To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 27 listopada 2014
List do Św. Mikołaja

Wczoraj rano córka zapytała mnie, czy ja napisałam już list do świętego Mikołaja. Odruchowo odpowiedziała, że nie.

- Mikołaj nie przychodzi do dorosłych?

- Do mamy nie przyjdzie.

Dobrze, że już nie dociekała, co takiego mama zrobiła ;)

Uświadomiła mi, że znowu zbliżają się święta i znowu dla mnie pod choinką będzie pusto. Mój tata i brat nie kontynuują tradycji obdarowywania się prezentami, nie przepadają za świętami. Jednak złamię ten dramatyzm i dodam, że moja mama chrzestna kupuje mi prezent gwiazdkowy :) Nawet nie mogę biadolić, że by dostać prezent muszę zrobić przyjęcie, bo sokramka i justek potrafią mi dać upominek urodzinowy, czy imieninowy, choć nie dotarły, albo nic nie organizowałam :) To dlaczego mi smutno?

Przy okazji dowiedziałam się, że Wiertka wierzy w świętego Mikołaja :) Wieczorem powiedziałam jej, że Mikołaj dzwonił do mnie, trochę sobie pogadaliśmy, ale niech mi przypomni, co tam w tym liście napisała :) I wiem już o jakie lalki chodzi :)

08:59, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
środa, 26 listopada 2014
Sałatka życiowo-macierzyńska

Wczoraj byłam na warsztatach pisarskich. Nie miałam z kim zostawić Wiertki, więc pojechała ze mną. Grupa jest kameralna, dwu-trzy osobowa, salka obszerna, więc była szansa, że dziecko nie będzie za bardzo przeszkadzać. Obiecałam jej, że w kawiarni na dole kupię jej ciastko i napój - by lepiej nastawić ją do tej wyprawy.

- A może kupisz mi zabawkę?

Jak widać, moje dziecko ma żyłkę do biznesu.

Zajęcia się toczyły, mała malowała obrazki (wzięłyśmy kredki i kolorowankę). Czasami tylko szeptała do mnie "mama czytaj", gdy zajęta byłam akurat pisaniem ćwiczenia (potem na głos odczytywanego). Na prawdę, jak na nią, była niezwykle grzeczna. Po godzinie już ciśnienie dało o sobie znać i zaczęła się kręcić po sali, rozstawiać krzesła. Zwinęłyśmy się do domu na kilka minut przed końcem półtoragodzinnych zajęć. Jednak dziecko podsumowało wieczór:

- Warsztaty pisarskie są nudne - ale dodała - Mama była wesoła.

Dziś rano miałyśmy dwie ciekawe rozmowy. Plac zabaw w ich przedszkolu jest teraz remontowany. Czas był po temu najwyższy, bo okazało się, że drewniane konstrukcje podgniły pod ziemią. Były plany wywieszone, zbierane środki, pozyskiwane fundusze. Plany skupiły się na rodzajach zabawek i ich rozstawieniu. Na razie efekt jest taki sobie. Wcześniej było mnóstwo trawy, krzewów, trochę chodników. Teraz wycięto większość roślinności, wylano beton i wygląda to trochę jak parking pod Tesco. Ziemi jest może dwu-trzymetrowy pas od strony ogrodzenia. Przynajmniej takie odnosi się wrażenie. Chociaż drzewa przetrwały. Obawiam się o dzieci, które uwielbiają się ganiać. Bieganie po tym betonie i potknięcie nie musi być bezpieczne. Zainstalowano już większość zabawek.

- Chyba macie już gotowy plac zabaw. - pokazałam go córce.

- Nie jest gotowy. - dziecko potrząsnęło dłonią - Nie widzisz, że nie ma ławek? Gdzie panie będą sadzać za karę?

Tak, bez ławek, jak bez sensu :)

W szatni opowiedziała mi jeszcze sprawę z dnia poprzedniego (imię zmienione).

- Pani krzyczała na Jasia, bo pokazał wszystkim pupę. Ale ja się mamo nie śmiałam. Usta jakoś nie chciały układać się do śmiechu.

:)

15:39, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 listopada 2014
"Czyż mężczyzna może mieć do kobiety serce, jeśli się z nią nie napije?"

"Czyż mężczyzna może mieć do kobiety serce, jeśli się z nią nie napije?" :)

Nie zapamiętałam imienia i nazwiska autorki cytatu, ale była ona właścicielką jednego z warszawskich domów publicznych. A cytat miał tłumaczyć, dlaczego w takim miejscu ważny jest wyszynk :) Będę chyba podrywać mężczyzn na ten cytacik :)

Wczoraj, jesiennym popołudniem, byłyśmy z sokramką na wykładzie poruszającym tematykę prostytucji w Warszawie przełomu XIX i XX wieku. Ciekawie się to komponuje z ostatnimi zajęciami genderowymi, gdzie poruszałyśmy sytuację kobiet w wiktoriańskiej Anglii. Wykład był w ramach promocji książki "Przypadki sędziego Mauserberga".

Całości nie streszczę. Nie po to sobie notatki robiłam :)

Podrzucę kilka "michałków", co smakowitszych historyjek. W średniowieczu to kat administrował rynkiem lekkich obyczajów w mieście, dawał im dach nad głową, pobierał opłaty i miał upoważnienie do wydalenia z miasta kobiety, która chciała pracować na własny rachunek. Urocze połączenie seksu i śmierci :) Kat miał także inny pożyteczny przywilej - mógł uratować przed śmiercią białogłowę, proponując jej małżeństwo. Jako, że zawód ów był dotknięty ostracyzmem społecznym, nie zawsze panie się decydowały. Z innych źródeł wiem, że dzieci kata także były wyrzucone poza nawias i zmuszone były do zawierania związków z innymi dziećmi przedstawiciela tej profesji. Tak się rodzą klany zawodowe i nepotyzm ;)

A wracając do wieku XIX, to panie lekkich obyczajów podzielone były na cztery klasy - I te uliczne i IV metresy wybierające sobie same wąską grupę klientów. W Warszawie zderzały się dwie siły - młodych dziewcząt przyjeżdżających ze wsi do wielkiego miasta za lepszym życiem i ogromną ilością carskich żołnierzy, którzy się nudzili, ale dostawali dość dobry żołd. Kto poczyta sobie jak wyglądała ówcześnie praca w fabryce albo w warsztacie, przestanie się takiej młodej dziewczynie dziwić. W dodatku, nie rzadkie były sytuacje, że panie te w końcu wychodziły za mąż. Choć zapewne większość kończyła jak w umoralniających opowiastkach.

Pod koniec tego stulecia moda, strój, makijaż pań na ulicy zaczynał się demokratyzować. Panie lekkich obyczajów już się bardzo nie wyróżniały. Choć coś mi tam świta z powieści z epoki, że nie do końca - ubierały się za ładnie i krzykliwie :) Z tej to epoki pochodzi rysunek satyryczny z "Muchy" - w tramwaju konnym siedzi pani i pan:

Pan: "Zdaje się, że miałem szczęście gdzieś panią widzieć"

Pani: "Być może, bo ja często tam bywam"

:)

Ze smaczków socjologii miasta - na ulicy Freta w pewnym momencie pracowało około 800 prostytutek. Ścianę w cienką ścianę z kościołem działał dość popularny dom publiczny i lata proboszczowi zajęło, by go usunąć :) Przy kościele św. Anny obok kolumny króla Zygmunta także działały dwa dobrze prosperujące burdele.

Carska policja była zbyt zajęta łapaniem komunistów oraz wrogów politycznych, że nie miała głowy do zajmowania się problemem prostytucji. Biorąc pod uwagę, że zapewniało to spokój i ład w garnizonach, trudno mieć do nich pretensję. Było to jednym z powodów rozwoju półświatka, który zajął się opieką nad prostytucją i pogorszeniem życia tych pań z początkiem XX wieku. Doszedł wtedy też handel żywym towarem i wywożenie dziewcząt na daleki wschód (Chiny, Japonia), czy do Argentyny. Mnie przemknęło przez głowę, że jest tam zapewne sporo osób, które mają w żyłach polską krew, tyle że o tym nie wiedzą.

Na koniec trochę o leczeniu jednego z krępujących skutków ubocznych - czyli o chorobach wenerycznych. Bogatsi mieli prywatnych lekarzy, średniacy szli do szpitala św. Łazarza (Łabaja). Najciekawsza kurację aplikowali sobie najubożsi. Szli na Gnojną Górę (dziś to uroczy taras widokowy na tyłach Zamku Królewskiego, skąd jest piękny widok na rzekę i prawy brzeg), ówczesne wysypisko śmieci. Zakopywali się w tych śmieciach na wiele godzin. Fermentujące wysypisko wydzielało ciepło, które mogło być wystarczające do wybicia syfilisu.

Pomyśl o tym czytelniku, jeśli staniesz kiedyś na tym tarasiku :)

16:25, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
sobota, 22 listopada 2014
Pamiętniczka

W weekend mało kto czyta bloga, więc będzie trochę macierzyńskiego lansu, czyli "moje dziecko powiedziało".

Wczoraj wieczorem Mała rozbierała się i rzuciła ubrania na podłogę. Zwróciłam uwagę, bo zaniosła je do łazienki. Została jej jeszcze podkoszulka do zdjęcia, więc powtórzyłam prośbę drugi raz. Na to moje dziecko rozkładając ręce:

- Bądź cicho. Możesz to powiedzieć sto razy.

I następnie zabierając ubrania z podłogi i wychodząc z pokoju:

- Dzieci też potrafią same mieszkać.

Nie wiem, czy to znaczy, że chce się wyprowadzić, czy, że sama wie, co powinna zrobić, a ja przynudzam ;)

W przedszkolu pani psycholog pochwaliła Wiertkę, mówiąc, że jest najlepsza w grupie w grę "Memo". Gramy w to często w domu. Mamy ze cztery warianty tej gry. Psycholog pochwaliła mnie, że pracuję z dzieckiem w domu. W zaleceniach, której od niej dostałam były właśnie gry planszowe, domina, memo. Często w to gramy, ale nie dlatego, że takie są zalecenia, tylko dlatego, że wydaje mi się to oczywiste, że z dzieckiem w to się gra. I ja lubię tak spędzać czas z córką (egoistycznie patrząc). Smutne jest to, że rodzicom trzeba to zadawać do domu jako zalecenia.

W domu sam pochwaliłam Wiertkę, dodając - biorąc genderowo, że należy także wspierać talenty matematyczne u dziewczynki (zrobię kiedyś o tym oddzielny wpis) - że może zostanie matematyczką.

- Pamiętniczką. - uznała.

:)

15:06, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 listopada 2014
Ruch Rozwijający

Udało mi się dziś wyrwać wcześniej z pracy i dotrzeć na przedszkolne warsztaty. Były dla chętnych rodziców - o ruchu rozwijającym wg Weroniki Sherborn. Prowadziły panie nauczycielki z najstarszej grupy, wiertkowej.

Na setkę dzieci w placówce, pojawiło się jedenaścioro rodziców. Z jednej strony rozumiem, nie każdy może dotrzeć na 16:00. Z drugiej - szkoda, że ludzie traktują przedszkole, potem szkołę, jak miejsce gdzie się dziecko odstawia, a potem odbiera jak podładowaną baterię.

Dygresja. Jakiś czas temu, ośrodek psychologiczny, który jest w okolicy zaprosił rodziców na wykład o rozpoznawaniu wczesnych symptomów mogących (nie muszących) sugerować ryzyko pojawienia się dysleksji w wieku szkolnym. Organizowała to m. in. nasza przedszkola psycholog. Ogłoszenia wisiały w przedszkolu dwa tygodnie. Piątek, 17:00. Byłam jedynym słuchaczem :) Strasznie krępujące, ale panie wygłosiły wykład tylko dla mnie, a potem sobie pogadałyśmy. Inna sprawa, że jako małe dziecko miałam większość tych objawów :) W szkole za to byłam perfekcyjna w dyktandach. Dużo czytając uczyłam się ortografii wzrokowo. Problemy zaczynają się teraz, po trzydziestce. Zaczynam robić błędy. Słynne przestawianie cyfr już opisałam. Ja dodatkowo zaczynam mylić p z b, k z g. Zawsze pisząc ręcznie. Na szczęście widzę to od razu. Tylko dlaczego to tak spod ręki wychodzi?

Wracając do warsztatów. Początkowo byliśmy skrępowani i różne ćwiczenia pokrywane były nerwowymi uśmiechami. Czuliśmy się trochę traktowani jak dzieci. Też chodziło o to, by pokazać, jak bawić się dzieckiem. A potem było jeszcze śmieszniej, bo wędrowaliśmy po sali w rytm muzyki, dobieraliśmy się w pary do krótkich ćwiczeń. I nawet nie zauważyliśmy, jak ciągnęliśmy się za nogi lub za ręce po podłodze, albo przełaziliśmy nad sobą, pod sobą. To wszystko przy salwach śmiechu. Na sali obecny był tylko jeden tata, wśród rzeszy mam i było zabawnie, jak z jedną z nas musiał przytulać się i kołysać jak w kołysce.

- Tam mąż odbiera dzieci, a ja tu co. - skomentowała ze śmiechem.

Ostatnim ćwiczeniem było czołganie się przez tunel z naszych mostków (stojące na czworakach obok siebie osoby), a potem na naszych plecach. Na prawdę, godzinę wcześniej żadnej z obecnych osób nie przyszłoby do głowy żeby robić takie rzeczy z ludźmi, których zna się tylko z szatni. A ubaw mieliśmy jak po kilku piwach. Zauważyłam też, że im starszy rodzic, 30+ tym szybciej luzował.

Dla mnie było to bardzo ciekawe, bo mam trudności z przełamywaniem bariery fizycznej, mam dużą bańkę strefy komfortu, czuję się niezdarna. A tu wyrabiałam takie rzeczy. Żałuję, że nie znano takich ćwiczeń trzy dekady wcześniej i że nie posłano mnie do przedszkola jako młodsze dziecko (zaczynałam od zerówki jako 6,5 latka). Bo nasze dzieci tak się bawią na zajęciach z gimnastyki. To praca ze świadomością własnego ciała, poznawaniem świata. Są dzieci, które są w tym odważne, poszukujące, są też te zachowawcze, unikowe jak ja byłam.

Efekt był taki, że rodzice chcą się spotkać jeszcze raz :) Tym razem ćwiczenia będą razem z dziećmi.

Czuję się taka wygimnastykowana :)

19:38, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 19 listopada 2014
Dzień misia

Co jakiś czas, w przedszkolu Wiertki organizowana jest jakaś akcja plastyczna - jest hasło, praca ma być przestrzenna, potem w holu jest wystawa, dzieci dostają nawet jakiś upominek za udział. Nigdy nie miałam talentu plastycznego, moja motoryka mała zawsze była do kitu, a lekcje zetpetów z podstawówki wspominam jako chwile stresu i bezsilności.

Przez ostatnie lata udało mi się unikać tych akcji. Jednak dziecko rośnie i świadomość jej się rozszerza. Już chyba przy ostatniej takiej zabawie coś powiedziałam, że następnym razem weźmiemy udział. Tym razem hasłem było "Miś" - technika dowolna, byle praca była przestrzenna.

Zabiegana byłam ostatnio. Co wchodziłam do przedszkola, widziałam ogłoszenie, przypominała sobie i wylatywało mi z głowy. Termin był do poniedziałku. Z innych względów też, ale w piątek nie mogłam zasnąć, więc leżałam i zastanawiałam się, jak mogłabym tego misia z Wiertką zrobić. Wpadło mi kilka pomysłów, łącznie z misiem z makaronu (mam kilka rodzajów, jako fanka tego dania). I na koncepcji się skończyło. Potem zaczęłam się zastanawiać, jak to ogarnąć technicznie i tu moja wyobraźnia poległa. Pomyślałam, że miś będzie wyglądał pokracznie na tle innych. Nie ma sensu próbować, jestem do niczego. Nawet rzeczy, które wydaje mi się, że umie zrobić, robię źle. To co mam się na misia porywać. Jestem zmęczona. Zasypiałam z myślą, że nic z tego.

Dobrze, że dziecku nic nie mówiłam. Jednak dziś wystawa misiów się pojawiła. Rzeczywiście, niektóre prace były na poziomie Akademii Sztuk Pięknych (spokojnie dałoby się te pluszaki sprzedać jako upominki), inne może mniej. Dziecko to zobaczyło i zasypało mnie pytaniami, dlaczego nie robiłyśmy misia. Bo ona też chce być na wystawie, żeby była tam karteczka z jej nazwiskiem. Nawet rzucała pomysłami, jak by to mogła zrobić. Było mi strasznie przykro i głupio, że jestem taką matką. Powiedziałam, że przy następnej okazji zrobimy coś:

- A jak wtedy zapomnimy i znowu będzie następna okazja, i wtedy też nie zrobimy? - spytało rezolutnie moje dziecko.

Nawet nie wiedziałam, co powiedzieć.

Szkoda, że przedszkole nie organizuje wystawy wierszyków :) W tym wieku ważniejsze dla rozwoju dzieci są konkursy plastyczne.

19:12, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
wtorek, 18 listopada 2014
Diabeł ubiera się gdzie indziej

Niestety, nadchodzi czasami tak szczęśliwy dzień dla kobiety, że musi iść na zakupy. Dla mnie niestety, bo nie lubię kupować ubrań. Zabrałam ze sobą dziecko, przekupując je perspektywą wizyty w Macu.

Najpierw buty zimowe. Dobrze, że sieciówki obuwnicze mają telewizorki z bajkami. W jednej buty były albo ładne, ale na wysokim obcasie, albo na płaskim za to przypominające walonki. Nie rozumiem dlaczego nie była możliwość wypośrodkowania. Nie znają kobiet lubiących być na 4-6 cm? Jeśli na płaskim, to do wędrówek po błotach? W dodatku, dziecko przynosiło mi swoje propozycje dla mnie, czyli buty z cekinkami, koralikami.

W drugiej sieciówce, jeśli but wyglądał dobrze, miał optymalny obcas, to za to był dość drogi. Wszystko poniżej 150 złotych było niczym z gabinetu osobliwości - nie wchodziło na łydkę, nie wchodziła stopa (rozmiar na długość dobry), stopa latała (seria "na wąskie stopy"...), chodziło się w tym, niczym malutki Forrest Gump w butach ortopedycznych. Przymierzyłam kilka modeli i nie wiedziałam już z kim jest coś nie tak. W końcu zdecydowałam się wydać więcej, ale na chyba jedyny dobrze wyglądający na mnie, pasujący model butów.

Wytłumaczę, że nie cierpię robić zakupy, miałam do towarzystwo małe dziecko, więc szukanie dalszych obuwniczych odpadało.

Potem kurtka zimowa. Nie wiedzieć czemu, dominująca kolorystyka w tym sezonie odsyła nas do Korei Północnej (czarny, ciemno granatowy). A ja się zestarzałam i w tych kolorach źle się czuję. Udało się znaleźć coś w kolorze kości słoniowej, ecru - cholera wie, bo oświetlenie w sklepie przypominało, to w prosektorium. Nie wiedziałam, czy dobrze w tym wyglądam, bo w tym oświetleniu dobrze ogląda się tylko trupy. Zaufałam jednak. Pozostał problem rozmiaru. Sieciówki stawiają na kobiety o wzroście 160 cm lub Anję Rubik. Mojego rozmiaru nie uświadczysz. Na szczęście, jestem w fazie życiowej, kiedy uważam, że to kłopot sklepu, nie mojej diety. I nie ma przy mnie mężczyzny, który wyprowadza mnie z błędu. Wiem, że można kupić na ich stronach internetowych większe rozmiary, ale najpierw trzeba sprawdzić, jak się w tym wygląda. Udało się. W jednym sklepie. Nawet taniej niż przewidywałam, więc mogłam przeboleć, że za buty dałam więcej. Wypośrodkowało się.

Wiem, że fajnie jest kupować w sieci ubrania i buty, ale dzisiejsze wizyty utwierdziły mnie w przekonaniu, że w przypadku mojego ciała, to pomyłka. Można oczywiście odsyłać zamówione rzeczy, ale już widzę siebie pakującą paczkę i pomykającą na pocztę. Wybaczcie, przerwę na chwilę pisanie, by się pośmiać.

Nadal nie stać mnie na te rzeczy i musiałam ruszyć oszczędności. Jednak, czy można dziadować prawie bez butów zimowych w środku listopada, chodząc w płaszczu zimowych, który ma 14 lat? Przy dobrych wiatrach, na kolejne takie zakupy będę musiała iść za kilka lat. Moda, trendy oraz ja chodzimy innymi trajektoriami.

08:43, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 listopada 2014
100% listopada w listopadzie

Mamy oto 100% listopada w listopadzie. Zimno, nie ma słońca, opadły niemal wszystkie liście i zmrok zapada zanim zaczął się dzień. Agonia przyrody :) Listopad jest po to, by z radością powitać śnieg :) Chyba co roku to piszę :)

W piątkowy wieczór byłam na wykładzie astrologicznym. Tak, zajmuję się takimi rzeczami :P Bardziej hobbystycznie. Moja przyjaciółka od 24 lat zajmuje się bardziej poważnie (tak jak Tarotem) i miała nawet kiedyś klientów. Płacili jej takie stawki za wizytę, że gdyby miała choć połowę tego tupetu co wróż Maciej, to miałaby teraz dobrze prosperujący biznes.

W sobotę za to byłam na zajęciach z genderów :) Najpierw dyskusja o współcześnie pisanej powieści wiktoriańskiej (Sarah Waters - polecam), potem o surogacji - czy legitymizować, a jeśli tak to, czy potrzebuje obwarowań prawnych, czy tylko dobrze spisanej umowy.

Dziś miałyśmy być z Wiertką na Festiwalu Czekolady. Obiecałam jej już to wcześniej, pamiętała i nie mogłam się wykręcić. A nie miałam ochoty wychodzić z domu. Po drodze, jeszcze zagłosowałam w wyborach samorządowych. Miałam napisać według jakiego kryterium szukałam osób, na które dam głos, ale daruję chyba to sobie. Przeglądałam ulotki i spis kandydatów, komitetów na stronie komisji wyborczej. Aż w końcu najbardziej ujęła mnie kobieta, która zadzwoniła do moich drzwi, przedstawiła się krótko i zostawiła ulotkę. Nie tak łatwo jest pokazać się ludziom i wystawić na ich reakcje.

Pod pajacem, gdzie odbywały się targi wiła się i zakręcała kilkakrotnie kolejka. Na moje oko jakiś kilkaset metrów. Spodziewałam się, że będą tłumy, ale nie aż takie. Dziecko uparło się, że będziemy stać. Ubrałam siebie i ją jak na wcześniejsze dni listopada i marzłam. Po 45 minutach stania zorientowałam się, że jesteśmy w połowie drogi do kas. Wyobraziłam sobie, co się dzieje przy stoiskach targowych, jakie tam czekają kolejki do atrakcji, które przyciągną moje dziecko.  Przekupiłam małą deserem czekoladowym w kawiarni. Poszłyśmy do Złotych Tarasów, bo tam jest największe prawdopodobieństwo trafienia na taki lokal. Moje dziecko reagowało na centrum handlowe niczym Klaudia z Raduszyc Starych na łódzkie tramwaje (odsyłam do "Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym"), czyli nieustannym wow. Odpowiadałam jej obojętnie "tak, tak", by nie wzniecać jeszcze bardziej ciągot ku kulturze konsumpcyjnej.

- Ale ty mamo jesteś już stara. - usłyszałam

- Dlaczego?

- Bo ja pokazuję ci takie rzeczy, a ty tylko taaaak, taaaak.

W Pijalni Czekolady Wedla wszystkie stoliki zajęte. Jednocześnie doszłam ja i trzy panie. Dziecko się irytowało, a ja zastanawiałam się, ile można tu czekać na stolik, bo ludzie przychodzą tu w końcu na relaks, nie fast food. Jednak jakiś się zwolnił, a ja go szybko dopadłam z dzieckiem. Panie wyraziły niemą dezaprobatę na twarzy. Nie dziwię się im, ale po 45 minutach stania na listopadowym wietrze bez rękawiczek, obudziła się we mnie wózkowa. Zaproponowałam, by się do nas dosiadły, ale nie chciały.

Ja napiłam się czekolady deserowej z pomarańczą. Podobno koneserów czekolady oraz uzależnionych od ziaren kakaowca, nie cukru, poznać po tym, że gardzą mleczną ;) A Wiertka spróbowała mlecznej z bita śmietaną i orzeszkami. Nadal żałowała, że nie dotarłyśmy na festiwal, ale na darmo z domu nie wyszła.

November Rain. Tylko w Kaliforni można napisać taką balladę, by była romantyczna :)

15:40, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 listopada 2014
Imprezowo

Wczoraj byłyśmy z Wiertką na obchodach urodzin mojej koleżanki. Chciałam tam być, bo to rzadka okazja spotkać kobiety ze stowarzyszenia, pogadać z nimi. Jako, że na piątek mam plany i umówionego do dziecka jej tatę, a na sobotę mojego tatę, to zabrałam ją ze sobą :)

Już od poprzedniego dnia obiecałam jej przyjęcie urodzinowe i tort bezowy :) Nie miała pojęcia, co to tort bezowy, ale była ciekawa :) Brak drzemki w przedszkolu, wstawanie po 6:00 daje jej się we znaki. Biedactwo, zasnęła w tramwaju. Ledwo ją docuciłam i bezpiecznie wyciągnęłam z pojazdu. Miałyśmy przed sobą jeszcze jeden przystanek drugim tramwajem. Mała słaniała się na nogach i gdyby nie dwa bukieciki dla solenizantki, to chybabym wróciła się z dzieckiem do domu. Zadziałało magiczne zaklęcie: "Kupię ci batonik". Już samo to zdanie podniosło jej poziom cukru we krwi.

Jak pisałam miałyśmy dwa bukieciki. Jeden wybrała Wiertka, drugim była róża ode mnie. Efekt był taki, że zabrała mi oba kwiaty i sama dała :)

Wieczór był przemiły, choć my byłyśmy przed 18:00, a cały zestaw gości zebrał się dopiero po 19:00. Ja rozmawiałam, napiłam się trochę wina, zjadłam przepyszny tort bezowy i trochę sernika. Tort był tak słodki, że nawet jak na moje standardy poziom cukru w organizmie został wyśrubowany. Jeszcze dziś się utrzymuje. Dziecko kolorowało książeczkę, oglądało bajki, a potem kręciła się przy gościach. Było za głośno na oglądanie bajki. Jak to zazwyczaj bywa na takich spotkaniach towarzyskich :)

Wiedziałam jednak, że mała jest zmęczona i nie da rady bawić się do północy. Koło 20:30 wyszłyśmy. Już w drzwiach wyjściowych zrobiła się marudna i płaczliwa. A gdy wyszłyśmy z bloku, wybuchnęła płaczem.

- Płaczesz, bo jesteś zmęczona?

- Nieeee

- To co się stało.

- Bo były dwa torty i oba niesmaczne.

Od razu zastrzegam - tort bezowy i sernik były pyszne :) Po prostu wyobrażenie mojego dziecka o torcie jest tradycyjne :D W dodatku dla niej: bez czekolady = bez sensu. Dodam, że dostała ciasteczko, lizaka i soczek, więc została ugoszczona.

W domu czasu starczyło na kąpiel, ogarnięcie się i koło 22:00 spać. Wiertka buntowała się, że bez bajki w domu, zabawy, czytania książeczki. Ona myśli, że dzień jest z gumy :) Jeszcze z trudem przyjmuje, że jak wydarza się X i zabiera czas, to nie da się upchnąć Y, Z, które zazwyczaj się o tej porze odbywają.

Za to rano nie mogłam jej dobudzić. Próbowałam przez 40 minut. Nieprzytomna. Tak na prawdę, to obudziła się w czasie ubierania tuż przed wyjściem w domu. Ja też czułam się tak sobie. Ale to raczej taki dzień. Miałam wrażenie, że się pochoruję. Rano obiecałam jej, że dzisiejsze popołudnie będzie tylko dla niej - zadania z książeczki, bajki, czytanie. Wróciłyśmy do domu koło 17:20. Wstawiłam coś szybko do jedzenia. Zajrzałam do pokoju. Już spała. Aż zaczynam się bać, że może rzeczywiście ma anemię.

Teoretycznie teraz, zwolniona z czytania książeczki i zabawy z dzieckiem, powinnam oddać się działalności twórczej. Ale od rana mam trzęsionkę, która zdarza mi się tuż przed końcem cyklu. A moi szefowie dzisiaj próbowali mi wyciągnąć jelita przez gardło, jak to zazwyczaj bywa na spotkaniach podsumowujących wyniki sprzedaży. Marzę o kąpieli i łóżku. Ludzkość poczeka na moje słowa.

18:56, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 listopada 2014
Długi weekend

Cztery dni odpoczynku za mną.

W piątek byłam umówiona z koleżankami poznanymi na forum. Spotykamy się co jakiś czas. Zawsze wybierają jakąś restaurację, by ciekawie zjeść. Przed wizytą sprawdzam menu na stronie internetowej, by mieć jakiś pogląd na budżet, jaki powinnam przygotować. Ta restauracja cen nie podawała, co miało zapewne sugerować, że jest dla ludzi dla których pieniądze się nie liczą. I takie odniosłam wrażenie, jak w szatni zobaczyłam koszyczek z tipami dla szatniarza - leżały tam same 5 zł i 10 zł. Nawet jak specjalnie wrzucił takie nominały, to nie zabawne. Spotkanie było miłe, dałam się namówić na hamburgera z frytkami, choć zawsze uważałam, to za dziwaczny zestaw, kompletnie niegodny miana obiadu. Przynajmniej poznałam smak prawdziwego, smacznego hamburgera. Trzeba to im przyznać.

Sobota to dzień pisania i drzemania, a dziecko było u ojca.

W niedzielę, oprócz pisania, przeszłam się także na pewne spotkanie warsawianistyczne. Kilka ulic dalej otworzono nową knajpkę w klimacie starej warszawy. Zobaczymy, jak długo się utrzyma, bo niestety te fajne kulturalne inicjatywy padają po roku, dwóch. To miejsce też stawia na różne kulturalne wydarzenia. To spotkanie było z jednej strony promocją książki "Przypadki sędziego Mauersberga" - taki kryminał retro, gdzie postać głównego bohatera oparto na autentycznym śledczym. To spotkanie było poświęcone opowieściom o Ogrodzie Saskim przełomy XIX i XX wieku. Jak wyglądał, co można było tam ciekawego zobaczyć, jakim rytmem tętniło tam życie. Czułam się trochę dziwnie, bo przyszło niewiele osób i byłam jedyną, która nie była znajomą autora :D Na kolejnym spotkaniu ma być o obliczu warszawskiej prostytucji w tamtej epoce, więc na pewno będę :)

W niedzielę, razem z córką przejechałam się do Pałacu w Wilanowie. Listopad to miesiąc wstępu wolnego do czterech najbardziej znanych zamków - Królewskiego w Warszawie, w Wilanowie, w Łazienkach i na krakowski Wawel. Zauważyłam zmianę w Wiertce przez te ostatnie lata. Teraz już nie biegała. Pałac ją zainteresował. Oglądała z uwagą freski, meble, dopytywała się. Choć gdzieś tak w 2/3 trasy już się znudziła, to i tak sukces intelektualny mojego dziecka :) Ja sama zauważyłam, że przyjemnie tak zwiedzać z własnym dzieckiem, dzielić się wrażeniami. Gdy byłam singielką, tego mi brakowało. Dzielenia się wrażeniami, emocjami na wycieczkach. Z jej ojcem jakoś nie wychodziło, to najczęściej o coś się sprzeczaliśmy.Teraz moja córka powoli staje się partnerką w poznawaniu świata.

Dygresja. Teraz widziałam na FB, że pewna koleżanka wyjechała do Paryża. Wiedziałam o tym, gdy była na lotnisku, gdy lądowała, a potem z fotek rzucanym - a to kieliszka wina, a to wieży, a to czegoś tam. Brzmi to śmiesznie, ale to jest właśnie ten smutek w braku dzielenia się. Pamiętam, że gdy kiedyś sama wyjechałam w góry, przywiozłam trzy rolki zdjęć. Byłam może na trzech.

Dziś byłyśmy na przyjęciu urodzinowym syna mojej siostry ciotecznej. Trzecie urodziny. Pozwoliłam Wiertce pojechać w sukni Roszpunki. Tylko raz jest się młodym :) Gdy patrzyłam na nią i młodszego kuzyna, to pomyślałam, że tak wyglądałam kiedyś ja i mój brat. Ta sama dwuletnia różnica wieku.

Spis ostatnich wydarzeń ciekawy tylko dla wytrwałych fanów tego bloga ;)

21:30, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi