To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 30 listopada 2012
Andrzejkowo

Wczoraj w przedszkolu było spotkanie andrzejkowe. Wykorzystałam ostatnią cząstkę dnia urlopu do opieki nad dzieckiem, wcześniej byłam tak na pasowaniu na przedszkolaka, na konsultacji lekarskiej dziecka. Zbyt dużo tego jest by zasłaniać się po prostu "wcześniejszym wyjściem z biura". A tak umówiłam się z szefem, że wezmę dzień wolnego w kilku kawałkach. Tak na boku, ciekawa jestem ile jeszcze będzie takich rodzinnych uroczystości, bo to przedszkole rzeczywiście angażuje rodziców, a pracować kiedyś trzeba.

Na sali były stoliki z wróżbami - losowanie przedmiotu pod kubeczkiem (Wiertka wylosowała balonik, więc chyba będzie robić w "rozrywce"), karteczki z imieniem przyjaciela, rzucanie kośćmi, numerologia oraz studnia gdzie można było wrzucić przez lewe ramię grosik i pomyśleć życzenie. Ludzie, pogaństwo, czarna magia i satanizm, podsumowując :)

Potem córeczka pokazywała mi salę, zabawki, gotowałyśmy obiad. W mojej obecności wcale nie chciała wychodzić do domu, tylko mogłaby tak siedzieć i siedzieć. Porozmawiałam chwilę z panią nauczycielką - nazwała Wiertkę "naszą małą iskierką" i spytała, czy w domu też jest taka rozbiegana i rozskakana :) I, że ma trudności z zachowaniem cierpliwości. Znam to z domu - czasami głowa mi puchnie od "mamo, mamo, mamo! mamo!!! mamo!!!", ale nie rzucam np. zmywania i nie biegnę natychmiast by tylko zrobić, co ona zechce. A chce czegoś średnio raz na minutę.

Pod koniec spotkania, gdy było już mniej osób na sali moje dziecko się rozkręciło i zaczęło skakać i biegać w kółko po sali. Próbowałam ją zatrzymać, ale było trudno, musiałabym się na niej położyć. Widziałam potem, że jakiś inny chłopiec też biegał. On robił to jakoś "zachowawczo", gdy Wiertka pędziła tak, że przy potknięciu rykoszetowałaby od mebelków do krzesełek. Wpadła na koleżankę i wtedy już zabrałam się za nią bardziej zdecydowanie. Wymyśliłam, że razem zatańczymy w kółeczku i to skanalizowało jej energię, tak bym mogła ją kontrolować.

Nie wiem jak ktoś tak niezdarny kinestetycznie i introwertyczny jak ja mógł wydać na świat takie dziecko? :) Może powinnam była w czasie ciąży tylko leżeć na kanapie, słuchać Mozarta i czytać prasę kobiecą? Może byłam zbyt zestresowana próbnym okresem w pracy, wynajmowanym mieszkanie, brakiem kasy, zerwanym związkiem, że dziecko wydala teraz z siebie tamten stres?

W jutrzejszym wpisie o tym jak prawdopodobnie spaliłam swoją kuchenkę (to dziecko zaczęło :) ) i o rozmowie z panią psycholog w przedszkolu.

15:19, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 listopada 2012
Macierzyńsko

Skala trudności w byciem mamą przedszkolaka wzrasta. Trzy miesiące upłynęły, a Wiertka nadal nie chce wchodzić rano na zbiorczą salę. Popłakuje, wczepia się w moje nogi. Podejrzewam, że trochę z powodu wcześniej wspomnianego - to nie jej sala, nie jej grupa.

Od kilku dni, tuż przed wyjściem z domu wczepia się we mnie i chce się przytulać, przytulać, przytulać. Potem nie chce iść na nogach, chce być noszona na rękach, by się dalej przytulać. Do tego dochodzi to wejście na salę. To wszystko razem + PMS sprawia, że wychodzę z przedszkola, jadę do pracy wypruta, siadam za biurko i najpierw odpoczywam. Sporo kosztuje mnie zachowanie uśmiechu, spokoju, nie okazywanie złości, irytacji. Czasem mam ochotę nią potrząsnąć - muszę pracować! nie mam wyjścia! pogódź się z tym!

Próbowałam wziąć ją sposobem. Powiedziałam, że jej idol Strażak Sam na pewno z radością biegłby na salę.

- Nie, poszedłby z mamą. - na to moje dziecko.

To tłumaczę, że strażak gasi pożary, ratuje ludzi i z chęcią chodzi do przedszkola.

- Nie, poszedłby z mamą. - moje dziecko swoje.

Trzy lata, a już ma w dupie autorytety.

Dziś rano ponownie zagaiłam o odwadze Strażaka Sama, to usłyszałam od mojego dziecka, że on nie będzie chodził do przedszkola, bo ma psa. Z psem nie można chodzić. Można walczyć z logiką dorosłego, ale logika trzylatka jest nieubłagana.

Pomyślałam, że to może kwestia tego, że rano mamy za mało czasu. Chcę by jak najdłużej pospała, więc budzę ją jak najpóźniej. Może chce się przytulać, bo chce jeszcze pobyć ze mną? Dziś obudziła się razem ze mną, więc czasu było więcej. Trochę pooglądała bajkę, gdy ja się szykowałam, potem razem siedziałyśmy. I sytuacja się powtórzyła - tylko trzeba wyjść z domu, a ta rzuca się na mnie by się przytulać. Kilka minut wcześniej nie ma takich potrzeb. Zobaczyłam, że więcej czasu na poranny rozruch - ok, ale to kwestia tego, że ona nie chce wyjść z domu. Chce w nim zostać ze mną. Znowu większą część drogi musiałam ją nieść, a potem skłaniać do spaceru.

W pracy zamiast na 8:10, byłam na 8:30... A wstałyśmy wcześniej...

Przynajmniej trochę dowiedziałam się, co z tą salą. Wiertka powiedziała, że to przez panie - siedzą, piszą i palą światełka. Światełka? Palą papierosy, czy co? To nauczycielki starszych grup, więc dzieci bardziej samodzielnych. Dzieciak wchodzi na salę i idzie się bawić, a pani sobie siedzi i plotkuje. A trzylatek chce jeszcze by się nim zająć, zainteresować. Podejrzewam, że w tym problem. Mam nadzieję. Jest tak, że starsze dzieci zajmują się młodszymi, wciągają je do zabawy. Widziałam jak jedna dziewczynka wyciągała rękę do Wiertki, ale ta była generalnie na "nie" wobec wszystkiego.

09:48, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 28 listopada 2012
Pracowo

Napiszę skrótowo, bo to już - mam nadzieję! - za mną. Opisywałam kiedyś rozmowę z moim szefem, która wywlekała mi jelita przez gardło. Nie skończyło się na jednej. Potem były jeszcze dwie, gdzie usłyszałam równie dziwne zarzuty mające udowodnić, że nie jestem zaangażowana w życie firmy. Uwierzcie, były absurdalne, bo równie dotyczyły każdej innej osoby w dziale, ale tylko ja dowiedziałam się, że zrobiłam to nie tak. Moi koledzy z pracy też mi przyznali rację. Argumentowałam, podawałam swoje racje, ale to jak polewać teflon wodą. Spływało.

W końcu, przy drugiej rozmowie, uznałam, że czas na koniec dyplomacji i powiedziałam szefowi w miarę dyplomatycznie, że uważam, że (wybaczcie tak topornie zdanie złożone) uwziął się na mnie, wyżywa się. Nie wiem, czy na tyle mnie po polsku zrozumiał, ale zarzekał się, że to nie prawda i jestem bardzo ważna dla firmy. W czasie rozmów z nim była uśmiechnięta, zdecydowana, otwarta, ale wyszłam z gabinetu i poszłam wylać trzy łzy do kibla. Nie dałam rady. To nie są rozmowy na listopadową burość i szarość.

Czy mobber może nie zdawać sobie sprawy, że mobbinguje? Do pracy szłam ze ściśniętym gardłem, siadłam przy biurku i zamiast zabrać się za to za co mi płacą, czyli ściąganie forsy do firmy, to zastanawiałam się, o czym nie pomyślałam, czego nie zrobiłam dla firmy? Może powinnam teraz biegać po garażu i sortować magazyny? Może powinnam posłać mu kosz owoców do domu, jak zażartowałam?

Gdyby to jeszcze miało jakiś cel - żebym sama złożyła wypowiedzenie. Jednak zamyka mój tytuł i może spokojnie sam mi je dać w związku z likwidacją stanowiska. A tak jeszcze trzyma mnie w firmie. W dodatku, sprawa bardzo delikatna, okazało się - z rozmów pomiędzy nami - że byłam jedyną osobą w firmie, która dostała wypłatę w całości, na czas.

Było, oby, minęło. Potem jeszcze raz miałam rozmowę z szefem, w celu tradycyjnego zraportowania co robię. Powitał mnie z uśmiechem:

- I co tam?

- Wszystko w porządku, tylko zastanawiam się, co dzisiaj będziesz na mnie miał.

Też się uśmiechałam. Z uśmiechem zaprzeczył i na razie jest spokój. Może to przez to, że postawiłam granicę, szybciej przez to, że jest już nowa Administratorka Biura i ma osobę do długich drążeń problemowych. Administratorka na razie jest dzielna - opowiadała nam jak pracowała dla Chińczyków. Nasz jest jest subtelny i łagodny.

I anegdotka związana z Dniem Dziękczynienia. Zastanawialiśmy się, czy świętowanie będzie - szef będzie dobrym osadnikiem, a my Indianinami. Koleżanka zapytała:

- Kto będzie indykiem?

- Jak to kto? Ja! - rzuciłam.

I tak oto zostałam prawie świątecznym indykiem.

08:40, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 listopada 2012
Jak to się nam dziękczyniło

Wspominałam kiedyś, że szef mój jest Amerykaninem. Z polskim nazwiskiem nie do wymówienia przez Amerykanów, z czego nawet udało się z niego anegdotę wycisnąć. Z polskim nazwiskiem, czwarte pokolenie emigrantów i jednak 100% Amerykanina w Amerykaninie. Powrót do kraju pradziadów potraktował jako przygodę młodości - pierwsze co go zachwyciło, to to, że wszyscy bez problemu, od razu wymawiają jego nazwisko, a potem ten straszny kraj wessał go na dobre.

Gdy zaczęłam tu pracować wspominali mi, że organizuje się Święto Dziękczynienia. Rok temu szef wyjechał do kraju ojców, by z bliską rodziną dziękczynić i upiekło mu się. W tym roku zaprosił nas na świętowanie z poślizgiem, bo chyba za późno catering zarezerwował. Każdy dostał wzruszającego polonistycznie maila, którego z pracowniczą czułością początek zacytuję. Wiem, z "kogo się śmiejecie, z samych siebie się śmiejecie", ja po angielsku piszę z równą finezją.

Dziękczynienia Obiad Świętowanie wypoczynkowe

 Jak jest nasz zwyczaj co roku w tym czasie, będziemy świętować największy amerykański święto w roku, w Święto Dziękczynienia. Będziemy świętować ten dzień na lunch z tradycyjnym indykiem i innych tradycyjnych amerykańskich żywności wypoczynkowych w "X" restauracji obok naszego biura

Domyślam się, że największy udział w stworzeniu zaproszenia miał Google Translator :) Nie tylko Polacy za granicą nie potrafią po 20 latach wypowiedzieć się w języku tubylców, bo wszystko cokolwiek się da załatwiają w swojej enklawie emigranckiej :)

Tak więc, wreszcie mogłam spróbować kuchni amerykańskiej. Szef na wszelki wypadek zastrzegał, że to catering z hotelu, nie domowe jedzenie, jeśli wiem nam nie zasmakuje, to rozumie :) Najpierw chwyciliśmy się za ręce i podziękowaliśmy, choć nasza głowa rodu miała na tyle przytomności umysłu, by potraktować to jako ciekawostkę antropologiczną, nie śmiertelnie poważnie. Opiszę teraz moje wrażenia smakowe, choć będzie to równie błyskotliwe, co powyższy mail, bo nie mam szlachetnych kubków smakowych, zazwyczaj wszystko mi smakuje, nie chlastam biczem krytyki jak Gesslerowa i nie mam wrażliwości kulinarnej, która każe nazywać "lawendową łąką pod pierzynką z marzeń i chmur" śledzia pod żółtym serem.

Indyk jak indyk, po raz pierwszy widziałam w całości. Puree ziemniaczane, takie tradycyjne rzadko jadam, w domu robię takie pomysłu zapożyczonego od Byłego, więc dla mnie jakieś strasznie mleczne było. Zielona fasolka zasmażana z boczkiem była pyszna, ale to chyba jest dość znane. Pierwszy raz widziałam jakieś słodkie, pomarańczowe ziemniaki. Ani to nie wyglądało jako ziemniak, ani nie smakowało jak ziemniak. Dziwne. Była jeszcze szara paćka, o której szef mówił, że Polacy nie dają tego rady zjeść. Mnie intrygowało smakowo, choć wolałam nie wiedzieć co tam jest - były podobno kasztany i wydawało mi się, że... rozmiękły w sosie chleb... Sos do indyka - z żurawiny i owoców leśnych! Coś przepysznego! Na koniec ciasto dyniowe, taka tarta. Mnie wchodziło, dla innych zbyt słodkie.

Generalnie, biorę poprawkę, że to catering, dla mnie wszystko jakieś takie mdławe. Może prawdziwa amerykańska gospodyni dodaje przypraw. Jeśli nie, to nie dziwię się, że ten kraj podbili kulinarnie Włosi i Meksykanie.

Na dziękczynnym lunchu byłam tylko pół godziny, bo wróciłam do firmy, wymienić Menadżerkę Biura, której szef kazał "pilnować obejścia".

Miało być jeszcze o moich niedawnych potyczkach z szefem - to ja miałam być świątecznym indykiem, ale nie chcę psuć świątecznej atmosfery :)

09:15, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 listopada 2012
Poweekendowo

Miał to być mój weekend Nie Matki, dla wypoczynku, dla wygody i takich tam. Raczej z naciskiem dla takich tam. Były jednak zmienił kolejność weekendów, bo jego Była je zmieniła i żadnemu do głowy nie przyszło, że ja mogę mieć coś przeciw. Przyjęłam ten policzek w moje plany wypoczynkowe i nie dokonywałam prób skontaktowania się z moją poprzedniczką, która wiele zrobi by pognębić ojca swoich dzieci, włącznie z pomocą mnie ;) I tak na prawdę, to chyba dobrze na tym wyjdę.

Bo te ostatnie dwa dni obfitowały w różne wydarzenia i w ogóle bym nie wypoczęła, nawet bez dziecka. Najpierw sobotnie porządki, bo zapowiadali się goście, a ja mam zawsze "sraczkę" na tym punkcie, że przyjdą i będą mi mieszkanie "białą rękawiczką" macać. Potem pojechałam na zajęcia o "refleksyjności kobiety piszącej" ("atrakcyjność kobiety piszącej?" przesłyszał się Były w niedawnej rozmowie telefonicznej :D ). Z Wiertką został mój tata, która dawno zapomniała, że kiedyś ryczała na jego widok. Teraz jest bardzo podekscytowana tym, że dziadek przyjedzie i będzie się z nią bawił. Miałam wyrzuty sumienia, że zaprzęgam ojca do opieki nad moim dzieckiem. W dyskusjach sieciowych na temat "psiego obowiązku dziadków" (bo co oni mają przecież do roboty) jestem po stronie, że mogą pomagać, ale nie muszą. Chciałam mieć dziecko, to teraz ja mam się nim zajmować. Jednak czasem muszę zrewidować moje poglądy. Tłumaczę sobie, że mną przez pierwsze lata zajmowała się w godzinach roboczych babcia, a potem doglądała mnie po szkole, gdy rodzice budowali dom i wracali wczesną nocą. Kiedyś ktoś ich odciążył w opiece nad dzieckiem.

Za to pomogłam mojemu tacie finansowo, bo nie ma pracy, szuka nowej i wszędzie słyszy, że super, ale czy ma rentę inwalidzką, jest już emerytem, bo jak nie, to dziękujemy. Szerzej opiszę, to kiedy indziej, ale skoro są pomysły byśmy pracowali do 67 roku życia (tata ma 59), to może są jakieś pomysły by ludzie 60+ byli zatrudniani?

Wieczorem wpadła do mnie znajoma para młodych ludzi. Jego znam jeszcze z czasów, gdy nasze kontakty ocierały się o efebofilię :) Zawsze miał specyficzne przygody z systemem edukacji, kiedyś nawet się tym przejmowałam. Teraz ponownie zaczął kolejne studia i natychmiast je porzucił. Rozmawialiśmy na ten temat wiosną i doszliśmy do wniosku, że przy talencie artystycznym, wolnym zawodzie nie papierek z magistrem jest ważny, ale portfolio, które trzeba sobie zbudować, prywatne warsztaty. Szczególnie, że jego główny zarzut wobec uczelni był taki, że niczego tam się nie uczy, a tylko cofa. I okazało się, że odnalazł swoją niszę, a ja padłam. Rysuje na zamówienie... obrazki pornograficzne. Nawet nie wiedziała, że istnieje spory rynek w internecie, zamówienia ma głównie za Oceanu. Ludzie są w stanie zapłacić fajne pieniądze, by mieć podkręcający erotycznie rysunek wg własnego scenariusza, albo ze sobą w roli głównej. Ile to ciekawych historii na opowiadanie :) Na razie kolega działa w szarej strefie, ale już liczy od którego momentu mógłby założyć własną działalność gospodarczą i usamodzielnić się życiowo :)

Wiertka zjadła prawie wszystkie paluszki i nachos przeznaczone dla gości, nakruszyła, rozwlekła zabawki, dzięki czemu w niedzielny poranek mogłam  rozpocząć proces sprzątania od nowa.

Spałam z małą do 9.00. Mimo to, po obiedzie na jej prośbę rozłożyłam kanapę. Skoro rozłożyłam to położę się zamiast usiąść. Skoro się położyłam, to się kocem na chwilę przykryję. I odpłynęłam jak niemowlę po karmieniu. Wiertka dokończyła deser i przyszła do mnie też się zdrzemnąć.

Obudził mnie pierwszy z niedzielnych gości. Przyjaciółka od 22 lat z hakiem, więc się nie przejęłyśmy sytuacją :) Bo w niedzielne późne popołudnie (wieczór jakby czasu zimowego) miałyśmy się spotkać we trzy - dawne dobre znajome, choć w serialu by się to przyjaciółki nazywało. Przez całą drugą połowę lat 90tych imprezowałyśmy razem, spędzałyśmy wspólnie dużo czasu, gadałyśmy o życiu. Z czasem relacje rozluźniły się i z trzecią nie miałyśmy od kilku lat żadnego kontaktu. Przez pewien portal społecznościowy ją wyśledziłam :) Miły wieczór, choć Trzecia ma jedną, drobną wadę - jest mitomanką :) Zauważyłyśmy to wtedy, po jakimś roku znajomości, rozmawiałyśmy z nią na ten temat. To od niej silniejsze. Nawet przed własnym mężem kreśliła alternatywne wersje swojego życia. W końcu nie pozostało nic innego jak nauczyć się z tym żyć :) Dlatego teraz opowiadała nam co tam u niej nowego, a ja ja za cholerę nie potrafię wyłapać, co może być prawdą, co  nie :) To nie pierwszy mitoman w moim otoczeniu, chyba czują we mnie przyjazny wlew dla swoich opowieści :)

Wiertka zjadła prawie wszystkie kawałki ciasta i ciasteczek przeznaczonych dla gości. Trzecia wyznała mi w mailu, że marzy o kolejnym dziecku (ma już nastolatkę) i liczyłam, że kontakt  z moją córką wyleczy ją z tych pragnień. O dziwo nie, choć Wiertka robiła ile się da, by pokazać się jak najbardziej upierdliwej i wiercącej się strony - bieganie po pokoju, wymachiwanie ściereczką, trąbienie trąbką i zmuszanie obecnych cioć do układanie dla niej puzzli.

Jak widać, nawet gdybym spędziła te dni bez dziecka, to ciągle coś by się działo. Tak będę mogła wypocząć za kilka dni. Rzuciłam  okiem w kalendarz i zobaczyła, że ostatni weekend, który spędziła od początku do końca sama, nigdzie nie wychodząc (urodzinowe przyjęcia, wizyty u rodziny) był miesiąc temu. Od tamtego czasu ciągle coś się dzieje. Jestem zmęczona, ledwo żyję. Nie mogę się doczekać piątku.

10:19, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 21 listopada 2012
Sennik trzylatki

Nowy etap w życiu Wiertki. Widziałam, że śni, bo wiadomo, że już na etapie życia płodowego się śni, ale teraz dociera do niej, że istnieje inny świat. Świat snów. Tylko, że na razie jest chyba dla niej równie prawdziwy :) A może to kwestia, że mówi coraz lepiej, więc werbalizuje swoje odczucia?

Dwa przypadki z ostatnich dni. Zbudziła się z płaczem koło północy, mnie też wyrwała ze snu. "Bluzka, jej bluzka i jej bluzka". Dopytałam się senna, która bluzka? Żółta. I bluzka, jej bluzka! Poszłam do łazienki, ściągnęłam ze sznurka żółtą dziecięcą bluzkę i przyniosłam. Dobrze, że była jakaś w domu :) Przytuliła się do ubrania i zasnęła. Potem przez dwa dni zabierała żółtą bluzkę do przedszkola. Nie na sobie, niosła w rękach :) A trzeciego dnia położyła ją na swoim krzesełeczku i zabroniła przenosić :)

Innej nocy też się przebudziła z płaczem. Rybka, jej rybka. Skąd ja jej rybkę wytrzasnę? Przytuliłam i powiedziałam, że jak zaraz znowu zaśnie, to dostanie rybkę z powrotem ;) Zasnęła.

Odmienna wersja nocnych pobudek, to przytulanie się do mnie przez sen z pogaduszkami :) Na przykład wtula się mrucząc "nie spać, nie chce spać, gadamy, gadam..." I już ponownie śpi. Albo mówi przez sen wciskając się w mój bok "co robi chlebek?" - to jedna z opowiastek, których słucha przed snem, o tym jak powstaje chleb. A co ja robię? Recytuję z pamięci półsenna "najpierw mamy zboże rosnące na polu, zbieramy ziarno i..." :D

Czekam, kiedy - jak jej matka i babka, czyli ja i moja mama - zacznie chodzić przez sen i więcej gadać siedząc ciągle w świecie snu :)

Jeszcze na koniec przypomniała mi się historia z ostatniego weekendu. Obie drzemałyśmy. Mnie obudziło przypomnienie w telefonie. Dzwonił. Zdążyłam go wyłączyć, a Wiertka przez sen przyłożyła dłoń do ucha: "Halo!... Kto to?... To telefon" :D

13:45, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 listopada 2012
Śmierć akwizytora

Parafraza w tytule znanej sztuki Artura Millera. Czasy się zmieniają. Komiwojażer stał się Przedstawicielem Handlowym, Account Managerem, a nawet Key Account Managerem ;) Problemy zostają.

Sprawa z mojego firmowego podwórka. Jakiś miesiąc temu część działu pojechała na targi. Tam jeden z kolegów miał drobny wypadek, nie wypadek. Trudno ustalić. Szli wieczorem zjeść coś na mieście. Nagle przystanął. Prawa część ciała stała się bezwładna, z dłoni wypadł my aparat fotograficzny, twarz też mu wykrzywiło. Rzucili się go podtrzymać, pytali co się dzieje, czy ich słyszy. Trwało to kilkanaście sekund, może trochę dłużej. Gdy doszedł do siebie twierdził, że wszystko ok, nic się nie stało, on nic nie pamięta, o co ta cała afera. Zamieniał to w żart. Był trochę oszołomiony i milczący przez resztę wieczoru. Po powrocie także nawiązania do tego wydarzenia zbywał.

Pod koniec ostatniego tygodnia ponownie wracali z targów, pociągiem. I znowu powtórzyła się historia, tyle że tym razem siedział w przedziale. Jedna część ciała bezwładna, ręka się trzęsie, białe gałki oczne. Przerazili się. Koleżanka wołała do niego pytając, czy ma mu podać jakieś leki. Kolega biegł przez cały pociąg, by znaleźć pomoc u konduktora. Konduktor z całym optymizmem cechującym firmę PKP odrzekł, że jedyne co może, to wezwać karetkę do najbliższej stacji. To był Ekspress, najbliższa stacja, końcowa, była za jakąś godzinę...

Dygresja. Nie życzę nikomu zawału, udaru, pęknięcia tętniaka w pociągu TLK, Inter City, bo jak widać muszą mieć chyba opcję "karawan".

Dobra. Kolega ponownie szybko doszedł do przytomności. Znowu nic nie pamiętał. Po raz drugi był rozkojarzony, oszołomiony.

Przegadaliśmy to w dziale - jedni celują w mikro udar, inni lekki atak padaczki, której się wstydzi. Niepokoimy się o jego zdrowie, ale są też kwestie czysto egoistyczne - kto chce by na jego oczach umierał, na atak udaru, człowiek? Kolega jest pełen energii, ekstrawertyk, flirciarz, nie przyznający się do swojego wieku. Przy pomocy dedukcji, ustaleń, pytań celujemy, że dobiega sześćdziesiątki, ale nie przyzna się nawet do czterdziestki. Taki typ prędzej umrze, niż uzna, że jest na coś chory. W robocie jako PeHowiec od dwóch dekad - nawet jedna potrafi zszarpać nerwy i posłać do grobu.

Poprosiliśmy go o spotkanie - interwencję, że zapożyczę z amerykańskich seriali. Przyznał, że nie wie co to jest, zdarzyło się dwa razy, na nic się nie leczy. Wymogliśmy, żeby skontaktował się z lekarzem. Koleżanka zaszantażowała go, że jeśli tego nie zrobi, to opowiemy o tym szefowi, a ten natychmiast go zwolni. Z tym zwolnieniem, to akurat prawda.

I co z tego? Nie ma żadnej pewności, że na prawdę pójdzie do lekarza. Na tyle go zdążyłam poznać, że podejrzewam zignorowanie problemu. Jeśli nawet, to wiem - z doświadczeń śp ciotki zmarłej na tętniaka - jakie są terminy na NFZ. Człowiek zdąży umrzeć. A prywatnie nie zawsze jest czas i fundusze.

Co do samej tematyki. Potyczki w działach akwizycji, sprzedaży na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, to pomysł na jedną z potencjalnych powieści. Widziałam tyle firm, tyle ludzi poznałam, zobaczyłam co się zmienia przez te lata. Miałam już nawet tytuł - "Akwizytorom wstęp wzbroniony" :)

15:55, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 listopada 2012
Do odpowiedzi :)

Nie będzie kolejnych nominowanych, nie będzie kolejnych pytań. Spłacam dług wobec fidrygauki, która kiedyś mnie nominowała, a ja jak zwykle nie zauważyłam. Jest jakaś perwersyjna przyjemność w odpowiadaniu na takie pytania ;) Czuję się jak Jola Rutowicz :) Osoba znana z tego, że jest znana :)

1. Romantyzm czy Pozytywizm?

Emocjonalnie romantyzm, bo bywam irracjonalna, nielogiczna i wierzę w Tarota ;) Za to lepiej czyta się pozytywizm. A tak na prawdę, to szał mnie drzewiej ogarniał, gdy dotarliśmy w liceum do "młodej polski". Pierwsze zdania "Totenmesse" Przybyszewskiego, wiersze Tetmajera ;)

2. Eklektyzm czy Minimalizm?

Minimalizm wygląda pięknie i popieram. Niestety, jestem zbieraczką, nie potrafię się rozstawać z przedmiotami, wszystko może się jeszcze przydać, moda powraca, co jeśli tym razem dosłownie :D Nie mam wyczucia stylu, więc meble zestawiam odważnie w swojej ignorancji :) Czyli eklektyzm.

3. Sport uprawiany czy oglądany?

Próbując wyczuć niuans, to przy pistolecie przystawionym do głowy - oglądany. Do uprawianego nie zagoni mnie żadna broń. Wiem, że to niedobrze, nieładnie, niemodnie i generalnie nie. Długa by to była opowieść, ale lekcje w-f dwie, trzy dekady temu zachęcały do wszystkiego - alkoholu, narkotyków, seksu, byle nie do sportu. Została mi po nich trauma i teraz wiem, że będzie o tym kiedyś wpis.

4. Kino czy teatr?

Lubię klimat teatru, ale rzadko do niego zaglądam. Kłopot w tym, że wszędzie potrafię pójść sama, do kina często. Nie potrafię przebyć bariery psychologicznej by iść samotnie na spektakl. Jak udaje się zebrać ekipę, to idę, a nie bywa to często.

5. Piosenki czy utwory instrumentalne?

Piosenki. Sama melodia do mnie nie przemawia, nawet jeśli ni cholery nie rozumiem słów. Chyba język sam w sobie jest dla mnie kanałem przekazywania emocji.

6. Blogosfera: anonimowo w internecie czy spotkania z innymi blogerami również w realu?

Jestem na obrzeżach blogosfery. Znam mało blogów - osób już mi znajomych lub, które regularnie trafiały na moj blog i je zauważyłam. Za to od lat bywam - pod innymi nickami - aktywna na różnych ukrytych forach. Mam sporo znajomych, fajne wspomnienia, fajne spotkania.

7. Gdybyś musiała wybrać jedyną potrawę/rodzaj jedzenia, którą byś miała jeść codziennie do końca życia, co by to było?

Jestem mięsożercą. Na warzywkach, kaszach, makaronach długo bym nie pociągnęła.  Nawet seks ma dla mięsne konotacje ;)

Gdyby istniała dieta, w której nieodzownym, głównym, najważniejszym składnikiem byłaby czekolada - weszłabym natychmiast i stała wojowniczym neofitą :)

8. Jak byś mogła cofnąć jedno zdarzenie/decyzję z przeszłości, to co by to było?

Byłam mistrzynią w cofaniu się w czasie, wracaniu myślami do przeszłości. Ulubiona fantazja, co by było gdyby. Cały blog mogłabym utkać z takich zdarzeń. Ucięło się, gdy urodziłam Wiertkę. Teraz każda taka myśl kończy się tym, że efekt domina doprowadziłby mnie być może do bardziej szczęśliwego życia, ale nie byłoby w nim mojej córki. A wtedy serce by mi pękło. Jest efektem jednej konkretnej komórki jajowej i jednego konkretnego plemnika - konkretnego dnia, godziny, sekundy ;)

Może, chciałabym wrócić i starać się uratować moją ciotkę przed pęknięciem tętniaka i moją mamę przed wstrząsem tarczycowym. Co jeśli wtedy nie byłoby już mojej córki?

9. Najbardziej zaskakujące miejsce/zdarzenie/przeżycie.

Wydaje mi się, że jakieś by się znalazły. W tej chwili jednak ciągle w głowie tkwi mi cichy i zamknięty w sobie student studiów technicznych, który teraz odzywa się do mnie  na FB jako młoda kobieta. Kiedyś zapewne znowu spotkamy się na piwie i ciekawie jak to będzie. Dotyka cię nagle sprawa znana dotąd z filmów.

10. Gdybyś mogła spędzić dzień ze znaną osobą (żywą lub zmarłą), to kto by to był i o czym byście rozmawiali?

Jedna? Hmmm. Z Elżbietą Tudor :) Moja pierwsza bohaterka, od momentu gdy obejrzałam w dzieciństwie serial BBC. Chyba pytałabym o bycie kobietą i władczynią, czego żałowała, czy nie myślała chwilę by być zwyczajną księżniczką. I czy była w końcu prawdziwą "królową dziewicą" ;)

11. Czy masz wrażenie, że jakaś piosenka, film czy książka jest napisana o Tobie? Jaka/Jaki?

"Alicja w Krainie Czarów" :D :D :D "Calineczka" ;)

19:43, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 17 listopada 2012
Jak nie jajka, to co?

Pierwsze "trudne pytania" przywleczone z przedszkola? I pierwsze moje niepokoje matczyne :)

Wiertka chwyciła się dziś pomiędzy nogami i oświadczyła, że ma jajka i możemy sprawdzić. Zacznijmy od pierwszej sprawy - uświadomiłam ją, że jajek nie ma. Chwilę nie dała się przekonać, ale trudno. Następnie zaś - to co ona ma? I tu na chwilę mnie przytkało. Bo... Pupa jak w żłobku, to za mało. Chłopaki, też pewnie mają pupy, z tyłu. Pupą robisz kupę i na razie nie zatrzyma się na tym aspekcie jej posiadania :) Większość matek ma inaczej, ale mnie bawią i rażą określenia typu "pusia", "pisia". No błagam... Powiedziałam, że ma cipkę. Jasno i prosto.

- Mam cipkę. - podsumowało moje dziecko.

A jak teraz przedszkole mi kuratora i opiekę społeczną naśle? A jak chłopaki z grupy będą się z tego śmiać? A jak inne matki będą wzburzone, bo ich córki mają "zamknięte ogrody"?

Ostatecznie, chłopaki mają siusiaki, to niech ona ma siuśkę. Pewnie równie głupawe, co "pisia". Pozostaje paląca kwestia tego, że oni mają siusiaka i jajka, a ona tylko siuśkę. Nie chcę by poczuła się w tyle :D Na razie mówię, że też ma jajka. Ukryte w brzuszku i jest ich kilkaset. Przecież prawdę prawię :)

Druga kwestia. Czy oni w tym przedszkolu nie za swobodnie się traktują? Wiem, że przy przebieraniu do drzemki niejedno zobaczy. Przecież widuje starszego brata  i ojca. Nie sądzę by się przed nią strasznie ukrywali. I nie o to chodzi. Ja miałam o dwa lata młodszego brata i to wszystko przyszło jakoś naturalnie. Tylko, że ja usłyszałam - głowy nie dam - że mogę tam jej sprawdzić. Czyli dzieci się dotykają nawzajem? Wolę by poczekała z tym obłapianiem. Tak ze dwadzieścia lat? ;) Mam nadzieję, że panie nauczycielki mają dobrze dzieci na oku i nie łazi do nich żadne z panów woźnych.

Wiem, ja w przedszkolu byłam dopiero w starszakach-zerówce, to już etap, gdy dziewczynki i chłopcy zaczynają się fizycznie separować. Nie wiem, czy w młodszych grupach odkrywanie własnego ciała jest zwyczajowe.

19:48, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 listopada 2012
Sałatka macierzyńska

Będą zaległe, zbiorcze informacje.

Tydzień temu moje kochanie zostało pasowane oficjalnie na przedszkolaka :) To takie ciepłe uczucie, jak widzisz, gdy twoje dziecko wchodzi z innymi na salę, rozgląda się po publiczności, szuka, szuka wzrokiem, aż znajduje cię i uśmiecha się szeroko, macha ręką. I jest już dalej uśmiechnięte, odprężone. Czuję jak ważne jest, że udało mi się wyrwać z pracy i być tam. Czuję, że ją wspieram.

Z pasowaniem wiązała się także inna rzecz. Uroczystość była w środę. W poniedziałek, odbierając dziecko dostałam karteczkę z wytycznymi jak ma być ubrane - biała bluzka, ciemna spódniczka, białe rajstopy. Miałam na to dwa wieczory, bo dnia pracy i snu nie liczę. Ręce mi opadły. Rozesłałam szybko wici po zaprzyjaźnionych forach, na FB. Ze swojej strony przetrzepałam szafy i półki. Znalazłam jakiś biały golf numer większy, ale jakoś by uszedł. Spódniczki same wrzosowe, fioletowe. Na szczęście odezwała się inna forumowa mama, która w dodatku mieszka niedaleko mojego biura.

Wiertka wystąpiła więc na galowo, jak mała biurowa panienka :) Wszystkie dzieci były ubrane według wytycznych - albo rodzice są szybcy w działaniu, albo przewidzieli sprawę i dawno temu zabrali się za zakupy. Trzeba było myśleć.

Ostatni weekend był "mój", ale tak jakby go nie było. Na sobotę Wiertka była zaproszona na pierwsze urodziny synka mojej kuzynki. Wyciągnęłam ją od ojca na pół dnia. Solenizant poszedł się zdrzemnąć, a ona zabrała się za zabawę jego prezentami. Ja mogłam spokojnie oddać się przyjemności bycia gościem :) Był mały kłopot, gdy pojawił się bohater wieczoru, bo przeganiała go. Zobaczyłam jak traktuje dzieci, ze względu na ich wiek. Był tam chłopiec, nieco starszy od niej. Nieśmiały, tylko przyglądał się jej zabawie. Gdy chciała go ominąć, przesunąć, to mówiła "przepraszam". Jak pojawił się raczkujący roczniak, to przegnała jak psiaka. Sobotni późny wieczór, niedzielny poranek były moje.

Zaraz jednak odebrałam dziecko od taty, bo mieli przyjechać z wizytą - mój brat z rodziną i tata. Wiertka od dawna dopytuje się, kiedy przyjdzie do niej o rok młodszy brat stryjeczny. Okazało się, że kiedy jest drugie dziecko, to mała chętnie bawi się razem z nim łamigłówkami, puzzlami i szybko wszystko łapie. Gdy jest tylko ze mną, to ciężko ją do tego namówić. Obecność małego intelektualisty (typ mojego bratanka) podciąga ją. Bez niego zachowuje się jak mały Gaspar Hauser. Teraz widzę, że rodzeństwo przydaje się :(

10:27, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi