To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 29 listopada 2011
Po alergologu

Najpierw poranek. Wyjście do żłobko-pracy. Wystawić spacerówkę na korytarz, zdjąć dziecko z rowerka, wynieść siatkę z rzeczami dziecka, złapać dziecko, wsadzić do wózka, zapiąć, ściągnąć windę, zamknąć mieszkanie na klucz. Potem spokojnym tempem na przystanek autobusowy, bo czasu trochę zostało. Na przystanku czuję, że coś mi "lekko". Moja torebka, cholera! Kłusem z powrotem do domu.

Wyrwałam się dziś z pracy na 1,5-2 godziny (tyle obiecane w mailu do szefa) na wizytę do alergologa, na omówienie wyników badań. Alergolog w przychodni państwowej. I to chyba moja ostatnia przygoda z państwową specjalistyczną służbą zdrowia. Stać mnie. Zapisana byłam na 10:30, o 10:20 ktoś jest już u pani doktor, a kobieta na 10:15 czeka. Chwila, co za kretyn wymyślił by pacjentów zapisywać co kwadrans, gdy wizyta i tak trwa minimum pół godziny? Zapewne ten, który chce wyciągnąć jak najwięcej z NFZ za wizyty. Zaraz po mnie wpada inna kobieta mówiąc, że jest na 10:00, ale dopiero wyrwała się z pracy. Biedactwo. Chwila, skoro alergolog przyjmuje od 10:00, a pacjentka na tę godzinę dopiero jest, to kto jest w gabinecie? Jakieś chamstwo wlazło bez zapisu.

10:45 z gabinetu wychodzi staruszka. I tu sama jestem sobie winna i to do siebie powinnam mieć pretensję. Trzeba było pani na 10:00 powiedzieć, że przykro mi bardzo, ale za jej spóźnienie, ja nie będę świecić oczami w swojej pracy i przesunąć ją na koniec kolejki. Milczałam i ta weszła do gabinetu. Tymczasem przyszła kobieta zapisana na 11:00. Chwila, mężczyźni nie korzystają z porad alergologicznych?

Mija kolejne pół godziny, kiedy to szlag mnie trafia, idę wypalić papierosa przed przychodnię i mam w dupie, czy alergolog to wyczuje i mnie opieprzy. Godzina 10:00 wychodzi, a 11:00 próbuje się wcisnąć przed nas, bo ona była zapisana na jedenastą, a jest jedenasta piętnaście. Koniec kropka. 10:15 i 10:30 (znaczy ja) odreagowałyśmy na niej swoje stresy, w wyniku czego spod gabinetu dało się usłyszeć wycie i pisk trzech szczepionych suk. Doktor nas rozdzieliła i kazała wchodzić według godziny zapisu.

Dowiedziałam się przy okazji, że o 9:59 pod gabinetem czatowała staruszka zapisana na 10:45 i skoro nikogo nie było, to weszła wcześniej. Nie ma to jak starsze panie, które mają dużo czasu i mogą siedzieć w przychodni od 8:00, oraz zwiedzać gabinety lekarskie jak emerytki na zachodzie ciepłe kraje. Chwila, też będę starszą panią, odbiję sobie.

Wreszcie weszłam ja. Wyniki badań krwi ok, spirometrii ok. Nie mam astmy, ani obturacyjnej choroby płuc, co w rankingu hipochondryków spycha mnie na dalekie miejsce. Chwila, pójście do lekarza i na badania już to zrobiło. Mam się zapisać na kolejna wizytę, na testy alergiczne. Wtedy to sobie dzień urlopu wezmę.

W biurze nie było mnie 3 godziny, ale szef jakoś nie zwrócił mi uwagi.

16:06, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 listopada 2011
Mój mąż pijak

Wchodziłyśmy wczoraj wieczorem z Wiertką do domu, gdy wychyliła się z mieszkania jedna z sąsiadek. Spytała się z troską:

- Jak tam mąż? Pod tym blokiem?

Zatkało mnie i uznałam, że trzeba w końcu wyjaśnić sytuację. Wprowadziłam się pod koniec ciąży i nigdy nie interesowało mnie, co o mnie sądzą. Wydawało mi się, że wystarczająco widać, że jestem sama. A tu pewnego dnia, właśnie ta sąsiadka, w rozmowie rzuciła, że mój mąż często wyjeżdża. Jasne, bardzo, bardzo często. Wtedy nic nie tłumaczyłam. Widocznie tak często zagląda do dziecka, że został uznany za domownika. Dobrze, że Urząd Skarbowy nie dopytuje się sąsiadów, o moją faktyczną sytuację rodzinną.

Teraz krótko powiedziałam, że jesteśmy same, tata małej mieszka gdzie indziej. Ale co to się działo w nocy pod blokiem? Okazało się, że trzech panów wyszło się napić, usnęło na trawniku i rano zabierała ich karetka. Nie wiem skąd jej przyszło do głowy, że gdyby nawet jeden z nich było moim mężem, to bym się do tego przyznała...

Z drugiej strony, refleksja przyszła potem, mogłam "zemścić się na zimno" - wyjawić, że Mój  (pisane za Jelinek) nie tylko zasnął wtedy pijany na trawniku, ale jak sobie popije, to puszczają mu zwieracze i mam dwoje do umycia i przebrania w domu. Potem panie sąsiadki ciekawie by mu mówiły "dzień dobry". A nie, druga sąsiadka chyba nie odzywa się do niego, bo nie powiedział jej właśnie "dzień dobry" - w kwestii dobrych manier Gregory House, to przy nim Jolanta Kwaśniewska. Gdy kiedyś poprosiłam go o kupienie mi na prezent "Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi" Tobiego Younga, skomentował: "Po co, mogę ci to sam napisać".

16:50, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 listopada 2011
Witamy adenowirusa

Najpierw dwie anegdotki z regionu "kopro-gry" ;)

Dziś o 2:20 Wiertka obudziła się, zdjęła spodnie od pidżamy (ja sama), pieluchę (ja sama!) i zrobiła siku do nocnika :D Z powrotem musiałam ją już ubierać ja sama :) Szybko zasnęła.

A w ostatnią niedzielę, po powrocie z domu taty (był tam też brat przyrodni) poszła do łazienki i... próbowała zrobić siku na stojąco do toalety. Stawała na palcach, wypinała się do przodu, nawet zebrała w dwa palce i wyciągnęła co tam się udało zebrać, ale ciało było zbyt oporną materią, by uwieńczyć to sukcesem. Siedziałam na wannie, patrzyłam na to i wyłam ze śmiechu, zginając się w pół. Wiertka też w końcu się śmiała.

Adenowirus to zaległy wpis z poniedziałku, bo wtedy byłyśmy u alergologa dziecięcego. Mała ma brzydką, czerwoną wysypkę dookoła ust. Maść antyalergiczna nie pomaga. Wysypka pojawia się i znika, nie potrafię ją skorelować z żadnym produktem spożywczym, nie ma żadnych reguł. Tyle, że w żłobku jest bardziej widoczna, a w domu zanika. Nie wiedziałam co najpierw - dermatolog, czy alergolog i w końcu skorzystałam z kontaktu do lekarki, u której był mój bratanek.

Nie jestem do końca przekonana do teorii tej alergolog. Podejrzewam, że mówi to samo wszystkim rodzicom i nie stawia absolutnie żadnych innych diagnoz. Ale trzeba spróbować, bo wiele rzeczy mi się składa do kupy.

Według doktor to nie alergia, ale adenowirus, coś podobnego do rotawirusa. Atakuje przewód pokarmowy i jego skutkami pobocznymi są choroby górnych dróg oddechowych, pojawiające się cyklicznie co dwa tygodnie, wysypka na twarzy (kwestia kwasów żołądkowych w ślinie), a potem problemy z jelitami, odparzenia (kwasowe siki). Niby wszystko się składa (bo u Wiertki zaczęły się właśnie pojawiać odparzenia i brzydki, "kobiecy zapach"), ale pod tego adenowirusa da się podpiąć niemal wszystkie choroby na jakie małe dziecko cierpi.

Gorzej, że wirus szaleje co wiosna i jesień nawet do 6-7 lat, nie da się tego wyleczyć, ale da się załagodzić objawy. Tak to zrozumiałam. Pani doktor mówiła z prędkością karabinu maszynowego, pisała mi na kartce całe listy leków, schemat leczenia. Dopiero następnego dnia, usiadłam na spokojnie z tymi kartkami, przestudiowałam co przepisała, na co, z jaką częstotliwością (w aptece zostawiłam 170 zł - sezon chorobowy rozpoczęty). Dała leki na poprawę odporności i jakieś na żołądek. Mała dostała też lek na odrobaczenie, bo dzieciaki żłobkowo/przedszkolne trzeba profilaktycznie odrobaczać raz na jakiś czas.

Usłyszałam też, że ja cierpię na to samo. Może dlatego ciągną się u mnie te kaszle i katary. Też mam już problemy z cerą i ani krem antygrzybiczny, ani antyalergiczny nie pomaga na wysypkę. Dostałam coś na kwasy w żołądku, odporność i też lek na odrobaczanie :D

Jak sobie założę konto na portalu randkowym, to dopiszę "odrobaczona" ;)

Na razie od dwóch dni Wiertka dostaje leki i może to efekt placebo, ale wysypka z twarzy znika.

Do tego Mała już 2,5 tygodnia (z dwoma weekendami w środku) chodzi do żłobka we względnym zdrowiu. Względnym bo cieknie jej z nosa (nie infekcyjnie) i 1-2 razy kaszlnie sobie. Planuję zostawić ją w domu, w przyszłym tygodniu na 2-3 dni, bo 5 grudnia ma w żłobku spotkanie z Mikołajem, prezent, pamiątkowe zdjęcie. Do tego dnia na 100% porządnie się rozchoruje, a nie chcę by ją ominęła taka atrakcja. Może kilka dni w domu podtrzymają jej zdrowie.

09:44, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 listopada 2011
Kobieta nie może jechać z "pustym przebiegiem"

Czyli dziś o wtorkowych zajęciach z Pisarką. Było o samotności kobiet na przykładzie "Amatorek" Jelinek i "Uwiedzeń" Streeruwitz. Samotności... Obie książki to jeden wielki desperacki manifest na temat tego, że kobiecie nie wolno być samotną. Wolno być nieszczęśliwą, chorą, nawet martwą, nie wolno tylko być samotną. "Amatorki" wydają mi się już trochę archaiczne, ale może to dlatego, że w moim wieku nie odbywa się już polowanie na mężczyznę, który ustawi ci życie. Zapewne kilkanaście lat temu czytałabym to jak objawienie, krzycząc, że wreszcie ktoś to na głos powiedział.

Za to zachwyciły mnie "Uwiedzenia", bo jestem już na etapie układania sobie życia "po mężczyźnie", które ma być oczywiście "życiem z kolejnym mężczyzną". Nieistotne gdzie pracujesz, ile zarabiasz, jak mieszkasz, jakie są twoje pasje, może cię do Nike nominowali - twoje życie jest "nieułożone", jeśli gdzieś tam obok nie pałęta się facet. Niestety, gdzieś pod naskórkiem mam ten mit i walczy we mnie chęć swobodnego dryfowania, z powinnością "ułożenia sobie życia". Kiedyś może napiszę o tym szerzej.

Pisarka bardzo fajnie przygotowała się do zajęć, miała listę różnych punktów do obgadania i spędziłyśmy trzy godziny na ciekawych dyskusjach.

09:28, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2011
Bywam lilią na tafli jeziora, czasem nawet cholerną.

Coś o czym rzadko piszę, czyli o pracy. Wczorajszy dzień poświęcony seminarium, które prawie do końca miało się nie udać. Jedyne co się udało, to mi zrobić budżet w widełkach akceptowanych przez szefa. Na tydzień przed terminem jedna z firm zrezygnowała z prelekcji, bo nie podobał im się termin wystąpienia. Byli chętni od dawna, ale zdecydowali się gdy wolne miejsce w agendzie było już tylko jedno. Nie przesłali nawet zlecenia, więc ich rezygnacja nie obcięła mi budżetu. Na trzy dni przed terminem wydarzenia prelegent merytoryczny, odwołał swój przyjazd z przyczyn rodzinnych. Na szczęście dał namiar telefoniczny do zastępstwa, które nie odbierało tego telefonu przez półtora dnia. Za to kiedy odebrało było chętne na wygłoszenie wykładu. Dzień przed seminarium jeden z moich klientów zobaczył dopiero wtedy, o jakiej porze ma prelekcję, jako ostatni i zażyczył sobie zmiany godziny powołując się na pieniądze zostawione od lat w wydawnictwie. Tylko drobiazg, że to dobry znajomy szefa. Udało się zamienić go miejscami z merytorycznym, bo zastępstwo było bardziej elastyczne jeśli chodzi o moment przybycia.

To jednak drobiazgi, nic w porównaniu z tym, że wśród zapisujących się, to seminarium nie cieszyło się wielkim powodzeniem. Kolega z działu Eventów dwoił się, troił, wysyłał mailingi, szukał patronatów, a liczba chętnych wciąż nie dała się bez strachu pokazać klientom. Wymieniliśmy salę na mniejszą, zabraliśmy część krzeseł, by dać wrażenie zapełnienia. W dzień seminarium siedziałam w rejestracji i widziałam liczbę nie odebranych identyfikatorów. Nie dość, że mało osób się zapisało, to nie przychodzi większy procent niż zazwyczaj (nie pojawia się tak do 10%). W końcu słuchacze zeszli się w ostatniej chwili niemal, sala wyglądała na nabitą ludźmi, a w przerwach odbyłam kilka rozmów z klientami, które zaowocują dużymi umowami. Nie wyglądali na zawiedzionych.

Bo cóż z tego, że ja namówiłam firmy do zostawienia pieniędzy, kiedy one niezadowolone z rezultatów nie zechcą opłacić faktury, albo nie wejdą w kolejne projekty. Ostatnie dni były nerwowe i biednego eventowca, którego nazywam żartobliwie Królem Stasiem, stres zjadał. Tylko ja nie czułam żadnego napięcia i luzowałam. Coś się wymyśli, coś się im powie, coś się obieca. Będzie dobrze. Nie mam pojęcia skąd u mnie ten zen i to "jestem lilią na tafli jeziora", bo to dla mnie nietypowe. Ani nie mam pewności zatrudnienia, ani porażających oszczędności, ani perspektyw, że hobby stanie się dochodową pracą, czy praca stanie się hobby. Nie ma co rozmyślać, trzeba się cieszyć, że jest jak jest.

Będzie jeszcze wpis o oryginalnej diagnozie lekarskiej mojego dziecka i mojej przy okazji oraz o wczorajszej dyskusji na temat książek Jelinek i Streeruwitz. Ale to niedługo.

09:12, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 listopada 2011
Konspekt warsztatów, bożole, cava i mała niespodzianka :)

Wczoraj o 17.00 rozpoczęłam kolejny weekend "słomianej matki", który to potrwa do jutrzejszego przedpołudnia.

Zaczęło się od spotkania z dziewczynami ze stowarzyszenia, które to miało być poświęcone stworzeniu konspektu ćwiczeń na najbliższe warsztaty literackie. Był to trochę wyścig z czasem i winem - drugim bohaterem wieczoru było wino Beaujolais Nouveau - by zrobić coś konstruktywnego zanim poziom alkoholu we krwi  skłoni nas do plotek, nie tworzenia. Już sam Jerzy Pilch, znawca tematu, mówił, że pisać o alkoholu, alkoholiźmie, pisać w ogóle należy na trzeźwo.

Zadanie wykonałyśmy z sukcesem, pisząc nawet próbne pantumy, by sobie odświeżyć metodę :) Kto napisał, ten napisał. Ja odeszłam w połowie mojego pantuma, by pomóc koleżance otworzyć butelkę cavy. Bożole zostało już wypite i uznane za sprytny, ale tylko chwyt marketingowy francuskich producentów wina. Cava nie chciała się otworzyć z łagodnym wdziękiem popularnych win musujących, więc chytrze postanowiłyśmy wziąć ją korkociągiem. Efekt była taki, że korek złamał się w pół, a twardsza połowa utkwiła na dobre w butelce. Może za dużo bożole we krwi? W sukurs przyszła trzecia koleżanka, bardziej kompatybilna z rzeczywistością i rozgryzła tajemnicę  korzystania z kolejnego korkociągu. Przypomniał mi się inny nasz wieczór, gdy koleżanka otwierała wino korkociągiem i dopiero po jego wkręceniu zauważyła, że butelka ma zakrętkę nie korek. Wspomnę tylko, że to też nie było wtedy nasz pierwszy napój.

Odeprę ataki, że bardziej skupiamy się na piciu niż tworzeniu. Po prostu opisywanie potyczek z piciem wychodzi zabawniej ;) Wkrótce popracuję nad ciekawym opisywaniem pisania, obiecuję.

Świętowałyśmy też to, że jedna z nas oprócz dwóch wygranych konkursów na opowiadania, wydania książki, została właśnie nominowana do pewnej nagrody literackiej :) Ale to efekt jej ciężkiej pracy w ciągu ostatnich lat, a nie biadolenia jak to się nie da pisać :) To  mój przytyk do siebie samej :)

Na koniec wzruszająca historia dla miłośników zwierząt. Kolejna  z nas, użyczająca nam od lat stołu, kuchni, niedawno pożegnała wieloletnią towarzyszkę spacerów, suczkę. Podziwiam ją, bo ja po stracie ukochanego zwierzęcia nie zdecydowałabym się szybko na kolejnego. Po siedmiu latach z kochaną świnką morską do dziś nie mam nowego zwierzaka. Ona niemal następnego dnia przygarnęła ze schroniska kolejną suczkę. Pieska obejrzało, zbadało, obmacało trzech weterynarzy, miała na poniedziałek wyznaczoną sterylizację. Zabieg odroczono w czasie  z powodu kuracji antybiotykowej. A wczorajszego ranka, koleżanka budzi się, wchodzi do salonu i widzi na kanapie - ładnie wyczyszczonej i usprzątniętej po nocnych wydarzeniach - swoją nową towarzyszkę spacerów z... dwójką maleństw. Cały wieczór, oprócz pisania i picia wina, poświęciłyśmy na zachwycanie się maleństwami. Aż słabo mi się robi, co by było gdyby suczka nie zdążyła przed sterylizacją i wszystko by się wydało dopiero na stole, pod nożem weta. Psina ma szczęście, bo ktoś inny byłby oburzony, że wciśnięto mu, zapewne podstępnie, ciężarną suczkę, albo po prostu utopiłby po cichu szczeniaki. Koleżanka jest w szoku, ale chyba pozytywnym. Mówiłyśmy, że to jej zmarła towarzyszka spacerów zesłała jej taką właśnie następczynię, by pomóc w oderwaniu się od smutnych myśli.

17:09, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 listopada 2011
Poranki dwulatki

Pamiętam, jak rok temu, gdy debiutowałyśmy w żłobku, pisałam o sprawnych i szybko biegnących porankach. Budziłam dziecko (mała otwierała oczy i bez marudzenia była wybudzona), przewijałam, dawałam butlę, zakładałam ubranie, w skafander, do wózka i cześć. W dziesięć minut się nawet mieściłam.

Moje dziecko grzeczne to już było :)

Dziś dotarłam do pracy na 8.30, zamiast na 8.00, a to wszystko przez to, że nie chcę być brutalną matką. Najpierw ja się budzę - mycie, ubieranie, śniadanie. Chcę dać Wiertce trochę dłużej pospać. Teraz budzenie dziecka. A mała "borsuczy" już jak ja. Ja delikatnie coś do niej mówię, głaszczę, a ta przekręca się na drugi bok i ponownie zamyka oczy. Potem są trzy opcje (choć Wiertka może wymyślić jakąś nową) - płacze, marudzi, jęczy i tak jest aż do wyjścia z bloku albo wczepia się we mnie, przytula i nie daje się oderwać. Siedzimy tak sobie nawet do 5 minut. Trzecia opcja, to powitanie dnia z uśmiechem i plaplaniem, naciąganie z powrotem kołdry. Sadzam ją na nocnik, by wypracowywać nawyki, a ona coraz częściej robi siku i zalicza jeden punkt na planszy "Kopro-gry" (kupa to dwa punkty), gry która doprowadzi ją na kolejny poziom rozwoju życiowego.

Dygresja - zdecydowałam się nie używać już określenia "kopro-wyścig", bo w okolicach drugich urodzin, kontrolowanie potrzeb fizjologicznych jest już w granicach osiągnięć dziecka, a nie ambicji matki.

Siedzenie na nocniku, to nie jest taka "hop-siup" sprawa, jak się dorosłym wydaje i przeciąga się do kolejnych prawie 5 minut. Nie ściągam jej na siłę, bo nie chcę zniechęcać. Potem wylewanie zawartości do toalety, mycie rąk, wycieranie rąk. Wiertka chce ponownie zasiąść na nocniku. Tym razem trwa to chwilę. Ubieram ją, gdy siedzi na nim, tyle ile się da. Dostaje równocześnie do rąk kawałek chleba albo biszkopta, by dotrwała do śniadania w żłobku.

I teraz to już jesteśmy w niedoczasie, spóźnione na jeden autobus. Łapię dziecko zabierające się do klocków, rowerka, czy co tam jeszcze jest, przepraszam, klinuję pomiędzy nogami i - spodnie od kombinezonu, buty, kurtka, szalik, czapka. Wystawiam na korytarz, żeby się nie zgrzała (nie chce wyjść), sama się ubieram, rozkładam wózek, dziecko w wózek, zapinam dziecko, rękawiczki jej, do windy, szybkim krokiem, albo i truchtem na przystanek. Gdzieś w drodze naciągam swoje rękawiczki i czapkę. A autobus - ze względu na Cyklon Metro i objazdy - i tak przyjeżdża mocno spóźniony.

Na szczęście szef przychodzi do firmy później, po 9.00, a moja praca jest zadaniowa, nie "dupogodzinowa". Jak mu nie przyniosę w zębach forsy, to nawet tkwienie w firmie 7.30-17.30 mnie nie uratuje.

Rozważam budzenie Wiertki wcześniej, razem ze mną, ale w jej towarzystwie wszytko robię dłużej i bardziej chaotycznie, bo takie poranki też się zdarzały. Gdzie nie spojrzysz - dupa z tyłu.

15:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 listopada 2011
Zabawy z wyobraźnią

Ameryki nie odkryję, ani nie wykażę jak to moje dziecko przerasta rówieśników, ale fajnie jest patrzeć jak Wiertka wchodzi na coraz wyższe etapy rozwoju.

Już we wrześniu zauważyłam z miłym zaskoczeniem, że nabyła umiejętność myślenia oderwanego od przedmiotów rzeczywistych. Na jednym z placów zabaw jest drewniana atrapa autobusiku - wsiadałyśmy do niego i udawałyśmy, że podróżujemy. Teraz ulubioną zabawą jest gotowanie - miesza w garnku, przekłada na talerzyk (zrobiony z nakrętki od słoika) i daje mi do jedzenia :) Albo wykłada łyżeczką z pustego opakowania po chusteczkach nawilżających i nagle mówi "nie ma" - wyobrażone jedzenie tam było, a teraz się skończyło.

Wczoraj miło mnie powitała w żłobku. Zazwyczaj wpuszczają rodzica domofonem, a potem czeka się na korytarzu na malucha. Weszłam razem z inną osobą, od razu zapukałam do sali. Wiertka bawiła się przy stoliku zabawką. Na mój widok odłożyła ją na półkę tuż obok, a potem po krzesełku, pomiędzy stolikami, szybko, szybko, szybciutko do mnie przyszła, jakbym miała za sekundę zniknąć. Rozbawiła mnie ta obowiązkowość - najpierw zabawka na półkę, potem ukochana (jak mam nadzieję) mama :) Oczywiście, w domu też wdrażam ją do porządku - po każdej zabawie razem składamy klocki/puzzle/układanki i dopiero zabieramy się za kolejną zabawę. Czasem odpuszczam i sprzątamy wszystko hurtem pod koniec dnia. A pokój i tak wygląda jak stajnia Augiasza, wiem, że powinnam 90% zabawek, pluszaków po prostu komuś oddać. Nie chciałabym właśnie zaprzepaścić tych nawyków, które nabywa w żłobku, ale w domu nie jest aż taka karna i obowiązkowa :)

Początek tygodnia, to też drobny sukces na froncie "koprowyścigu". Jak tylko Wiertkę obudziłam, zaproponowałam posiedzenie na nocniku. Zrobiła obfite poranne siku :) Dzisiejszego ranka nie było już tak dobrze, ale staram się być konsekwentna. Za to przez kilka minut nie chciała z nocnika zejść, a ja nie miałam serca na siłę pakować ją w pieluchę, by nie zniechęcić. Przez to ledwo zdążyłyśmy na autobus.

10:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 listopada 2011
Menadżerki ubóstwa

Dzisiejszy wpis miał być o czymś innym, ale przypomniał mi się weekendowy artykuł o ubogich samotnych matkach:

http://wyborcza.pl/1,118283,10633977,Samotne_matki___menedzerki_ubostwa.html

Już wcześniej pojawił się inny, podobny.

Mam nadzieję, że pisanie o tym nie zapeszy, jak to bywało w moim życiu, ale takie teksty uzmysławiają mi, że mam w życiu cholernie dużo szczęścia, za co dziękować i nie powinnam marudzić.

Udało się umieścić malucha w państwowym żłobku, mam pracę - na skali prestiżu społecznego gdzieś nisko, ale dającą pieniądze i perspektywy, że kolejną znajdę w kilka tygodni. Wydaje mi się, że żyję bardzo oszczędnie, a na życie mam kilka razy więcej niż tamte kobiety. Fakt, że żyję raczej dniem dzisiejszym, nie zastanawiam się, co będzie jeśli jutro stracę pracę i kolejnej (mimo wcześniejszych doświadczeń z poszukiwaniem pracy) nie uda się znaleźć szybko. Gdyby człowiek wiedział, że upadnie, to by się położył. Mam już oszczędności pozwalające na życie bez pracy przez jakieś dwa miesiące. Jestem zbyt ostrożna by wywalić je na jakiś wypasiony zakup. Zastanawiałam się nad wyremontowaniem kuchni i przedpokoju, które w "dizajnie" celują w lata 80-te, ale zaraz przypomina mi się ten poprzedni artykuł, gdzie kredyt na remont spycha w równię pochyłą ubóstwa.

Czasem warto poczytać takie materiały.

09:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 listopada 2011
Zwilkołaczone dziecko

Poprzedniej nocy pełnia była, choć korelacji nigdy nie sprawdzałam.

Pół biedy, kiedy dziecko budzi się co jakiś czas w nocy, popłacze, pomarudzi, pozarywa czas, poprzytula się, w końcu zaśnie. Jednak raz na jakiś czas jest tak, jak poprzedniej w nocy. Wiertek wybudziła się koło 23.00 i zaczęła krzyczeć, pokazywać coś przed sobą. Gdybyż ona umiała mówić w języku popularnym w mojej strefie życiowej.  Nie dała się dotknąć - odpychała mnie rękoma, kopała nogami, odsuwała się w kąt łóżka. Co jakiś czas powtarzała "mama mama mama", co wydało mi się absurdalne, bo mama właśnie szepce jej by się przytuliła do niej. Tylko próbowałam jej dotknąć, a odsuwała się z krzykiem. Sama bym już chętnie poszła spać. A moje dziecko jakby było przebudzone, ale spało, przebywało w innym świecie, z którego wyrwać jej nie można. W końcu, po kilkunastu minutach, opadły mi ręce. Zapaliłam światła, włączyłam telewizor - takie bodźce tylko nieprzytomnego albo w śpiączce nie wybudzą. Dopytałam się, czy chce mleka. Chciała. Jakiś kontakt wreszcie. Nowa sprawa - mała od czasów bardzo wczesnego niemowlęctwa nie jadła tyle w nocy, ostatnio to butle mleka o 20.00, koło północy i nad ranem. W końcu zasnęła.

A moja wyobraźnia podsuwa mi dziwaczne scenariusze - to jakieś duchy nie dają spać mojemu dziecku. Złe duchy, bo dobre przecież dałyby jej spać, nie? Czyli to nie duchy z mojej rodziny (np. moja mama, babcia, starsze niedoszłe dziecko), tylko rodziny jej ojca ;) Jakiś czas temu, Wiertek też się wybudziła w nocy, chciała jeść, a po skończeniu butli zrobiła "pa pa" kilka razy w kąt naszego łóżka. Spokojnie, na luzie, jak robi zawsze wszystkim.  A dziś jak zobaczyła zdjęcie mojej mamy, to pokazała palcem i powiedziała "mama".  Pewnie to moje podświadome pragnienie, by moja mama gdzieś nad nami czuwała i była cały czas obok. Moja ciotka odrzekła, że ma swoje odczucia, tyle że winą tu jest brak chrztu dziecka, a mała odpycha mnie wtedy, bo wie, że ja temu jestem przeciwna. Złe duchy chcą zabrać nieochrzczoną duszę.

I tu inna moja schiza. A może moje dziecko coś przeczuwa? Może stanie się coś złego, co ją zabierze? Zaczęłam się irracjonalnie bać, że zdarzy się jakiś wypadek, nieszczęście. To nadchodzi, a ja czuję i nic nie mogę zrobić. Jak o tym nie myśleć?

Ja w tym mieszkaniu nie wyczuwam nic niepokojącego, złego, czego nie dało się powiedzieć o innych lokalach.

Kiedy Wiertka prześpi noc jak zwyczajny człowiek?

22:42, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi