To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 28 grudnia 2010
opowieści niematki, czyli miałam czyste mieszkanie

Dziecko na adaptacji w żłobku. Ja ogarnęłam mieszkanie, posprzątałam jakby. Nie jestem pedantką, ale w ładzie dobrze się czuję. Przez krótką chwilę chłonęlam ten ład, spokój i ciszę.

Zła matka - w kulturowym obrazie - bo ja potrafię sobie wyobrazić, jak moje alternatywne życie bez dziecka mogłoby wyglądać. Czasem tak robię. Płynę na falach wyobraźni. Dziś był taki dzień.

Dygresja - to nie znaczy, że chcę się pozbyć dziecka. To znaczy, że moja wyobraźnia stawia się w punkcie przed poczęciem Wiertka i prowadzi alternatywne życie bez niej.

Jednak, gdyby ktoś cofnął mnie w czasie do momentu, gdy się poczęła - bo cholera, pamiętam to popołudnie - to nic bym nie zmieniła.

Szkoda, że nie można prowadzić podwójnego życia, w dwóch równoległych czasoprzestrzeniach. Raz byłabym matką intrygującej dziewczynki, by po uczuciu klaustrofobii i zadławienia przejść do bycia wolną singielką. Do czasu odczucia pustki i beznadziei. Nie da się. Ktoś, kto wymyśli jak się da, zbije fotrunę.

A potem dziecko wróciło ze żłobka i ład, czystość odeszły w niebyt :)

I to miały być zapiski niematki...

Tagi: córka
23:26, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 26 grudnia 2010
Święta, święta i święta

Nie czuję atmosfery świąt. Coś odeszło na zawsze. Czuję się jak Neo po wybraniu pigułki, w Zionie, gdzie wcale super nie jest. Różnica ta, że ja żadnej pigułki nie wybierałam. Czuję się jak Tewje mleczarz po wygnaniu z Anatewki. Kiedyś czekałam na święta, kupowałam prezenty, ubierałam choinkę, chłonęłam atmosferę. Zmieniło się, gdy zmarła moja mama. Od tamtej pory nie ma świąt, choć teoretycznie są. Choć aktorzy się starają.

Wiem, że jestem matką, stworzyłam własną rodzinę i powinnam stworzyć też własną wersję świąt. W tym roku nawet choinkę ubrałam bez przekonania.

Nie było tragicznie. Kolacja wigilijna była u mojego brata i taty. Był jeszcze dziadek z wujkiem. Do momentu przyjechania do nich nie mogam się pozbierać, potem wszystko poszło utartym wigilijnym trybem. Z jednym drobnym wyjątkiem. Mój brat, tłumacząc się kredytami, poprosił byśmy się ograniczyli tylko do symbolicznych prezentów dla dzieci. Ok. Okazało się, że symboliczny to był mój prezent dla bratanka. Wiertek od wujka dostała bardziej okazały. Poczułam się cholernie głupio. Może mamy inne definicje symboliczności?

Dziś wizyta u mojej ciotki i babci z dziadkiem. Mała trochę przyklejona do mnie, a potem dostała najprostszy zestaw do zabawy - pudełko, kilka łyżek. Wkładanie, wykładanie, wkładanie, wykładanie. Większość wieczoru jej na tym zeszło. A Fisher Price kosi na tym ostrą forsę. Dotąd moje dziecko bazowało na mało stymulujących zabawach, czyli wyjmowaniu wszystkiego z kuchennych szafek i waleniu tym o posadzkę. Gwiazdka i urodziny to okazja na zakup czegoś megastymulującego, czym ona nudzi się po kilku minutach. Może mam głupie dziecko? ;)

Tata Wiertka w dołku i obrażony. Chciał świąt we trójkę. Jakoś zapomniał, że rozstał się ze mną w drugi dzień świąt dwa lata temu. Los odegrał się na nim z nawiązką. Jutro ma być. Mała, gdy słyszy dźwięk domofonu, woła "dada" i piszczy. Co jej będę odbierać radość.

00:42, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 grudnia 2010
czwarty dzień - nadal zdrowa

Odliczam i odliczam te dni.

Minęło cztery dni w żłobku i Wiertek nadal zdrowa! Na razie nadal adaptacja - zostawiam ją na trzy godziny i odbieram po obiedzie. Pierwszego dnia wróciła do mnie zapłakana. Drugiego podobno raz się uśmiechnęła. A trzeciego już sama się bawiła. Za to ja, stęskniona mamusia, z jaką przyjemnością zajmuję się w domu dzieckiem. Gdy słyszę jak drzwii się za nią zamykają, jej płacz, to czuję się jakbym ją zdradzała. Mam nadzieję, że nie będzie tego pamiętać.

Tylko schemat drzemek małej nie pokrywa się z planem zajęć w żłobku i na razie odbieram ją umęczoną (jedna drzemka jej przepada). Zasypia w spacerówce dwa metry za drzwiami żłobka.

Dziś rozmowa w sprawie pracy. Fajna firma, fajne zajęcie. Odpowiedź po świętach, chcą nowego człowieka już od stycznia. Szybko. Byle mi się dziecko nie pochorowało. Muszę znaleźć jakąś awaryjną opiekę.

Tagi: córka
01:08, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
obyś się w grudniu urodził

Moje dziecko ma lekkiego pecha do tych swoich urodzin. Dzień pierwszych urodzin spędziła popłakując, w gorączce. Przyjęcie, które miało się odbyć w najbliższą tej dacie sobotę, przesunęłam o tydzień.

Gości miało być sporo, ale jedna kuzynka została w domu, bo jej dziecko chore, druga też została, bo jej dziecko chore. Pradziadkowie Wiertka zostali w domu, bo to osoby już po osiemdziesiątce, zmęczeni.

Ale wkurw dopadł mnie na trzy godziny przed samym przyjęciem, bo zadzwoniła jedna z moich ciotek przepraszając, że nie przyjdzie, ale musi posprzątać mieszkanie babci, po tym jak tapetuje je mój wujek. Tak oto, przy okazji dowiedziałam się, że on też nie dotrze, bo nie uznał za stosowne mnie zawiadomić.

Kurcze, popłakałam się. To pierwsze urodziny mojej córki. Jedyne takie. Już nigdy nie będzie miała Pierwszych. A tu wychodzi, że nikt się nie pojawi.

Jednak dotarł mój tata, brat z żoną i synkiem, tata małej z jej starszym rodzeństwem, nawet ciotka. Jak na możliwości lokalowe, ilość krzeseł i zastawy, to było w sam raz. Wiertek rozpakowywała prezenty, bawiła się, a nawet spróbowała swojego pierwszego tortu.

Tort sama upiekłam - moje drugie ciasto w życiu, pierwsze to był "próbny tort". Przepis trochę zmodyfikowałam i bałam się, że będzie jak z "niebieską zupą szparagową Bridget Johnes", ale wyszedł pyszny. Piekłam go z małą pomiędzy nogami, wyciągającą z szafek garnki i rozstawiającą je po całej kuchni. Było trochę figur baletowych. Pokazywałam jej co jakiś czas, co robię, mówiąc, że to tort dla niej i była bardzo ucieszona. Dekorowałam razem z dzieciakami.

Gdyby mi ktoś kilka tygodni temu, a już rok temu! a już kilka lat temu!!! powiedział, że sama coś zrobię, zamiast zamówić w cukierni, to bym go śmiechem zabiła. Przecież w kuchni czuję się jak saper na polu minowym, pod obstrzałem z ziemi i powietrza. Nawet miłość do dziecka, nie zrobi ze mnie Nigelli. Ale jakoś wyszło :)

I ostatnie przemyślenie na koniec - zimowe dziecięce imprezy urodzinowe coś kiepsko mi się widzą. Albo solenizantka będzie chora, albo większość gości.

Tagi: córka
00:48, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 grudnia 2010
nocna dziewczyna

Dziecko mi zaczęło zasypiać koło północy. Koło 20.00 robi się senna, marudna, ale po kwadransie drzemki wybudza się i zamienia w Pink - "get this party started!". Plus tego taki, że śpi do 9.30. Wiem, że powinnam zrywać ją świtem, to jest szansa,  że wcześniej padnie. Gdybym ja tylko umiała zbudzić się przed nią ;) Czasem się uda, ale wtedy robię sobie herbatę, biorę książkę do łóżka i rozkoszuję się chwilą. Chwila dość krótko trwa.

A go macierzyństwa zniechęcały mnie dwie rzeczy - prasowanie ubranek i egzemplarz budzący się o 6.00, gotowy do zabawy ;)

Nadejdzie czas powrotu do żłobka i obie po przebudzeniu będziemy cedzić przez zęby "dlaczego, dlaczego, dlaczego". Ona szybko się przestawi, ja nigdy, grrrr.

Ktoś moje dziecko wprowadził w błąd - uznała, że skoro wyszła z niemowlęctwa, to jest dorosła i wszystko jej wolno. Zapewne to przekonanie tkwić będzie w niej przez najbliższe kilkanaście lat.

Czekam na czas, kiedy obie będziemy sobie "sowić', ale każda w swoim pokoju.

Tagi: córka
00:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 grudnia 2010
na diabelskim młynie

Od tygodnia czuję się jak na diabelskim młynie.

Drugi dzień adaptacji małej w żłobku też super, choć ze dwa razy się do mnie przykleiła i non stop wyjąca koleżanka, też nakłoniła ją do krótkiego płaczu. A w 2-3 godziny po powrocie do domu, płacz, niepokój, wieczorem wymioty, gorączka. Welcome rotawirus.

Reszta dni dni to zbijanie gorączki, wymioty, potem rzadkie kupy. Dziecko prawie cały czas sklejone ze mną, siedziała mi na kolanach, przytulona, żaliła się. Nie dziwię się, bo w sb mnie też trochę chwyciło i miałam ochotę się ewakuować daleko, daleko. Mała już ok, choć pediatrzyca osłuchała jej brzuszek i uznała, że lepiej żeby jeszcze trochę w domu posiedziała. Inaczej za chwilę wrócimy. W tym żłobku to dziecko bywa na razie symbolicznie.

W międzyczasie były pierwsze urodziny Wiertka, które uczciłam upieczeniem mojego pierwszego w życiu ciasta. Wyszło! Udekoruje go i będzie robiło za tort. Nowe, bo tamto zjedzone ;) Przyjęcie urodzinowe przesunęłam o tydzień, bo solenizantka była jeszcze niewyraźna i głupio tak sprzedać rodzinie rotawirusa w zamian za prezenty ;)

Powspominałam sobie stosunkowo szybki poród napędzany taką dawką oskytocyny (szybo, szybko, bo dziecko ma zły zapis), że spokojnie mogłaby być używana w celi śmierci i finał z próżnociągiem.

A równo rok temu wróciłam z noworodkiem ze szpitala do domu. Ciąża była super i gdyby nie konieczność abstynencji, to mogłabym się wynajmować jako surogatka. Poród do zniesienia, nadal uważam, że leczenie kanałowe zęba bez znieczulenia jest bardziej traumatyczne, a wyrwanie psującej się ósemki wrośniętej w policzek nadal odkładam. Czułam się, w bardzo pozytywnym sensie, jak samica ssaka - skupiona na tym co się z nią dzieje i odcięta psychicznie od świata zewnętrznego. Niestety, do momentu aż zaczęly się parte i otoczyła mnie głośna zgraja personelu medycznego. Suczce, kotce, klaczy nikt takich numerów nie robi, bo wie, że to utrudni poród.

Za to połóg i kilkumiesięczny hormonalny rollercoster... Nigdy więcej nie mam ochoty tego przeżywać. Ciało jak wymięty, wypluty, wypatroszony futerał po dziecku. Wielogodzinne seanse płaczu i takie tam myśli. Fiasko z karmieniem naturalnym.

Byłam dziś pierwszy raz od kilku dni na świeżym powietrzu. Też podobnie jak rok temu, gdzie najpierw uziemnili mnie na kilka dni na patolgii, potem na położniczym. Zimę najlepiej bym spędzała pod kaloryferem, ale są jakieś granice niedotlenienia. Wczoraj, wczesną nocą, ubrałam się jak do wyjścia i siedziałam chwilę w otwartym oknie.

Tagi: córka
15:53, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 grudnia 2010
pierwszy dzień w żłobku

Matka miała większą tremę niż dziecko.

Na razie adaptacja, czyli dwie godziny w mojej obecności.

Wiertek sama się grzecznie bawiła, głaskała inne dzieci po włosach. Mimo butli mleka przed wyjściem, zjadła jako pierwsza śniadanie (sarmackim sposobem, czyli rozwalając żarcie dookoła) i próbowała podwędzić sąsiadce jej kanapkę. Ok, bo ja byłam obok. Schody zaczną się niedługo - wtedy zobaczę jak radzi sobie moje dziecko.

Nie zazdroszczę tej pracy opiekunkom. Przez te dwie godziny tylko przez chwilę była cisza, a tak non-stop 1-4 dzieci wyły. Jak pomyślę, że za kilka dni może moja córka tak będzie płakać. Nie wiem, czy robiłam dobrze, ale próbowałam je jakoś rozweselić, bo opiekunki czasem nie miały rąk dla wszystkich. Moja i tak nie zwracała na mnie uwagi :)

Nadal nie wszystkie chodniki odśnieżone, uprawiam więc odmianę "spaceru farmera" (konkurencja "strongmanów"). Co ciekawe, dwaj panowie zaproponowali mi pomoc w pchaniu wózka, a trzeci po prostu go chwycił i przeniósł go kilka metrów. Czego to zima w ludziach nie uruchamia.

Mała wszędzie słyszy muzykę - kiwa się do rytmu piorącej pralki, a dziś do stukotu kół wózka wiozącego jedzenie. Człowiek z wiekiem "głuchnie".

Tagi: córka
23:39, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 grudnia 2010
zapiski niematki cz.1

Wreszcie coś o człowieku.

Takie tam zabawne drobiazgi.

W sb w supermarkecie, kupując wino, zamiast karty bankomatowej podałam kasjerowi... dowód osobisty. Szybko zabrałam rzucając ze śmiechem, że wiem na ile wyglądam (niestety na tyle ile mam). To nic, w porównaniu z numerem sprzed lat, kiedy to postanowiłam zważyć się na wadze, stojącej w centrum handlowym. Pokazała, że przytyłam ze 4 kg i to w ciągu tygodnia. Wracałam do domu z płaczem niemal. Dopiero tam uświadmoiłam sobie, że zważyłam się... z zakupami w ręku, bo bałam się, że ktoś je ukradnie.

Miałam iść dziś na wykład do kawiarni literackiej. Tata Wiertka przyjechał się nią zająć. I nie dotarłam. Śnieg, mróz, ciemność za oknem, przemakające buty mnie zniechęciły. Mam naturę niedźwiedzia albo borsuka - nawet zapasy tłuszczu zbieram - zimę chcę przespać.

Jeszcze dwa tygodnie i nadejdzie przesilenie zimowe, Święto Godowe. Światło zwycięży siły Ciemności i noc zacznie powoli oddawać pole dniu. Ciężki czas, bo podświadomie, w tym czasie, czuję się tak, jakby tym razem Światłu miało się nie udać.

Drugim ciężkim czasem będzie luty, bo do wiosny będzie tak blisko, ale baterie będą jechać na rezerwie. Koncówka tlenu w butli płetwonurka.

Tagi: życie
22:44, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 grudnia 2010
macierzyński musical

Czasem wydaje mi się, że żyję w jakimś musicalu. Robisz wszystko normalnie, a nagle zaczynasz śpiewac i czasem tańczyć. Nie, nie są to piosenki motywacyjne w stylu Ally McBeal ;) To tylko sposób na moje dziecko. Odkryłam, że jesli jakaś czynność zostanie połączona ze śpiewaniem piosenki (zapewne nic odkrywczego), to ona lepiej ją zaakceptuje, a nawet dołącza się nucąc po swojemu i kiwając się.

Przewijanie pieluchy idzie w rytm "pupa lubi sucho / pupa lubi czysto / a czyja? / X! (tu imię Wiertka)" i dziecię przestało wreszcie wrzeszczeć i wierzgać na przewijaku.

Zęby myjemy w rytm nieśmiertelnego "Szczotka pasta kubek ciepła woda".

Do noszenia butów przyzwyczajam do liryki "Mama nosi buty / tata nosi buty / sąsiad nosi buty / cały świat obuty"

Jedynie cholera nie chce nosić rękawiczek mimo dwóch przebojów: "rączki rękawiczki bardzo lubią się / x 2 lubią się przytulać / lubią sobie lulać / bardzo fajnie jest" oraz "mróz gryzie rączki / to niedobrze jest x 2 my rączki schowamy / mrozowi nie damy / i dobrze już jest". Ten kto wymyśli jak namówić roczniaka do ocieplenia dłoni, ten dostanie niezłą nagrodę.

Niedługo każda czynność będzie okraszona piosenką.

Jest tylko drobny problem - wymyślić rymowany tekst, ok, ale melodię do niego, by ją zapamiętać, to już gorzej. Zazwyczaj śpiewam wszystko na jedną.

Wybieram także inne przeboje kultury masowej i wplatam w tekst jej imię. Jest zachwycona, że powstają o niej piosenki ;)

Tagi: córka
14:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 grudnia 2010
przeminęło z cv

Nie przewidziałam - jakbym pierwszy raz w życiu pracy szukała - że tak szybko zaczną oddzwaniać w sprawie spotkania o pracę. Staralam się ustalić godziny jak najbardziej skrajne - jedno na 9.00, inne na 16.00, ale ojciec Wiertka na razie odmówił zajęcia się dzieckiem w tym czasie. Wydzwaniam po członkach rodziny, z ruchomymi godzinami pracy, których moje dziecko odrobinę zna i na razie bez sukcesu.

Chyba z kolejnymi aplikacjami muszę zaczekać aż mała będzie w żłobku 8h/dziennie.

Wiertek spacerowała po pokoju z ogromną, tekturową książką, potknęła się, zawadziła brodą o tomiszcze i zdarla sobie skórę do krwii na brodzie. Pewnie ostatecznie zniechęciła się do słowa pisanego i wygląda jak ofiara przemocy domowej. Zapłakaną i piszczącą z bólu zaniosłam przed lustro w łazience. Zaczęła się śmiać do swojego odbicia i machać rączką. Jej przyszłość widzę w mediach. Telewizja? Film?

Tagi: praca
23:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi