefonów do poprzednich pracodawców (referencje), ale olałam to, bo już niby miałam pracę. Potem byłam na siebie zła. Zadzwonili i zaprosili na drugi etap, więc pomyślałam, że chyba muszą być lekko zdesperowani. Trochę to tak wygląda. Tytuł, do którego miałabym sprzedawać reklamy, bardzo mocno niszowy, mało znany (ale wydawnictwo dość znane), za to byłabym jedyną osobą przy nim pracującą. Niestety, pierwsze miesiące na umowę o dzieło :/ Firma dość blisko: 15-2- minut tramwajem od żłobka i mojego domu.

2. Portal internetowy. Na drugim końcu miasta, więc chyba odpada. Dojazd to godzina. Kiedy byłam bezdzietna, to nie był absolutnie żaden problem. Teraz to się trochę zmieniło. I praca na początku też na umowę zlecenie.

3. Kolejne małe, niszowe wydawnictwo. Blisko: też 15-20 minut tramwajem. W dziale reklamy cztery osoby, więc ja jako piąta pewnie dostałabym najgorsze bazy klientów. Umowa o pracę, ale za sporo niższe pieniądze.

Tak sobie popisałam, co sądzę o tych pracach. Zobaczymy, niedługo, co te prace sądzą o mnie - mądrali.

Najpierw z małą siedział jej tata, wczoraj moja ciocia. Dziś nie miałam już wyjścia i zadzwoniłam do opiekunki. Kontakt dostałam kiedyś, od znajomej z pewnego forum. Kobieta miła, po pedagogice, pracowała w przedszkolu, mieszka kilka ulic ode mnie (!!!), pomaga mężowi w firmie, więc jest dyspozycyjna. Ma tylko jedną bolesną wadę - w kwietniu wyprowadza się w inny rejon kraju...

Tagi: córka
11:52, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 lutego 2011
antybiotykowo

Wczoraj byłam z małą u pediatry.

Nadal szmery w płucach, zapalenie oskrzeli nie zaleczone. Antybiotyk i siedzenie w domu przez 10 dni. Nie wiem jak będę jeździć na te spotkania w sprawie pracy - mam już umówione dwa. W czasie jednego przyjedzie tata Wiertka.

Pediatra, z dobroci serca pewnie, kazała mi iść do pomocy społecznej, a nie szukać pracy... Co krzyczą agnostycy, gdy trzeba zakrzyknąć "Jezu Chryste!".

Dzwoniłam do żłobka. Moja nie jest jedyna - pewnego dnia w grupie było tylko 4 dzieci... Na 21 na liście.

Tagi: córka
13:09, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 lutego 2011
chleb dla singla - frajertynkowo

Gdy mieszka się solo i robi zakupy spożywcze czasem człowiek natyka się na problem większej ilości produktu w opakowaniu. Dla mnie takim głównym problemem jest chleb. Bułek nie jadam, bo tuczą i wychodzą drożej. Pieczywa jadam niewiele - kromka rano, kromka wieczorem. Większość sklepów z niechęcią dzieli bochenki żytniego na pół. W opakowaniu krojonego też jest ich sporo. Efekt jest taki, że połowę chleba wywalałam do kosza, co jest trudne dla kogoś wychowanego w szacunku dla jedzenia. Jakiś czas temu znalazłam piekarnie sprzedającą fajny chleb na kromki - pieką długie bloki, kroją i tak sprzedają. Świetny pomysł. Gorzej jest z sosami, koncentratami - po otwarciu mogą stać w lodówce do 4 dni, a niekoniecznie mam ochotę jeść to samo przez trzy dni z rzędu. Czasem mieszam z mięsem i tak zamrażam. Jednak ostatnio część pesto w słoiku schowałam do zamrażarki. Być może dostanę za to dożywotni zakaz wjazdu do Włoch, ale przejadłam się.

Przemysł spożywczy faworyzuje rodziny, najlepiej wielodzietne - sądząc po promocjach "25% więcej w opakowaniu" ;)

Dlaczego Frajertynki?

Lata temu, będąc starą panną, miałam ciężki stosunek do dzisiejszego święta. I kiedyś wysmażyłam manifest, gdzie zapytywałam dlaczego to nie urządza się święta "Osób Pełnosprawych". Wszyscy dawali by sobie kartki z gratulacjami, że nie jeżdzą na wózkach inwalidzkich, mają wszystkie kończyny, wzrok, słuch. Ale nie kochanych epatuje się przez jeden dzień w roku swoim szczęściem ;)

I żaluję, że upadła tradycja obchodzenia Nocy Świętojańskiej - to jest nasze stare święto zakochanych. Tylko, że nikt nie chce na tym zarobić :/

Będąc w związku, za  obopólną zgodą, bojkotowaliśmy to Walentynki.

Dziś ani mnie ziębi, ani grzeje. Tyle co Święto Trzech Króli.

Tagi: życie
11:14, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 lutego 2011
SOS, Same Old Shit

W pn i wt miała mieć wstępne szkolenie w pewnej firmie (warunki zatrudnienia takie sobie, ale na poczatek dobre i to) i rozmowę w sprawie pracy. Okazało się, że kuzynka licealistka musi jednak jechać jutro do szpitala z chorym okiem. Druga, aktualnie bezrobotna, nie może mi pomóc, bo są Walentki, a tak w ogóle, to "nie pracująca, nie znaczy nie mająca nic do roboty". Wszyscy inni pracują. Gdyby Wiertek tolerowała mężczyzn, ściągnęłabym faceta kumpeli, który wychował ich dwójkę maluchów, albo poprosiła wujka.

Pediatra przyjmuje jutro po południu i pewnie nie da jeszcze pozwolenia na pójście do żłobka.

Płakałam dziś z bezsilności, wrzeszczałam w ścianę. Ile można? Nie ściągnę płatną opiekunkę w pół dnia i żadnej nie wpuszczę do domu, po jedynie pobieżnym kontakcie telefonicznym.

Muszę znaleźć dorywczą opiekunkę zanim znajdę pracę :/

W dodatku, wyjść na świeże powietrze mogę tylko jak ojciec małej przyjedzie. W ciągu ostatnich 10 dni zdarzyło się to ze trzy razy. Z czego raz to był sklep na sąsiedniej ulicy, a drugi to supermarket wczoraj.

Wszystko musi mieć swój jakiś sens. Nie ta praca, to przyjdzie inna lepsza. Tylko jak ja to wytłumaczę spółdzielni, STOENowi, operatorowi komókowemu, żołądkowi mojego dziecka?

Tagi: praca
17:45, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 lutego 2011
kobiece stowarzyszenie żyjących poetek

Piątkowy wieczór spędzony na walnym zebraniu stowarzyszenia literackiego. Jestem tam vice przewodniczącą ;) Trochę papierkowej roboty, sprawdzania dokumentów. ustaleń, planów. I wreszcie "część artystyczna", czyli dużo wina, dużo "darcia pierza".

Jedna z nas zauważyła, że niewiele z nas (bodajże sztuk 3, słownie: trzy) ma tradycyjną sytuację rodzinną. A tak to rozwódki z dziećmi, panna z dzieckiem, rozwódki, wdowa (dwukrotna i jednocześnie dwukrotna rozwódka - barwna postać), singielka.

Do domu wróciłam, ostatnim tramwajem, po północy. Na szczęście, to nie ja wstawałam do marudzącego dziecka.

czwartek, 10 lutego 2011
dziecięcy chorobowy triathlon

Czyli: rotawirus, kaszel+katar, ząbkowanie...

Jelitówka odpuszcza, więc nie jest do końca tragicznie. Nie mam pojęcia jakim cudem złapała ten kaszel i katar - nie wychodząc od soboty z domu, ale wyrywa jej klatkę piersiową, a gluty mogłabym eksportować jako klej. Prawdopodobnie mój tata albo ciocia, którzy byli w weekend przywieźli ukryte choróbsko.

To drobiazg w porównaniu z wychodzącym zębem. Mała chodzi i płacze, wieczorami płacze, przez sen płacze i czasami się wybudza.

Dobrze, że wczoraj był jej tata i posiedział z nią, bo moja macierzyńska empatia zeszła do zera.

Tagi: córka
12:11, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Tagi