To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 30 listopada 2010
spacerówką przez zaspy - rajd terenowy

Jak to się szybko zapomina.

Rok temu debiutowałam jako operator wózka dziecięcego i w ramionach czułam ciężar macierzyństwa. Reszta roku jawiła się już jak latanie tuż nad ziemią.

Dziś wyruszylam z Wiertkiem do przychodni i już po drugiej stornie ulicy zaryłam się w zaspy. Nie było wyjścia, szłam ulicą. Na wstępie zwiało mi foliową oslonę ze spacerówki i goniłam ją kilka metrów. Mala wrzeszczała, bo niewygodnie w kombinezonie zimowym, bo nic nie widać za folii, bo tak.

W drodze powrotnej to samo. Folię ponownie zwiało mi przed blokiem, tyle że teraz gnałam ponad 20 metrów przez ulicę, pomiędzy samochodami, ślizgając się butami. A dziecko płakało w wózku, bo nagle wieje śniegiem w twarz, bo matka gdzieś napierdala w dal. Wrócilam z odzyskaną folią i dotarłam do pobliskiej apteki. Dopiero tam zauważyłam, że nie odblokowałam kół wózka (zablokowałam zanim pobiegłam z wiatrem) - przez ten nawiewający co chwila śnieg nawet nie było różnicy.

Bridget wiecznie żywa.

Moje dziecko od tygodnia jest w żłobku, za co płacę, ale nie było tam jeszcze ani dnia. Najpierw katar, teraz lekkie przeziębienie. Może w przyszłym tygodniu tam dotrzemy.

Drugi tydzień rozsyłania cv.

Tagi: córka
00:02, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 24 listopada 2010
autobusowe pogawędki

Nigdy nie zrozumiem, co jest takiego ekscytującego w długich, kilkudziesięcio minutowych rozmowach telefonicznych, odbywanych w czasie jazdy komunikacją miejską. Ze słuchawką przy uchu człowiek podnosi głos, więc słyszy spora częśc autobusu. Czy taka osoba nie ma poczucia zażenowania, że grupa obcych jej osób uczestniczy w jej życiu?

Raz zapoznałam się z potrawiami pewnej składkowej imprezy firmowej - łącznie z przepisami i alternatywnymi rozwiązaniami. Innego dnia posłuchałam sobie, jak to panienkę szef w pracy molestuje seksualnie. Nawet nie miałam jak odsunąć się od tej pogaduszki, bo właśnie to zrobiłam, po tym jak przez 20 minut słuchałam jak pewna młoda dama ocenia co to ona nie z pewnym młodym gentelmanem. Rozważań dlaczego on nie kocha nawet nie zliczę.

Pomyślałam nawet, że fajnie byłoby pojeździć z dyktafonem, nagrywać dyskretnie te rozmowy i wrzucać na jakiś specjalny profil na FB. W końcu jesli osoba nie odczuwa dyskomfortu w sytuacji, gdy kilkanaście obcych osób słucha szczegółów jej życia intymnego, to co jej szkodzi jak posłucha kilkaset.

Nie roszczę sobie praw autorskich do tego pomysłu ;) Przyślijcie tyko linka ;)

Ja jestem generalnie dziwna - moja najdłuższa rozmowa telefoniczna trwała z 5 minut.

Tagi: życie
00:10, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 listopada 2010
veni vidi żłobek

Najpierw o wczorajszych wyborach samorządowych. Byłyśmy :) Wiertek puszczona na podłogę od razu puściła się pędem do stosu kart do glosowania. Zdąrzyłam ją złapać i media nie obwieszczą jak to w pewnym okręgu trzeba było przedłużyć godziny głosowania, bo jeden maluch rozdarł i rozszarpał zębami karty :) Dzieci to anarchiści.

W piątek zadzwonili do mnie z drugiego, nowo otwieranego żłobka, z pytaniem, czy jestem jeszcze chętna. Jasne, że byłam. Dziś zakładałyśmy kartę zdrowia. Wiertek mogłaby iść już jutro, ale jest lekko podziębiona.

Zajrzałam na salę dla najmłodszej grupy. Było pusto, to pierwszy dzień działania żłobka, wszyscy już wyszli. Entuzjazm mi opadł. Czy mój maluch da sobie radę? Czy będzie tęsknić? Może inne dzieci ją stratują, jest najmłodsza w grupie. Wiem, dotąd to ona tratowała inne dzieci, nawet te starsze. Jak zaśnie, skoro w domu jest kołysana na rękach i śpiewam piosenki? A jak opiekunki okażą się niesympatyczne?

Inna sprawa. W ciągu miesiąca mam donieść zaświadczenie z pracy. Bałam się powiedzieć, że dopiero zacznę jej szukać. W ciągu miesiąca nic sensownego nie znajdę. Nastawiam się na jakieś dwa.

Tagi: córka
23:53, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 listopada 2010
pępowina dookoła szyi

Będąc nastolatką byłam przekonana, że zostanę samotną matką. Małżeństwo moich rodziców tak mi dało w kość, że uważałam, że tylko tak będę potrafiła uchronić moje dziecko przed nerwicą.

Potem uważałam, że być może partnerka ze mnie fatalna, ale matką będę dobrą, więc jakby mi w życiu osobistym nie wyszło, to urodzę dziecko i wychowam sama.

Dopiero dobijając trzydziestki i będąc w związku, który jakoś starałam się klecić i budować, zrozumiałam, że to nie tak. Pragnienie posiadania dziecka - od razu w założeniu - bez partnera, to jakieś łatanie własnych deficytów emocjonalnych. Jak chcesz "dawać miłość", to weź sobie psa ze schroniska. Dziecko to efekt relacji dwojga osób i ma prawo do normalnej rodziny.

Dygresja. Z drugiej strony, gdy samotna kobieta marzy o dziecku i chce je mieć mimo wszystko, to coś z nią nie tak. Gdy mężatka nie chce mieć nigdy dzieci, to też coś z nią nie tak. Obie są "nieprawidlowymi kobietami". U obu biologia "szwankuje". Społeczeństwo akceptuje pragnienia macierzyńskie tylko gdy wejdziesz w podstawową komórkę społeczną. Gdy jesteś poza, masz wyłączyć pstryczek.

Po trzydziestce, związek się rozpadł (mimo, że "była wspaniałą partnerką i jedyną kobietą, która z nim wytrzymuje", nic oryginalnego), ja okazałam się być w ciąży. Czyli, wtedy gdy zrozumiałam, że samotne macierzyństwo, to nie jedyna słuszna droga życiowa, ono akurat się pojawiło. Przewrotna złośliwość losu. Byłam rozdarta pomiędzy żalem, że skazałam moje dziecko na starcie na rozbitą rodzinę, a facetem który chciał wrócić, bo ma ze mną dziecko. Dzieckiem to można tylko wyciąg z konta faceta przytrzymać, bałam się, że prędziej czy później on powróci do swojego alternatywnego życia. I tak z grubsza miałam rację.

Dziś wiem, że to chyba jednak partnerką byłam lepszą niż jestem matką. Czasem mam ochotę zostawić ją z kimś i wyjechać gdzieś na tydzień, albo zostać sama w domu na wiele dni. Od 7.30 do 21.00-22.00 dziecko, dziecko, dziecko, dziecko, dziecko, dziecko. Jakbym miała narośl na ciele. Mamy nieodciętą pępowinę, tyle że ona zakręciła się dookoła mojej szyi.

Tata Wiertka wpada i zajmuje się dzieckiem, ale na kilka godzin, bo "ależ to dziecko jest męczące ;)" i musi lecieć, bo się umówił. Marzę, by kiedyś ją zabrał na 3-4 dni.

Wiertek znowu ma katar, w kilka dni po poprzednim. Znowu wychodzi ząb. Z zapchanym nosem ciężko jej zasnąć wieczorem, wybudza się w nocy (z pt na sb równo co godzinę), w smarkach jest ona, ja, moje ubranie. Dziś rano siedziała przyklejona do mnie i nie chciała się oderwać. Ale właśnie zbudziła się po drzemce i śmieje się, więc może reszta dnia będzie ok.

Tagi: życie
10:39, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 listopada 2010
kobiety z rynku wtórnego

W sobotę gościłam kumpelę. Dekadę temu poznałyśmy się w jednej z prac studenckich. Od tamtego czasu ona jest bogatsza o dwoje dzieci, firmę, długi, jedno bardzo niesmaczne rozstanie, ja o dziecko, jedno w miarę normalne rozstanie i nauczkę. Obie trafiłyśmy na facetów po rozwodzie.

Żadna z nas nie wierzy już w księcia z bajki i mit o rozwodniku, którego zła była żona zraniła albo "czasami dopiero po czasie okazuje się, że ludzie nie pasują do siebie". Dziś to my jesteśmy te złe byłe :D

Różnica jest taka, że ona w każdym mężczyźnie widzi oszukującego rodzinę, udającego szukającego miłości biedaczka i nie ma ochoty na kolejne związki.

A ja? Ja sobie swobodnie dryfuję po falach życia. Rodzinę już miałam, dziecko już mam. Kolejnych - poważnych związków i dzieci - nie planuję i nie potrzebuję. Potrzebuję fajnie spędzić czas. Nie jestem romantycznym przykładem, że potrzeby seksualne idą w parze z miłością. Czasem biegną obok jak piesek z wywalony jęzorkiem ;)

Kumpela w jednym może ma rację - gdy kobieta ma dziecko, to ciśnienie opada. Mężczyzna się zjawi - ok, się nie zjawi - też ok, zjawi i się i zniknie - przyjemność po mojej stronie.

W mojej kategorii wiekowej można odnaleźć:

  • rozwodnika - oczywiście, bo ona była zła i okrutna, a zazwyczaj bywa tak, że skoro jesteśmy do wzięcia i wyszliśmy z jakiegoś związku, to mamy jakąś dysfunckję życiową
  • wdowiec - autentycznie znam jeden egzemplarz, gdyby był w moim typie zawalczylabym 15 lat temu
  • kawaler - jeśli do tego momentu mężczyzna nie wszedł w żaden poważny związek, to... gratuluję dobrego samopoczucia
  • gdzie by nie spojrzeć - dupa z tyłu ;)

Można jeszcze uderzyć w młodszą kategorię wiekową, ale na to ja nie mam wystarczająco dobrego samopoczucia :D

23:58, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 listopada 2010
to idzie młodość ;)

Odwiedził nas Młody Student z południa kraju. Byłam pierwsza na trasie jego wycieczek po mieście.

Wkrętek ma dziwną fazę rozwojową albo za mało widujemy ludzi, bo na jego widok rozpłakała się i nie mogła się uspokoić. Mała lubi kobiety, dzieci uwielbia, ale z istot z penisem toleruje tylko tatę. Kawę i obiad robiłam z dzieckiem na ręku, bo postawiona na podłogę robiła wrzask. Dopiero jak Młody Student wyjął gitarę i zaczął na niej grać, to się przekonała do tego dziwnego człowieka. Nawet pozwolił jej samej pograć na strunach i było super.

Młody Student rozczulił mnie bo wyraził zdziwienie, że przewijam dziecko skoro nie zrobiło kupy, a pieluchy przecież są podobno bardzo chłonne, widział reklamy :D

Doceniam spotkania, ale mężczyzna to miła odmiana, bo mamusiach i singielkach ;)

wtorek, 09 listopada 2010
pierwszy śnieg i żłobek

Za oknem pruszy na biało.

Na szczęście, to robotnicy ocieplają styropianem budynek :) Na szczęscie, bo ja jestem w grupie nie kochających zimy. Biel i podobne atrakcje nie robią na mnie wrażenia. Zimę spędzam pod kaloryferem.

Co do żlobka, to będzie monotematycznie. Dotarłam do kierowniczki w nowym żłobku, gdzie usłyszała, że nie da rady - Wiertek jest o trzy tygodnie za młoda i nie da się tego obejść. Nawet gdyby biegała i stepowała - takie są wytyczne regulaminu. Wróciłam do poprzedniego żłobka, gdzie mała nadal jest 5 na liście rezerwowej w swojej grupie. Tam się popłakałam i to nie są umiejętności aktorskie. Na serio psyche mi siadła :( Wiem, że dla wielu samotne wychowywanie dziecka, bez wsparcia w alimentach, to tylko mój problem. Ale nie chcę siedzieć w domu i wyciągać kasy od podatników. Chcę pracować. Osiągnęłam tyle, że Wiertek z 5 miejsca trafiła na 1 i prawdopodobnie w styczniu zostanie przyjęta.

Pieniędzy ze spadku wystarczy może do lutego. żyjąc bardzo oszczędnie za 100-150 zł tygodniowo (pewnie da się jeszcze taniej). Jakoś to zepnę.

Tagi: córka
14:20, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 listopada 2010
byłabym dobrym księdzem

Dziś spotkanie z doradcą zawodowym w UP. Robiła mi jakieś testy kompetencji zawodowych. Interpretacja będzie na kolejnym spotkaniu, ale podejrzałam wynik w okienku i takie oto zawody, do których się nadaję, tam wyliczono:

aktor

animator kultury

duchowny chrześcijański

nauczyciel

psycholog

trener

To co? Byłabym dobrym księdzem?  :D

Tagi: praca
22:53, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 03 listopada 2010
takie proste pudełko

Dobijając wieku średniego odniosłam niebywały plastyczny sukces :)

Złożyłam sama pudełko. Takie proste pudełko, kupione na poczcie, w którym pewna przemiła forumowiczka dostanie ode mnie podziękowalny prezent.

Na poczcie pudełko dostałam w formie wielkiej płachty do złożenia. Przypomniała mi się II klasa podstawówki. Ja mała kujonica i leżący przede mną na ławce kawałek tektury, z którego - zaginając odpowiednio po rogach - miałam złożyć pudełko. Wszystkie dzieci dały radę. Ja spróbowałam i wybitnie mi nie szło. Wszystko mi szło, tylko nie to cholerne pudełko. Uparłam się i powiedziałam wychowaczyni, że tego nie zrobię. Koniec, kropka. Wstawiła mi dwóję. Pierwszą w życiu. Być może jedyną ;)

Wracałam do domu ze strachem. Mama spotkała na mieście nauczycielkę i pogadały sobie rozbawione. Tata skleił pudełko, dwója została anulowana.

Od tamtej pory nie poprawiło mi się manualnie. Słynne zpt-y były traumą - inne dzieci robiły za mnie prace, a ja im pisałam wypracowania na polski. Dziś pewnie byłabym dzieckiem z nadwrażliwością sensoryczną, albo brakiem integracji sensorycznej. Wtedy bylam po prostu pierdołą, ale zdolną literacko ;)

Aż do dziś :)

Najpierw próbowałam złożyć pudełko wg instrukcji, ale pogubiłam się. To spróbowałam "na chłopski rozum" i wyszło. Pomagała mi w tym Wiertek, piszcząc z radości i łażąc po płachcie.

Złożyłam sama pudełko :D

Tagi: życie
15:12, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 listopada 2010
moje "ćwiczenia z utraty"

Wpis tematyczny, okolicznościowy ;)

Pamiętam 1-go listopada mojego dzieciństwa. Po obiedzie - rodzice i dwójka maluchów - wybieraliśmy się na spacer na lokalny cmentarz. Szło się tam prawie godzinę, była więc to wyprawa. Szliśmy tam na autentyczny spacer, odwiedzić groby kogoś znajomego. Pamiętam zapach późnej jesieni, lekki chłód wcześniej zapadającego już zmroku i cmentarz rozświetlony ognikami zniczy. Uczucie bycia widzem. Widzem, bo wszyscy bliscy byli obok. To uczucie szczęśliwie długo mi towarzyszyło.

Utraty przyszły później. Pierwsze "nasze" groby.

Miałam 10 lat, gdy moja siostra cioteczna urodziła się 10 tygodni za wcześnie. Żyła tylko 3 dni. Mieszkaliśmy wtedy wszyscy razem w wielorodzinnym domu, więc czekałam na jej przybycie jak na wielofunkcyjną lalkę. Dziś wydaje mi się, że przyjęłam to obojętnie, ale natrafiłam jakiś czas temu na zapiski z nieco późniejszego okresu i wiem, że przejęłam się tym.

W kilka lat później odeszła moja babcia. Od bardzo dlugiego czasu cukrzyca niszczyła jej ciało. Przez ostatnie miesiące głównie leżała w szpitalu, bez sił. Tak, na prawdę jej śmierć przyjęłam z ulgą. Przestała cierpieć. Może to przez głupi nastoletni wiek, ale śmierć kompletnie do mnie nie docierała, była jakąś abstrakcją. Babcia wyjechała daleko i zapomniała wysłać pocztówkę.

Minęło ponad 10 lat. Moja ciotka skarżyła się od kilku tygodni na uporczywe bóle głowy, ale lekarz rodzinny tlumaczył, że to nadcisnienie i migreny. Na nadciśnienie cierpiała, na migreny też. Na państwowe badania skierowania nie dostała, na prywatne nie było ją stać. Upadła w pracy i nie odzyskała już przytomności. To był tętniak w mózgu. Lekarze twierdzili, że był tak umiejscowiony, że nie dałoby się go operować. Co im zostało do tlumaczenia. Miała 42 lata. Najlepszy wiek dla wielu kobiet. Już wiele nie musisz, ale jeszcze wiele możesz. Przeżyłam to bardzo, bo pomiędzy nami była mała różnica wieku, wychowałyśmy się razem, jak siostry. Z nią rozmawiałam o wszystkim, gdy z matką gównie walczyłam.

W kilka miesięcy potem, na usg dowiedziałam się, że od miesiąca moje dziecko nie żyje. Tylko 7-8 mm go było, więc bardziej to był potencjał człowieka, konstrukt moich nadziei i planów. Długo płakałam. Miałam groby, na których mogłam postawić dodatkową świeczkę.

W kilkanaście tygodni później jakaś choroba dopadła moją mamę. Lata wcześniej broń została zawieszona i podpisany pakt o nieagresji. Bóle żołądka, trzech gastrologów, cztery rodzaje leków po kolei i żadnej poprawy. Od leku też bolał ją brzuch. Żyła na chlebie i wodzie. Dosłownie. Żartowałam, że tylko Dr House jej pomoże. Równolegle jej nadczynność tarczycy coraz bardziej się pogłębiała, ale chciała zacząć ją leczyć, gdy poradzi sobie z żołądkiem. Leki na tarczycę też powodowaly bóle brzucha. Wizyty na szpitalnej Izbie Przyjęć kończyły się podaniem jej kroplówki i odsyłaniem do domu. Chora przyjeżdżała karetką, słaniając się na nogach, ale do domu wracała o własnych siłach. Sukces. Ostatnia taka wizyta skończyła się jednak przyjęciem na oddział. Lekarzy przekonał neurolog - mama już nie była w stanie chodzić. Zmarła 4 dni później. Do ostatniej chwili byłam przekonana, że teraz władują w nią kilka super strzykaw różnych leków, co na własne oczy widziałam i będzie zdrowa. Szok. Nigdy nie dowiem się co ją zabiło tak na prawdę. Przeżyłam to bardzo i długo płakałam.

15 miesięcy i trzy utraty.

W sumie nawet cztery, bo zaraz potem opuścił mnie facet. Obserwowanie mojego placzu sprawiału mu ból, który koniecznie musiał ukoić. Wrażliwy człowiek. Po nim żałoba była krótka i mało wyczerpująca.

Minęło dwa lata, one i ono są dla mnie dalekim wspomnieniem. Jak postacie na wyblakłej fotografii. Jakby nigdy nie istnieli. Czasem czuję się winna, bo może nadal powinnam płakać, rozpaczać, rzucać się z mostu. Czy to znaczy, że przeszlam wszystkie etapy żałoby i nauczyłam się "tracić"? Czy można nauczyć się "tracić"? Czy następnym razem będzie mniej boleć?

Tagi