To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 28 lutego 2013
Panna Bardzo

Wiertka to ostatnio Panna Bardzo. Wyraz "bardzo" stał się już nie zwyczajnym przysłówkiem, ale określeniem-kluczem podkreślającym wagę danej sytuacji, czy czynności :)

Czytam bardzo - moje dziecko przeglądające obrazki w książce.

Mama, nie śpij bardzo - poranna pobudka.

Nie sprzątaj bardzo - gdy chce sprzątać razem ze mną, ale musi po coś skoczyć do swojego pokoju, a ja mam poczekać z wyłączonym odkurzaczem

Mieszkam tu bardzo - to o jej pokoju

Listę mogłabym wydłużać, ale takie pierwsze przykłady wystarczą.

Generalnie, życie jest bardzo :)

09:33, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 27 lutego 2013
Przedszkolne tajemnice

Nawiążę dziś do mojej rozmowy niedzielnej. Odwiedziła mnie moja bardzo dobra koleżanka, przyjaciółka. Pogadałyśmy sobie o różnych rzeczach. Ona pracuje w przedszkolu, personel niskiego szczebla, ale widzi wszystko. Przedszkole państwowe, dość znane, modne, rodzice zabijają się by umieścić tam dziecko. Atmosfera pracy kiepska, bo płace są zróżnicowane, wg kryteriów nieznanych, albo gorzej - irracjonalnych. Różnice dla wielu ludzi nieistotne - 100-150 PLN, dla tych kobiet to znacząca część pensji. Za te pieniądze rodzice dzieci, którymi one się opiekują, nie wstają nawet z łóżek. Kiedyś na forum przedszkolnym na wysunięty taki problem rodzice chórem odpisali, że mają w dupie ile zarabiają nauczycielki i jaka jest atmosfera. Niech sobie znajdą lepszą pracę. A one podpisały umowę na gołą pensję + premię + dodatki, czyli piękne pieniądze. Jednak kryzys, wszystko zabrano i zostawiono pobory rzędu najniższej krajowej.

Tyle, że właśnie ta atmosfera, animozje, wzajemne pretensje i obgadywanie wpływają na dzieci. Na opiekę nad nimi. To jeszcze nie koniec. Nikt nie wie (i nie dowie się, bo numeru przedszkola nie podam), że placówka jest niezabezpieczona - było już kilka przypadków, gdy dzieci wychodziły z budynku. Gorzej, jeden chłopiec poszedł się pobawić do niedalekiego parku. Ostatnio dziewczynka wybiegła w kapciach na śnieg.

Ale, jak wspomniałam, przedszkole wśród rodziców ma 100% dobrych opinii i zachwytów.

Tak sobie posłuchałam tej opowieści. I proszę, teraz sama dotykam podobnego problemu. Wczoraj w przedszkolu Wiertki (już teraz wiem dlaczego jest zapadka nade furtką, blokująca jej otwieranie) było zebranie rodziców. Na 21-27 rodziców na liście przyszło... sześć mam (potem dwie dotarły spóźnione). Godzina 16.00 to jeszcze czas, gdy trzeba się wymknąć z pracy, ale raz na kilka tygodni można spróbować. Ale po co? To nie szkoła, że z dziećmi są kłopoty? A może są? Okazało się, że grupa będzie miała zmienianą panią. Nauczycielki zamienią się grupami. Aktualna tłumaczyła coś, dobro dzieci, jakieś inne sprawy. Ale nie poczułam się z tym fajnie. Pomyślałam, że pewnie dobro dzieci jest tu gdzieś daleko, a zadecydowały jakieś układy, roszady. Albo obecna nauczycielka nie radzi sobie z trzylatkami i uznano, że za wolno rozwijają samodzielność. Powiedziała nam, że nowa pani jest bardziej surowa i zdecydowana. Piszę nowa, ale ta kobieta pracuje w przedszkolu i pewnie widywałam ją już nie raz.

Nie podoba mi się to. Wiertka nie przywykła jeszcze do końca do nowego miejsca. Jedyne co się jej w tym przedszkolu to właśnie ta pani, do której biegnie zachwycona. Innych nie lubi. A teraz nowa pani, nowa sala - skąd, do cholery, pomysł by trzylatki przenosić na piętro??? Co jeśli ta nauczycielka nie będzie miała cierpliwości do mojej córki, będzie się jej czepiała? Wiertka nie jest subtelną, eteryczną dziewczynką - widziałam ją na sali, mówi głośno, zdecydowanie zabiera się za wybrane zabawki i głośno protestuje jak coś jest nie po jej myśli. Przy niej te inne trzyletnie dziewczynki nikną. Chyba w obecności starszych dzieci robi się spokojniejsza. Złamią mi dziecko :(

Jedyny plus tej sytuacji jest taki, że nowa nauczycielka pracuje zmianowo od 7.00 lub do 17.00, więc będę miała z nią codzienny kontakt przy zostawianiu i odbieraniu małej.

Dopytałam się jeszcze, jak tam moje dziecko. Na szczęście, nie jest źle. Generalnie potrafi już być grzeczna, słucha się, ale czasem ma napady złości. O dziwo, dość dobrze sobie radzi z samodzielnym rozbieranie i ubieraniem. To mój słaby punkt jako matki, bo zawsze goni nas czas. A tu została zwrócona uwaga, by popracować nad tym z dziećmi, bo nowa nauczycielka nie jest w tym względzie wyrozumiała.

Byłyśmy jeszcze wczoraj z Wiertką na teatrzyku. Darmowy, w Domu Kultury. Tym razem przybyły tłumy. Ucieszyłam się, że mam śmiałe, uparte dziecko. Stanęłyśmy przed kłębowiskiem dziecięco-rodzicielskim skotłowanym przy zamkniętej jeszcze salce. Wiertka zostawiła mnie i metodą wiertełka przecisnęła się pod same drzwi, weszła jako pierwsza i zajęła sobie najlepsze miejsce pod samą sceną. Ja tylko rzuciłam okiem, czy nie będzie mnie szukać, pomachałam jej i wycofałam się. Chętnych na spektakl było tylu, że rodziców starszych maluchów poproszono o opuszczenie sali. Mogłam sobie poczytać książkę przez 40 minut :)

10:11, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 lutego 2013
Nocne lunatykowanie

Była noc bez dziecka. Pościeliłam sobie na środku łóżka jak królowa. Pościel Wiertki położyłam na oparciu kanapy. Rano wstając zatopiłam stopy w leżącej na podłodze poduszce dziecka. Hmmm. Odruchowo spojrzałam tam, gdzie powinna być kołdra. Leżała ułożona wzdłuż mojej. Żeby nie wyglądało to nawet na 1% przypadkowego zsunięcia i rozłożenia, na kołdrze leżała lalka dziecka. Nie wiem, co mi przyświecało, gdy to robiłam przez sen :)

Wczoraj mała znowu nocowała u taty, bo byłam na pewnym wykładzie o gender i rodzicielstwie. Opowieść daruję, bo większość rzeczy była mi znana. Może kiedyś przy okazji czegoś innego.

A dziś mam spotkanie z Bardzo Ważnym Klientem, które mój szef bardzo przeżywa - tzn. to, że ja wkręciłam się na konferencję, nie on. Zobaczę, czy jeszcze rano będzie mnie próbował wygryźć i usadzić w biurze. O tym też pewnie opowiem szerzej.

08:24, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lutego 2013
Poweekendowo

Weekend był z dzieckiem, ale nieoczekiwanie dostałam jego środek dla siebie. Już wcześniej byłam umówiona na spotkanie nieformalnej grupy czytelniczej, która utworzyła się po zajęciach z pisarką. Spotkaliśmy się w kilka osób w małym gronie, w mieszkaniu jednej z nas, przy suto zastawionym stole, bo każdy przyniósł jakąś przekąskę. Rozmowy toczyły się wokół "Życie przed sobą" Romain Gary - książki i filmu. Atmosfera była taka fajna, że chyba to powtórzymy.

Justek, która także była na tym spotkaniu, wzruszyła mnie. Jakiś czas temu byłyśmy w knajpie i kupiłam jej grzane wino. Zaraz o tym zapomniałam, co być może nie najlepiej świadczy o moim stosunku do pieniędzy. Za to dokładnie pamiętam komu i jaką książkę pożyczyłam :) A justek pamiętała. Na konto długu zakupiła dwa losy na loterii manifowej i podarowała mi fanty - dwie książki :) Twierdzi, że wygrałam książkę i magnes, ale justek jako członek zbliżony do kręgów decyzyjnych dokonał korekty losu loteryjnego ;)

Pierwotnie miałam zawieźć małą do jej ojca - na czas mojego spotkania czytelniczego, a wieczorem on miał ją odwieźć, tak po 20.00. Jednak czuł się podziębiony, nie chciał wychodzić z domu, ja nie chciałam ciągać dziecka po 20.00 autobusem i stanęło na tym, że Wiertka będzie nocować u taty. Rano pojechałam po nią.

Od razu przypomniało mi się, że na ten wieczór miałam zaproszenie na urodziny koleżanki :) To potwierdziłam przybycie. Tylko nie udało mi się kupić prezentu. Koleżanka w ramach prezentu prosi o przyjście do niej na masaż balijski, by rozkręcić jej gabinet :)

Impreza zaczęła się wcześnie, więc dotarłam już na końcówkę. Czułam się dziwnie. Dookoła mnie ludzie, którzy robią coś z pasją - gabinet masażu balijskiego, zajęcia jogi, praca w fundacjach. A co ja mam powiedzieć? Usługi sprzedaję. Taki prol na drabinie prestiżu społecznego :) Na szczęście udało mi się uniknąć wynurzeń na temat mojego życia zawodowego.

Okazało się, że nie do końca moje obawy były zasadne. Do domu podwiozła mnie jedna z dziewczyn i na pożegnanie spytała czym się zajmuję. Rzuciłam ze uśmiechem, że zajmuję się przynoszeniem pieniędzy mojemu szefowi. Jakoś to skomentowała też lekko, że przesadzam. I poczułam, że nie mam co się przejmować. Może to on a zazdrości mi stałej, stabilnej (no powiedzmy) pracy, gdy ona z jej zajęciami jogi nie wie, czy zakończy miesiąc na minusie, plusie, czy zerze. Jakiś kilometr wcześniej na moje pytanie, skąd pochodzi, rzuciła, że z małego miasteczka spod X, ale też takim tonem jakby w podtekście miało być "nic na to nie poradzę" :) Chyba każdy ma jakieś słabe punkty w życiowym CV :)

A na zajęcia w jej klubie mam zamiar się wybrać z Wiertka, bo mają spotkania dla rodziców z dziećmi :) Klub jest kilka ulic dalej.

Z weekendu będą jeszcze dwie refleksje, ale to w oddzielnych wpisach.

16:36, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lutego 2013
Pożegnanie z planami

Z dupy wymyśliłam tytuł wpisu :)

Niedawno byłam na kolacji z grupą znajomych. Zanim wszyscy się zeszli, posiedziałam przy startowym dzbaneczku wina z jedną z koleżanek. Opowiedziała mi o wynikach swoich najnowszych badań - wyczerpująca się rezerwa jajnikowa. Jest ode mnie młodsza, ma 36 lat. Podejrzewała to już rok temu, bo miała objawy klimakterium jak jej mama. Bała się ciąży, zabezpieczała się, więc pocieszałyśmy ją, że teraz wreszcie będzie swobodna jazda bez obaw :) Jednak co innego nie mieć dziecka, bo się tego chce, niż nie mieć, bo już nie ma możliwości biologicznych. Przekorniak jej się włączył :)

Inny aspekt sprawy - nigdy nie wiadomo jak pewne wpadki okazują się błogosławionym wydarzeniem. Koleżanka jest mocno pro-choice i nie ma skrupułów przed korzystaniem z dostępu do nielegalnej aborcji. Kilka lat temu zaszła przypadkowo w ciążę i zdecydowała się urodzić z nadzieją, że wnuk (okazało się wnuki) zatrzymają przy życiu jej umierającą na raka matkę. Matka ucieszyła się z wnuków, ale raka to nie przekonało. Szybko zmarła. Koleżanka jest matką dość miotającą się, ale stara się.

Teraz okazuje się, że to była jej ostatnia szansa na dzieci. W dodatku parkę - chłopiec i dziewczynka. Gdyby urodziła jedno, to też by ciągle nie mogła się zdecydować na drugie. Opowiadała kiedyś, że zawsze chciała mieć rodzinę - taką bliską, tradycyjną, jak z czytanki. Związki z facetami jej nie wychodzą. Przynajmniej dzieci są.

10:09, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lutego 2013
Biegać skakać latać pływać - 100 powodów na nie

Skoro wczoraj opisywałam moje przygody z błędnikiem, to teraz jest dobry moment by opisać drogę, która mnie do tego doprowadziła.

Nigdy nie zrozumiem, czy to kwestia temperamentu, czy wychowania, pewnych sygnałów, które dostawałam jako malutkie dziecko. Byłam dzieckiem, które nie posiadało ciała. Gorzej, byłam dzieckiem które bało się je wykorzystywać. Czy można sobie wyobrazić, coś tak absurdalnego jak strach przed: skakaniem w gumę, kręceniem się na trzepaku, skakanką, jeżdżeniem na rowerze, itd. A ja to wszystko miałam. Większość dziewczynek wychowanych na świeżym powietrzu  w XX wieku ma miłe wspomnienia z tymi zabawami. Ja takie, że stałam z boku i bałam się, że jak spróbuję, to się poplączę i połamię. Nie było do końca tragicznie - mam epizody jazd na rowerze, gry w badmintona, nawet chyba skakania w gumę. Jakieś okruchy.

Siedziałam  z boku, czytałam książki, organizowałam lalkom w pokoikach z mebelkami życie jak w serialach (małżeństwa, rozwody, zdrady ;) ) i generalnie do 13 roku życia rówieśnicy mnie męczyli.

Lekcje wychowania fizycznego w szkole nie poprawiały sytuacji, bo jakby ich nie było. Szkoła była wiele lat rozbudowywana, sala gimnastyczna tworzona na nowo, więc zajęcia ruchowe mieliśmy na... korytarzu. Z gier zespołowych wspomnienie mam takie, że wybierana byłam jako ostatnia i musiałam mieć chyba twardych charakter już wtedy, bo się nie załamałam. Sporty na czas mnie stresowały, bo nienawidzę robić czegoś na czas, w konkurencji do innych. Do tego błyskawicznie się męczyłam i niemal mdlałam. Nieszczęścia koło ;) Panował terror tabelek, więc jeśli miałam tyle wzrostu to miałam zrobić tyle i tyle. Nie robiłam, więc byłam na końcu rankingów, co potęgowało mój wstręt do wf-u. Na koniec semestrów nauczycielka wyciągała mi oceny, bym miała średnią na tej swój lamerski "czerwony pasek".

Za to uwielbiałam wędrować kilometrami i chodzić po górach.

W liceum, po pierwszej klasie, odkryłam sposób na uwolnienie się od koszmaru ruchu fizycznego - zwolnienie lekarskie. Oczywiście kupowane nielegalnie. W tamtych czasach wystarczył kwit z pieczątką, a resztę wypisywał kolega. Pamiętam, że raz miał tylko te od psychiatry... Tak bardzo nie chciałam się ruszać, że nie stanowiło to dla mnie problemu. Zaniosłam do szkoły. Tuż przed maturą dyrektor połapał się, że coś jest nie tak i kazał nam konsultować te zwolnienia z wynajętym przez niego lekarzem. Miałam szczęście w nieszczęściu - akurat wtedy, na tle psychosomatycznym, obsypało mnie krosteczkami. Zwolnienie zostało uznane.

Na studiach nie było już tak dobrze. Tak nie takich cwaniaków widziano. Za to można było sobie wybrać różne zajęcia. Poszłam na gimnastykę korekcyjną (brzmi obciachowo, ale dziś takie zajęcia mają snobistyczne określenia typu TBC, czy coś tam), siłownię i okazało się, że ruch to fajna sprawa.

Potem znowu coś nagłego zawsze wypadało.

Teraz kusi mnie by wrócić na jakieś zajęcia, ale co wtedy zrobić z dzieckiem. Broń mnie losie, nie aerobowe (typu areobik), bo na takich mdleję i wraca trauma dzieciństwa. Tai chi mnie zawsze urzekało :) Ale na rower to bym się chyba nadal nie odważyła wsiąść :D

Dlatego jestem typem matki cyrkówki, która ze spokojem patrzy na to, gdy dziecko włazi, wspina się, skacze, biega. Chodzę z nią na długie spacery, po kilku placach zabaw. Podświadomie uważam, że ludzie sprawni fizycznie mają lepsze życie i ciekawszy charakter.

A kwestia jak sprawić, by dzisiejsze dzieci były sprawniejsze fizycznie i polubiły ruch, to kwestia na oddzielny wpis.

13:48, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 18 lutego 2013
Weekend NieMatki

Weekend NieMatki już drugi z rzędu - taki mam fartowny luty.

Tylko wspomnę kronikarsko o piwie ze znajomymi w piątkowy wieczór i kolacji z drugą grupą w sobotni wieczór. Duża ilość snu. I warsztaty z pewną znaną panią psycholog dziecięcą w MamaCafe. Bardzo rozgadana, energetyczna osoba.

I to ona podsunęła mi pewien trop, który rozjaśnia trochę moją niezgrabność. Bo sama była statycznym, nie ruszającym się dzieckiem. Błędnik nie ćwiczony w dzieciństwie, sprawia, że jako osoba dorosła ma się z nim problemy. Czyli "nieszczęścia koło". Dlatego, to że dziecko biega, skacze, robi fikołki nie jest niczym złym - w przyszłości nie odpadnie na testach na pilota, czy kosmonautę :)

Mój związek z moim błędnikiem miałam okazję przetestować zaraz po tym spotkaniu, gdy wracając do domu zrobiłam większe zakupy. Pożałowałam (mogłabym "podykielować" i napisać "pożydziłam") pieniędzy na drugą reklamówkę i wszystko co się dało upchałam w jedną. W ręku niosłam jeszcze torebkę jakiejś kaszy, czy soczewicy, pod pachą butelkę wody niegazowanej. Do tego jeszcze trzymałam, gdzieś jednocześnie rękawiczki i czapkę, bo nie chciało mi się ich wkładać już na siebie. Szłam jak ten cyrkowiec w stronę domu. I tak w którymś momencie drogi poczułam, że butelka wyślizguje mi się spod ramienia. Próbowałam ją jeszcze przytrzymać, chwycić. Wyleciała i turlała się z chodnika w stronę jezdni. Przez ostatnie minuty droga była pusta niczym jelita anorektyczki. A teraz, jak na złość z obu stron nadciągał sznur samochodów.

Teraz zdarzyło się coś, co spada na mnie raz na kilkanaście miesięcy, na szczęście nie częściej. Coś co mnie wkurzyło. Rzuciłam to co miałam w rękach na ziemię, schyliłam się po wodę, ale ta wyślizgnęła się z mojej dłoni (zdarza się, to jeszcze normalne) i potoczyła już centralnie na jezdnię. Pierwszy z kolumny samochodów zatrzymał się. Podniosłam się by zamachnąć się ponownie i nagle w ułamku sekundy, zachwiałam się i wyłożyłam na plecy. Nie mam pojęcia jak, nie mam pojęcia dlaczego. Przecież powinnam polecieć do przodu. To by jeszcze jakoś wyglądało. A tak sprawiałam wrażenie jakiejś nienormalnej, albo pijanej. Na oczach kilku kierowców. Przypominało to sytuację ze snu, gdy chcesz gdzieś biec, ale nogi ciągniesz po ziemi, gdy wstajesz, ale upadasz. Tylko, że to się działo na prawdę.

Pozbierać wszystko pomógł mi jakieś zawiany pan, tłumacząc żebym nie była taka zdenerwowana. Łatwo mu mówić :)

Tak jak pisałam wyżej, raz na jakiś czas zdarza mi się, że kompletnie bez powodu po prostu walę się na podłoże jak kłoda. Kiedyś w trakcie wychodzenia z autobusu po schodkach. Wtedy to wyglądało malowniczo :) Jest to na tyle rzadkie, że raczej nie podejrzewam się o początków stwardnienia rozsianego. Raczej właśnie kłopoty z błędnikiem, które są efektem trzech dekad traktowania ruchu fizycznego z pogardą.

Ale cały ten weekend był jakiś dziwny. Następnego dnia, też w sklepie, przez upływ jednego szybkiego mrugnięcia okiem, poczułam się jakbym unosiła się w powietrzu, nie stała na ziemi. Dobrze, że nie próbowałam akurat niczego łapać ;)

09:07, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 lutego 2013
Gdzie jest moje dziecko?

Tak zawieszę napięcie na samym początku wpisu ;)

Wczoraj zabrałam po pracy Wiertkę na flash-mob w ramach akcji "Nazywam się Miliard" - "One Bilion Rising" - tego dnia, 14 lutego, w różnych miastach, w różnych punktach świata kobiety zatańczyły przeciwko przemocy i gwałtom. Pierwotnie miałam nie ciągnąć dziecka po mieście, ale miała być jedna z moich koleżanek, więc zdecydowałam się. Wiertka dała się przekonać tym, że panie będą tańczyć. Na akcję przy Metrze Centrum już nie zdążyłyśmy, na Dworzec Centralny się spóźniłyśmy trochę, bo jak zwykle błądziłam po lochach dworca :D Dziecku akcja się spodobała i może kiedyś pojmie także warstwę społeczną takich akcji ;)

Teraz do głównego tematu wątku. Odebrałam wreszcie, film z balu karnawałowego w przedszkolu Wiertki. Po powrocie do domu, włączyłam dziecku nagranie, by cieszyło oko wspomnieniami z zabawy i poszłam się zanurzyć z gazetą w aromatycznej kąpieli. Coś tam jeszcze zrobiłam, ale w końcu sama zasiadłam z dzieckiem przy komputerze, by sobie obejrzeć tę imprezę. Tak była 35 minuta filmu. Patrzę, patrzę, patrzę. Oka o mało nie wyciągnę. Minuta filmu mija za minutą, a ja nadal wypatrzę na nim wszystko, tylko nie moje dziecko. Nudne to było jak dieta cukrzyka, ale ja siedzę przed monitorem już głównie po to by znaleźć na sali Wiertkę. Nawet ona zajęła się już jakąś zabawą. Wreszcie jest! W 59 minucie! Zabawa trwała nieco ponad 70 minut.

Nie miałam siły śledzić, wartkiego zapewne, toku akcji w pierwszych 34 minutach zabawy, nie wiem więc kiedy zniknęło moje dziecko. Siedziałam, szlag mnie lekki trafiał, ciśnienie "bounsowało", bo:

- gdzie moje dziecko było przez tę część zabawy?

- z kim moje dziecko było przez tę część zabawy?

- dlaczego się nie bawiła?

Rozumiem, że mogła mieć w poważaniu stadną zabawę, ale nie aż do tego stopnia, że poszła się bawić lalkami. I czy to nie powinien być powód do rozmów nauczycielki ze mną? Miałam przed oczami wizję smutnej dziewczynki wciśniętej w kąt pustej sali. Albo gorzej - obraz wynajętego pana fotografa, który wyciąga ją z balu i zabiera do innego pomieszczenia w celach pedofilskich.

Z Wiertki nic nie da się wyciągnąć, bo na razie jest skąpa w opowiadaniu historii, a na wszelkie pytania dotyczące przedszkola ma dwie odpowiedzi - "nic" albo "bawiłam się". Dopóki nie nauczy się dobrze mówić, zawsze będę się bała, że ktoś jej robi krzywdę, gdy mnie nie ma obok. Potem są większe szanse, że opowie. Choć o tym, że poparzyła się w domu zapaloną zapałką, ta mała cholera, opowiedziała koleżankom w przedszkolu :)

Nakręciłam się trochę. Choć nie do tego stopnia, co owa matka, która zobaczyła w kaszce dla niemowląt martwego szczura, zrobiła natychmiast awanturę na portalach społecznościowych i w mediach. Szczur okazał się zbitym kawałkiem mokrej kaszki.

Zwalczyłam pragnienie okazania filmu paniom nauczycielkom, dyrektorce - z żądaniem ustalenia, co się z dzieckiem działo. Najpierw spytałam się uprzejmie, co się mogło stać. Okazało się, że część dzieci miała robione w innej sali portretowe zdjęcia (mam je w albumie) i dlatego nie było ich na zabawie. Wyjaśnienie logiczne. Trochę mnie uspokoiło. Bo jak mam się upierać dalej?

Teraz pod koniec dnia, to nawet myślę, że przesadzałam z tym oburzeniem.

16:31, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 lutego 2013
Lepiej

Coś się zmieniło i nie wiem, czy to dzięki pewnemu suplementowi diety, który poleciła mi koleżanka z pracy, czy dzięki ziołowemu środkowi na PMS. Z dnia na dzień dostała kopa energetycznego. W pracy lepiej znoszę rozmowy z klientami, a zabrałam się teraz za grupę, z którą negocjacje są dalekie od dyplomacji, potrafią mi rzucić słuchawką w środku rozmowy. W tamtym tygodniu trafiał mnie szlag, waliłam głową w ścianę, teraz to po mnie spływa. Perspektywa poszukiwania nowej pracy też mnie już nie załamuje. Pijam trochę lekkiej kawy, bo lubię jej smak, a nie wlewam w siebie kubki mocnej, bo ledwo trzymam się na nogach. Po pracy zajmuję się dzieckiem, a senność przychodzi w kilka chwil po 22.00, a nie zaraz po wyjściu z pracy.

Najważniejszą rzeczą jest to, że znowu chce mi się pisać wieczorami. Z mojego mózgu zeszła warstwa szlamu i mułu, która sprawiała, że szczytem możliwości intelektualnych było obejrzenie "Klanu" i "Na Wspólnej". Włączam małej trochę bajek i na razie porządkuję zaległości we własnych zapiskach poza blogowych. Rzuciłam okiem na jedną z kartek powieści, którą zaczęłam pisać we wrześniu, ale tekst wydaje mi się bardziej ckliwy niż "50 coś tam Greya", tylko sadomaso seksu tam nie ma. To mój naturalny odruch na to co tworzę :)

10:21, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 10 lutego 2013
Urodziny Pragi - wieczór trzeci

Wieczoru drugiego urodzin Pragi nie było z tego powodu, że sił nie miałam. W planach było wyjście na kabaret praski i imprezę w praskim klimacie - rzut beretem od mojego domu. Miałam zamiar nawet sama tam zajrzeć i trochę się pokręcić, a potem okazało się, że znajomi będą. Skończyło się na tym, że w sobotę obudziłam się zmęczona, słaniając się na nogach ogarnęłam mieszkanie i poszłam znowu na trzy godzinną drzemkę... Popołudniu się rozkręciłam, ale uznałam, że moje ciało coś chce mi powiedzieć.

Za to w niedzielę, wczesnym wieczorem, czy późnym popołudniem (zależy jaką porą roku na to patrzeć) wyszłam z domu. Najpierw DSH i jego "Kawa Kino Warszawa" - krótki film dokumentalny, z rzadkiego wtedy gatunku interwencyjnych o budowie domu kultury na Targówku, która to budowa od ośmiu lat nie może się skończyć ("Gdzie diabeł mówi dobranoc", 1956), "zawiedliśmy ich towarzysze". Ciekawe zdjęcia Targówka, jego pól i łąk,  drewnianych domków - świat który znikł. Po nim fabuła "Warszawskie gołębie" (1988) o rodzinie przenoszącej się z walącego, drewnianego domku na Targówku/Bródnie na czternaste piętro betonowego blokowiska Ursynowa. A z nimi kilkanaście gołębi głowy rodziny, które zamieszkają w eleganckiej loggi :) Ciekawa argumentacja - to mnie może obszczać piesek w windzie, a potem razem z innymi obsrać trawnik przed blokiem, ale to moje gołębie brudzą i śmierdzą :)

Z DSH relokowałam się do Domu Policjanta na wykład z okazji Urodzin Pragi o kryminalistyce i zagadkach kryminalnych. O samej Pradze było tylko pobocznie, bo obecny był emerytowany praski policjant - w porównaniu z latami 80tymi, czy początkiem 90tych Praga Północ jest dzielnicą spokojną i bezpieczną. Media niedawno podawały, że w rankingach może w napadach nie jesteśmy na końcu, ale w rozbojach i kradzieżach tak. Niestety, okazało się, że nie jest to efekt łapania i wsadzania złych ludzi w wieloletnie miejsca odosobnienia. To rezultat uporczywego uprzykrzania im życia i wypychania w inne dzielnice, bo kraść gdzieś muszą... Inna sprawa, to dość bliskie relacje sąsiedzkie, które utrudniają kradzieże w mieszkaniach - widać, gdy kręci się obcy (sama kiedyś udaremniłam wejście do mojego bloku, w środku dnia, jakimś dwóm dziwnym typom).

Za to było wiele fajnych ciekawostek na temat zbierania dowodów na miejscu przestępstwa, mnóstwo informacji o np. śladach linii papilarnych (nie mówi się odciski palców), które mogą się przydać przy pisaniu kryminału :) A co tam - napiszę :) Ślady można rozróżnić na męskie i kobiece/dziecięce (tu już trudniej zawyrokować). Można także ustalić, czy ślad palca jest świeży, ma kilka dni, czy kilka miesięcy. Lepiej, można także ustalić, czy był to odcisk martwej ręki i od jak dawna - komentarz policjanta "widział pan rodzynki?", a także czy to nie jest silikonowy odcisk linii papilarnych, który ktoś przycisnął. Coraz trudniej pisać o zbrodni doskonałej :)

Dostaliśmy także radę z gatunku Perfekcyjnej Pani Domu! Jak zmyć - nie życzono nam oczywiście takiej sytuacji - ślady po... cholerka nie pamiętam jak ta substancja się nazywała, po tych opiłkach aluminium, którymi zbiera się ślady linii papilarnych. Otóż należy posmarować miejsce wazeliną, kremem dziecięcym i ściągnąć ręcznikiem papierowym :)

Smaczków było jeszcze trochę, ale może dla siebie zachowam :)

Na obu spotkaniach były tłumy, głównie stałam, bo już nie znalazłam dla siebie krzesła.

Z innej strony :) Praga Północ jest spod znaku Wodnika ;) I tak na prawdę dopiero chyba od niedawna to się ujawnia, gdy dzielnica postawiła na kluby, kawiarnie, pracownie artystyczne i festiwale kulturalne. Korpo zagłębie to tu nigdy nie będzie ;) A Era Wodnika już tuż tuż, chyba w następnym tygodniu się zaczyna ;) Choć już pięć dekad temu do wymiotów śpiewano o tym w musicalu "Hair" i człowiek myślał, że EW już nastała. A tu siurpryza - to dopiero przed nami.

22:08, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi