To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 26 listopada 2013
Czynszowy mały cud

Już raz, czy dwa - w czasach zaciskania pasa - zdarzyło mi się nie zapłacić czynszu w terminie, a potem nadganiać opłaty. W listopadzie zrobiłam podobnie. Wiem, że debet jest po to by w niego wchodzić jak masło. Jednak perspektywa życia, gdy pensji starcza do 15-go, a potem idzie się do dna debetu jest dla mnie do kiepskiego ogarnięcia. To też dług. Różnica w tym, czy jestem dłużniczką banku, czy spółdzielni.

Dobra. Dziś sąsiadka przyniosła rozliczenie ze spółdzielni. Gospodyni domu daje je temu, kto jest akurat w domu i ten roznosi dalej. Jeszcze nie zdążyłam pomyśleć jak to sąsiadka zapoznaje się z moim zadłużeniem, gdy szczęka mi opadła. Miałam nadpłatę w wysokości... 1,5 wysokości czynszu... Nie wiem jakim cudem. Bo chyba cudem. Ktoś nade mną czuwa. Potem jak pierwszy, drugi i trzeci szok mi zszedł, ale banan na twarzy został, wczytałam się w daty, bo to może nie do końca cud. Stan na 30 października, czyli mam nadpłatę, ale połowy czynszu. Też pięknie.

Nigdy nie mogę zapamiętać jaka jest wysokość czynszu, więc zaokrąglam w górę według fantazji - tak o kilka złotych i chyba to właśnie te zaokrąglenia się skumulowały.

Wow :)

20:31, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 25 listopada 2013
Echelle na bawecie od poloneski ;)

W ciągu ostatnich tygodni trzy razy byłam na wykładach towarzyszących Wersalowi Marii Leszczyńskiej. Zazwyczaj treść niekoniecznie trzymała się tematu, powtarzała się, ale zawsze można było coś ciekawego wyłuskać - rokokowe elementy we wnętrzach, z jakich osób zawodowo składał się dwór królowej.

Udało mi się nawet obejrzeć spokojnie wystawę i najlepiej zapamiętałam "salonik chiński" z obrazami królowej - było tam lustro wyszczuplające. Z tymi obrazami jest także ciekawa anegdota. Podobno królowa przychodziła już do sali, gdzie stała przygotowana sztaluga, rozrobione farby, a malarz kierował jej dłońmi, by po jej wyjściu wykończyć obraz. Obrazy są ładne :)

Na wystawie były także pokazane materiały z "castingu na królową" - cała lista księżniczek, która była wtedy rozpatrywana dla Ludwika XIV, z notatkami. Maria pokonała 44 sztuki za stare i 22 sztuki za młode (albo odwrotnie). Następnie puszczono plotkę, że ma epilepsję i jest niepłodna. Specjalnie wysłany medyk zbadał ją i przeprowadził wywiad z jej lekarzem. Lekarz zapewnił, że młoda dama miesiączki ma regularne, odpowiedniej długości oraz obfitości, co pozwala sugerować że płodna jest. Czy to nie zalążki pierwszego talent show? ;)

Najfajniejszy był jednak ten niedzielny listopadowy: "Panier i plis Watteau. Suknie królowej i Madame Pompadour" prowadzony przez Marię Brodzką-Bestry, która przyszła w sukni uszytej na wzór tej z epoki :) Prawie na niego nie dotarłam, bo zapomniałam, że to dzień otwarty na Zamku. Zobaczyłam przed bramą tłumy wijące się po Placu Zamkowym. Podeszłam do ochrony z zamiarem błagania, ale okazało się, że na wykład wpuszczanym jest się poza kolejką. Sprytni pewnie skorzystali :)

Nie mam wyczucia stylu, nie interesuję się trendami, modą. Nie zestawię porządnego kawałka szmat na elegancki wieczór. Jednak historia ubioru z dawnych epok jest super. Jedyne, czego żałuję, to że nie mogę zakładać tych sukien i mieć np. sesji zdjęciowej w stylu królowej Elżbiety, markizy de Merteuil, a nawet królowej Wiktorii ;) Albo otworzyć salon sukien ślubnych stylizowanych na te z dawnych epok :D Moja jedyna typowa babska słabość :)

Z przyjemnością spędziłam ponad godzinę na oglądaniu obrazów, zdjęć z Luwru i poznawaniu dziwacznych terminów takich jak panier, plis Watteau, bawet, binda, mantua, jubka, czy poloneska :)

Tak jakbym przez chwilę tam była :)

Wiem, wiem, po lekturze "Historii brudu" sympatia do tej epoki (jednej z moich trzech ulubionych, w szeregu z czasami Juliusza Cezara oraz latami 20tymi XX wieku) nie jest już aż tak gorąca ;)

21:11, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 listopada 2013
Klapki w mózgu

Dziś na zajęciach o detektywach i detektywach zastępstwo - prowadziła Marta Konarzewska, którą samą pamiętam jako uczestniczkę genderów opowiadającą anegdotki z życia zawodowego, jeszcze przed szkolną aferą. Trzeba przyznać, zajęcia prowadzi świetnie, musiała być super nauczycielką, kochaną przez uczniów.

Omawiałyśmy "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator. Nie pod względem literackim, czy społecznym, ale właśnie genderowym. Takie spotkania otwierają mi klapki w mózgu. I to nie dlatego, że potrzebuję genderowego uświadamiania siebie, czy innych :) Dotąd zamartwiałam się, że za mało czytam beletrystyki i to tej najnowszej, bo trzeba wiedzieć jak piszą inni i to topowi, by odnaleźć własny język. A Bator wyszła z pracy naukowej - dłubania we francuskim feminiźmie, Lacanie, Kristevej, Cixous, Irigaray. I tymi tropami Konarzewska przeszła razem z nami przez tą powieść. Nagle widzisz, że tekst oprócz warstw oczywistych (tu kryminał, społeczna, psychologiczna, gotycka) ma także jeszcze głębsze pokłady. To odróżnia literaturę dobrą od literatury doskonałej. To, że nie tylko umie się snuć opowieść słowami i zdaniami, ale także tym, że jest w tym coś więcej, co wyciąga się ze swojego dorobku. Punkt dla piszących w środkowej części życia.

Dodatkowo jakieś fragmenty Kristevy właśnie - "Potęgi obrzydzenia. Esej o wstręcie". Nie najłatwiejsze. I otwiera się kolejna klapka - mam pomysł jak przerobić jedno z moich opowiadań. Cudowne uczucie.

21:09, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 listopada 2013
Mszk :)

Chwytam się pozorów normalności. Byłam wczoraj na wykładzie Kawiarni Naukowej. Temat niby banalny: "Jak to się zaczęło. To, czyli my: Polska, Polacy i w ogóle" prof. Urbańczyka. Czego nowego mogłam się dowiedzieć? Z historii byłam dobra, coś tam jeszcze pamiętam. Okazało się, że profesor ma nową teorię o początkach państwowości polskiej, a konkretnie o pochodzeniu naszego pierwszego władcy. Miał być jednym uciekinierów z upadającego państwa Wielkomorawskiego. Nie będę streszczać całej teorii.

Fajne były szczególiki. Choćby ten, że imię Mieszko nie było jego prawdziwym imieniem. Wiemy jedynie, z opisu pewnego arabskiego podróżnika, że ten władca zwał się... Mszk. Nie zapisywano samogłosek, są nie znane :) A Chrobry na denarze kazał wybić Misico jako imię swojego syna zwanego dziś Mieszkiem II.

Inna ciekawostka - niedawno na Ostrowie Tumskim odkryto pozostałość po niewielkiej kaplicy, 2 m x 3 m (jakże piękne świątynia). Nic szczególnego, gdyby nie to, że znaleziono tam drewnianą belkę, którą naukowcy zadatowali na okolice 640 roku, czyli na dwie dekady przed chrztem Polski. Rzekomym chrztem wg prof. Urbańczyka, bo Mieszko od dawna, od czasów morawskich, był chrześcijaninem, a "chrzest" był tylko polityczną legitymizacją jego władzy. Wyobraziłam sobie od razu, jak to budowniczowie w XI wieku stawiają kościółek i biorą jakąś dechę z rozebranego właśnie stuletniego domostwa. A w tysiąc lat później budynek "okazuje" się sporo starszy dzięki temu :) Wiem, wiem, jedynego czego wtedy nie brakowało to drewna, nie trzeba było korzystać ze starych desek.

Ale najlepsza była scenka w części dyskusyjnej, dla których fajnie jest chodzić na takie wykłady. Jeden pan z sali rzucił coś o tym, że Słowianie byli traktowani jak niewolnicy, a na Islandii znaleziono słowiańskie groby niewolnicze.

Prof: Co pan mówi, jacy niewolnicy? Ja tam kopałem, na Islandii.

Pan: Tak archeolodzy piszą.

Prof: Jacy archeolodzy?

Wreszcie prof. Fikus organizatorka wykładów rozładowała atmosferę, ale pod koniec spotkania pan już trochę skorygował swoje wiadomości.

Pan: To były chatki słowiańskie, nie groby.

Profesor: No właśnie, to ja je wykopałem.

Pan: Aaa, to na pana się powoływałem.

Prof: Przyznaję, to wiarygodne źródło.

Z drugiej strony profesor sam przyznawał, że ówczesna ludność bywała sprzedawana do pracy niewolniczej, choćby na bliskim Wschodzie. Człowiek, jego praca był wtedy największym kapitałem. Zupełnie odwrotnie niż dziś. Dziś człowiek przeszkadza.

Odświeżający wieczór. Przypomniałam sobie, że moim pierwszym, wymarzonym zawodem był właśnie archeolog. Zaczytywałam się w książkach, zbierałam wycinki o wykopaliskach. Marzyłam by stać się drugim Schliemannem. Może jak wygram w Lotto to sobie zorganizuję załogę na jakieś wykopaliska.

20:26, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 listopada 2013
Przytulić Bukę

Rzadko piszę, bo nie daję rady z finezyjnym wymyślanie zdań. Jest źle, ale nie chce mi się o tym pisać. Wchodzę w fazę "niedasi", więc nie ma sensu. O ile życie było dotąd wędrówką z ciężką walizką ciągniętą na kółkach, tak teraz walizka nie ma już kółek, a na drodze pojawiają się dołki. Koło stycznia dołek będzie wielkości walizki.

Za to dziś pojechałyśmy z Wiertką na spotkanie Nieformalnego Klubu Czytelniczego pod wezwaniem A. Tematem były "Tata Muminka i morze" oraz "Muminki w listopadzie". Już pisałam, że ich lektura przepchnęła mnie z dystymii w stronę depresji. A może to ten etap życia sprawia, że odbieram te książki tak, a nie inaczej. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze to sprawdzę.

I jako jedyna odczytałam je inaczej i czułam się trochę niczym Buka roztaczająca wokół siebie zimno i smutek :) Dlatego nie miałam serca zbytnio dyskutować. Najbardziej starłam się o "Tatę Muminka i morze", gdzie - według mojej interpretacji - mamy mężczyznę w fazie kryzysu życiowego, który wpada na irracjonalny, zagrażający rodzinie pomysł, a ta by go wesprzeć idzie w ten pomysł. Rzucają to co ciepłe, intymne, zielone i przenoszą się w to co skaliste, owiane wiatrem, pozbawione zieleni. To co dzieje się na wyspie przypomina mi "Lśnienie" Kinga, gdzie niemal każdy z obecnych wędruje na emigrację wewnętrzną, wsysa go coraz bardziej jego własny autorski obłęd. Czekałam z nadzieją, że ktoś wreszcie się ocknie i rzuci hasło do powrotu do Doliny Muminków, ale nic się takiego nie stało. Zamknęłam książkę z uczuciem jakbym zostawiła ich beznadziejne sytuacji.

Jak wspomniałam byłam jedyna :) Reszta zachwycona odczytała książkę jako wspólne rodzinne wsparcie dla jednego z członków w kryzysie i wyprawę w poszukiwaniu własnej tożsamości, rytuałowi przejścia. Idąc dalej - wyspa i podróż nie musi być nawet bytem fizycznym, to metafora tego co się w strukturze rodziny dzieje na gruncie emocjonalnym. Zgadzam się :)

Tylko jeden drobiazg. Dziwnym trafem w świecie, to Tatę Muminka wspiera się w jego kryzysie oraz szalonych pomysłach diametralnej zmiany życia, rzucenia wszystkiego co dotąd. Gdy kryzys ma Mama Muminka nikt tego nie zauważa albo zmienia wyspę. Nie zrozumiem idei Mamy Muminka, nie będę nigdy Mamą Muminka. Gdzie dba się o wszystkich, nikt tego nie doceni, a przejawy własnej niezależności, to jakieś ochłapy-atrapy.

Ale ekspertką od Muminków, która przeczytała dokładnie i z zacięciem intelektualnym wszystko nie jestem :) Mam nadzieję, że justek mi wybaczy :)

Jedynym wątkiem, który mnie w "Tacie..." wzruszył i urzekł, to relacja pomiędzy Muminkiem i Buką. Buka z zimnej istoty bez emocji, uczuć, pchanej tylko potrzebą zgaszenia tego co ciepłe i czułe  staje się zimną, samotną istotą tęskniącą za tym co ciepłe i czułe. Chciałabym przytulić Bukę. W tej chwili to moja ulubiona postać z tej serii :)

20:12, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 listopada 2013
Listopadowo

Nic nie piszę, bo wszystko co się dzieje, nie jest do opisywana na blogu. Ani rzeczy pracownicze, bo o pracy sporo już pisałam, ani w pewnym sensie towarzysko, bo nadużywałabym czyjegoś zaufania. Nawet jeśli bym się rozpisała, to mało subtelnie i błyskotliwie. Bardziej w stylu "zjadłam śniadanie, pojechałam, wróciłam".

Brnę przez ten listopad jak przez grudy błota. Przez pierwsze dni budziłam się z zaciśniętym gardłem, zwlekałam z łóżka, kopałam korytarz przez dzień i dopiero pod wieczór zacisk odpuszczał. Czytałam na pewne literackie spotkanie "Tatę Muminka i morze" oraz "Dolinę Muminków w listopadzie" Tove Jansson i nie pomagały mi wcale w poprawie nastroju, a nawet może go wywołały. To książki dla dzieci, a u dorosłych dystymików wywołują tendencje samobójcze. U mnie wywołały lęk i chęć płaczu.

Teraz czytam "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator - na inne zajęcia. Także o listopadowej grozie. Początkowo czułam się zakłopotana - "jak zachwyca, gdy nie zachwyca" - mam w rękach powieść zdobywcę Nike i zmuszam się do czytania. Za dużo tam słów, za dużo tam zdań, za dużo tam przymiotników, przysłówków, wątków wciśniętych by podpompować tekst. Jak w rokokowym saloniku. Miałam nadzieję, że to wszystko ma jakiś sens, że ta nagroda nie tylko za udaną satyrę na "katastrofę smoleńską". I tak gdzieś od 200 strony powieść mnie zabolała, a potem wciągnęła i teraz czytam, czytam, czytam, a dziecko ogląda piątą bajkę.

A tak z ze zwyczajnego życia. W sobotę byłam z Wiertką na urodzinach synka mojej kuzynki. Było trochę rodziny. I czułam, że cieszę się, że mam dużą rodzinę i cały czas jeszcze można ją zebrać razem. Lubię czuć się jak gałąź drzewa, nie kikut. Bałam się, że po śmierci mojej mamy i jednej z ciotek gałęzie się rozsypią. Każdy poszedł w swoją stronę. Rodzące się dzieci scalają nas ponownie.

Sobotni wieczór, to wino z dobrymi znajomymi i długie rozmowy nie do streszczenia tutaj. Przerabianie w praktyce queerowego zagubienia, gdzie w świecie A i B nie jest się ani A, ani B, a innego wyjścia podobno nie ma. Czy natura zna pojęcie kontinuum? Czy to jedna z matryc społecznych? Czasami czuję się jak w filmie Almodovara.

Dziś skorzystałyśmy z Wiertką z okazji, że w listopadzie do Zamku Królewskiego i Pałacu w Wilanowie jest wstęp otwarty. W pierwszym miejscu byłyśmy przed rokiem. Teraz czas na drugie. Wszystko poszło na opak :)  Bo jest 11-ty listopada. Przesiadka nie wyszła, bo Trakt Królewski zamknięty, więc wędrowałyśmy szukając przystanku aż niemal pod Konwiktorską. Dobrze, że nie poszłyśmy w stronę Uniwersytetu, bo objazdy szły przez Centrum. Pałac... zamknięty, bo... 11-go listopada. Można było spacerować po ogrodach, co uczyniłyśmy. Ogrody w listopadzie... Można i tak. Jakaś młoda para robiła sobie sesję. Mogę zrozumieć, że termin ślubu wypadł im w listopadzie. Ale nie rozumiem przymusu robienia sobie fotek na tle depresyjnych kikutów drzew, bo trzeba mieć sesję w plenerze. Przynajmniej słońce mieli. Wiertka lubi patrzeć na takie pary. Może kiedyś ich ją poszczuję szepcząc do ucha dziecka "podbiegnij i przytul się do pani" ;) Powrót równie zabawny, bo ciągle jakieś pochody na mieście i objazd dla odmiany był Wisłostradą. Udało mi się wysiąść w odpowiednim miejscu na przesiadkę. Dobrze, że lubię podróżować po mieście - mało zakątków mnie zaskoczy.

Jeszcze jakieś 40-41 dni do najdłuższej nocy w roku. 40 dni, w czasie których przyroda myśli, że nie nigdy będzie już lepiej.

18:50, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 listopada 2013
Pracowniczo

Niektórzy nawet sms-y pisali z pytaniem, więc uzupełniam informacje :)

Umowę kolejną dostałam. W sumie było wiadomo, że czeka, tylko miałam zaakceptować warunki finansowe. Te zostały przedstawione mojemu działowi wczoraj na specjalnym zebraniu, które wyrwało nam 1,5 godziny dnia. Było tak jak w moim optymistycznym planie, ale dużą łyżką dziegciu. System prowizyjny premiuje coraz wyższą sprzedaż (optymistycznie), ale ma pewne warunku, haczyki, wykluczenia, że raczej marne szanse na jakąkolwiek prowizję (to ta łyżka dziegciu). To także podejrzewałam, choć sądziłam, że nie będą tacy okropni. Przeszłam już przez tyle działów sprzedaży, że system prowizyjny z wyłączeniami jest mi doskonale znany. Dalsze efekty także. Kiedy widzisz, że choćbyś nie wiem jak się starał, to wystarczy jedno potknięcie i forsa przepada, to mało się starasz. Teraz pytanie, na ile - w takim systemie autentycznej nadziei prezesów na lepszą sprzedaż, a ile cynicznej gry na wykrwawienie handlowca, bo w drzwiach czeka kilku kolejnych łosi.

Zobaczę jak to teraz będzie działać w praktyce, co mi się uda pozyskać. Liczę też, że w pewnym sytuacjach, mając sprzedażowe karty przetargowe uda mi się wynegocjować jakieś obejścia zasad.

Stałam się także okropna i cyniczna. Lubię moje koleżanki z pracy jako kobiety. Choć zasada działania w zespole z nimi, dała mi po plecach (one hołdują maksymie "nie wychylać się", "nie robić za dużo, bo dowalą"). Podejrzewam, że w końcu odpadną zniechęcone kiepskimi zarobkami, a mi uda się wynegocjować przejęcie ich spraw. Generalnie zmienienie idei tego działu. Nie lubię się takiej. Jeszcze trzy miesiące temu pisałam jaka to jestem miękka, matczyna i współpracująca. Teraz staram się być tylko uczciwa i zachować twarz. Ale jak masz jedną pensję, jednego dorosłego, jedno dziecko, jedną świnkę morską i trójkąt dom-przedszkole-praca w odległości trzech przystanków autobusowych, to trzymasz się tego.

20:33, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
sobota, 02 listopada 2013
Zmienić życie o 180 stopni

To nie o mnie będzie, bo jak z tytułu bloga wynika ja swoje zmieniam o 360 stopni :D

Zawsze wiedziałam, że moi dziadkowie sprzedali wszystko co mieli i przenieśli się z dziećmi do miasta, ale to dopiero wczoraj dotarło do mnie, na jakim etapie życia byli, ile mieli lat. Babcia mała około 47 lat, dziadek 50 lat! Rzadko kto w tym wieku zmienia diametralnie swoje życie. A podejrzewam, że w swojej rodzinnej wsi nie mieli źle - ziemia, gospodarstwo, cała rodzina dookoła (mama opowiadała, że niemal połowa klasy w szkole podstawowej, to byli jej kuzyni).

Najpierw do Miasteczka, tuż pod Miastem przyjechał brat babci. Młodszy o dziesięć lat, zaczął pracować w którejś z hut. Kupił od człowieka połowę działki z domem. Tamten na swojej części postawił nowy dom. Wujka stać było tylko na część nieruchomości, więc resztę odpracował w zakładzie krawieckim tamtego. Lata 60-te, prywatna inicjatywa zaczyna się rozkręcać. Z tego szycia nie dość, że spłacił to co kupił, to stać go było na kupno kolejnego domu z ogrodem i założenie własnego zakładu krawieckiego. Miasteczko nazywane było Miastem Krawców, sąsiednie Miastem Szewców. I wszyscy dobrze z tego żyli.

To wtedy moja babcia wpadła na pomysł, żeby sprzedać wszystko, co z mężem miała i przenieść się do miasta, do brata (przez pewien czas mieszkali wszyscy razem, zanim nie przeprowadził się do swojego domu). Ona na tym interesie wygrała. Podejrzewam, że nie przepadała za gospodarskim życiem i tyraniem w polu. Za ziemię dostała od państwa rentę i emeryturę. Jej nowe życie polegało teraz na zajmowaniu się domem, uprawianiu grządek z warzywami w ogrodzie i doglądaniu kur. Warzywa w ogrodzie i kury, świnki, to był częsty obraz w krajobrazie okolicy mojego dzieciństwa. Były jeszcze dorastające dzieci, ale one zajmowały się sobą. Luksus.

Gorzej miał dziadek. On musiał iść do pracy i wypracować swoją emeryturę niemal od podstaw. Jeszcze przez dwie dekady pracował na stalowni fabryki samochodów - ciężka fizyczna praca, w temperaturze ponad 30 stopni. Gdy patrzę na dzisiejsze rozważania dotyczące podniesionego wieku emerytalnego, przypominam sobie dziadka, który na tej stalowni pracował do 70-go roku życia... Dziadek żyje do dziś, przypominam, że ma 93 lata i na zdrowiu podupadł dopiero niedawno.

Inna sprawa, że dziś 50-latka który zjeżdża do Miasta nikt by do pracy już nie przyjął. Za stary.

Dziadek do dziś tęskni za swoją wsią, wyidealizował jej obraz i swoje alternatywne życie tam, ma żal do babci, że zgodził się na wyprowadzkę. Ale on po prostu kochał ziemię. Dziś też mi powtarza, że pracę można stracić, dom zburzyć, pieniądze spalić, ale ziemia zostanie.

W tamtych latach z wioseczek całe tłumy ściągały do Miasta i Miasteczek. Tylko, że to byli młodzi ludzie, tacy mający po 18-20 lat. Nie prawie pięćdziesiąt.

Ja ciągle myślę o tym, że babcia była dziesięć lat starsza ode mnie, a miała odwagę tak po prostu ruszyć prawie z nieznane.

19:16, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi