To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 28 lutego 2015
O tekście piosenki i wierszach

Mam znajomego o rok starszego. To mąż koleżanki z liceum. Jego znam od kilkunastu lat, ale jest są to kontakty 2-3 razy do roku na imprezach jeszcze innej koleżanki z liceum (jest gwiazdą socjometryczną). Nazywamy go we dwie po cichu Samcem Alfa, bo to taki typ mężczyzny, ale doskonale z małżonką dobrany - ona uwielbia dbać o ognisko domowe. Generalnie typ mężczyzny zajęty zarabianiem pieniędzy, gromadzenie dóbr i podwyższaniem standardu życia.

Byłam zaskoczona, gdy odezwał się do mnie niedawno na FB prosząc o numer telefonu. Szczęka mi opadła, bo okazało się, że poprosił o konsultacje słów do piosenek, które nagrywa. Widocznie smuga wieku średniego dopada każdego i inni także wracają do pasji z lat nastoletnich. Nigdy bym go nie posądzała o zapędy artystyczne. Po latach biznes, który prowadzi z żoną jest na takim etapie, że są prawie rentierami i mogą sobie pozwolić na pasje :)

Zgodziłam się, choć bez zachwytu. Nie dlatego, że wątpię w jego zdolności, ale dlatego, że nie ma we mnie ani milimetra krytyka literackiego, cenzora. Nie potrafię chlastać czyiś tekstów. Dostałam trzy teksty i trzy pliki z muzyką. Czytam, wgryzam, jakieś kosmetyczne poprawki są. Zdaję sobie sprawę, że tekst piosenki rządzi się innymi prawami niż wiersz. Wiersz musi uderzać będąc czytany. Wiele tekstów klasycznych przebojów, czytanych na sucho brzmi beznadziejnie. W połączeniu z muzyką i wykonaniem są arcydziełami.

A jeśli już jestem w temacie wierszy, to prowadząca warsztaty poetyckie zrecenzowała mój plon pierwszych zajęć. Chwali, że mam indywidualny, rozpoznawalny styl, ale gani, że teksty są zbyt chłodne, mało zmysłowe, mięsiste. Biorę pod uwagę, że ona taką poezję po prostu lubi. Na przykład wiersz Szymborskiej jej do gustu nie przypadł. Jak mój chłód ma być jak Szymborskiej, to ja się cieszę ;) 

Czytam te wiersze jeszcze raz i rzeczywiście są trochę jak skandynawskie fiordy. mam jednak rzeczy, pisane w domu, które są bardziej emocjonalne.

Na ostatnie zajęcia mieliśmy przynieść wiersz poety, którego cenimy. Wzięłam Leśmiana. Okazało się, że byłam jedyna, która wyróżniła twórczość kompletnie różną od swojej. Teraz "challenge accepted" (jak mawiał bohater "Jak poznałem wasza matkę") i postanowiłam napisać coś w stylu Leśmiana :)

 

 

Komentarz w sprawie nie palącego taty. Nie ciągnie go do papierosów, ale dziś opowiadał mi jak śniło mu się ostatnio, że pali papierosa :)

20:01, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lutego 2015
Rzemieślnicy

Byłam ostatnio na spotkaniu w Muzeum Czar PRL, dwie młode dziewczyny (Marta Mach i Agata Napiórkowska), tworzące kwartalnik o rzemiośle opowiadały historie starych zawodów. Historia lubi się zapętlać. Czasy PRLu były złotymi czasami dla mnóstwa zawodów - dla zegarmistrzów, szewców. To takie najbardziej znane. Istniało wtedy także wiele innych profesji, które dziś już zaginęły.

Przyszły lata 90te i wszyscy zachłysnęli się nowoczesnością. Świat poszedł w kierunku rzeczy jednorazowych, albo z krótkim terminem trwałości. Małe zakłady upadały, a na ich miejsce wchodziły banki, nowoczesne salony, by ulica wyglądała światowo.

Czas płynie i teraz okazuje się, że pokolenie młodych ludzi wraca do tamtego świata. Oczywiście, powroty nigdy nie są dosłownym cytatem. Jednak niektóre zawody, np. kaletniczy, czy szewski przeżywają renesans dzięki napływowi młodych adeptów. Pokolenie którejś tam literki na końcu alfabetu, a nawet nasze X zamiast iść do korpo / rzuca pracę w korpo i zabiera się za coś, co dwie dekady temu było widziane jako wstydliwą karierę życiową. Zabiera się za pracę własnych rąk. Już nawet nie pisząc o rzemieślnikach - pojawia się coraz więcej mikro manufakturek robiących ubrania, dzieła plastyczne, wyroby cukiernicze.

Po początku lat 90tych i przeświadczeniu, że tylko studia wyższe nobilitują i dają człowiekowi wartość, wraca trend, że wartość nadają praktyczne umiejętności.

Zazdroszczę tym ludziom. Zazdroszczę ludziom z talentem plastycznym, dobrą motoryką małą, zręcznymi dłońmi, bo mogą wymyślić sobie życie w ciekawy sposób.

Z anegdotek. Okazuje się, że dwaj najbardziej znani warszawscy szewcy nadal przyjmują młodych do terminu. Jednak ci adepci to już inny typ ludzi. Są przekonani, że w miesiąc nabędą umiejętność robienia buta, gdy to wymaga trzyletniego terminowania. Najczęściej nawet miesiąca nie wytrzymują, bo praca mimo wszystko jest ciężka.

Podobną historię opowiadała p. Pozorek w Muzeum Chleba. Pokazywał pewne mocno sfatygowane świadectwo ukończenia szkoły piekarskiej. Było pogniecione, bo absolwent szkoły wędrował po kraju od piekarni do piekarni i w każdej terminował po dwa, trzy miesiące, by nabyć różnego doświadczenia.

środa, 25 lutego 2015
Papierosy

Mój tata pochwalił się wczoraj w rozmowie telefonicznej, że właśnie mija miesiąc jak nie pali papierosów. Jednak szok, bo staż palacza ma dłuższy zapewne niż mój żywot, czyli cztery dekady z hakiem i wypalał minimum paczkę dziennie. I nie jest też typem inteligenta, co to argumenty zdrowia, czy lafstajlu przemawiają. Narzekał, że jest niewolnikiem nałogu, ale kto nie narzeka.

Po prostu wracając do domu skonstatował z przykrością wielką, że w jego stałym sklepie nie ma już tytoniu i bibułki. Od lat, dla oszczędności, sam sobie skręcał papierosy. Tak się zezłościł, że postanowił nie zapalić już. Rzucił z dnia na dzień :)

Rzucił z dnia na dzień i ani go nie ciągnie, ani go brak nikotyny nie męczy.

Podobnie przed laty zrobiła jego matka, potem jego ojciec. Ta rodzina tak ma - jak nałóg, to po całości, jak zostawiają, to też na dobre.

Podziwiam.

wtorek, 24 lutego 2015
Raport życiowy

W biegu, w dzień urlopu, co nie znaczy, że w dzień spokoju.

Rano zawiozłam dokumenty aplikacyjne do pewnej instytucji kulturalnej, która poszukuje pracowników. Szanse takie sobie, ale kupiłam los. Zrobiłam pantomograf, który jutro zaprezentuję dentystce. Podskoczyłam do przedszkola, bo obiecałam córce, że poczytam dzieciom książeczki. Rodzice są zapraszani, by przychodzili i czytali przedszkolakom. Byłam ostatni raz jakieś dwa lata temu i Wiertka do dziś to pamięta, przypomina. Widziałam wyraz twarzy mojego dziecka i choć raz może być z matki dumna, czuć się ważna :)

Potem pojechałam, już sama, do laryngolog Wiertki na wizytę. Jak było wspomniane, dziecko ma skierowanie na wycięcie migdała. Termin konsultacji w szpitalu jest na początku marca, a oczekiwanie na operację to w Warszawie jakieś 8-10 miesięcy. Od momentu konsultacji oczywiście. W każdym szpitalu. Dlatego pytałam się doktor, co w takim razie z wodą w uszach dziecka, niedosłuchem. Przecież do końca roku nie będę z tym czekać. Laryngolog kazała mi poczekać do wizyty w szpitalu i sprawdzić, jak jest z tymi terminami. Jeśli rzeczywiście będą takie długie, to zostawić jej informację w rejestracji, a ona spróbuje wydzwonić wcześniejszy termin w innej placówce. Optymalnie byłoby, gdyby Wiertka miała operację koło maja-czerwca, lato spędziła na rekonwalescencji, a przed nowym sezonem jesienno-zimowym była już w dobrym stanie. Choć i tak czeka ją jesienią badanie słuchu i oglądanie uszu. Leki od alergolog ma nadal brać, bo rzeczywiście - obie panie doktor mówią, że jest szansa na obkurczenie się migdała.

Wróciłam do domu na szybki obiad i chwilę przed komputerem. O 14:00 mam rozmowę w sprawie pracy. W czwartek też mam spotkanie - w Mordorze. Trudno, Mordorowi też trzeba dać szansę.

Po południu warsztaty poetyckie.

Tak wygląda dzień urlopu ;)

12:27, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
piątek, 20 lutego 2015
O molestowaniu seksualnym

Wczoraj zadałam pytanie, czy molestowanie seksualne można gradować? Propozycje seksualne uzależniające dalszą pracę lub karierę, to tak. Świntuszenie, głupie docinki, żarty koszarowe, to przesada - to tylko taki firmowy styl bycia.

Odruchowo napisałabym, że molestowaniem seksualnym jest tylko to pierwsze. Ależ gdzie moja feministyczna czujność? ;) Wynika to z tego, że mam styl bycia "chłopczycy", sarkastyczny i ironiczny. Jak mężczyźni przy mnie świntuszą, to ripostuję. Często panowie nie docierają nawet przy mnie do momentu molestowania słownego, bo wcześniej jakieś moje zdanie ich zniechęci. Mam też styl bycia introwertyczny, więc trochę "królowej chłodu".

Zauważyłam, że molestowanie słowne najczęściej odbywa się wobec kobiet, które takie zdania krępują, doprowadzają do zaczerwienienia, oburzenia, albo przynajmniej dobrego odgrywania takich reakcji. To taka gra kulturowa - chłopiec mówi świński kawał, dziewczynka reaguje wstydliwie. Nieważne, że mają grubo po 30stce. Bo co najdziwniejsze, gra toczy się nawet gdy ludzie są już dojrzali. Panów trzymają się głupie żarty, panie wykręcają gałki oczne. Dzięki czemu gra toczy się dalej. Dzięki czemu grę można rozszerzać. Dzięki czemu molestowanie seksualne w poważniejszej formie ma się dobrze.

Nie mam ochoty grać w te gry, więc nadal nie mam męża :) Choć niekoniecznie - mój były partner był mężczyzną, który cenił w kobietach sarkazm, ironię i złośliwość. Tak jak mężczyźni, w których zawsze się zakochiwałam.

Nie zmienia to faktu, że są kobiety, które autentycznie molestowanie słowne krępuje, zawstydza, żenuje i wybija z profesjonalizmu. I mają do tego święte prawo. I moim, feministycznym zdaniem, jest o to ich prawo walczyć :)

W swoje kilkunastoletniej karierze zawodowej spotkałam 1, słownie: jedną kobietę, która asertywnie powiedziała panom, że nie życzy sobie takich słów. Może dlatego, że była 40+? Ja się pogaduszkami z nimi dobrze bawiłam, ale rozumiem ją.

Jednak nawet ja, taka zajebista, miała w swoim życiu przypadki, gdy molestowana seksualnie byłam. Pierwszy raz wtedy, gdy miałam... 11 lat. Wydaje się to śmieszne. Pani posadziła kilka dziewczynek w klasie z chłopcami, by poprawić ich zachowanie. Traf chciał, że mój kolega z ławki obmacywał mnie pod nią. Kolega siedzący przed nami, robił to samo. Strasznie mnie to wtedy krępowało i zawstydzało. Oni świetnie się bawili. Pamiętam, że wstałam i poprosiłam panią o zmianę, ale gdy spytałam o powody, wstydziłam się, nie byłam w stanie się przyznać. Podrosłam i nauczyłam się radzić w takich sytuacjach. Koledzy to dziś stateczni ojcowie rodzin :)

Za drugim razem byłam 26-cio letnią młodą kobietą. Pojechałam na spotkanie z klientem. Było lato, miałam na sobie krótką, letnią sukienkę. Nikt nie uzależniał podpisania kontraktu od seksu, nikt też mnie nie macał. Wystarczyło spojrzenie, tembr głosu i kierowanie rozmowy na tory prywatne, intymne, związane z seksualnością. Czułam się, jakby ktoś mentalnie mnie obmacywał. Była młoda i głupia. Bałam się postawić granicę, bo może stracę umowę, albo ktoś się na mnie poskarży. Z punktu tego doświadczenia mogę zrozumieć młodą dziennikarkę, startującą w mediakorpo u boku gwiazdy.

Był jeszcze prezes, co to lubił rozmawiając z każdą z nas, a to objąć w pasie, a to pogłaskać po ramionach. Przekroczenie granic intymności, które zapewne w jego interpretacji miało być umożliwieniem obcowania bliżej z jego zajebistością. Nic seksualnego.

Czas mija i uważam, że z wiekiem kobieta nabiera twardej skóry i hartuje się. Po 30stce już nie dałabym się wkręcić w żadną dwuznaczną sytuację. To nie usprawiedliwia żadnej z powyższych sytuacji.

czwartek, 19 lutego 2015
Plotkują o tobie, daj się obrzucić błotem

Od razu zaznaczę, że nie czytałam żadnego numeru pewnego tygodnika, więc nie mogę odnieść się do treści. Spotykam się tylko z komentarzami już przetworzonymi. 

Wybuchła ostatnio afera związana z pewnym znanym dziennikarzem. Napompowana, nadmuchana i z dupy wzięta. Inne media wzięły dziennikarza solidarnie w obronę. I na prawdę serce się kroi, chce się człowiek pochylić nad biednym chłopiną.

Tylko, że utonął w tym wszystkim artykuł dwa tygodnie wcześniejszy, gdzie nazwiska nie padały, ale ów dziennikarz był podawany w większości komentarzy. Artykuł dotyczył molestowania seksualnego w pracy. I już nie ma problemu. Nie ma kłopotu. Dajcie chłopinie spokój. Zaznaczam, że artykułu nie czytałam, nie wiem jaka to forma molestowania miała miejsce - bezpośrednia propozycja uzależniająca dalszą karierę, czy świńskie komentarze i odzywki. Choć, czy to powinno być gradowane? Czy plotka o molestowaniu jest prawdziwa, czy tak prawdopodobna jak ostatnie rewelacje? W każdym razie, to przeszłość. Nieważne, że molestował. Dziś nie wolno nic złego o nim powiedzieć, bo stawia się w jednym szeregu z naczelnym pewnego tygodnika.

Pewien tygodnik nie mógł swojemu bohaterowi zrobić większej uprzejmości, jak ostatnią okładką i idiotycznym tekstem o białym proszku. Nie zdziwiłabym się, gdyby dziennikarz tekst zasponsorował. W dwa tygodnie z dzikiego Rasputina zamienił się, w oczach opinii publicznej, w jelonka Bambi.

Dodam tylko, że nie obchodzi mnie co dziennikarz robi poza pracą. Może być Rasputinem. Byle nie przenosił tego w miejsce, gdzie zarabia na chleb. Byle nie pouczał innych jak mają żyć.

Podobał mi się też jeden komentarz internauty - łatwiej pokonać raka niż medialne pomówienie. Dlatego nie używam nazwisk, tytułów. Dla mnie problem ogólny, nie konkretnych osób.

 

Co do kwestii samego molestowania seksualnego, to będzie inny wpis, żeby nie mieszać spraw.

15:06, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 lutego 2015
O pożytkach z wina, papierosów i kawy ;)

Udało mi się wczoraj dotrzeć na wykład Kawiarni Festiwalu Nauki. Dawno już tam nie byłam. Zazwyczaj tematyka wydaje mi się zbyt biologiczna. Tym razem tematem była "Choroba Parkinsona, choroba Alzheimera - przekleństwo naszych czasów", a opowiadał profesor Friedman.

Sala była nabita po brzegi. Drastycznie zaniżałam wiek obecnych, bo średnia oscylowała gdzieś w okolicach 70 lat :) Jak widać temat mocno poruszył chętnych, bo i pytań potem było sporo. Biorąc pod uwagę, jak społeczeństwo się starzeje i że już rozchylają się dla mnie wrota do schyłkowej części życia, też powinnam się tym zainteresować. 

Obawiałam się, że wykład będzie zbyt nabity biologicznymi, medycznymi terminami, ale profesor opowiadał świetnie. Jak dla "humanistów" ("humanista" - osoba której nie szło z matematyki w szkole ;) ). Generalnie wykład był o chorobach neurodegeneracyjnych. Alzheimer i Parkinson to tylko ich część. Streszczać nie będę, choć notatki mam obfite. Wśród chorób neurodegeneracyjnych są otępienia (Alzheimer, otępienie czołowo-skroniowe, z ciałami Lewy'ego, naczyniopodobne, odwracalne), parkinsonizm (Parkinson jest jego jednym z przykładów), Pląsawica Huntingtona, stwardnienie boczne-zanikowe.

Wiem z grubsza jakie białko szwankuje w każdej z tych chorób i jak się objawiają. Szczególnie otępienie odwracalne jest złowrogie, bo jest po prostu wynikiem np. niedoboru witaminy B, czy depresji i może się cofnąć po odpowiedniej suplementacji. Niby brzmi pogodnie, ale jak łatwo głęboką depresję u bardzo starszej osoby pomylić z otępieniem i po prostu zignorować problem.

Oczywiście, w całym wykładzie, najistotniejsza była część o prewencji. Gdy choroba neurodegeneracyjna zostanie już zdiagnozowana, to pozamiatane, z mózgu zostają zgliszcza. Niewiele da się zrobić.

Często piszą o tym media, ale najważniejsza jest aktywność życiowa i ćwiczenie mózgu. Chodzi o to, by stale zwiększać liczbę połączeń neuronów w mózgu. Może to być czytanie książki - niby banalne, ale jak się zobaczy, że nie robi tego większość społeczeństwa, to robi się już poważnie. Może to być nawet sport. Trzeba rozwiązywać jakiś problem aktywizując procesy myślowe ;)  Wpływa też wykształcenie, styl życia, kontakty z ludźmi. Wydaje mi się to oczywiste. Każdy zwyczajny dzień przynosi jakiś problem do rozgryzienia :)

Jeśli choroba jest w mózgu (tu niestety mogę się poplątać), to nie ucieknie się przed nią, ale odsunie na wiele lat jej ujawnienie. Choroba neurodegeneracyjna to proces niszczenia połączeń neuronowych - jeśli jest ich dużo, to długo będzie ten proces trwał. Objawy są widoczne, gdy zniszczenie obejmuje już 50%. Najtrudniej jest z otępieniem czołowo-skroniowym, bo z wszystkim ujawnia się najwcześniej, nawet 10 lat szybciej. I objawia się kłopotliwie bo zmianami osobowości (np. paradowaniem w szlafroku po ulicy, dziwnym zachowaniem).

Prewencją byłoby także branie leków zanim ukażą się objawy. Trudno jednak aplikować leki wszystkim, nawet potencjalnie zdrowym.

W zapobieganiu otępieniom może też pomagać czerwone wino w ilościach umiarkowanych :) 

Z Parkinsonizmem jest już inaczej, ale też można lekami spowalniać jego pogłębianie. Ciekawostką jest to, że czynnikiem ryzyka (jeśli jest do niego predyspozycja) może być środowisko wiejskie, wystawienie na pestycydy. A jeszcze większą ciekawostką jest to, że zmniejszają ryzyko zachorowania... kawa i papierosy :) 

Oczywiście, pojawiły się żartobliwe komentarze, że pasjonaci czerwonego wina, papierosów i kawy nie zdążyli dożyc momentu ujawnienia się objawów choroby :)

Inna statystyka, jest taka, że nawet połowa osób po 80tym roku życia może ujawniać objawy otępień, czy parkinsonizmu. Nie rzucało się to tak w oczy dotąd, bo ludzie nie dożywali momentu pełni choroby, albo było to przez rodzinę traktowane jak utrapienie wieku starczego.

Nie zmienia to faktu, że jeśli szwankują ci te białka w mózgu i dociągnąłeś powyżej pewnego wieku i tak przed jedną z tych chorób się nie ucieknie. Tylko można podarować sobie trochę więcej czasu.

Dlatego spotkam się niedługo z moimi koleżankami na wieczorze pod hasłem walki z chorobami neurodegeneracyjnymi, gdzie będziemy pisać wiersze (dla utrudnienia o bardziej skomplikowanej strukturze), pić wino, palić papierosy i dopijać kawą :)

niedziela, 15 lutego 2015
Wenus na Walentynki

Nie kultywuję tradycji walentynkowej, nie przepadałam za nią nawet będąc w związku. Jednak wszechświat się napina. Wczoraj wieczorem wyglądając przez okno zobaczyłam iskrzący się punkt na niebie. Intensywnie świecący. To nie była gwiazda, za blisko. To nie był samolot, bo poruszało się wolno, jak księżyc :) To musiała być któraś z planet. Dziś dowiedziałam się, że to była Wenus :)

To na prawdę robiło wrażenie.

Próbowałam zrobić z balkonu zdjęcie, ale na tym sprzęcie raczej nie dało rady. Wyszło mi czarne tło, a na nim coś wielkości milimetra, lekko szare :) Dlatego na żadnego bloga nie wrzucę.

19:24, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 lutego 2015
Przeczucia

Ostatnio przyjaciółka zmusiła mnie do rozważań. Czy przeczucie, że wydarzy się coś złego różni się od przeczucia, że wydarzy się coś dobrego? Czy może być jedno uogólnione przeczucie?

Kiedy zaczynał się ten rok, miałam wrażenie, że wchodzę w coś dobrego. Coś się wydarzy. Będzie to rzecz do dobrego wspominania, choć jeszcze nie mam pojęcia z jakiego rejonu życia. Przeczucie odwrotnie mocno pozytywne, jak ciężki był tamten rok. Wcześniej w życiu miewałam już takie początki stycznia i sprawdzało się. Nie, że co roku. 1-2 razy w życiu. Kiedy czułam, że rozpoczynający się rok będzie fatalny, także się sprawdzało.

W międzyczasie jednak zaczęłam się obawiać mojego entuzjazmu. A może to rozbłysk świecy przed zagaśnięciem? Żeby mi osłodzić koniec mojego życia. Może 2015 to ostatni rok mojego życia. Głupie? Gdyby powiedzieć tej młodej kobiecie wychodzącej z domu, że spadnie na nią samobójca, też by powiedziała, że głupie. Gdyby powiedzieć stojącemu na pasach mężczyźnie, że za chwilę, w wyniku stłuczki, od samochodu odpadnie opona i zabije go tocząc się, też by powiedział, że głupie. Autentyczne historie. Wychodząc z domu, nie wiemy, czy nie czeka za rogiem śmierć.

Bo ja się nagłej śmierci zaczęłam bać. Nie jakiejś tam choroby. Albo tego, że bardzo szybko, bardzo fatalnie się poczuję i wpadnę w myślenie tunelowe. Ludzie modlą się o nagłą śmierć, ale jakoś nie myślą, że może być za kilka sekund. Rozumiem dlaczego samobójstwo nie jest tak straszne - w świecie, gdzie nie ma się już na nic wpływu, przynajmniej nad procesem własnej śmierci ma się kontrolę.

I zaczęłam wpadać w coraz większy lęk. Wiem, że coś nadejdzie, coś się wydarzy. Nie wiem, czy to będzie coś dobrego, czy złego. Nigdy w życiu nie śmierdziało mi tak śmiercią. A czterdziestkę kończę dopiero za rok. To już kryzys wieku średniego? Odbija z cyfrą 39 nie 40?

Nie wiem jak można żyć z myślą o śmierci mając 60 lat. Zaraz mnie moje koleżanki zabiją śmiechem :)

Nie pierwszy raz w życiu dopadają mnie myśli o mojej śmierci. Czasami tak mam. Czasami mnie to nawet uspokaja :)

Właśnie - 20 marca zaćmienie słońca, pięć dni później moje urodziny.

Pożaliłam się przyjaciółce, a ta stwierdziła, że czuje się, czy idzie dobre, czy złe, bo to różnica. Ja nie czuję.

Tak jak z lawiną - czy będzie śmiertelna, czy malownicza zależy od punktu na stoku w jakim stoisz. Nie wiem, gdzie stoję. Wiem, że nadciąga lawina.

 

Nie wykluczam, że będzie to nudny, spokojny rok :)

19:25, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
czwartek, 12 lutego 2015
Raport życiowy

Dziś połapałam się, że prawie tydzień nie pisałam. Ciężko z ogarnięciem. Bo też miałam plan na pewien wpis, ale czekałam i czekałam na rozwój wypadków.

Grudzień i styczeń dla branży reklamowej i wydawniczej są zabójcze. Szczególnie dla małych i średnich. W korpo zapewne jest inaczej. Żyje się z pieniędzy klientów, a ci wstrzymują się z końcem roku, bo święta, a potem na początku roku, bo po co.

Chcę pisać jak najmniej szczegółów dotyczących charakterystyki pracy i miejsca. Nie dlatego, że takie nudne, ale właśnie dlatego, że aż trudno uwierzyć. Dyskrecja popłaca. Jednak moja sytuacja na poniedziałek wyglądała tak, że nie miałam jeszcze pensji za grudzień. Tu już trzeba przelewać pensję za styczeń, a luty dobiega połowy. Oczywiście, można filozoficznie rozważać, za co żyję i jak daję sobie radę. Na szczęście ojciec mojego dziecka nie ma takich dylematów i na pytanie o alimenty i opis sytuacji daje pożyteczną radę, abym sobie znalazła nową pracę. Najlepiej w księgarni, albo na infolinii, bo jestem taka wrażliwa i podatna na stres. Prawda, że kochany?

Wgryzłam się w wiele rzeczy, jestem po wielu rozmowach z klientami i widzę, że będzie ciężko. I znalazłam się w klinczu - z obserwacji wiem, że moi szefowie byłym pracownikom nie płacą. Zaległości idą w duże sumy. Mam umowę o pracę, więc może jakaś szansa by była. Trzeba więc wyważyć, by - jeśli mam - odejść, to z jak największą wyrwaną kasą. Nie znaleźć się jednak w sytuacji, gdy tej kasy zaległej jest już tyle, że nie dadzą rady mnie spłacić.

Dwie i pół zaległych pensji (o prowizjach nie wspomnę), to chyba ten punkt na równoważni. Jednak wczoraj przyszła pensja za grudzień.

Jednocześnie wysyłam wieczorami CV. Nie czuję się fair z tym, że pracując w jednym miejscu, szukam innego. Na razie odzew jest prawie zerowy, więc i tak to rozsądne wyjście. CV mam już fatalne i ledwo jestem w stanie je poprawić - kogo obchodzi, że pracowałam w firmach na granicy płynności finansowej. Oficjalnie wyglądają na okręty.

Wysyłam te CV, ale czasem nastrój mam diabelski. I raz, jak zobaczyłam w formularzu pytanie "co motywuję do pracy w naszej firmie", to kurwa, złe we mnie wstąpiło. Napisałam "opłacone rachunki i pełne dwie półki w lodówce". Nie miałam już cierpliwości do frazesów w stylu "rozwój zawodowy", "stabilna firma", albo "zawsze marzyłam by produkt X stał się sławny". Dopytywanie się firmy, co takiego przyciąga do niej, jest tym czym Christian Grey dopytujący się kobietę, czy miała orgazm.

Formularz innej firmy i zdanie "Cenimy w naszej grupie różnorodność", a poniżej trzeba zaznaczyć kategorię wiekową... Jasne, że cenią różnorodność, to żadne pytanie drażliwe. Szczególnie, że ostatnim zakresem było "pow. 40 lat"...

Wczoraj ktoś zadzwonił do mnie w sprawie ogłoszenia o pracę. Jakiś koleś od razu zaproponował przejście na ty, bo oni są taką fajną firmą. Potem przeprowadził niemal pełną rozmowę rekrutacyjną przez telefon. A ja byłam w pracy, skitrana na balkonie, bez kurtki. Jak z filmu Koterskiego.

To wszystko nastraja mnie do przemyśleń, ale o tym jakiś inny wpis.

19:05, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi