To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 31 grudnia 2011
Sylwester oddany walkowerem

W tym roku dyżur z Wiertką miał spędzić ojciec, a ja miałam się bawić. Nie dokonałam jednak stosownych kroków, by gdzieś się zagnieździć. Miałam nadzieję, że coś wymyślimy wspólnie z kumpelą z NY. Jak już wiadomo, ona musi się rankiem stawić na lotnisku, a w prefiksie wieku ma 3 z przodu, więc ceni sobie trochę snu. Do tego rozchorowała się i istnieje obawa, że PL wyśle ją do USA jako broń biologiczną i szczezną ostatnie nadzieję na zniesienie wiz ;)

Mogłabym wykonać kilka rozpaczliwych, choć z pozoru niewinnych rozmów, które by mnie na jakąś zabawę Sylwestrową wcisnęły. Do kina na maraton filmowy, albo na Plac na zabawę miejską można by iść. Ostatecznie mogłam ten wieczór spędzić sama w domu i też byłoby miło. Zastanowiłam się jednak, czy na prawdę jest sens wciskać dziecko ojcu, który być może miałby w zamian ciekawsze plany. To mu napisałam, że jak by chciał. Odpisał w tonie jakby szczęśliwym, co zepsuło mi trochę humor, bo jego szczęście nie jest już moim priorytetem.

Dopiero dziś, pod wieczór, uświadomiłam sobie, że ten "przymus zabawy" w sylwestrową noc, to przekonywanie samego siebie, że jest ktoś tam, kto chce z nami ten niepowtarzalny wieczór spędzić. A jak nie ma nikogo? Ile można zrobić, by tak się nie poczuć?

Ja lubię towarzystwo ludzi. Lubię wychodzić z domu. W nocy Sylwestrowej lubię ten moment strzelania petard, sztucznych ogni, rzucania się sobie na szyję i głupich życzeń. Ludzka wspólnota. Taka konwencja. Paradoksalnie, romantyczne powitanie Nowego Roku z Byłym kończyło się koło 22.00, bo on zasypiał. Powinnam się cieszyć, że nie wysyłał floty kosmicznej rozbijającej planety wroga na pył. A może szkoda, bo jakby wysłał o 22:00, to o północy byłby jeszcze na nogach by sprawdzić raporty. Jednak chyba nie, po okazało się, że przehandlował mnie za wiadro krowiego łajna i kilka łopat.

Dzień nie był stracony. Spotkanie z przyjaciółką, dawno nie widzianą. Dziecko spało do 10:30, a ja z nią. Minus tego taki, że wypoczęta była maksymalnie. Nie robiłam Wiertce żadnego specjalnego wieczoru Sylwestrowego. Dla niej uroczystym wymiarem było to, że mogła sobie hasać i bawić się aż do 22:30. Tak daleko moja matczyna cierpliwość nigdy nie sięgnęła.

Ja sobie "Pretty Woman" obejrzałam i miękko mi się zrobiło, sentymentalnie. Przypomniały mi się słowa Ann Snitow o pornografii dla kobiet. Ona mówiła o literaturze, ale filmy można spokojnie pod to podciągnąć. "Pretty Woman" też. Obraz pokazujący jak wg kobiet  mogliby się zachowywać mężczyźni, tak jak pornografia pokazuje jak wg mężczyzn mogłaby się zachowywać kobieta. Obie wersje równie realne. Obie płcie równie zawiedzione.

Nie ciekawi mnie co przyniesie rok 2012. Nie robię podsumowań 2011, choć raczej na plus, bo pracę znalazłam, finansowo jestem na dobrym poziomie (jak na mnie), bywa ktoś przy kim mogę się śmiać.

Zaraz będzie pokaz sztucznych ogni za oknem.

23:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2011
Życie towarzyskie 2

Dziś Wiertka nawiedziła koleżankę, która jest tak jakby prawie jej "gwiezdną siostrą" - urodziły się tego samego dnia (ale w innym szpitalu), tyle że moja córa jest niecałą godzinę starsza.

Dygresja - zawsze chciałam spotkać jakąś osobę, która urodziła się tego samego dnia co ja, w tym samym szpitalu i leżeliśmy sobie razem na noworodkowym. To musiało by być ciekawe. Na razie natknęłam się na pewnym forum na dziewczynę, która urodziła się w tym samym szpitalu kwartał wcześniej, ale ciągle w nim jeszcze przebywała. Tak więc budynek dzieliłyśmy :)

Wracając do wizyty. Wiertka potraktowała dom potencjalnej koleżanki - na razie to ich matki są znajomymi z forum rówieśniczego - jak mini żłobek. Weszła i bez skrępowania zaczęła od razu bawić się zabawkami i pochłaniać ciasteczka. Malutka gospodyni za to siedziała cicho na kolanach mamy i patrzyła się zdziwiona na aneksję jej terytorium. Gdy spróbowała bawić się tą samą zabawką, Wiertka zrobiła to co robią na filmach przyrodniczych zwierzęta - ostrzegawczo zawarczała. Wystarczyło. Widać, która dziewczynka ma trening w żłobku w "walce o byt". Powinnam ręce załamać, ale po cichu jestem zadowolona - moja malutka córeczka tak sobie dobrze radzi w tym okrutnym świecie :) Nie to co mama :)

A tymczasem mama mogła sobie pogadać :)

Tagi: córka
22:31, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 grudnia 2011
Życie towarzyskie

Jestem na urlopie poświątecznym. O zgrozo, uroczyste odgruzowywanie mieszkania zrobiłam w Drugi Dzień Świąt.

Wczoraj spotkanie z dawno nie widzianą koleżanką. Cztery lata temu na dobre wyjechała do NY, wykorzystała to, że znalazła się w odpowiedniej sekundzie w odpowiednim miejscu i ma dobrą, prestiżową pracę. Tyle, że od 1,5 roku nie była na urlopie, nawet chyba boi się o niego poprosić.  Nie wiem, czy osobiście powinnam się z tego cieszyć, bo w pierwszych latach tam przeżywała tak ciekawe rzeczy, że aż stała się pierwowzorem jednej z postaci w mojej książce. To jej pierwsze wolne dni. Nie widziałyśmy się tyle czasu, maile są coraz rzadsze, na FB czasem coś się napisze, ale gadałyśmy tak, jakbyśmy się ostatni raz widziały kilka dni wcześniej. Nie ma żadnej obcości, skrępowania. Przerywnikiem było moje dziecko, kręcące się pomiędzy nami, próbujące dorwać się do mojego kieliszka z winem, bawiące się nowymi prezentami. Koleżanka uznała, że Wiertka jest o wiele bardziej sympatyczna niż to wynika z mojego blogu :D :D :D Do tego ciągle się uśmiecha i jest bardzo podobna do swojego taty (z kieliszka wina na kieliszek wina koleżanka powtarzała to ostatnie z coraz większą dobitnością). Doceniam jej sympatię do mojego dziecka, bo to typ kobiety, która z mężczyznami głównie randkuje, a na hasło dziecko jedyne co jej przychodzi do głowy, to "to coś co tam przeraźliwie wyło przez połowę lotu samolotem". Pod koniec wieczoru Wiertka dała krótki pokaz - pokazywała poproszona właściwe elementy obrazka, mówiła jakie dźwięki wydają zwierzątka, a koleżanka zachwycona powtarzała jaki to z małej geniusz. Dla niej były to niezwykłe jak na takiego maluszka umiejętności, dla mnie spasionej forami, blogami innych matek taki sobie standard. Powinnam częściej patrzeć na moje dziecko, jak ktoś kto nigdy nie był jeszcze matką :D

Koleżanka wylatuje do NY w Nowy Rok rankiem, więc raczej nici ze wspólnego Sylwestra. Jest za to szansa, że latem może znowu zawita do kraju, bo teraz będzie miała uregulowaną sytuację z wizami i kartą. Pogubiłam się w tym, o co chodzi. Ciekawsze jest to, że może uda jej się wynająć sama mieszkanie i wtedy będzie chętna na zaproszenie gościa :)

Dziś najpierw bilans dwulatka. Wiertka próbowała zdekonstruować gabinet pani doktor. I nawet jej się nie chciała słuchać. Ćwiczyła przystawianie pieczątki z datą, więc może poświęci się karierze medycznej. Ma 89 cm i 12,3 kg, jest strzelista jak modelka :)

Po południu pojechałyśmy do koleżanki, opisywanej już tutaj. Jest prezeską stowarzyszenia, którego jak jestem vice prezeską :D A ostatnio jej nowo zabrana ze schroniska suczka powiła dwoje maluchów. Wiertka miała okazję pobawić się ze szczeniaczkami, które z takim entuzjazmem ogląda na filmikach. Tyle, że od piesków bardziej zaintrygowała ja kotka. Puszysta ruda kocica przemycona kiedyś, jako maluszek, z Ukrainy. Temperament też ma kozacki. Wiertka robiła kilka podchodów do kotki, z czego jeden skończył się pogryzioną rączką, drugi zadrapaną dłonią. Mojego dziecka to nie zniechęciło :) Koleżanka skomplementowała moje dziecko - mała jest bardzo ruchliwa i ani sekundy nie pozostaje w bezruchu (uznałam to za komplement), bez przerwy się uśmiecha. Oby przebywanie ze mną nie pozbawiło ją tego nieustannego uśmiechu :)

Wróciłyśmy wieczorem. Staram się nie wychodzić z dzieckiem z domu o tej porze dnia (wystarczy, że z praco-żłobka wtedy wracamy). Ale czasem wpadam już w lekką paranoję. Grudzień jest w tym roku ciepły, wieczór też był bardzo przyjemny. Dziecko jest ciepło ubrane, nie przeziębi się. Przez te wszystkie zapalenia oskrzeli, katary, permanentne gile z nosa teraz trzęsę się, że byle drobiazg i Wiertka znowu się rozchoruje. Jechałyśmy przez całe miasto tramwajem, a już czułam desanty wirusów i bakterii atakujące małą. Muszę jakoś nabrać do tego dystansu.

wtorek, 27 grudnia 2011
Trzy lata na tlenie

Miałam zacząć od cytatu, ale będzie od scenki. Nadal w klimacie rocznicowym.

Wyprowadzałam dziś dziecko na spacer, gdy w osiedlowej uliczce mijały się dwa samochody - jeden wjeżdżał, drugi wyjeżdżał z parkingu. Do tego ostatniego podbiegła kobieta, próbowała chwycić za klamkę od strony kierowcy, mężczyzny. Ten zakrzyknął tylko "co robisz, kurwa" i dodał gazu. Ona została. Zapewne za wolno się ubierała do wyjścia, więc wybiegł z mieszkania krzycząc, że tak to on jedzie sam. Wybierali się na wizytę do jej rodziny ;) Jednocześnie zrobiło mi się jej żal, skoczyło mi ciśnienie i poczułam ogromną ulgę, że to już nie moja historia.

To będzie cytat z dr Housa - "Mówią, że nie można żyć bez miłości. Osobiście uważam, że ważniejszy jest tlen".

Trzy lata temu rozstał się ze mną Były. Akurat tak mu wyszło, że w drugi dzień świąt. Z poprzednią kobietą też pożegnał się w drugi dzień świąt. Widocznie tak lubi. Może w te święta też będzie kogoś rzucał. Może zrobi sobie przerwę. Ktoś by zarzucił, że to niehumanitarne zostawiać kobietę, która w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy straciła ciążę, matkę, zmieniła pracę na gorszą i była na wylocie w nowej. Ale czy jest dobry moment na zerwanie? Miał czekać do wiosny? I tak odłączył od respiratora coś, co od dłuższego czasu było współlokatorstwem z elementami "friendly fucking". Na poparcie tezy, że nigdy tylko jedna strona nie jest winna, dopiszę, że ciężko jest żyć w kimś w trakcie epizodu depresyjnego - zamkniętym w swoim świecie, w anhedonii, bez chwilowej możliwości odczuwania takich uczuć jak bycie kochanym, kochanie, w zalewie "niedasi" (odpowiedź na każdą radę - "nie da się"). Zabawne to określenie epizod, na coś co często trwa miesiącami.

Pierwsze święta bez osoby może nie zawsze bliskiej, ale kluczowej w życiu człowieka, matki, są cholernie ciężkie. Im bliżej Wigilii tym bardziej rozpadałam się na kawałki myśląc o tym, że rok wcześniej planowałam imię na dla dziecka, oraz kiedy orientacyjnie skończy mi się macierzyński, a moja matka utrzymywała otoczenie w przeświadczeniu, że cieszy się zdrowiem. Tuż przed świętami dopadła mnie grypa i po prostu je przespałam. Nawet pomyślałam sobie, że zawalił się sufit, zawaliły się ściany, ale ciągle mam podłogę, tego faceta. Ale i to usunęło mi się spod nóg.

Próbowałam jeszcze potem defibrylatora, ale kiedy okazało się, że na moje miejsce czekał już ktoś inny, odpuściłam. Relacja z mężczyzną to nie "Top Model", ani "X Factor". Skoro od razu nie widać, że to ja jestem lepsza, to spadaj.

Będzie jeszcze jeden cytat serialowy :) Dla wytłumaczenia, czemu taki temat wpisu mi przyszedł do głowy i skąd chęć świętowania "skórzanej rocznicy" odzyskania wolności. Niedawno, po raz któryś tam, oglądałam jeden z odcinków "Seksu w wielkim mieście", gdzie padła złota rada, że żałoba po związku powinna trwać połowę jego trwania. Połowę?! Mój trwał sześć lat!  Nagle dotarło do mnie, że przecież właśnie zaraz minie trzy lata od rozstania. Jak ten czas szybko leci. A jakby to było wczoraj. Nie "wczoraj" w sensie szlocham i chcę się zabić, ale "wczoraj" jakoś tak emocjonalnie. Koniec żałoby w rozumieniu - wchodzę w kolejną relację nie po ty by udowodnić coś otoczeniu i sobie, tylko dlatego, że tak fajnie.

To sympatiapeel czy przeznaczenipeel? :D

00:19, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 grudnia 2011
O pożytkach z czytania i różnych takich

Napiszę dlaczego miałam tak wielkie ciśnienie by czytać dziecku tekst, a nie tylko oglądać obrazki. Wiertka niewiele mówi. Jest gdzieś w dolnych granicach normy zapewne. Podczytywałam blog koleżanki, której synek - miesiąc starszy - składa już coraz bardziej skomplikowane zdania i przykro mi było, że moje dziecko milczy. Jeśli to chłopiec, to mawia się, że chłopcy później zaczynają. A to dziewczynka właśnie. Jeszcze w październiku, mając 22 ms mała mówiła z 5-6 słów + kilka dźwiękonaśladowczych. Starałam się nie panikować, wiele dzieci startuje z mową dopiero koło trzecich urodzin. Przez ostatnie tygodnie widać postęp - zasób słów zwielokrotnił się do dwudziestu kilku. Zbija już proste zdania typu: "bube chce", "nie ma tata, nie ma", isia dać". Ale nadal to mało.

Wszędzie tłuką biednym rodzicom, w żłobku też, że jak się dużo dziecku czyta, to ono zaczyna mówić. Dziecko niewiele mówi, czyli nie czytasz dziecku, jesteś beznadziejnym rodzicem. Bo jakbyś czytał, to by mówiło. Mówisz sam dużo dziecka, ono zaczyna mówić. Mówię dużo, usta mi się nie zamykają.

Jeszcze nie chcę biegać po lekarzach, logopedach i wszelkiej maści autorytetach od wychowywania dziecka. Niech idzie swoim tempem. Inne matki już biegają. Może powinnam, bo moje dziecko zostanie w tyle? Zaczynam się bać, że może to jednak powikłanie po porodzie z próżnociągiem - uszkodzili jej jakiś ośrodek w mózgu, usg czaszki po porodzie tego nie wykazało, wylewów nie było, ale wyszło to teraz. Albo tak na prawdę jej niesłysząca. U kolegi z pracy w rodzinie połapali się, że dziecko nie słyszy dopiero koło jego 5tych urodzin - dziecko nauczyło się czytać z ruchu warg! Choć nie, Wiertka słyszy, bo już powtarzała po mnie słowa. Albo ma Zespół Aspergera, tak modny teraz razem z zaburzeniami SI - tzn. modne we wstępnych diagnozowaniach, bo po wydaniu mnóstwa forsy na prywatne konsultacje i ćwiczenia okazuje się, że z dzieckiem wszystko w porządku.

Niepokoję się, bo ja tuż przed drugimi urodzinami mówiłam płynnie, długimi zdaniami. I co z tego, skoro teraz głównie milczę. Wszystko, co miała powiedzieć światu, powiedziałam do 7-mych urodzin :D

Dzieci mojej koleżanki mając trzy lata mówiły mniej, niż Wiertka teraz. Przebadane we wszystkie strony - zdrowotnie ok. Chodzą do przedszkola, ale ich ojciec raz usłyszał od innej matki - "Moje dziecko się cofa w rozwoju przez pańskie". Brak słów.

Dziś Wiertka jest jednym z trzech dzieci w żłobku (z dwóch grup połączonych). Opiekunka spytała się, kiedy ją odbiorę i mina jej zrzedła, gdy usłyszała, że o zwykłej 17.00. Inni rodzice będą koło 15.00. Co ja poradzę, że mój szef wpadł na pomysł zrobienia firmowej Wigilii o godz. 15.00 byśmy stracili jak najmniej dnia pracy, której w tej branży w taki dzień nie ma. Coś przełknę i będę uciekać.

Tagi: córka
10:56, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 22 grudnia 2011
Przesilenie Zimowe

Przesilenie Zimowe jest dziś. Przynajmniej wg wikipedii. Potem może być już tylko lepiej. To już wg mnie, nie wikipedii ;)

Czułam to od samego ranka. Najpierw udało mi się zasnąć pomiędzy drzemkami w budziku i w ciągu tych 10 minut mieć długi, skomplikowany, wielowątkowy sen. Jego opis daruję, ale uwierzcie, że akcja w nim trwała z kilka godzin. Tylko we śnie w dziesięć minut można przeżyć kilkadziesiąt razy tyle.

Potem okazało się, że moje "low costowe" buty zimowe mają zdarte podeszwy i znowu trzeba iść z nimi do szewca. Chyba ostatecznie przekonam się do prawdy, że drogie buty są tańsze w eksploatacji. Założyłam buty rezerwowe, które są w takim stanie, że nawet bezdomny by ich nie wziął.

Przy wyjściu zobaczyłam, że zapinka od pasów w spacerówce nadłamała się z boku, a nadłamany fragment już zaginął. Mogę zapiąć Wiertkę tylko na jedno ramię. W autobusie zobaczyłam, że spokojnie może się teraz z pasów wyplątać i wyjść, ale jeszcze na to nie wpadła. Gdy się rzuca próbuję ją usadzić i jakoś zająć. Wózek, na upartego da się może jeszcze jakoś naprawić, ale to będzie prowizorka, a on będzie mi jeszcze na pewno z rok potrzebny. Mam spacerówkę, zwaną pieszczotliwie "amfibią", od kompletu z gondolą, ale ta została zamknięta w garażu, do którego klucz zabrał Były. Dlaczego to on trzyma ten klucz, skoro to mój garaż?

Spacerówka jest po dzieciach koleżanki, a inna zaproponowała, że też mi odda po swoim dziecku. Wspaniałomyślnie oddałam tę kolejną bratankowi. Przecież im teraz nie odbiorę. Też bratu się przyda, bo kiedy skończą spłacać kredyt za dom (dzięki czemu ja mam mieszkanie bez kredytu), to pewnie będą już dziadkami. Nie przelewa się u nich.

To tak na prawdę drobiazgi, ale od przebudzenia była poddenerwowana, rozedrgana i na granicy mocnego wkurwu. Coś lata w powietrzu. 7:30 a ja kilka metrów za żłobkiem już zapalałam papierosa by się uspokoić. Palę okazjonalnie - zazwyczaj właśnie by ukoić nerwy. Dlatego połowę paczki tracę, bo z biegiem tygodni, w końcu papierosy z niej wypadają i robią za tytoniowy gulasz na dnie torebki.

Do pracy dotarłam. Uspokoiłam się w miłym towarzystwie jednej drugiej działu "iwentów" i jest szansa, że reszta dnia będzie normalna.

środa, 21 grudnia 2011
Cała mama czyta dziecku

Będzie o ważnej roli czytania małego dziecku, której to roli moje dziecko jakoś nie przyjmuje do wiadomości ;)

Dopóki była malutka, taka na leżaczku, czytałam jej raz dziennie po kawałku "Panieneczki z pudełeczka". Ja uwielbiam czytać, czytam w każdej wolnej, wyrwanej sekundzie i wydawało mi się oczywiste, że wydałam na świat podobny egzemplarz. Moi rodzice często mi czytali, aż w końcu nauczyli samodzielnego czytania, by móc się zająć czytaniem swoich książek :) Pamiętam wieczory, gdy we trójkę siedzieliśmy, każde w swoim kąciku, z książką w ręku. I mojego brata, łażącego po pokoju z marudzeniem, że się nudzi. Nie lubił czytać :) Dwoje dzieci tych samych rodziców i różne nastawienie.

Zarażanie Wiertki miłością do książek szło dobrze, dopóki nie uparła się dotykać książeczki. "Panieneczka..." poszła w kąt, bo groziła jej destrukcja. Nastał czas książeczek dla niemowląt, kolorowych, z jednym obrazkiem na stronie, na twardych kartkach. Mała poczynała sobie z nimi raczej brutalnie, gryzła, rozrywała zębami, docierała do głęboko ukrytych warstw tektury, dekonstruowała na kilka elementów. Nie było mowy o zapoznawaniu z pięknem słowa pisanego. Potem weszłyśmy w etap książeczek z obrazkami z wieloma elementami. Te zostały obgryzione subtelniej, bo nadal trwają. I tak trwamy na tym etapie, choć już bez gryzienia. Nie ma mowy o czytaniu bajek. W grę wchodzą 1-2 zdaniowe historyjki. Wiertka nie skupi się na czymś dłuższym. Zajmuje się głównie pytaniem o różne elementy na obrazku lub słuchaniem jak o nim opowiadam. Najlepiej z efektem dźwiękowym, pantomimą i emfazą w gestach ;)

Kiedyś podjęłam próbę przeczytania jej bajki. Dotrwała do trzeciej strony, bo wszystko... wyśpiewałam. Zbyt męczące :)

Ma za to swoje ulubione książeczki. Cała prawie seria Evy Susso i Chaud Benjamina (trzecią książeczkę muszę dokupić) - "Babo chce" i "Lalo gra na bębnie". Po prostu kocha tę rodzinę. W pierwszej najbardziej interesuje ją strona, gdzie rodzina razem piecze ciasto i żeby jej pokazywać rączkami, wydawać dźwięki - "Mama ubija" i tu ubijam sama, "Binta smaruje" i tu smaruję masłem tortownicę. Druga książeczka jest cała w dźwiękach, więc każda kartka jest fascynująca. Wróciłyśmy do "Panieneczki z pudełeczka" Jana Brzechwy - znowu interesująca jest tylko jedna kartka - bal u lali. Ja nucę melodię (jakiś walc z przełomu XIX i XX wieku), dyryguję rękoma i opowiadam kto tańczy na balu. Na koniec jest jeszcze "Noc kiedy ożyły zabawki" i znowu tylko jedna kartka, jeden szczegół - zabawki grają w orkiestrze i imituję dźwięk każdego z instrumentów. Ostatnio polubiła też serię książeczek o Noddym (Duddi w jej języku). Książek dziecięcych mamy sporo, bo koleżanka przywozi mi po swoich maluchach.

Noddy jest też jedyną bajką dziecięcą jaką zechce choć trochę obejrzeć. Wiertka ma 2 lata i kompletnie nie ogląda telewizji. I to nie dlatego, że jestem taka ambitna. Jej te bajki w ogóle nie interesują. Rzuci okiem przez sekundę i olewa. A ja zapominam przełączać na kanały dziecięce. Raz na kilka miesięcy sprawdzam, czy już lubi bajki. Nie lubi. Dopiero niedawno trafiłyśmy na bajkę o Noddym właśnie i tu wytrwała kilka minut.

Jest jeden wyjątek :D Koleżanka podesłała krótki filmik o dwóch szczeniaczkach, które ma w domu, i ich mamie, i kocie. 57 sekund, a Wiertka każe sobie to puszczać ciągle,i ciągle, i ciągle :) A jak kot trąca łapką w szczeniaczka mówi "hau hau no no".

Jeszcze wracając na koniec do książek. Tym razem moich. Sama pamiętam z dzieciństwa, że książki rodziców stały wysoko na regale, a dolne pułki były puste. Ja zostawiłam swoje w zasięgu rąk Wiertki. Spróbowałam z innej strony. Wolno jej wyjąć książkę, ale wtedy siadamy i razem ze mną przegląda strony, przeczytam jej zdanie jedno, czy dwa. Ona sama "poczyta" pokazując paluszkiem "sy sy sy" i potem odkładamy na dawne miejsce. Efekt jest taki, że moich książek nie rusza. Za dużo w nich słów :)

Choć podobno w czytaniu dziecku, nie o zapoznawanie ze słowem, czytaniem, bajką wcale chodzi, ale o kontakt z rodzicem i bliskość.

Tagi: córka
10:20, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Choinka

Obdarzyłam moje dziecko najwyższą formą zaufania - postawiłam ubraną choinkę na podłodze :)

Ale od początku. Najpierw choinkę należało skręcić. Wiem, że prawdziwe drzewko to prawdziwy klimat świąteczny, ale nie mam serca patrzeć na jego umieranie, ani ochoty na bieganie po świętach po lasach by je gdzieś posadzić. Od lat ma twór sztuczny i bardzo to sobie chwalę. "Że" wyprodukowanie go jest bardziej nie ekologiczne? Hmm, niech sobie przypomnę - choinkę dostałam od dziadka, towarzyszyła naszym rodzinnym kolacjom wigilijnym jeszcze jak byłam mała. Ma minimum z 30 lat. Dość by odkupić swoje winy. Choć jak znam dzisiejsze czasy, to choinki wyprodukowane w tym roku rozpadną się za trzy lata. Po co produkować coś, co przetrwa pokolenia?

Wracajmy do skręcania drzewka do kupy. Zawsze robiły to jakieś "męskie gacie" w moim otoczeniu. Patrzyłam, patrzyłam i nic nie wypatrzyłam jak to zrobić. Kręciłam wciskałam, nic. Ja nawet do tłuczka do mięsa potrzebowałabym instrukcji obsługi lub naocznego uświadamiania. Usłyszałam, że na korytarzu sąsiadka żegna się ze swoim synem. "Męskie gacie"! Dopadłam go przy windzie i poprosiłam o pomoc. Mądrze zamiast zrobić to za mnie, uświadomił mi, jak mam to zrobić. Super. Mam spokój na resztę świąt.

Choinkę ubrałam sama. Wiertka kontemplowała widok z daleka. I to ja stłukłam bombkę :D Na razie jest ok. Mała obchodzi drzewko delikatnie, dotyka opuszkami palców świeczek, czy aby nie parzą, stuknie palcem kilka bombek i zatańczy ze dwa razy.

Jeszcze o dizajnie. Mam problem z moim drzewkiem, bo choinki monokolorystyczne, typu zielone gałęzie, wszystkie kule tej samej wielkości, czerwone, biały łańcuch, strasznie mnie nudzą i przygnębiają. A takie wszędzie królują. Na mojej jest naćkane różnokolorowych bombek, różnej wielkości, kształtu. Ale nie dlatego od mojego drzewa wieje grozą estetyczną. Ja od lat dziecięcych jestem wielką fanką... włosów anielskich. Nawet nie wiem, czy gdzieś jeszcze można ja kupić, czy ktokolwiek jeszcze tego używa, czy ktoś jeszcze wie co to jest. Mam trochę jeszcze ze starych czasów. Czy ktoś pamięta folie dla cukierków pocięte fabrycznie w drobne paski i tak sprzedawane przed świętami? Jakiś czas temu udało mi się zdobyć ponowoczesną wersję takich włosów. Nie ma, nie ma, nie ma prawdziwej świątecznej choinki bez włosa anielskiego.

Tak w tym roku pomyślałam, że ja kiczowatą mam tę choinkę. Ale, że teraz jestem tego świadoma i nadal ją kocham, to nazwę ją campową choinką :D

Tagi: córka
09:42, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
sobota, 17 grudnia 2011
Fajnal kałtdołn do Przesilenia Zimowego - 5 dni

W ten weekend miałam mieć czas dla siebie, ale jakoś intuicyjnie się na to nie nastawiałam. Szczególnie, że w czwartek zadzwoniłam do eksa i okazało się, że jest chory, w piątek jeszcze może się kiepsko czuć. Ok, zdarza się. Pomyślałam, że zawiozę ją w sobotę rano i odbiorę w niedzielny wieczór.

W czwartkowy wieczór zapobiegawczo, a raczej ze zmęczenia padłam już o 22.00. I dobrze, bo dziecko obudziło się o 2.00. Głodna, to dostała jedzenie w butli. Czasem się zdarza taka noc, nie notorycznie, więc może jej zęby to przetrwają. Byle mleczaki odziedziczyła po mnie. A potem zaczęła się masakra. Nie mogła z powrotem zasnąć, wierciła się, przekręcała z boku na bok, siadała, przytulała się. I tak ponad godzinę. W końcu nie wytrzymałam, nakrzyczałam na nią, jakby to był najlepszy sposób na uśpienie dziecka. Wreszcie koło 3.30 zasnęła. Ale ja byłam już wybudzona i podminowana. Sen wrócił o 4.30 by o 5.50 skończyć się sygnałem budzika.

Byłam tak niewyspana, tak cholernie niewyspana. W dodatku ciśnienie spadało.  Ledwo docierało do mnie, co się dzieje. Dojechałam do pracy, by dowiedzieć się, że... o 20.00 mam imprezę świąteczną w firmie kolegów mojego szefa. Nie tylko ja, reszta pracowników też. Wysyłał o tym sms-y. Ja nie dostałam. Czy to znaczy, że dostanę dziś wypowiedzenie? Reagowałam bardzo wolno, miałam słaby kontakt z rzeczywistością. Mimo to, wiedziałam, że nawet gdybym znalazła opiekę do dziecka na wieczór, przeprosiła osoby z którymi wcześniej byłam umówiona na śledzika i wódeczkę, że ich wystawię, to o 20.00 będę już zwłokami, nie tylko towarzyskimi.

Na szczęście, nie tylko ja miałam już inne plany na wieczór i zaproszenie w ostatniej chwili było kłopotliwe. Wszyscy się przed tym wykręciliśmy. W sumie, kiedy indziej czemu nie, ale nie w ten dzień akurat. To byłoby ciekawe, bo po angielsku mówię jak Holly Hunter. W "Fortepianie". Lata lenistwa i braku kontaktu z językiem. Mówienie zawsze było moją nie piętą, ale całym ciałem achillesowym (nie zanurzonym w odpowiednim czasie w wodach Styksu, oczywiście). Ostatnio zaczepił mnie nie polskojęzyczny pracownik sąsiedniego biura. Musiał uznać mnie za dość ponurą i gburowatą osobę. Być może z Zespołem Aspergera.

W ciągu dnia skontaktowałam się z eksem, czy sobotni poranek mu odpowiada i tu dobił mnie dodatkowo. Musi zawieźć Młodego na urodziny i poczekać aż się skończą, a z dwulatką tego robić nie będzie. No żesz... połowa, albo i więcej soboty odpada. A tak w ogóle, to on jest ciągle chory. A potem wyjeżdża. A potem są święta. Dupa blada. Popełniłam focha i się pożegnałam. To zobaczy dziecko dopiero przed nowym rokiem.

Byłam wściekła. W tym stanie niewyspania, spadającego ciśnienia, ciężko mi było sobie wyobrazić kolejne dni samej z dzieckiem. Przypomniała mi się, ta okropna historia z matką wrzucającą trzyletnią córkę z sopockiego mola do morza, o 7.00 nad ranem. Jak ktoś to ciekawie skomentował - gdzie był ojciec dziecka? Nie żebym planowała, ale potrafię przebyć drogę myślową i strukturę emocjonalną takiej kobiety, osoby w głębokiej depresji, wycieńczonej życiowo. A może była po prostu zwyczajnie chora psychicznie? Uznano ją za niepoczytalną i media zajęły się innym mięsem.

Wyszłam z biura zastanawiając się, czy idę wężykiem, bo oczy mi się kleją. Może to nie takie głupie by wyeksponować dziecko na trochę zarazków? Kawałek soboty i niedziela, to też jakiś czas dla siebie. Przedzwoniłam do eksa i umówiliśmy się, że odbierze ją w drodze powrotnej z tego przyjęcia urodzinowego.

Tak jak obawiałam się, o 20.00 nie byłam zwłokami tylko dlatego, że moje dziecko waliło w moją głowę książeczką, gdy zamykały mi się oczy. O 21.00 już obie spałyśmy.

W sobotę po 14.00 dziecko pojechało do ojca, a ja ładuję baterię i posyłam sopockie molo do diabła.

piątek, 16 grudnia 2011
Spotkanie przy choince, czyli o sacrum w życiu bez sacrum

Niedawno wyrwałam się z pracy godzinę wcześniej i dotarłam do żłobka na "wigilię" grupy mojej córki, choć jedna z opiekunek dyplomatycznie nazwała je "spotkaniem przy choince". Mogłam dać dziecku, coś co akurat udaje mi się na tym etapie w pracy, czy swoją obecność na takich uroczystościach. Zauważyłam, że tylko 1-2 dzieci było bez rodziców i siedziało przytulone do opiekunki (rozumiem rodziców, nie zawsze uda się wyjść z pracy). Wiertka pewnie jeszcze teraz nie zwraca na to uwagi, ale za jakiś czas będzie rozróżniać, że rodzic innego dziecka przyszedł, a mojego nie ma.

Wracając do kwestii "wigilii", to zastanawiałam się, czy jako agnostyczka, z dzieckiem nieochrzczonym, które nie zamierzam posyłać na lekcje religii powinnam być z córką na takiej uroczystości. Czy nie daję jej sprzecznych sygnałów. Może trzeba było ją odebrać wcześniej i wracać do domu? Skoro jednak, to "spotkanie przy choince" :) Choinka to symbol pogański, a do mnie, notorycznej dystymiczki, przemawia idea Przesilenia Zimowego, zwycięstwa światła nad nocą, odrodzenia nadziei (już za sześć dni najdłuższa noc w roku!!!).

Na myśl przychodzi mi koleżanka - ateistka, nie chrzcząca swoich dzieci, nie posyłająca ich na religię w przedszkolu, która za to poszła z nimi ze święconką do kościoła i odbyła śniadanie wielkanocne... Bo tradycja. Tak, takie osoby rzeczywiście istnieją.

Czy my dwie się bardzo różnimy?

Co za tym idzie, jakoś tak przypadkiem trafiłam na FB na stronę dotyczącą ceremonii humanistycznych (jestem tam zapisana do grupy). Wczytałam się i znalazłam krótki artykuł o Święcie Rozkwitu, ceremonii zbieżnej czasowo z Pierwszą Komunią Św. Zaraz padnie zarzut, że sprytni nie wierzący chcą mieć przywileje życia z brakiem Boga i jednocześnie dostęp do jakiś ceremonii sacrum (taka krótka dyskusja też była na FB). Jednak potrzeba istnienia elementów sacrum i rytuałów przejścia istnieje w życiu Homo Sapiens odkąd zaczął być trochę Sapiens. To nie jest prawo jedynie ani religii katolickiej, ani chrześcijańskiej, ani samej religii. To zapewne podstawa powstania pierwszej religii w życiu naszych przodków. Rytuał przejścia dla kilkulatka - postrzyżyny, mieli już Słowianie. To moment, gdy dziecko przechodzi z ramion matki-domu w ramiona ojca-społeczności. Jak ktoś ładnie zauważył - początki mechanizmów pokwitania w rozwoju biologicznym. Religia katolicka zgrabnie się w to wkleiła. Jak zwykle ze wszystkim.

Nie wykluczone, że Wiertka będzie kiedyś miała swoje Święto Rozkwitu lub uroczystość dziewczęcych postrzyżyn (jest na to nawet jakieś fachowe określenie w terminologii rodzimowierców).

Wracając do "spotkania przy choince" :) Rodzice razem z dziećmi kleili ozdoby choinkowe. Już zaczynam się zamieniać w Dupotrującą Matkę, bo wg mnie wszystkie dzieci były grzeczne, słuchały się swoich rodziców, tylko moje nie. Czułam się z tym niefajnie, miałam wrażenie, że każdy widzi jak fatalną jestem matką, dziecko nie słucha się mnie, nie daję sobie rady wychowawczo. Rozlała wodę, którą jej pozwoliłam wypić z filiżaneczki, próbowałam jej tę filiżaneczkę zabrać, co skończyło się siłowaniem i to ja się przy tym spociłam. Pożarła i rozrzuciła po stoliku cały talerz chrupek, metodą chrupka w każdej rączce i ile się uda wepchnąć do ust. Przy tym wszystkim, udało się skleić mały łańcuch choinkowy i Wiertka czasem nawet dystrybuowała klej na kolorowy papierek ;) Z ulgą wyszłam z nią po godzinie.

Tagi: córka życie
08:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi