To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 28 listopada 2015
Ojcostwo

Dziś zajęcia na genderach.

Przy okazji dowiedziałam się, że ich przyszłość nie jest do końca pewna. W końcu dostaje się tu instrukcję jak zostać lesbijką i transem ;) Z rozmów okazało się, że to zatacza szersze fale. Jakieś projekty na wydziale filozofii także stoją pod znakiem zapytania. Komuś usunięto zajęcia z grafiku w semestrze letnim na etnografii. I podejrzewam, nie są to jeszcze zalecenia odgórne. To wyskakiwanie przed szereg. Wyłazi banda lizusów, którzy chcą się przypodobać. Albo boją się na zapas.

Przetrwano socrealizm. Przetrwamy i to.

Dzisiejsze spotkanie było na temat ruchów ojcowskich. Byłam pozytywnie zaskoczona, po przeczytanych tekstach, że tych ruchów oddolnych jest więcej niż tylko głośny Dzielny Tata, walczący o kontakty z dziećmi. Jest trochę skupiających mężczyzn, którzy chcą porozmawiać o swoim ojcostwie. Nawet katoliccy. To też jest fajne - bycie zaangażowanym religijnie mężczyzną, to także dbanie o swoje relacje z dziećmi.

Padły tylko pytania, dlaczego gdy trzeba zamanifestować, zaprotestować, zawalczyć o coś związanego z dziećmi, to pojawiają się tylko kobiety. Dziwnym trafem, mężczyznom nie przeszkadza brak podjazdów dla wózków w sklepach, instytucjach publicznych, na kładkach, schodach. Mężczyznom nie przeszkadza brak przewijaków w toaletach, restauracjach. Mężczyzno nie przeszkadza, że nie mogą wziąć dłuższego, płatnego urlopu, by pobyć z dzieckiem. Czyżby ich zaangażowanie w opiekę na dzieckiem aż tak wielkie nie było, że ich po prostu te niedogodności nie dotykają? Na ulicę wychodzą w sytuacji granicznej, gdy odbiera im się kompletnie kontakt z potomstwem.

Inny, długi temat, to zmiany związane z ojcostwem, jakie nastąpiły w ostatnich dwóch dekadach, ale to może temat na jakiś inny wpis.

poniedziałek, 23 listopada 2015
Szkoła

Właśnie wróciłam z wywiadówki, która trwała prawie dwie godziny. Dla mnie, bo byłam w grupce rodziców poproszonych by zostali i w końcu rozmawiałam z wychowawczynią jako ostatnia. Padam. 

Cofnę się trochę. Nie chciałam o tym pisać, bo czasem łatwo zlokalizować szkołę, ale wychowawczyni Wiertki miała we wrześniu ciężki wypadek. Do niedawna mieli zastępstwo. Nie przepadałam za tą kobietą - już na starcie natarła na mnie, bo się wzburzyłam, że nikt nie poinformował rodziców o tym, kto będzie uczył ich dzieci. Okazało się, że poinformowanie polegało na tym, że dyrektor przedstawiła ją rodzicom koło 8:00 pod szatnią. O tej porze, to ja docieram do pracy. Załagodziłam, bo nie chciałam iść na noże z kimś, kto być może będzie się zajmował moim dzieckiem przez następne lata. A moje dziecko nie pomaga mi w robieniu dobrego PR.

Potem były te przejścia z pracami domowymi. Zamieniłam jedno zdanie z jedną matką, z drugą matką. Ojców jakoś brak. I dziś tuż przed wywiadówką okazało się, że nie tylko ja miałam mocno mieszane uczucia, co do pani na zastępstwie. Dzieci są powrotem stałej wychowawczyni zachwycone, uradowane, wyluzowane. Rodzice także. Okazało się, że ma kompletnie inne podejście do prac domowych, metod nauczania i programu nauczania. Wszyscy przestali się czuć jak w japońskiej szkole. Fakt, że tamta była młodsza, energiczna, gdy podnosiła głos, dawała dzieciom zbyt duże wyzwania. Wychowawczyni to kobieta 60 plus - spokojna, wyważona, ciepła, stanowcza i dzieci też się wyciszyły.

Przy okazji dowiedziałam się o kilku pracach domowych, o których moje dziecko taktycznie zapomniało.

Kto się wyciszył, ten się wyciszył. Wychowawczyni zwróciła uwagę na to, że moje dziecko jest nadpobudliwe, rozpiera je energia. Jest kapryśne - niekoniecznie w sensie pejoratywny, ale ja wiem mniej więcej o co chodzi. Doradziła, bez złych intencji, bym się wybrała do poradni psychologicznej. Z diagnozą zrobię, co zechcę, ale może to pomoże znaleźć dla Wiertki oficjalnie jakieś zajęcia terapeutyczne w ramach szkoły. Coś czuje, że duch ADHD w tej rodzinie nie zaginął. To znaczy - po tatusiu i starszej siostrze.

Czuję się odrobinę sfrustrowana, bo otoczenie uważa, że jestem za miękka, dziecko nie ma dyscypliny. Kiedy tak nie jest. Pipi Lansztrung to dobro światowe, ludzie ją uwielbiają, ale jak widać ma prawo istnieć tylko na papierze.

Tagi: córka
19:53, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 listopada 2015
O dobrej kochance

Dziś wreszcie nie będzie o dziecku. 

Taka refleksja przyszła mi do głowy, przeglądając pewną internetową dyskusję nad seksem analnym. Jeśli kobieta nie ma na coś ochoty w łóżku, nie lubi tego, nie przepada za tym to - jest staroświecka, niemodna, wycofana, ma traumy, nie spotkała odpowiedniego mężczyzny.

A ja zauważyłam, że jeśli mężczyzna nie ma na coś ochoty w łóżku, nie lubi tego, nie przepada za tym, to - po prostu nie ma na to ochoty, nie lubi tego, nie przepada za tym. Nie jest staroświecki, nie jest niemodny, nie jest wycofany, nie ma traum, spotkał jak najbardziej odpowiednią kobietę. No nie lubi.

Zaś nośnikami komunikatów z akapitu o kobietach, są o dziwo - kobiety. W domyśle - nowoczesne, modne, otwarte. Co do odpowiedniego mężczyzny, to nie wiem. Nie wykluczone.

Albo na inne fora powinnam się przerzuć :D Na jakąś e-matkę :D

20:55, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 19 listopada 2015
Kaligraficzne piekło

Co się wydarzyło we wtorek? Napiszę do razu, że najpierw poszłam wziąć gorącą kąpiel w pianie i jak mi pomogła, to zajęłam się ogarnianiem bałaganu.

Nabrałam nawyku sprawdzania książek i ćwiczeń dziecka, bo dziecko samo z siebie nie powie, co jest zadane. Za to wyznało, że jedną z nich schowało w szkolnej szafce, bo zadano coś trudnego. Tak rozwiązała problem.

Okazało się, że pani starła gumką cały dzień pracy mojej córki. Trzy strony zapisane wyrazami i zdaniami. Miała w domu napisać jeszcze raz, ładnie. I zaczął się koszmar. Bo Wiertka pisze jakby miała Parkinsona, Huntingtona, a komentowała swoją pracę prawie jakby miała Touretta. Nie robi przerwy pomiędzy wyrazami, nie trzyma się linijek. Pisze od góry, jadąc w dół, od środka, na całe trzy linijki. Pisała, ja ścierałam, mówiłam jak poprawić, pisała tak samo, ja ścierałam i tak w kółko. Dziecko płakało, denerwowało się, specjalnie pisało źle, mazało. Ja starałam się być spokojna, opanowana. Jednak byłam bezsilna, mała co i rusz pisała, jak poprzednio, czyli źle. Bałam się, że nauczycielka nas zjedzie. Już dostałam uwagę, by robić zadania z dzieckiem. A przecież robię to.

Najgorsze w tym było to, że ja sama uważam, że to kretyńskie. Jest listopad, trzeci miesiąc I klasy, a dziecko musi pisać pełne wyrazy i pełne zdania. Nie potrafi ich złożyć, przeczytać, ale musi je przepisywać. Niczym małpka. Bezrefleksyjnie. Zapewne jakiś metodyk wytłumaczy, że ma to głęboki sens - dziecko od razu uczy się płynnie łączyć litery. Ja wiem, że dziecko ma prawo pisać jeszcze fatalnie. A nie mogę powiedzieć tego dziecku, by nie podkopać autorytetu szkoły i nauczycielki.

To tak, jakby dorosły Europejczyk przepisywał chińskie ideogramy. Nauczyciel strofował go, że pisze źle, źle ustawia pędzel, nie tak naciska, nie tak macha włosiem i nie oddycha wystarczająco filozoficznie. Tak, są dorośli Europejczycy, którzy narażają się na to z własnej woli. Właśnie, z własnej woli.

Moje dziecko płakało, że przecież się stara, pani tego nie docenia, ja tego nie doceniam.

Ona dopiero kończy sześć lat. Wierzyłam, że reforma edukacyjna ma sens. Boję się, że się przeliczyłam. Już chciałam napisać w dzienniczku, że z ewentualnymi uwagami proszę do autorów reformy lub do psycholog z przedszkola nr XXX, która dopuściła dziecko do edukacji szkolnej. Na razie, przy zdaniach dawałam adnotację, za którą próbą moje dziecko tak napisało - za siódmą, za ósmą. Wybaczcie, nie będę katować dziecka więcej.

Ponad godzina pisania, zrobiłyśmy dwie karki z trzech. Odpuściłam jej resztę. Obie byłyśmy wykończone psychicznie.

A wiem, że mamy czasy, kiedy trudno ćwiczyć kaligrafię. Przecież wygodniej jest pisać na klawiaturze. Wielu dorosłych ma już trudności z napisaniem ręcznie dłuższego tekstu. A wierzę, w badania mówiące, że pisanie ręczne usprawnia rozwój rozwijającego się mózgu. Podobno w latach dorosłych to już nie działa, ale sama czuję, że u mnie działa :)

Godzina odrabiania lekcji z moim dzieckiem i nie nadaje się do zajmowania się własną twórczością.

Tagi: córka
18:28, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 listopada 2015
Sałatka macierzyńska

Mam za sobą koszmarny wieczór w domu. Nie mam siły go nawet opisywać, ale nadrobię w drugiej części tygodnia. Jestem wściekła na polski system edukacji.

A teraz wstanę, pozmywam, poskładam pranie, posprzątam, bo od wczorajszego sprzątania ponownie zrobił się burdel. By jutro okazało się, że znowu dziecko za udaną zabawę uważa tę złożoną z kilkudziesięciu zabawek, ubrań do przebieranek. A świnki morskie wykopią z klatek nowe siano i wiórki, które rozniosą się po pokoju. Z pralki wyleje się nowe pranie. Nowe zmywanie. Są dni, że mogłabym sprzedać nerkę i opłacać z tej forsy gosposię. Opadają mi ręce, gdy muszę wkładać energię w coś, czego zaraz nie będzie widać.

Tagi: życie
19:35, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 listopada 2015
Odcięta

Wczoraj rano włączyła dziecku telewizor, by mogło obejrzeć trochę bajek. Komputera nie włączyłam w ogóle. Tylko pocztę sprawdziłam w telefonie. Jadąc na przyjęcie urodzinowe kupiłam w kiosku gazetę, rzuciłam okiem na pierwszą stronę, ale nie chciałam się wczytywać jadąc z dzieckiem.

I dopiero na przyjęciu, od innych gości, dowiedziałam się o zamachach terrorystycznych we Francji. Czułam się trochę winna, że świat tym żyje, a ja przetrwałam cały prawie dzień w nieświadomości.

Poczuła się dziwnym człowiekiem. Bo normalny człowiek dzień kończy i zaczyna od włączenia programu informacyjnego, lub portalu z wiadomościami. Przecież mogłaby wybuchnąć wojna w moim kraju, ja wyszłabym na spacer i nic nie wiedziała.

Z drugiej strony, czy to nie absurdalne? Trzeba być podłączonym ciągle do jakiegoś źródła informacji, by nie przepuścić wiadomości o jakiejś tragedii, która może za chwile przewrócić do góry nogami życie na całym kontynencie. Tak jak to było ze strzałami w Sarajewie.

Jednak nie mam też siły ciągle ładować strony w internecie, by czytać nowe wiadomości o tym, kto strzelał, czy już ich złapali, kto zginął, jaki był uroczy. Pamiętam, że z zamachem na WTC, czy tragedią w Smoleńsku było inaczej. Żyłam tym wiele dni. 

Czy to oznaka starości, czy tego jest po prostu za wiele i przychodzi potrzeba odcięcia się? W ciągu mojego życia zbyt wiele razy musiałam zajmować stanowisko, spierać się, rozważać. Mam wrażenie, że pokolenie moich rodziców, czy dziadków nie przeżywało tylu burz. Są to burze, które ogląda się bezpiecznie w mediach, więc nie ma co dramatyzować, że tak mi ciężko.

13:06, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 listopada 2015
Powiedzcie mi

Pamiętacie, jak pisałam, że moje dziecko chowa się po świetlicy, by tylko nie iść na siatkówkę, czy judo? Pamiętacie, jak zostało ustalone, że na zajęcia ma chodzić, by uczyć się konsekwencji? Pamiętacie, jak trener od judo twierdził, że nie ma takiej opcji by swoim zachowaniem rozwalała mu zajęcia, by tylko się od nich wykręcić?

A potem nadszedł czwartek z tamtego tygodnia. Trener, po zajęciach, wymienił trzy imiona - w tym Wiertki - i odrzekł, że ta trójka zachowuje się okropnie, nie bierze udziału w zajęciach, markuje robienie ćwiczeń, wygłupia się, woli się bawić. I jak ich zachowanie się nie poprawi, to zostaną usunięci z zajęć. Miało to być zapewne straszakiem. Powiedziałam o tym małej, że jak tak będzie się zachowywać, to nie będzie na treningu.

- Przecież ja nie chcę chodzić na judo. - odrzekło rezolutnie moje dziecko.

Powiedzcie mi. Wielu znanych ludzi - artystów, sportowców opowiada, jak od dzieciństwa katowani byli ćwiczeniami, nie cierpieli ich, marzyli by zwiać na podwórko do innych dzieci. Jednak ćwiczyli, zaciskali zęby, nie pamiętają dzieciństwa. Dlaczego żadne z nich nie wpadło na to, że po prostu można ćwiczyć fatalnie, można ćwiczyć źle, można się mylić, można udawać, że się ćwiczy?

Dlaczego wpadło na to moje dziecko?

I gdzie to ją zaprowadzi? Do polityki? Do mediów?

W poniedziałek była jeszcze na treningu, bo musiałam przekazać trenerowi, że jednak rezygnujemy. Odrzekł, że będzie próbował ją zabierać na zajęcia, ale nie będzie przymuszał. Wczoraj, w czwartek, same panie ze świetlicy ją wypchnęły na trening, uznając, że to jej dobrze robi na charakter.

Jednak dziecko pyta mnie ciągle, kiedy wreszcie nie będzie musiała chodzić. Są jakieś granice przymuszania dziecka do aktywności.

Tagi: córka
19:06, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 listopada 2015
Rytuały

Wpis z poślizgiem, ale co tam.

W poprzedni weekend sobota była dla mojego dziecka, niedziela bardziej dla mnie. Ostatni dzień października, to Halloween. Nie przepadam za tym świętem, jak za wszystkimi importowanymi z amerykańskich filmów, ale nie rzuca mną, tak jak przed Frajertynkami :) Poczytałam, że w słowiańskich rytuałach ogień też był ważny. Dynie też mają europejski rodowód. Dzieci to uwielbiają. Bo to święto, gdy śmierć, strach przed nią oswaja się śmiechem, żartem.

AsiaJot organizowała siebie, w tamtą sobotę, kameralne spotkanie. Do jej dwunastoletniej córki przychodziły koleżanki, do matki dwoje, czy troje znajomych. Ja też zajrzałam z Wiertką. Wiertka wystylizowała się na "strasznie" i poszła ze starszymi dziewczynami w obchód po bloku, w celu zbierania słodyczy. Do drzwi koleżanki też co chwila ktoś dzwonił. My się też odrobinę poprzebieraliśmy.

W niedzielę zostawiłam małą u mojego taty i poszłam na cmentarz. Nie miałam ochoty. Im dalej od pogrzebów, tym słabszy czuję związek z płytami nagrobnymi. Robię to tylko z obowiązku. Dziecka też ze sobą nie wzięłam. Wiertka nie przepada za cmentarzami. Jakimikolwiek. Koleżanka napisała na FB, jak to spacerowała po Powązkach z dziećmi i jej kilkuletnia córka wyobrażała sobie, jaki piękny nagrobek mamie wystawi :) Moja córka boi się, że umrę i pyta ze łzami w oczach, czy będę żyła.

Powinnam nie podsycać jej fascynacji komercyjnym Halloween, a pielęgnować tradycję Dnia Zmarłych. Nie potrafię. Wierzę w byt po śmierci. I dlatego cmentarz jest dla mnie pusty. Moi zmarli są tak daleko, że już ich nie czuć.

Kiedyś uwielbiałam spacerować po cmentarzach. Były inspirujące socjologicznie i artystycznie.

Dziś im bliżej mi do cmentarza, tym słabiej mnie tam ciągnie.

Tagi: zmarli
19:48, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 listopada 2015
Raport życiowy

Wiem, że rzadko piszę. Na razie to własne dziecko dostarcza tematów do wpisów, ale wtedy ten blog stanie się bardzo nudny :)

Nie wykluczone, że zapeszę, ale ostatnio mam wrażenie wychodzenia z zakrętu, nie kręcenia się na rondzie.

W pracy było stresująco i odrobinę wykańczająco, ale tak samo mieli inni w firmie. Gorący okres. Robiłam trudne rzeczy, ale dawałam radę. Nikt nie wywierał na mnie presji, nie naciskał, nie krytykował. Pensja przychodzi na czas, w wysokości całkiem do zaakceptowania. Nadal to średnio jak na samotną matkę bez alimentów, ale można za to żyć. Czuję, że jestem w stabilnym miejscu, w którym będę za kilka miesięcy, za rok, może za kilka lat. Chyba, że sama zadecyduję inaczej. Całkiem odwrotnie od poprzednich miejsc pracy, gdzie czułam się jak na kolebiącej się łajbie i jeszcze sugerowano mi, że to przeze mnie. Bo to ja mam ją zacumować i przytrzymywać przy brzegu.

I pomyślałam, że podobnie mogłoby być z życiem prywatnym. Nie huśtawkowo, emocjonalnie, gdzie ty i ktoś drugi stoicie jedną nogą w drzwiach. Gdzie myśl, że zawsze można odejść daje ulgę i pozwala być lepszym partnerem. Jak z moją aktualną pracą, chciałabym poczucia, że jestem w miejscu, z którego nie chcę wychodzić, w którym chce zostać na zawsze. I żeby da druga osoba czuła to samo. Nie kolebiąca się łajba, tylko dom w porcie. I to daleko od fal.

Oczywiście, nie można mieć w życiu wszystkiego. Przez tysiąclecia ludzie marzyli o szczęściu, przyjemności, spełnieniu marzeń. Ale tylko w dzisiejszych czasach uznaje się to za psi obowiązek od losu i wpada w rozpacz, gdy się tego nie dostaje. Bo czasami się wszystkiego nie dostaje.

Jak tak dalej pójdzie, a nie będą mi już przychodzić do głowy pomysły na wpisy ukazujące głębię mojego intelektu, trzeba będzie zamknąć bloga :)

To najmilsza jesień od wielu lat.

Tagi: życie
17:04, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Tagi