To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 29 lutego 2012
Kolejne warsztaty

Dwa dni pod rząd pisania :) Te wczorajsze były pod egidą mojego stowarzyszenia. Hasłem przewodnim była Wisława Szymborska. Najpierw krótki tekst, szkic, w oparciu o wybrany jej wiersz. Stworzyłam coś fajnego po lekturze "Miłości od pierwszego wejrzenia", ale pomysł na historię miałam przewrotny. I chyba dziewczyny nie zrozumiały go tak jak jak chciałam, bo uznały za romantyczny, gdy to smutna historia o tym, że czasem lepsze oswojone nieszczęście, niż mglista obietnica szczęścia, które może nigdy się nie zdarzyć. Trzeba będzie kiedyś poprawić. Kolejne ćwiczenie - opierając się na wierszach noblistki, gdzie potrafiła w oparciu, o z pozoru, pospolity przedmiot (cebula, kamień), stworzyć klimatyczną historię w wierszu. Losowałyśmy zdjęcie jakiejś rzeczy i miałyśmy napisać wiersz. Wyszło mi coś bardzo fajnego o... klamce. To chyba nawet erotyk jest :)

W ogóle jestem wczorajszym wieczorem zachwycona. Tak popłynęłam, otworzyłam się. Pisałam tak, jak dawno mi się nie zdarzyło. Znowu poczułam się choć przez chwilę wyjątkowa.

Tagi: pisanie
08:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 lutego 2012
Papierowa rewolucja

Dziecko było wczoraj u ojca, więc gdybym mogła, to wróciłabym do domu, zasnęła i spała do rana. W takim byłam stanie. Dałam jednak słowo, że pomogę dziewczynom w prowadzeniu jednorazowego warsztatu pisarskiego. Miałam też napisane i wydrukowane zdania do ćwiczenia ;) Zdania napisałam na porannym zebraniu działu z szefem. Ostatnie chwile, gdy byłam jeszcze w stanie sprawnie myśleć, choć wg koleżanki z pracy byłam wymęczona i blada jak ściana.

Na warsztatach wypiłam podwójne ekspresso, zaliczyłam koło 19.00 kryzys, kiedy to udawałam, że słucham tekstów z przymkniętymi oczami, gdy tak na prawdę łapałam kilkusekundowe drzemki. Dobrze, że byłam tam tylko w charakterze pomocniczym i wsparcia, a nie prowadziłam spotkanie. Ciężar niosła moja koleżanka ze stowarzyszenia. Przybyli, a w sumie przybyłe, początkowo były trochę spięte, skrępowane, ale widać było jak z upływem czasu i czytanymi tekstami rozluźniały się, nabierały odwagi.

Ja mimo, deficytu uwagi, napisałam całkiem fajny kawałek tekstu, do rozwinięcia. Ze względu na senność wyszło mi jednak coś bardziej jak przypowieść, bajka, niż realna fabuła.

Po warsztatach, my trzy, ze stowarzyszenia zostałyśmy jeszcze na piwnym "afterku" (a może by wymyślić jakiś polski odpowiednik tego słowa?), by sobie spokojnie pogadać.

W domu padłam koło 23.00, a mimo to rano obudziłam się wypoczęta i zregenerowana. Bo obudziłam się po 7.00. Ciekawy relatywizm - gdy jeździłam do pracy na 9.00, to wydawało mi się, że godziną graniczną by czuć się wyspaną była godzina 8.00. Budzona wcześniej byłam zmęczona. Dziś, gdy jeżdżę do pracy na 8.00 z przystankiem w żłobku, okazało się, że godziną graniczną jest 7.00. Jak byłoby fajnie, gdybym mogła się wybudzać do pracy o 7.00 :)

poniedziałek, 27 lutego 2012
Weekendowe kolaże

Zemsta dziecka za budzenie do żłobka po 6.00? Budzić matkę w sobotę i niedzielę o 6.30 :)

W ramach ogarniania mieszkania, znalazłam jakieś gazety do wywalenia i przyszło mi do głowy, że można by je wykorzystać w zabawie. Wiertka robiła swoje pierwsze kolaże w życiu. I to całkiem sprawnie. Ja tylko wycinałam wskazane obrazki i to też nie do końca bo wyrywała mi je spod nożyczek. Mazanie klejem i przykładanie do kartki, kompozycja były już autorskie :)

Wykonałam też zaległy telefon do babci małej, ze strony taty. Czyli byłej niedoszłej teściowej. Wysłałam jej pocztą kalendarz ze zdjęciem Wiertki, bo pomyślałam, że to byłby miły gest. Przysłała mi list z podziękowaniem i nr telefonu (nie miałyśmy nigdy kontaktu telefonicznego), bym do niej zadzwoniła. Schorowana pani po 80tce, nie będę olewać. Kontakt wykonany :)

Chciałabym jeszcze coś inteligentnego napisać, ale pali mi się lampka rezerwowa, koło 14.00 ruszył walce rozjeżdżający mi zwoje mózgowe na placuszki. A czekają mnie jeszcze dwa zajęte twórczo wieczory.

16:38, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 lutego 2012
Czy możliwy jest autofoch?

Z opóźnieniem o środowych zajęciach z Pisarką. Inną niż w zeszłym semestrze, inną niż dwa lata temu. Może powinnam je jakoś nazywać, numerować? ;)

Tym razem o etapach w życiu kobiety, w oparciu o literaturę i własne pisane teksty. Zaczęłyśmy od "dziewczynki". Na warsztat poszły - Jadwinia z "Mikołajka", Mała Mi z "Muminków", Pippi. Przy okazji pierwszej - o dziewczyńskich strategiach radzenia sobie w konfliktach, czyli fochu. Ale, że foch to też domena mężczyzn, więc to po prostu strategia. I zaraz właśnie tytułowe pytanie - czy możliwy jest autofoch? Czy można "sfochać" się na siebie samą? Raczej nie nie, bo to rzecz wymagająca widowni i ewentualnego odzewu. Chyba, że ma się rozdwojenie jaźni :D Inna strona dyskusji - wg jednej z dziewczyn, foch to wyładowanie emocji, po ona po czuje się oczyszczona i zrelaksowana. Według mnie, to kumulowanie negatywnej energii w sobie, jak czajnik na gazie z zatkanym gwizdkiem.

Plus ciekawe spostrzeżenie jednej z pań, bibliotekarki - panie w wieku 50+ nie różnią się w zachowaniu od dziewczynek z klas 1-3... Wszystkie zaczynamy kiedyś tam dobijać 50+ :)

W drugiej części zajęć pisanie tekstu. Byłam zmęczona po całym dniu, spotkania są w salce bez okien, w części piwnicznej, potocznie zwanej "Bagnem". Coś stworzyłam, ale było to tak karłowate, że aż wstyd. Będę musiała to poprawić, albo w ogóle wymyślić coś od początku.

W temacie "dziewczyńskości". Wiertka poszła dziś do żłobka w sukience. Opiekunka przyjęła to z uznaniem, komentując, że mała jest zachwycona sukienkami i nawet grzeczniej się zachowuje, gdy przychodzi tak ubrana. To, że jest zachwycona, to widzę, bo gdy jej którąś z trzech zakładam, to zawsze prowadzi mnie do lustra, każe się podnosić, ogląda się dokładnie z zadowoleniem. Co do zachowania - skoro jest w grupie komplementowana, w centrum uwagi, to i inaczej zaczyna się zachowywać. A może to już zaczyna się etap "księżniczkowania"? Jak ospa, czy różyczka - trzeba u córki przeczekać ;)

środa, 22 lutego 2012
O sesji zdjęciowej

W weekend Wiertka miała swoją pierwszą sesję zdjęciową. Z E skontaktowała mnie jej mama, a współpisząca na spotkaniach literackich i przewodnicząca tam, gdzie ja viceprzewodniczę :) W dodatku, czasem czytelniczka tego bloga, więc o sesji będzie ładnie ;)

Zastanawiam się jak wyglądają takie sesje dla magazynów, czy agencji reklamowych, jak wyglądają takie castingi. Bo ja mojej dwulatki na czymś takim nie widzę. Jako czekającą na swoją kolej jej nie widzę. Pierwszą część sesji przesiedziała na moich kolanach, wtulona, więc zdjęcia miałyśmy we dwie. Potem się odpępowiła i trochę bawiła, ale zawsze tyłem do aparatu. Na koniec, po godzinie, już jej się to zdecydowanie znudziło i zaczęła się wygłupiać, skakać, rozrzucać zabawki. Już rozumiem dlaczego fotografowanie dzieci i zwierząt (obcych), to najtrudniejsze zadanie zdjęciowe. Korespondencja z pola walki, to przy tym drobiazg. E dzielnie dawała sobie radę.

Szkoda tylko, że pod względem wizualnym jestem mało kreatywna. Nie miałam pomysłów na przebranie, aranżacje. W tym wolę zdać się na fotografa. W ostatnich dniach całą energię skupiłam na doprowadzeniu mieszkania do stanu, w którym "stajnia Augiasza" nie byłaby pierwszym skojarzeniem. Mimo to, chyba trochę fajnych zdjęć powstało :)

Tak oto porzuciłam drobne mrzonki, o tym, że moje dziecko może zostanie nieletnią gwiazdą świata mody lub mediów, bo ona ma do tej roboty za bardzo żywy i niesubordynowany charakter :) Co najwyżej może kiedyś zostać żeńską wersją Kuby Wojewódzkiego, albo Borysa Szyca ;)

Tagi: córka życie
08:42, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lutego 2012
Lutowe okruchy, cz. 2

Rankiem Wiertka zasiadła na nocniku i zajęło jej ponad kwadrans, trzema turami uporanie się końcowym efektem trawienia. Nie wiem, czy rotawirus nie wraca. Patrzyłam na zegarek, widziałam jak moje spóźnienie do pracy coraz bardziej się pogłębia. Jednak nie zgonię jej z nocnika, by się nie zniechęciła. W końcu zapakowałam ją w swetry, kombinezon, kurtkę, szalik, czapkę i gdy usłyszałam po raz kolejny "pupa", to już tylko rzuciłam "Wal w pieluchę" (nosi jeszcze do spania i do spacerów).

Wypadłam z nią z bloku. Na pobliskim przejściu dla pieszych stały dwa samochody, po stłuczce. Wyminęłam z gracją kawałki rozrzuconego plastiku. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że być może gdyby nie utknięcie Wiertki na nocniku, to znalazłybyśmy się na tych pasach w nieodpowiednim momencie. Kto wie?

W żłobku - pieluchę zdjęłam suchą. Zobaczymy, co powiedzą opiekunki po południu.

Jeszcze idąc do biura, skróciłam sobie drogę, jak zwykle, przez skwer z drzewami. Jakiś pies obok szczeka, odwróciłam w tamtą stronę głowę, sekunda nieuwagi i mała gałązka wbiła mi się tuż pod okiem. Jak można, noszą okulary, dać sobie wydłubać oko?

To jakieś "oszukać przeznaczenie"?

W pracy dopiero druga mocna kawa doprowadziła mnie do stanu używalności biurowej.

czwartek, 16 lutego 2012
Córeczka tatusia

Wczoraj Wiertka wyciągnęła jeden z albumów ze zdjęciami i trafiła na jakieś zdjęcie swojego taty. Był już wieczór, siedziałyśmy w łóżku. Nie dała go schować. Obcałowała je, aż w końcu sama zaproponowałam, żeby poszła z nim spać. Jest już trochę pomiętolone ;) Może dziś o nim zapomni, bo tak to, zdjęcie szybko ulegnie zniszczeniu. Mogę je włożyć w jakąś folię, czy ramkę, ale czy to nie będzie dziwne, że w moim mieszkaniu jedyne zdjęcie w ramce, to Byłego? :D

Zabawnie tak to pisać, ale w przypadku gdyby Były nawiał, nie płacił, nie utrzymywał kontaktu z dzieckiem i generalnie pozostawał z nami w stosunku analnym lub zginął w jakimś wypadku i los ustawiłby nas w stosunku analnym, to byłoby mi przykro, smutno i może nawet założyłabym jakiś wątek na forum dyskusyjnym "Samodzielna Mama".

Tydzień temu, po dwóch dniach spędzonych z tatą, kiedy to sprzedała jemu, a nie mnie rotawirusa, Wiertka, w drodze do naszego domu, już przy windzie zaczęła się dopytywać, a gdzie jest tata. Wyszedł za nami do sklepu, zobaczyła, że jednak jest. Akurat podjeżdżał autobus, więc pobiegłam na przystanek. I Mała rozpłakała się w autobusie, gdy zobaczyła, że taty jednak nie ma z nami. Wołała "tata, tata". Wyjęłam ją ze spacerówki, posadziłam obok na siedzeniu, z nadzieją, że nowa perspektywa na widoki za oknem ją ucieszy. Nie ucieszyła. Nadal popłakiwała, wołała "tata, tata" i wpatrywała się w otwierające drzwi na przystankach. Przytuliłam ją, spytałam, czy "tęskni za tatą", potwierdziła. Spytałam, nie dlatego, że nie wiem, ale dlatego, żeby - wg Rodzicielstwa Bliskości - nazywać jej uczucia i nauczyć ja nazywać swoje uczucia. Potem zajęłam ją oglądaniem tego co z okna autobusu i zaczęła się uspokajać, mówiąc tylko "nie ma tata, nie ma".

Dotąd tak nie było. Mówiła tacie "pa pa" i wracałyśmy spokojnie do domu. Może trzeba ustalić jakiś rytuał pożegnania.

Tagi: córka
10:14, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lutego 2012
Testy alergiczne, cz. 1

Miałam wczoraj robione testy alergiczne. Na razie tylko część. Pielęgniarka nakropiła mi tych substancji, a następnie - kroiła, drążyła, rżnęła moją biedną rękę. Tak na prawdę, tylko lekko nacinała nożykami, ale ja miałam minę jakbym brała udział w kolejnej wersji "Piły". I nawet zaciskanie oczu nie pomogło ;) Potem siedziałam jeszcze chwilę w gabinecie, a z przejęcia mi dech zatykało. Czekałam na szok anafilaktyczny :) Po kilku minutach mogłam wyjść z gabinetu i poczekać na korytarzu. Dobrze, że pani doktor mi potowarzyszyła, bo najpierw staranowałam parawan, potem drzwi :) Na swoją kolejkę do testów czekał 7mio letni chłopczyk.

- Tylko dziecko teraz wystraszę. - zażartowałam siadając w poczekalni blada jak ściana.

- On już miał jedną turę testów. Prawda, że się nie boisz?

Siedmiolatek pokręcił wysoko podniesioną głową i dziarsko wszedł do gabinetu. Nawet dziecko ma więcej odwagi ode mnie :)

Zatykanie w piersi przeszło, gdy wyciągnęłam książkę do poczytania :)

Testy wyszły ok - seria dotycząca pylenia roślin. Jakiś drobny rumień przy brzozie i tyle. Kolejne za półtora miesiąca.

15:29, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 lutego 2012
Człowiek Matka

Nie jestem Matką Polką. Człowiekiem Matką jestem. Trudno.

Ostatnio Były nigdzie nie wyjeżdżał, więc mogłam sobie wyjść w kilka miejsc, z dzieckiem chorym na rotawirusa dwa dni posiedział. Bardzo miło z jego strony. Zaczęłam się obawiać, że Wiertka więcej czasu z nim zaczyna spędzać i zaraz dostanę od niego pozew o alimenty. To i tak nie jest szczyt moich możliwości, bo gdybym miała możliwość, to codziennie się dzieje coś fajnego w mieście. Starałam się to teraz jakoś wyważyć.

Zastanawiałam się też ile potrwa ten "miesiąc miodowy", bo że się w końcu skończy, to pewne. A spytać się nie mogę, bo to wścibskie, nieeleganckie i jak to miałoby brzmieć? "Zerwaliście ze sobą / Ona ma teraz ważniejsze sprawy / Nie masz pieniędzy na bilet / Masz dozór policyjny i nie możesz opuszczać miasta?". Już widzę tę agrafkę wystającą z jego tyłka i to "nie wiem, nie wiem, skąd mam wiedzieć, co będę robić za trzy dni". Nawet Jarosław Kret nie wie.

No to teraz "mm" się skończył. Były wyjeżdża i musi, musi. Akurat kiedy mam pierwsze zajęcia, dziewczyny ze stowarzyszenia dopytują się mnie, który termin warsztatów mi odpowiada, żebym mogła je wesprzeć. Te wszystkie wykłady, wieczory autorskie to duperele, bo mogę sobie z nich zrezygnować, świat się nie zawali. W takim układzie nie mogę za bardzo - zapisać się do lekarza, umówić ze znajomymi na kolację, do kina.

Może jak on znowu wróci do tygodniowych interwałów wyjazdowych, to będę mogła ponownie sprawy ogarnąć.

Jeszcze napiszę o niedzielnym zakończeniu urodzin Mojej Dzielnicy - wernisaż zdjęć "wczoraj i dziś". Zdjęcia "wczoraj" były głównie z lat 60tych, ale zdarzały się też i takie z przełomu 70/80tych, czyli czasów, gdy odbywałam pierwsze podróże do Miasta. Podróże w celach zakupowych - na Bazar, czyli taki podmiejski szyk "pret a porte" lub do PTDu, czyli świata "haute couture". Dziś zamykam oczy i pod powiekami widzę jeszcze tamte miejsca, tamten zgiełk. Tamten Dworzec. Po wystawie były jeszcze opowieści o ulicach dzielnicy, budynkach.

niedziela, 12 lutego 2012
W oparach, tylko czego

Wczoraj wieczorem chciałam się wybrać na kolejne wydarzenia w ramach urodzin Mojej Dzielnicy. Przyszłam do knajpki trochę przed czasem, 20 minut i zobaczyłam, że połowa stolików (fakt, że lokal nie jest duży) ma kartki z rezerwacją na godzinę tego wykładu. Rezerwacje były na konkretne nazwiska, więc dla konkretnych osób, nie ogólnie dla zainteresowanych tematem spotkania. Dla pewności dopytałam się w barze i dowiedziałam się, że mogę siadać wszędzie, ale nie tam gdzie są rezerwacje. Na przykład na schodach. Czułam się trochę głupio siadając na schodach, w pół pustej sali i czekać tyle minut. Znalazłam, na antresoli, pufę nie przypisaną do żadnego ze stolików. Hurrraa, to znaczy, że wolno mi na niej usiąść! Ale wtedy zrodził się we mnie jakiś bunt plejbejski.

Dlaczego nie podali informacji, że obowiązuje rezerwacja miejsc? Dlaczego inne lokale potrafiły coś takiego podać na stronie wydarzenia? Dlaczego inne lokale potrafią zorganizować wydarzenie kulturalne, mieszcząc tłumy i nie blokując stoliki dla wybrańców? Bali się, że zejdzie się plebs z okolicy, usiądzie posłuchać i nic nie zamówi? Wiadomo, że lokal nie jest dla okolicznych mieszkańców, tylko dla turystów z drugiego brzegu podnieconych, że są w dzikiej Azji.

Wiem, wiem, sobotni wieczór - wtedy knajpa najwięcej zarabia. Ale albo myśli się o kasie, albo podpina pod popularne wydarzenie robiąc sobie lans.

Wyszłam. Powinnam była jeszcze na tej pufie zostawić kartkę "Rezerwacja, 18.00, W Dupie Mam Lans". Pozostał mi niesmak do tej knajpki. W drodze do domu kupiłam sobie wino, na jakie ostatnio mam fazę - białe, półsłodkie reńskie. Wieczór też był miły.

Tagi: życie
12:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi