To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 28 lutego 2014
Lutowo

Mam za sobą zajęty tydzień.

We wtorek dwa spotkania w sprawie pracy. Postanowiłam nie rozpisywać się na ten temat, bo ile można - dostaje prace, traci pracę, opowiada o rozmowach, dostaje prace, traci pracę, opowiada o rozmowach :) Rondo :)

W środę podróż na krańce Miasta. Ciągle nie opróżniłam garażu, by móc go wreszcie wynająć. Leży tam trochę dziecięcych rzeczy. Pomyślałam, że oddam je komuś, komu jeszcze się przydadzą. Pod koniec zeszłego roku na FB trafiłam na stowarzyszenie pewnego domu samotnej matki. Same się skrzyknęły, zajęły budynek, zalegalizowały ten stan, nie stoi za nimi żadna oficjalna instytucja. Zaczęłam także segregować rzeczy w mieszkaniu - ubrania, buciki, kurteczki, zabawki. Nieszczęsnych zabawek nie ma jak oddać dzieciom znajomych, bo maluchy z klasy średniej są nimi zasypywane. Problemem jest nie nowa zabawka, ale jak pozbyć się tych, które już są.

Pomogła mi w transporcie panirolki, za co i tutaj dziękuję :) Okazało się, że z mieszkania wyniosłam kilkanaście toreb i pudeł! A ilość zabawek w dziecięcym pokoju zmniejszyła się tylko o połowę... Zapełniłyśmy cały samochód, a z garażu nie udało się zabrać całkowicie wszystkiego. Pójdzie do sklepikarni.

Dlaczego nie posprzedawałam, co się da? Bo oddałam np. całkiem dobry, drogi kombinezon zimowy dla dwulatka. Próbowałam go kiedyś sprzedać, ale może to było już za późno, albo ludzie polują w necie na rzeczy za bezcen, bo 50% ceny sklepowej ich nie interesowało. Nie, to nie. Dostanie ktoś, kto ma gorzej w życiu. Gdzieś tam myślę, że pewne rzeczy wracają - ja oddam za darmo rzeczy, coś kiedyś do mnie wróci. Dostałam w ciągu ostatni lat mnóstwo rzeczy dla dziecka. Mam dług karmiczny :)

Do owego domu samotnej matki udało nam się dostać całkiem łatwo. Na obrzeżach miasta, w lesie, dwa kilometry od najbliższego przystanku. Okolica na przedwiośniu trochę dołująca, ale może latem tam jest przepięknie. Panirolki stwierdziła, że dla niej nawet latem byłoby tam ciężko :)

Panie przyjęły rzeczy z uśmiechem, choć zdaję sobie sprawę, że bardziej od głupich zabawek przydałyby im się środki czystości i jedzenie. Może ubrania okażą się na prawdę pomocne.

Dookoła budynku poniewierało się kilka dziecięcych rowerków, więc zapewne nie jestem jedyna, która myśli, że zwalenie komuś zabawek to czyste szczęście. Odrobinę zrobiło mi się smutno, bo pomyślałam, że te zabawki wylądują jak te rowerki - szybko zniszczone. Trudno.

Jak będzie mi się wydawać, że mi ciężko w życiu, to mogę wspomnieć tą wizytę. Przejdzie mi to przeświadczenie.

A o wczorajszej, czwartkowej, podróży na Podlasie będzie jednak w innym wpisie.

11:02, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 lutego 2014
Polska Betty Friedan

Na fali potrzeby czytania czegoś lekkiego, niezobowiązującego, mało zajmującego wypożyczyłam z biblioteki "Marzenia i tajemnice" Danuty Wałęsy (oraz zapewne jakiegoś ghostwrittera ;) ). Fala popularności opadła i dzieło jest już swobodnie dostępne.

To dzięki tej książce Magdalena Środa nazwała kiedyś Danutę Wałęsę "polską Betty Friedan" (autorka "Mistyki kobiecości" o m.in. problemach emocjonalnych amerykańskich gospodyń domowych). Jaki kraj, taka Betty - i to nie zarzut.

O książce napisano już wiele i zapewne nie będę oryginalna. Jestem już za stara, za dużo za mną, a dwie dekady temu zapewne komentowałabym - jak można zamknąć się w domu, rodzić dzieci i podporządkować mężczyźnie :)

Najciekawsze były dla mnie pierwsze rozdziały - o młodości, początkach małżeństwa, pojawianiu się na świecie dzieci. Czysto prywatny naskórek. Rzeczy związane z polityką, przemianami, prezydenturą - raczej nie, bo nie różnią się bardzo od tego, co i tak wiadomo.

Młoda dziewczyna, jedynie po szkole podstawowej, od zawsze marzy by wyrwać się ze swojej malutkiej, zapadłej wioski (czy tak do końca, rodzina mojej przyjaciółki pochodzi z tych okolic). W głowie mamy klisze, że jeśli dziewczyna chce się wyrwać w świat, to zapewne by "wytańczyć marzenia", osiągnąć sukces. Taka klisza. A ona chce się wyrwać w świat by mieć męża i dzieci. Gdzie tu sens, gdzie logika :) To na tej swojej wioseczce nie mogła? :) Dopiero potem pomyślałam, że przecież życie na wsi nie jest sielanką, ale ciężką pracą. O wiele bardziej ciężką niż w mieście. A może miała gdzieś napisane, że musi spotkać swojego Lecha i przeżyć życie, tak jak przebiegło.

Dalej mamy historię kobiety, która zostawia pracę zaraz po ślubie. Na zawsze. Wiem, było co zostawiać - pracę w kiosku, niemal na czarno. Rodzi ośmioro dzieci w niemal równych odstępach czasowych. Zapewne wiele rzeczy przefiltrował czas i racjonalizacja, gdy pisze, że nie wie dlaczego, ale nie była umęczona, nie była zestresowana utratami pracy przez męża, nachodzeniem przez milicję. Dzieci przyznają, że to zadaniowy człowiek. Zadaniem było utrzymać dom w garści i zająć się dziećmi. Czasami mam wrażenie, że działała jak perfekcyjny wielozadaniowy robot (nie w negatywnym sensie), parła do przodu niczym buldożer. Robot, który nie rozmyśla, nie rozdziela jednej myśli na czworo, nie "wymóżdża", nie uprawia filozofii. Działa na kilku algorytmach. Sądzę, że to klucz do jej bycia szczęśliwą. A moje bycie "nieszczęśliwą" nie czyni mnie kimś lepszym.

Jedna rzecz także mnie ujęła. Mąż traci pracę, w domu dwójka, albo trójka dzieci, a ona nie czuje stresu z tego powodu. Mąż jest od tego, żeby utrzymać rodzinę, choćby się drzewa gięły on znajdzie na to sposób. Ona w to twardo wierzy, więc nie ma co się przejmować na zapas. I tak jest. To jest ten klucz w tradycyjnej rodzinie - mężczyzna ma ją utrzymać, bo straci twarz, jego żona ma się nie przejmować tym, co włożą do garnka jutro. Kobieta ma zadbać o dom, to jej punkt honoru, jej mąż ma wrócić z pracy dostać obiad, zobaczyć czysty dom i odetchnąć. Kiedy dziś szarpię się jak przeżyć do pierwszego, nie wydaje mi się to już takie opresyjne. Zapewne idealizuję, bo zawsze bywali mężowie, którzy mieli rodzinę w czterech literach i nawet zdobywanie finansów zrzucali na barki żony. I dziś nie jest tak łatwo z pracą, jak było w czasach PRLu.

I Danuta była szczęśliwa. Była szczęśliwa dopóki polityka na dobre nie wessała jej męża, nie wyrwała rodzinie jak krzak. Była szczęśliwa rodząc dzieci, opiekując się nimi, dbając o dom i witając co popołudnie męża obiadem. Nie podejrzewam żeby prowadzili głębokie dysputy. Ale on był co popołudnie. A nawet kiedy polityka go wypluła, to on już nie był tamtym Lechem. Nadal miał okruch lodu w sercu. To najbardziej rozpaliło media po ukazaniu się książki - że mieszkają w domu jak dwoje obcych ludzi, że on tkwi non stop przy komputerze, w internecie, że zaproponował jej by sobie rozmawiali przez Skype'a (będąc jednocześnie w tym samym domu!).

Polska Betty Friedan nie cierpi dlatego, że jest zanudzona, nie ma możliwości samorealizacji. Ona cierpi z powodu braku bliskości kochanego człowieka, o którym napisała, że do pewnego momentu była od niego uczuciowo uzależniona, bezwolna. Jaki kraj, taka Betty.

Z drugiej strony. Patrzę na zdjęcia Danuty z okresu, gdy była uzależniona emocjonalnie od męża, miała swoją ukochaną rodzinę jak "zaciśnięta pięść" i te z czasów, gdy on się oddalił, a ona robiła się coraz bardziej niezależna i harda. Na pierwszych taka szara, bez wyrazu, bezcielesna. Na drugich wyrazista, soczysta. Jaki kraj, taka Betty.

15:14, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 lutego 2014
Spleen lutowy

Tak wsunęło się od wczoraj, czy przedwczoraj i na szczęście wiem, z jakiego powodu, więc wiem  też, że to tylko kwestia tygodnia do półtorej. Słońce jest za chmurami. Chcę coś zrobić, ale nie mam pojęcia co. Idiotyczne do wytłumaczenia, dla kogoś, kto nie miewał takich stanów. Mam siły, nie mam energii. Chcę coś przeczytać. Przeglądam książki we własnej bibliotece. Mam ich kilkaset do cholery, od popularnonaukowych do powieści (kryminały, chick lit, klasyka polska, światowa). 80% z nich czytałam tak dawno, że spokojnie mogę je otworzyć ze świeżym spojrzeniem. Przeglądam tytuły półka po półce i jakiś mentalny żołądek podchodzi mi do gardła. Bleee. Przerzucam kanały w kablówce. Nic ciekawego. Usiądę na kanapie i czuję, że muszę wstać i coś zrobić. Wstanę i snuję się, bo coś mam robić? Co mam robić? Miałam w planach jechać na wykład do Feminoteki o kobiecej seksualności, ale doszłam do wniosku, że sama mogłabym go poprowadzić. Dyskusja by mnie jedynie interesowała, a nie wiem, czy jest przewidziana.

Zazwyczaj cieszysz się na coś. Ugotuję coś smacznego - fajnie. Przeczytam coś ciekawego - fajnie. Obejrzę coś dobrego - fajnie. Takie okruchy rozrzucone w ciągu dnia. A tu nie ma apetytu na nic.

W tle jest dziecko, więc odpracowuję zabawę z nią.

Jak się da, to piszę swoją rzecz. Trochę już kartek zapisałam.

To takie balansowanie na granicy anhedonii i miewałam tak w depresji, już w anhedonii. Ale to nie to :)

Idąc z dzieckiem do parku popatrzyłam na słońce. A gdyby tak po prostu, zwyczajnie, usiąść na ławeczce i nic nie robić? A niech to słońce sobie świeci. Pomyślałam, że dopada mnie zmora znana innym kobietom (być może mężczyznom także). Nieumiejętność przyjęcia bezczynności. Tylko, że bardziej spektakularnie wygląda to, gdy kobieta musi - sprzątać, a jak czysto, to wyprać, a jak wyprane, to zrobić weki na zimę, a jak jest przedwiośnie, to... O kurcze... To co... Wiem! Przekopać ogródek! Broń Boże, nie siedzieć tak po prostu.

A może czasami trzeba po prostu katatonicznie nie robić nic. Tak sobie siedzieć jak starowinka na przyzbie i przyjmować energię z kosmosu ;)

Co dziwne. Do jednej rzeczy miałam energię. By ten tekst, złożony w czasie spaceru zapisać na blogu. Po pierwsze: jednak nie dało się być bezczynnym. Po drugie: niezłe mam mniemanie o sobie, skoro myślę, że kogoś to zainteresuje.

Dziecko zostawiłam u jej ojca i wracając do domu kupiłam czasopismo kobiece. Tak, mój mózg potrzebuje teraz papki. Może jeszcze jakieś fora dyskusyjne gazety otworzę.

17:59, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 lutego 2014
O wieku winogronowym i nie tylko

To może być bardzo długi wpis, bo postanowiłam w jednym zebrać moje wyjścia kulturalne z ostatniego tygodnia :) Żeby nie było, że tylko uprawiam biedę :)

W czwartek dostałam zaproszenie na wieczór literacki mojej koleżanki. Pojechałam tam po kilku dniach szukania pracy, wizycie u laryngologa z dzieckiem, potyczkach finansowych i byłam wymięta niczym kreszowy dres. Wieczór był świetnie zaaranżowany - w stylu stand-up comedy :) Koleżanka jest w "wieku winogronowym", rzadkim dla tego gatunku :)

Dygresja. Chciałam znaleźć jakieś miłe określenie na wiek, który bywa dla części kobiet trudny i przypomniałam sobie pewien cytat na temat rozwoju kobiecej seksualności, ale może dobrze pasować i do innych aspektów. Mniej więcej szedł tak: "Jeśli smakują ci tylko poziomki, nic nie wiesz o winogronach".

Koleżanka, świetnie odnajduje się w formule występu przed publicznością, snucia zabawnych anegdotek, historyjek. Czytała także urywki swoich opowiadań. Powinna tak jeździć po kraju z występami :) Potem inna nasza koleżanka dała koncert piosenek. Niestety, musiałam wrócić do dziecka i ominął mnie występ taneczny jednej z synowych bohaterki wieczoru.

Sobotni wieczór spędziłam w teatrze, dzięki konkursowi na FP Feminoteki. Wygrałam dwa bilety na spektakl "Ślad" na motywach powieści Marty Dzido "Ślad po mamie". Książkę czytałam lata temu i ciekawie było zobaczyć, jak można to przerobić na godzinny monodram. Choć ujęcie tematyki już mnie nie rusza - leczenie smutku imprezowaniem oraz narkotykami. I wydaje mi się nawet trochę zabawne, że organizacja walcząca o zmiany w ustawie aborcyjnej i nie poruszająca ostatnio innych aspektów problemu (śledzę dyskusje), patronuje sztuce o syndromie post aborcyjnym, który rzekomo nie istnieje :) Oraz dziękuję justek za towarzystwo :)

Niedzielny wieczór, to wieczór autorski mojej innej koleżanki. Spotkanie wokół, wydanego w zeszłym roku, tomiku poetyckiego. Zabrałam ze sobą Wiertkę, bo ile można wyręczać się jej lub moim ojcem. Ryzykowałam, bo na antybiotykach nie mogę jej zabierać w większe skupiska ludzkie. Ja przysłuchiwałam się rozmowie o poezji, twórczości, a moja córka obstawiła bufet ze słonymi przekąskami oraz sokami. Powinnam się za nią wstydzić, ale dzięki temu tylko się wierciła i czasem cicho skomentowała rozmowę na sali. Niestety, na część artystyczną, czyli czytanie wierszy, koncert bohaterki wieczoru już nie zostałyśmy, bo Mała była zmęczona. I tak długo wytrzymała. Ponad godzinę!

A wczorajszy, poniedziałkowy wieczór, to spotkanie autorskie z Alicją Banasik i jej książką "Moja przygoda z poznawaniem warszawskiej Pragi". Kobieta, w wieku mocno "winogronowym" (rocznik przedwojenny) sama zebrała materiały na temat historii Pragi, zrobiła zdjęcia, znalazła wydawcę i niestety, sama zapłaciła za wydanie monografii. Żaden ze sponsorów działający na terenie Pragi lub mocno z nią związany nie był zainteresowany. Albo po prostu nie była wystarczająco namolna. Szkoda, że nie mogłam kupić książki.

Autorka najpierw przez prawie półtorej godziny opowiadała o historii Pragi :) Od wieku XI do XXI z jego konsultacjami społecznymi, rewitalizacją dzielnicy oraz ruchami protestu. Potężny materiał w głowie, mówiony ot tak, swobodnie. A jej ulubionym aspektem jest militarna waga Pragi w historii wojen i powstań - nawet nie zdawałam sobie sprawy, że dzielnica była dla Warszawy tak ważnym buforem, palonym, burzonym. Potem było - dla mnie - najciekawszy punkt spotkania. Rozmowy o tym, co było dla niej w tworzeniu monografii najprostsze lub najtrudniejsze. Niestety, okazało się, że najtrudniejsze będzie spłacenie wydawcy :(

I teraz to raczej kilka dni kulturalnego odpoczynku. Szkoda ;)

11:04, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 lutego 2014
Laryngolog

Nadszedł termin wizyty Wiertki u laryngologa. Pisałam wczesną zimą, że mam wrażenie jakby słabiej słyszała, a logopeda także chciała wykluczyć ten czynnik przy wadzie wymowy. To poszłam na wizytę, bardziej pro-forma. Najpierw badanie słuchu. Potem konsultacja z lekarzem. I okazało się, że Wiertka rzeczywiście ma coś ze słuchem :( Jednocześnie doktor zauważyła wodę w uszach i powiększone migdały. Być może to jakaś infekcja. Cholera, mogłam ją pokazać pediatrze, gdy miała ostatnio te 2-3 dni wysokiej gorączki. Gorączka przeszła bez dodatkowych objawów, to w czym problem? :(

Na razie mała ma tydzień antybiotyku i ferii zimowych w domu. Za tydzień doktor sprawdzi, jaki stan ucha i czy ze słuchem już będzie ok. Moje biedne dziecko :( Moje biedne głośne dziecko.

Pierwsze co na mnie spadło, bo wyjściu z gabinetu, to że mam niecałe 10 zł w portfelu i nie dam rady od razu kupić lekarstw. Były, który zabierał małą na wieczór nie miał pieniędzy na wykup recepty, nie mówiąc o czymś, co przypomina alimentację. Oszczędzanie szlag trafia, bo leki przecież będą kosztować.

Dopiero potem pomyślałam, że przecież nie pracuję, więc odpada stres, co ze zwolnieniem lekarskim, pracą. Gorzej, że w ogóle nie powinnam zabierać ją na większe zebrania ludzkie (ze względu na antybiotyk, nie zarażanie), a na niedzielę miałyśmy plany.

Dziś byłyśmy w banku, wzięłam nową porcję pieniędzy, które rozeszły się prawie całkowicie w aptece, sklepie zoologicznym (Edek od wczoraj spożywa bardziej miał niż ziarno) i sklepie spożywczym. Ale może przez najbliższe dni będę musiała dokupywać tylko pieczywo.

A o wczorajszym wieczorze będzie krótko, ale w oddzielnym wpisie. Może jutro.

18:48, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 lutego 2014
Powiedzieli cz. 1

Lubię opowiadania, bo nie zostawiają pisarzowi kryjówki. Nie da się w nich zagadać problemu. Do ostatniej strony dotrę w w parę minut, więc zaraz się zorientuję, że nie masz mi nic do powiedzenia.

Jonathan Franzen o Alice Munro :)

12:09, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 lutego 2014
Codziennik lutowy

Mój pierwszy dzień reszty mojego życia, czyli wczorajszy poniedziałek za mną :)

Nie zrobiłam wiele. Do południa przeczesywałam portale rekrutacyjne, wysyłałam CV. Zrobiłam coś na obiad i położyłam się pod kocem. Od jakiegoś czasu, co kilka dni rozbija mnie fizycznie - katar, pokasływanie, ból głowy. Aspiryna wyciąga mnie na chwilę. Wczoraj głowa bolała mnie od przebudzenia. Miałam ostatni proszek od bólu głowy i nie chciałam go łyknąć. Bo przecież ostatni, a co jeśli jutro też będzie mnie boleć głowa? Takie tam dylematy. W końcu po 18.00 nie wytrzymałam.

Zanim odebrałam dziecko z przedszkola, wstąpiłam do banku po pieniądze. Bo, moi drodzy, udało mi się zgubić portfel we własnym domu... Tak... W ostatnią środę wyjęłam go z torebki by pokazać dziecku, że na prawdę nie mamy pieniędzy i musimy oszczędzać. Wyjęła mi ostatnie trzy pięćdziesięciogroszówki. I dalej ściana. Musiałam go położyć na stoliczku w pokoju i dalej zajęło nim się dziecko. Czyli portfel może być wszędzie. Przejrzałam wszystkie miejsca, w które go odkładam (99% czasu spędza w torebce). Są to ze dwa stałe miejsca. Potem przejrzałam inne możliwe kąty, w które mogłam go położyć. Zapadł się jak kamień w wodę. Jedyną cenną rzeczą, jaką w nim miałam, była karta bankomatowa. Na szczęście. Trochę kasy podrzucił mi eks. Dziś dałam za wygraną. Wyjęłam trochę pieniędzy z konta, zastrzegłam kartę i czekam na nową. Dobrze się składa, bo i tak nie mogę wydawać forsy :)

Po przedszkolu poszłyśmy z wizytą do koleżanki Wiertki. Już od miesiąca się umawiałyśmy z jej mamą, że dziewczynki się pobawią. A ja zbierałam ludzi :) Koleżanka, która miała szczęście poznać Agnieszkę Osiecką powiedziała mi ostatnio, że ta lubiła zapoznawać ludzi i ich historie. Ja także lubię. Mogłam zobaczyć jak wygląda jedna z praskich kamienic od środka :) Nie wiem dlaczego, ale lubię patrzeć na rozkłady mieszkań, to jak są urządzone w środku (bez inspekcji czystości). Stare kamienice to szkatułki ze skarbami. W powojennym budownictwie wystarczy, że spojrzę na budynek i już wiem, ile pokoi mają mieszkania, dwustronne, jednostronne, czyje okna są czyje. W starych kamienicach te mieszkania to niespodzianki. Albo przestronne, że można jeździć rowerem, albo malutkie jak dziuple.

To ta sama koleżanka Wiertki, z którą została pomylona pierwszego dnia przedszkola. Dziewczyny bardzo sobie przypadły do gustu i nawet dowiedziałam się, że wg pani psycholog obie walczyły o przewodnictwo w grupie. Albo może pomiędzy sobą, bo obie to takie blondyneczki-aniołeczki.

Spotkałam samotna matkę bardziej wyluzowaną rodzicielsko niż ja. Chyba przestanę mieć wyrzuty sumienia i uznam, że dotąd stykałam się z samymi matkami bardzo zaangażowanymi. System zajmowania się dzieckiem przez otoczenie opanowała do perfekcji, niczym filmowa Ki. Biorąc pod uwagę, że ma pracę zmianową i pierwsza zmiana to np. godz. 3.00-11.00... Za to bierze za swoją pracę godziwe pieniądze. Ode mnie dowiedziała się, ile wynosi najniższa krajowa :) Czym się zajmuje, nie napiszę, bo to tylko pozorne, że sieć jest anonimowa.

Praca pracą, ale rok temu poszła potańczyć, a z dzieckiem został jej kolega. Wyszła późno, mała była już wykąpana, po kolacji, w pidżamie, w łóżku. Przejechała tylko kilka przystanków i dostała od kolegi telefon, że kamienica płonie, wszyscy są ewakuowani... Kolega nie wiedział, gdzie są ubrania dziecka, zapasowe klucze do mieszkania, więc tylko opatulił dziewczynkę kocem i wyszli tak na ostry mróz. Płonące kamienice, to niestety w tamtym roku, na Pradze Północ, zdarzenie częste. Przypadek, celowe? Wszystko skończyło się dobrze. Teraz mieszkają obie (plus jej facet) w mieszkaniu zastępczym, też komunalnym, które zdążyła już za własne pieniądze wyremontować. I to świetnie urządziła ten lokal. Weszła do ruiny z piecem kaflowym na środku pokoju, a zrobiła z tego ładne, nowoczesne mieszkanie.

Wykształcenie, języki, przeczytana literatura klasyczna i nieklasyczna, co do inteligencji to nie będę ryzykować, że posiadam - wszystko można sobie w tyłek wsadzić. Nie ma to nic wspólnego z prawdziwym życiem i umiejętnością odnalezienia się w każdych warunkach. Podziwiam trochę takie kobiety.

Wiertka zachwycona. Chce mieć takie łóżko jak koleżanka, takie mieszkanie jak koleżanka. Dobrze, że chyba matkę nadal chce mieć taką samą :)

11:00, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 lutego 2014
Zmiana życia o 360 stopni

Zmiana życia o 360 stopni. Czyli jak to na rondzie.

W czwartek, na spotkaniu działu, jeszcze podniosłam temat korekty systemu prowizyjnego. Korekty, nie zmiany. Korekty, która kosztowałaby firmę może z 300 zł. Minus podatek, czyli na moje konto wpłynęłoby mniej. Prezes nie zgodził się. Za to dopytał, którą koleżankę z działu ma zwolnić, by to się opłacało. Sprawę przemyślałam dzień wcześniej, więc odrzekłam, że w takim razie ja odchodzę z pracy. Chyba poczuł się postawiony pod ścianą, bo uniósł się honorem. Jak chce odejść, to proszę bardzo.

W piątek zamknęłam co było do zamknięcia, przekazałam sprawy, wrzuciłam notatki do niszczarki, oczyściłam biurko i wypisałam wniosek urlopowy na zaległe dni urlopowe. Niestety, miałam nadzieję, że - tak jak u poprzedniego pracodawcy - da się to załatwić jako likwidacja stanowiska pracy. Prezesowie wiedzą jednak, że to na granicy prawa i skończyło się na porozumieniu stron. Tak oto nie mam prawa do zasiłku z Urzędu Pracy.

Rzuciłam pracę mając na koncie mniej niż wysokość minimalnej płacy (plus debet), bez żadnych wpływów w najbliższym czasie. Gdybym jednak popracowała jeszcze miesiąc na tych zasadach, to miałabym w marcu już tylko debet. Dobrze, że załatwiłam sobie w przedszkolu obniżenie opłaty za pobyt dziecka o 100%. Myślałam nad zdobyciem dodatku do czynszu ze strony gminy, ale zarabiałam za dobrze. Chyba, że teraz, gdybym była zarejestrowana w UP już nie żądaliby zarobków za ostatnie trzy miesiące.

To upokarzające, że muszę kombinować skąd wziąć dodatki, zasiłki, by normalnie żyć. Gdy mogę normalnie pracować.

Nie wiem dlaczego zareagowałam tak impulsywnie. Sprawę przemyślałam, ale decyzję podjęłam nieracjonalną. Głupią :( Może właśnie powinnam? Dotąd decyzje nieracjonalne podejmowałam w życiu osobistym. W tym zawodowym byłam do bólu rozsądna i nieszczęśliwa.

Po moim odejściu, firmy i sprawy zostały podzielone na dwie kobiety, które zostały. I teraz ich zarobki skoczą. Na tym to polegało. Pracy było dla dwóch osób, nie trzech i jedna musiała się wykrwawić finansowo. One nie wchodziły w grę, bo mają pensje mężów, mogą zarabiać "na waciki". Dlatego one pracowały na 50%, ja na - bez przesady - 80%. Ale to ja chciałam 200-300 zł więcej :(

To jeszcze nie wszystko, ale o tym może jeszcze kolejny wpis. Jutro.

 

Dobra, sprawdziłam stan konta. Mam 276,00 zł na plusie. Plus debet do wykorzystania. To był chyba ostatni moment by rzucić pracę.

10:54, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 lutego 2014
Strata - wernisaż w Fundacji Mama

Nie będzie o tym, że straciłam okazję do pójścia na wernisaż :D

Pomysł jego zorganizowania padł dawno temu. Nawet chyba 2-3 lata temu. Pracowały nad tym dwie dziewczyny z pewnego zamkniętego forum, na którym jestem już chyba równo sześć lat. To miejsce, w które trafiają kobiety po doświadczeniu poronienia. Dość szybko okazało się, że forumowiczki zachodzą w ponowne ciąże i powstało - równie ukryte - podforum dla ciężarnych, a potem mam :) Nawet ja tam w końcu trafiłam.

I na tym opierał się pomysł - na zdjęciach pokazać, że po poronieniu jest nadzieja, kobiety rodzą dzieci i są szczęśliwe. Jedno zdjęcie portretowe, drugie z dzieckiem/dziećmi i pod spodem opis - jakie słowa są pomocne, jakie bolą, generalnie krótkie przemyślenia.

Kobiety są rozproszone po Polsce, Europie, świecie i nie jest łatwo zebrać odpowiednią grupę ochotniczek do zdjęć. Trwało to miesiącami. W końcu Agnieszce, fotografce zostało, do zakończenia projektu 2-3 osoby. Ja do tamtej pory milczałam, bo uznałam, że moja strata, taka jedna, to nic w porównaniu z tragediami innych kobiet i po co mam się pchać do zdjęć. W końcu się zgłosiłam by zapchać braki :) Dokładnie rok temu Aga była u nas w domu i zrobiła sesję zdjęciową mnie i Wiertce. Z wielu zdjęć wybrałyśmy jedno portretowe i rodzicielskie. Pozostała jeszcze kwestia, co mam napisać od siebie. Poronienie wydało mi się tak odległe, zamknięte, że nic z serca nie mogłam z siebie dać. Dałam cztery wiersze, które wtedy napisałam. Miałam nadzieję, że to nie będzie pretensjonalne ani dziwaczne.

I wczoraj wieczorem był wernisaż oraz spotkanie wokół wystawy :)

Okazja do spotkania innych kobiet. Warszawska frakcja i tak widuje się raz na jakiś czas na winie :) Były osoby spoza, były dziewczyny z Fundacji Mama. Oglądałyśmy zdjęcia i cicho wymieniałyśmy się, który to nick :) Usłyszałam, że moje wiersze są piękne i mocne  i można by je dać nawet na główną forum. Miłe. Dowiedziała się jeszcze innej ciekawej rzeczy - jedna z autorek wystawy, kompletnie inaczej mnie sobie wyobrażała. Forumowo bywam czasami złośliwa, cyniczna. To w założeniu, gdy zakładałam nick jedenaście lat temu, miała być ta moja strona osobowości, którą od dawna nie pokazuję. I okazało się, że miałam być długowłosą, chłodną brunetką :) A jestem ciepłą, przemiłą blondynką. To przez moją słowiańską puciatość :) Dodam, że ten nick to nie bezcielesna :) Trafiają tu osoby, które znają mnie także pod innym i te zawsze proszę by go nie udostępniały tu. To dwa różne byty.

Była też dyskusja. Zdominował ją jeden aspekt sprawy. Na spotkaniu było dwóch mężczyzn. Jednym z nich był mąż fotografki, drugi ktoś kompletnie spoza. I to właśnie tamten zapytał, dlaczego na zdjęciach nie ma ojców. Równość, to równość. Niektórzy panowie nie chcieli. Ale temat poszedł dalej właśnie w kierunku tym, że to także strata ojca, jak przeżywają to mężczyźni.

Po wernisażu było wyjście na wino. Nie śledziłam ostatnio dyskusji na forum i ukrytej społeczności na FB, nie widziałam więc o tych planach. Nie przygotowałam odpowiedniego budżetu :) Koleżanki wybierają zawsze knajpy, gdzie np. pięć płatków łososia na sałacie kosztuje 25 zł. Poprzestałam na dwóch lampkach wina, bo akurat zmieściłam się finansowo. Kobiety chyba chciały bym coś zamówiła na ich koszt, ale ja na serio byłam najedzona. Podzieliłam się nowiną, o której będzie wpis jutro akurat.

Podziękuję jeszcze justek, która przyszła na wernisaż, podarowała mi kwiatek jakbym była główną bohaterką wieczoru i dzielnie zniosła to, że miałam także inne znajome do pogadania :)

Pierwotnie Wiertka miała być u swojego taty od sobotniego poranka do niedzielnego wieczora. Ale K szła  w piątkowy wieczór na koncert i chciała by dzieci poszły do ojca już w piątek. Za to zaproponowała, że on w sobotnią noc popracuje, a ona weźmie wszystkie, w tym Wiertkę do siebie i dzieciaki ponownie pójdą do taty w niedzielę (dzieli ich ulica i dwa bloki). Dzięki temu na wernisaż poszłam sama, bez małej i mogłam wyjść na wino. Jednak dziś pomyślałam, że ja także wyniosłam korzyść z piątkowego wieczoru, nie mogę tak pozbywać się dziecka. Argument braku wypoczynku odpada, bo będę go miała chwilowo w nadmiarze. Dlatego Wiertka wróci do mnie już dziś wieczorem.

19:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 lutego 2014
Sałatka pracownicza

Robi się monotematycznie i znowu jakieś smutne wpisy będą.

Miałam nadzieję, że uda mi się przedyskutować z przełożonym kwestie aktualnego wynagrodzenia, miałam karty przetargowe, ale jeden telefon od klientki, która oświadczyła, że niestety musi stać się byłą i nie zostało mi nic w rękach. Czyli zapowiada się kolejna wypłata najniższa krajowa. Kolejnej nie przetrzymam. Uznałam, że chyba czas by zostawić tą pracę. Mam jeszcze czas do piątku na przetrawienie.

Nigdy do mojego zajęcia nie miałam serca, ale uznawałam, że w życiu nie można mieć idealnie na wszystkich polach, czasami trzeba iść z losem na kompromis. Praca jest po to by zarobić na życie i przyjemności (czyli luksus pisania po pracy). Ta moja praca, to trochę taki kanał z filmu, w który kiedyś weszłam przed laty i z którego da się wyjść tylko jakąś własną działalnością gospodarczą. Co jednak, gdy nie można już w tym kanale zarobić? Mam robić to co średnio lubię i jeszcze wykrwawić się finansowo? Ktoś spuścił wodę z toalety w ten kanał.

Wczoraj koleżanka stawiała mi Tarota - pytałam o to, co mam dalej zrobić z moją pracą. Czekać na dobry sezon, zacisnąć zęby i potem odkuć się finansowo, czy szukać nowej? Tarot jak to Tarot - odpowiada niekoniecznie na temat, jakby obok. Bo pokazał złe decyzje w przeszłości, brak satysfakcji. Znowu - trzecie rozdanie, z rąk trzeciej osoby - pokazała się ta karta: jakiegoś sukcesu. Tyle, że co do przyszłości - kierowanie się intuicją, emocjami, skupienie się na uczuciach. Powrót do karty "przeszłości", czyli złego wyboru. Koleżanka stwierdziła, że to karta bardziej do pytania o sprawy osobiste, nie zawodowe. Ja tu o pracę pytam, a te się każą zakochać?

Zażartowałam, że zbliża się do mnie dobrze zarabiający książę, który się we mnie zakocha, zaopiekuje i da warunki do tego, bym mogła wreszcie tylko siedzieć i pisać. Biedny Balzak żył tym samym marzeniem przez lata :) Tylko, że on celował w majętne wdówki :)

Przez myśl mi nawet przeszło, że gdybym za ziemię, którą zamierzam sprzedać na prawdę wzięła tyle pieniędzy, za ile ktoś z rodziny wycenił (wątpię), to mogłabym zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę - żyć bardzo skromnie przez 3-4 miesiące i móc spokojnie pisać. A potem miałabym w rezerwie jeszcze kilka tygodni na znalezienie nowej pracy. Ale takie "przejadanie" pieniędzy wbiłoby mnie w poczucie winy. To coś jak nakupowanie sprzętu RTV za drobną wygraną na loterii przez ubogich. Po chwili są tak samo biedni, z gratami w domu. Pieniądze są po to, by je inwestować, by pracowały na przyszłość.

17:10, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Tagi