To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 29 grudnia 2012
White Christmas - Bing Crosby

I'm dreaming of a white Christmas
Just like the ones I used to know
Where the treetops glisten and children listen
To hear sleigh bells in the snow

 

Zaczynam od słów popularnej świątecznej piosenki. Gdy ją słucham, a słucham co roku przed świętami, przypominają mi się te święta, które nigdy nie powrócą. I o tym będzie ostatni wpis świąteczny.

Moja najmilsza Gwiazdka w życiu, najsmutniejsze wspomnienie i nowożytna z najdziwniejszą.

Zacznę najpierw o opowieści o domu mojego dzieciństwa, bo spędzanie świąt było tego konsekwencją. Dziadkowie sprowadzili się do Miasteczka z dorastającymi dziećmi, w poszukiwaniu lepszego życia. Kupili mały, tak czteropokojowy domek z lat 20tych XX wieku. Wtedy przestronny. Dzieci rosły, zakładały rodziny, a że sytuacja mieszkaniowa w PRLu była jaka była, to... zostawały na miejscu. W szczytowym momencie w każdym pokoju była inna rodzina - dziadkowie, my (rodzice + dwoje dzieci), ciotka z mężem i synem, ciotka z mężem i trójką dzieci (urodziła jeszcze dwoje). Dla dorosłych horror, bo siostry kłóciły się, darły ze sobą koty jak trzy Barbary Niechcic pod jednym dachem, wżenieni panowie walczyli o terytorium niczym trzej Bohunowie. Sceny jak z jakiegoś włoskiego, albo hiszpańskiego dramatu ;)

Dla nas dzieci, to był świat wspaniały. Wychodziłam na korytarz, pukałam do dowolnych drzwi  i już miałam z kim pogadać, pobawić się. Rodziły się co chwila nowe dzieci - byłam najstarsza, a ja uwielbiałam niemowlęta i przedszkolaki. I te święta. Gdy słyszałam, że u kogoś na Wigilii są trzy, cztery osoby, czyli rodzice i dzieci tylko, to myślałam, że to strasznie smutna uroczystość. U nas siedziało przy stole do dziesięciu osób. A pewnego roku przyjechał jeszcze brat mamy z żoną i synkami i to były totalnie rodzinne święta. Cała masa prezentów, mnóstwo osób, gwar, śmiech. My dzieciaki tak skakaliśmy, że aż choinka się przewróciła :) Odpadał problem odwiedzania rodziny na święta, bo była za ścianą.

Tego mi brakuje i po to słucham takich piosenek. Bo taka atmosfera nigdy już nie wróci. Nie ma już tak wielodzietnych, wielopokoleniowych rodzin. Gdy wyprowadzałam się stamtąd w wieku 13 lat - rodzice wybudowali własny dom, to autentycznie ryczałam.

Jest też jedno smutne wspomnienie. Zbliża się Wigilia, zaraz będziemy ubierać choinkę. Z bratem kleimy łańcuchy. Mamy tak z 7 i 5 lat. Jeszcze tylko odrobina cierpliwości i rozpakuję prezenty. Jest miło i błogo. Nie do końca, bo rodzice zaczynają się kłócić, krzyczą na siebie. Aż w końcu przychodzą do nas i pytają, czy mają się rozwieść. Tak, bywają tak durni dorośli. Chciałam im powiedzieć, że tak powinni się rozwieść, że dla mnie są ze sobą nieszczęśliwi. Jednak milczę, bo myślę, że tak nie wolno dziecku myśleć. Dziecko ma chcieć pełnej rodziny, nawet gdy ma w niej nerwicę. I wtedy mój młodszy brat wybuchnął płaczem. Idiota. Mały. Rodzice rzucili się go pocieszać i przepraszać. Po 30 latach nadal pamiętam smak zepsutej atmosfery świąt.

Na koniec będzie skrót - nowożytna była rodzinna inaczej, jak z serialu amerykańskiego, bo z Byłym dostaliśmy zaproszenie na kolację od jego byłej żony :) Była ona, ich dzieci, znajoma para żydowska i jeden z ich rodziców. W tym roku była zaprosiła mnie na podobną Wigilię, ale nie skorzystałam z powodów rodzinnych.

Najdziwniejsza. Była w dwa tygodnie po porodzie. Brat pojechał do rodziny żony, miał wpaść do mnie tata, ale się rozchorował. Nie miałam siły nigdzie jechać. Byłam jeszcze wypruta. Przyjechał Były, usmażył karpia, ugotował bigos (byłam matka butelkową). Usiedliśmy do kolacji we dwoje + noworodek w foteliku. Dostałam nawet prezent, który w pierwszej chwili mnie przeraził, bo okazał się być złotym pierścionkiem. Bałam się, że chce mi się oświadczyć. A to, na szczęście, miał być prezent za urodzenie dziecka. Ostatnia rzecz o jaką bym posądzała Byłego. Ale wyrazu strachu długo nie mogłam zetrzeć z twarzy i myślał, że jestem niezadowolona. A trzeba przyznać, że pierścionek wybrał ładny, akurat taki jaki sama bym kupiła, gdybym już musiała.

Moja koleżanka, która straciła matkę w tym samym roku co ja, czasami przy winie popłakuje, że jej dzieci nigdy nie poznają smaku tamtych świąt. Nie można tęsknić za tym czego się nigdy nie doświadczyło. To nasza tęsknota. Teraz czas bym ja stworzyła jakieś wspomnienie świąt dla mojego dziecka.

18:47, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 grudnia 2012
Czyż nie dobija się koni, czyli przedświąteczny zamęt

Już po świętach, a ja tu o tym co tuż przed nimi. Jedyne wytłumaczenie tematu wpisu widzę w tym, że dopiero teraz poczułam wewnętrzną potrzebę świątecznych porządków. Tak bezwiednie na przekór. A refleksja przyszła jeszcze tydzień temu, gdy czytałam wpisy na FB moich koleżanek i pewien tamtejszy czat. Wyglądało to właśnie jak konkurs tańca, gdzie pierwsze numery odtańczone są z werwą i przytupem, by głębiej w turniej padać już z sił.

Czy prezenty kupione?

Co już przygotowałyście?

Przepis na karpia.

Karpia nie lubimy, inny przepis.

Gdzie dostałaś tę rybę na dziwną literę?

Dom posprzątany?

Nie mam prezentów, nie zaczęłam gotować, choinka nie ubrana, a święta tuż tuż.

Na jakim etapie jesteście?

Ciasta? Ciasta!

Czytałam to jak "alien", bo jak można wyczytać z mojego poprzedniego wpisu, sprytna larwa na całe święta dałam się zaprosić do innych. I może właśnie dlatego, nie mogę zrozumieć tej atmosfery zaganiania, pędu. Dlaczego mieszkanie trzeba posprzątać przed świętami? A gdyby ich nie było, to kiedy je trzeba wysprzątać? Co to znaczy "świąteczne porządki"? Rozumiem, że takie "bardziej" niż w sobotę? Jak bardziej? Jak przed wizytą Perfekcyjnej Pani Domu, czyli sprawdzamy czy żarówki nie mają kurzu?

Co do przygotowywania potraw już się nie wypowiem, bo nie lubię gotowania.  Dla mnie rozważania jaki bigos, co z rybą i czy ciasta, są takie same jak czy czerwony pasek pasuje do torebki Louis Vuitton. Bo przyznam się, że mam 36 wiosen za sobą, a nigdy jeszcze nie wydałam świątecznej kolacji wigilijnej, śniadania wielkanocnego, czy chociażby obiadu w któryś dzień świąt. Póki żyła moja mama, święta zawsze były u rodziców. Teraz to się zaczęło pruć. Teraz pomyślałam, że jednak powinnam coś w następnym sezonie wyprawić. Tyle, że moi dziadkowie są w takim wieku, że nie za bardzo chcą się ruszać z domu. Inna sprawa, że wydawanie przyjęć zawsze mnie strasznie stresuje. Przygotowanie tego na 30te urodziny przypłaciłam stresem dzięki któremu dostałam nudności i nie mogłam doprawić jedzenia, bo chciało mi się wymiotować. Eleganckie złożenie serwetki jest jak sztuka origami, czyli to czego odmówiłam robienia już w II klasie podstawówki otrzymując pierwszą w życiu dwójkę.

Absurdem jest to, że trzeba generalne porządki robić przed świętami, gdy człowiek jest umęczony życiem codziennym. Sprzątać należy po świątecznym wypoczynku, gdy nabrało się sił. Jak mnie to dopadło :) Podjęłam kolejną próbę opanowania inwazji zabawek dziecięcych na mój sypialnio-gabineto-salon. Przez święta, próbując wprowadzić w czyn "imperatyw porządku" robiłam rzecz odwrotną do pracy Schliemann na ruinach Troi. On zdejmował warstwę ruin po warstwie, by dotrzeć do tej właściwej. Ja patrzyłam jak kładzie się warstwa zabawek na warstwę poprzednich. Sprzątałam. I ponownie warstwa na warstwę. Sprzątałam. I warstwa na warstwę. Tak kilka razy na dzień. W końcu się poddałam i postanowiłam posprzątać raz na kilka dni. Teraz mam chytry plan, jak tego uniknąć. Ale to jak walka z cellulitem. Już chcesz odtrąbić sukces, bo przeszłaś z kolein i żłobień typu II na typ I. Aż tu dociera do ciebie, że ta walka to męka dzień po dniu, bez chwili wytchnienia. A ty byś chciała trochę popachnieć i wytchnąć. A to cię wpędza od razu w typ II, czyli wielowarstwowe pokłady puzzli, klocków, lalek, misiów, mebelków.

Bo czyż nie dobija się koni? Swoją drogą, wspaniały film, polecam!

19:33, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 26 grudnia 2012
Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii, czyli poświątecznie

Hasło z pewnej komedii amerykańskiej sprzed kilku dekad - "Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii" - może charakteryzować pewien styl świętowania po polsku, którego padłam w tym roku ofiarą. To także karnawały sarmackie przypomina, gdy się jeździło saniami od dworu do dworu i ucztowało w każdym po kilka dni.

Mam za sobą trzy dni świąt, każdy spędzony w wizytą w innym domu. W Wigilię pojechałyśmy z Wiertką do mojego dziadka, gdzie był też mój tata i jego brat, posunięty w latach kawaler. Czyli dwóch wdowców, stary kawaler i stara panna z dzieckiem ;) Jakiś czas temu pytałam się taty, czy nie przywieźć czegoś, nie ugotować, ale okazało się, że panowie, dzień po dniu przygotowali trzy potrawy. Żadne tam szaleństwo na dwanaście półmisków. Mała na początku siedziała przyklejona do mnie i nie chciała się ruszyć. Nie pamiętała swojej wizyty w tym domu przed rokiem. Potem oswoiła się, wlazła mojemu tacie na kolana i skakała przez resztę wieczoru. Gdy napiszę o wchodzeniu na głowę, to nie będę przesadzać. Pradziadek miał minę nieodgadnioną, ale drugi z dziadków dostawał powoli lekkiego obłędu w oczach. Dawno nie było tam takiego szaleństwa.

Pierwszego dnia świąt byłyśmy u rodziny mojego brata i mojego taty. Jest tam salon z kuchnią i przedpokojem, wszystkiego z 70-80 m kw - świetna przestrzeń na rozbieg dla trzylatki i dwulatka (mojego bratanka). Nawiązują więź na razie poprzez bieganie za sobą. Był też Mikołaj i przyniósł hulajnogę, która została od razu wypróbowana. Bratanek także swoją posiada, więc jeździli po tym salonie oboje.

Dziś, drugi dzień świąt, byłyśmy u mojego dziadka - drugiego pradziadka Wiertki - i rodziny mojej ciotki (w sąsiedztwie). Mała dopytywała się, gdzie jest (pra)babcia. Jednak pamiętam staruszkę, która zasnęła na zawsze 2,5 miesiąca temu. U ciotki wygłupiała się z moim kuzynem, bratem ciotecznym, a jej wujkiem jakby. Pamiętam go, gdy był w wieku Wiertki i była to podobna cholera. Rozumieją się jak marchewka z groszkiem i mała ryczała, gdy wracałyśmy do domu. Odrzekła nawet, że chce u wujka zamieszkać.

To był teleekspresowy skrót. Nie dziwne, że już dziś rano ledwo mogłam się dobudzić i potrzebowałam mocnej kawy. Jednak komu miałam powiedzieć, żeby sobie poczekał do następnego roku? Któremu z dziadków - temu 92, czy 85 letniemu? Chyba tylko mój brat by się nie zmartwił moim olaniem, bo on uważa taki styl świętowania za opresyjny, a też objeżdża rodzinę, tyle, że swojej żony.

Oczywiście, mogłam święta wyprawić sama i zaprosić wszystkich hurtem. Kto mi zabroni? O tym będzie jakiś kolejny wpis nawiązujący, do wpisów na FB moich koleżanek, prawdziwych gospodyń. Tu nasuwa się inny tytuł klasyki filmowej - "Czyż nie dobija się koni".

Jeszcze o prezencie dla Wiertki. Poniosło mnie i kupiłam jej dziecięcą wersję laptopa, z różnymi grami edukacyjnymi. Gry są nierówne - jedne w sam raz dla trzylatki, inne nawet dla pięcio-sześcio latka (szyk alfabetu). Nie ma najprostszej i najbardziej interesującej moje dziecko rzeczy - zwyczajnego pisania na ekranie :) Stawia sobie teraz laptopa obok mnie przy komputerze i też mówi, żeby jej nie przeszkadzać :) Bratankowi kupiłam podobnego laptopika, ale dla jeszcze mniejszych maluchów. Widzę, że ma w sobie więcej skupienia, dłużej aktywnie się bawi. Wiertka udziela dobrych odpowiedzi przez kilka zadań, a potem jej zainteresowanie spada, strzela, każe mi odpowiadać, aż w końcu wygłupia się. Taki typ :)

Przez te ostatnie dni, zdążyłyśmy jeszcze w porze południowej skorzystać z ostatniego śniegu i pojeździć na sankach. Dostałyśmy je od mojej bardzo bliskiej koleżanki, u której byłyśmy po nie w niedzielę - w sumie to cztery dni z wizytami pod rząd.

19:03, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 grudnia 2012
Koniec świata po grenlandzku

Schemat zagłady ziemi jest ustalony. Rozpoczną ją trzy wyjątkowo srogie zimy, jeziora, rzeki i morza zamarzną. Słońce ochłodnie, nie będzie już mogło przynieść lata, śnieg będzie padał przez białą, bezlitosną nieskończoność. Nastąpi długa, nieprzerwana zima, aż w końcu wilk Skoll pożre słońce. Księżyc i gwiazdy zgasną, zapanują bezdenne ciemności. Zima Fimbul.

"Smilla w labiryntach śniegu" Peter Høeg

Pisanie dziś o końcu świata jest wyświechtane, ale co tam. To nie pierwsza i ostatnia niemodna rzecz w moim życiu :)

Chyba pierwszy raz w czytelniczej karierze czytana powieść tak się zsynchronizowała z aurą dookoła. Zapewne pomogła w tym prowadzące zajęcia, która ustawiła ją w tym momencie grafiku spotkań. Panna Jaspersen rozwiązuje zagadkę śmierci chłopca z sąsiedztwa w klimacie duńskiej, a potem grenlandzkiej zimy (przełom grudnia / stycznia). A dookoła mnie polska zima, łagodniejsza od tamtych, a i tak ścinająca krew w żyłach. Coraz głębiej obtaczający mnie mrok, noc. Coraz mniej powietrza. A język książki jest niezwykle zmysłowy. Oblepiający.

Bo dla mnie, jeśli istnieje, tak może wyglądać piekło - jak lodowa, arktyczna kraina. Śnieg, zamieć, mróz. I konieczność odbywania długich, zimowych spacerów :) Jak Smilla jestem zaskoczona chrześcijańską obawą przed ogniem piekielnym :)

Nawet jako małe dziecko nie przepadałam za zimą. Ciągle było mi zimno, najchętniej przykleiłabym się do kaloryfera. Dziś przynajmniej odpada mi frustracja, że nie stać mnie na narty w górach :D Choć fajnie by było dziecko zmotywować do sportu.

O książce jeszcze będzie, przy okazji wspomnień na temat zajęć z nią związanych :) Justek, nie bój się :)

14:21, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 grudnia 2012
Przedszkolne świętowanie

Będzie dziś jeszcze o moim dziecku, a potem bardziej ambitnie :)

Wczoraj po raz kolejnym wymknęłam się z pracy godzinę wcześniej. Legalnie, bo dziś pracuję godzinę dłużej. W okresie przedświątecznym, w mojej branży, są to klasyczne dupogodziny. W przedszkolu Wiertki były najpierw jasełka, a potem spotkanie wigilijne. Jasełka wystawiała III grupa dzieci dla wszystkich rodziców (dzieci na razie zostawały na sali). Teoretycznie powinnam mieć to w odwłoku. Pomyślałam jednak, że to praca, wysiłek dzieci, podniecenie ich rodziców i będzie im miło jak obejrzę, choć nie muszę :) Historia Maryi, Józefa i Jezuska była klasyczna i zaledwie jedno dziecko uciekło ze sceny z płaczem. I dość szybko wróciło. Wrócę do tego później.

Po przedstawieniu, w sali grupy Wiertki, była mała uroczystość składkowa. Moim przydziałem, na szczęście, był zakup owoców. Upieczeniu ciasta bym chyba w środku tygodnia nie podołała :) Chwilę zastanawiałam się, ile tego kupić dla dzieci i rodziców :)

Wczesny wieczór był dla mnie, jako matki, trochę stresujący. Dzieci przygotowały kilka piosenek, z małym układem tanecznym. Nie wszystkie. Wiertka na mój widok, przykleiła się do mnie i za nic nie chciała iść do reszty grupy. Potem coś zaczęła gadać z moich kolan, aż wparowała pomiędzy dzieci i kręciła się bez związku z piosenką. Było mi głupio i przykro za moje dziecko, że tak przeszkadza w występie. Inne dzieci też zapewne chciały przytulić się do rodziców, a jednak dały radę wystąpić. Tylko moje zachowywało się jak po dopalaczach. Pani nauczycielka tłumaczyła, że dzieci są już zmęczone, ale wcześniej próby wypadały lepiej. Wrócę do tego później.

Nie obyło się bez łamania opłatkiem, więc zaczyna się już wchodzenie w klimaty religijne. Czekał suto zastawiony stół - owoce (m. in. moje), ciasta, ciasteczka, czekoladki, soki. Czyli wszystko, co sprawia, że zaangażowana e-mama dostaje ataku apopleksji :)

Kolejne kłopoty zaczęły się przy wychodzeniu. Wiertka biegała pomiędzy szatniami jak balonik z uciekającym powietrzem, a ja próbowałam ją namówić do ubrania się. Przysięgam, że nie było to tonem łagodnym, proszącym i misyjnym. Zlewała mnie totalnie. A dookoła rodzice ubierający swoje spokojne trzylatki :( W końcu przyblokowałam ją rękoma, by założyć buty i ale rozbawiona wiła się i wymachiwała kończynami. Zostałyśmy prawie już ostatnie w przedszkolu, gdy wreszcie nałożyłam na nią wszystkie warstwy zimowe. Odwróciłam się tylko by założyć czapkę - ubrana już byłam od dawna i od dawna ociekałam potem. Patrzę po kilku sekundach, a tej cholery nie ma. Przeleciałam się szybko po wszystkich szatniach. Pusto. Generalnie było już pusto. Nie wierzę... Wybiegłam przed przedszkole. Wynurzyła się zza krzewów. Wybiegła sama z przedszkola goniąc jakąś ulubioną koleżankę i dołączyła do dwóch mam z dziećmi. Te na szczęście już po kilku krokach zorientowały się, że coś jest nie tak.

Jutro jasełka zostaną przedstawione wszystkim przedszkolakom, przygotowuję więc Wiertkę na zetknięcie się z doświadczeniem kulturowym - opowiedziałam jej historię o Maryi i Jezusie szukających noclegu, stajence ze zwierzątkami i urodzeniu się Jezuska. Na razie traktuje to na równi z bajką o "Czerwonym Kapturku".

Czasami nie wiem jak się dobrać do tego dziecka. Argument, że trzylatki tak mają odpada, bo miałam obraz, że tylko moje dziecka tak ma.

Jako podsumowanie wszystkiego mam jedno wytłumaczenie - zmęczenie i stres związany z przygotowaniami do przedstawienia. Śledzę forum związane z Przedszkolami i tamtejsze dyskusje. Najnowsza jest o tym, że całe to zamieszanie związane z jasełkami, wigiliami jest głównie dla dobrych sprawozdań pań dyrektorek. Dzieciaki są umęczone próbami i przejęte sytuacją. Nauczycielki są zabiegane przygotowywaniem dzieci, prowadzeniem normalnego planu dydaktycznego, robieniem dekoracji, przygotowywaniem sali, sprzątaniem sali (jakiś tydzień temu zostawiając małą w sali byłam niechcącym świadkiem gorącej dyskusji pomiędzy nauczycielkami, która ma coś zrobić i jak już są zawalone pracą). Rodzice, po raz kolejny, urywają się z pracy.

15:18, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 grudnia 2012
O sikaniu przedszkolnym

Będzie o kupkach i siuśkach dziecięcych, ostrzegam :) Temat zabijający bezdzietnych :)

Wczoraj odebrałam Wiertkę z przedszkola i podjechałyśmy do pediatry. Po drodze rozlepiłam jeszcze wydrukowane w pracy ogłoszenia informujące, że znalazłam klucze - na tym przystanku, na którym właściciel wysiadł i na analogicznym w przeciwnym kierunku. Czułam się głupio, bo ludzie już zaczęli rzucać na nie okiem :) Byle nikt mi głupi kawałów nie robił. Zrobiłam co się dało. Mogłam jeszcze je zawieźć do biura rzeczy znalezionych (w autobusach i tramwajach), ale to wymagało wyjścia z pracy dwie godziny wcześniej (czynne do 15:30) i ta osoba, jeśli zorientowała się dopiero pod drzwiami, mogła nie wiedzieć, gdzie zaginęły klucze, czy nie zostały skradzione.

Pani doktor miałam zawieźć jakieś zaległe wyniki badań dziecka i dopytać o sprawy sikania. Wiertka zasikuje się w przedszkolu. W żłobku przez ponad pół roku chodzenia bez pieluchy zdarzyło się to może 2-3 razy. W przedszkolu nawet 2-3 razy w tygodniu. W domu zawsze biegnie do toalety. Tłumaczę to trochę tym, że w żłobku dzieciaki były zaprowadzane do toalety wszystkie razem, o określonej porze. W przedszkolu to kwestia samodzielnego pójścia, a trzylatek potrafi tak się zatopić w zabawie, że może zapomnieć. Z drugiej strony, pani nauczycielka zwróciła mi uwagę, że częstotliwość sikania w majtki zwiększyła się jesienią i teraz zimą - to może być kwestia chorego pęcherza. Staram się ciepło ubierać dziecko. Oddzielna sprawa, to sikanie w czasie drzemki - od jakiegoś miesiąca co chwila noszę do domu pościel do prania. Znowu zapewne rzecz w pilnowaniu - w domu, Wiertka zaraz po przebudzeniu w czasie dnia, pytana mówi, że nie chce siku i za chwilę sika pod siebie, więc sama noszę ją zaspaną do łazienki i wysadzam. W nocy śpi jeszcze w pielucho-majtkach, co rano ciężkich jak sny premiera.

W każdym razie, zbadać mocz nie zaszkodzi. Mam do tego badania u dziecka silny uraz, bo zszarpało mi nerwy wiele razy. A o tym będzie

Dygresja. W wieku 8 tygodni u Wiertki wykryto zapalenie układu moczowego, bakterie w pęcherzu. Pediatra, dla niej rutynowo, zlecała badanie moczu przed każdym szczepieniem i wyskoczyło. Szpital, antybiotyk, bo dziecko zbyt malutkie na domowe leczenie, cystografia z dobrym wynikiem na szczęście. I zalecenie badania moczu, z posiewem przed każdym szczepieniem. Masakra, bo najpierw wychodziły złe wyniki posiewu, okazało się, że źle pobieram próbki. Co ranek przemyte dziecko na przewijak, butla w buzię i czekanie z kubeczkiem przy pupie. Po jakimś kwadransie dziecko się wkurzało i jeśli nie zsikało się do tego momentu, w grę wchodził następny poranek. To była bułeczka z masłem. Przy kolejnym szczepieniu, dziecko już siadało samodzielnie. Woreczek na części intymne i noszenie na rękach, bo gdy siadała to miażdżyła zawartość. Stopień trudności zwiększył się, gdy mała zaczęła raczkować - nie dopuścić by usiadła na tyłku. Od tego momentu, zaczęłam stosować coś w stylu biernego oporu - pediatra dawała mi skierowanie na badanie moczu dziecka, a ja przychodziłam za dwa tygodnie i udawałam, że nic takiego nie miało miejsca. W końcu i pani doktor dała za wygraną. Szczególnie, że od miesięcy wyniki dziecka były dobre.

Nie byłam wściekłą eko-matką, ale dzięki tym cyrkom z moczem moje dziecko miało opóźniony kalendarz szczepień o wiele miesięcy.

A teraz - bajka! Zbudziłam Wiertkę, zaniosłam do łazienki, umyłam, wstawiłam do wanny, kazałam nasikać do pojemniczka. Nasikała bez dyskusji. Oklaski!

Zobaczę jak wyniki. Zobaczę jak dalej z tym jej sikaniem. Doktor radzi by panie nauczycielki bardziej ją pilnowały. Wygląda to tak, że pytają Wiertkę, czy chce siku - nie chce i po chwili zsikuje się. Pediatra też dopytywała się, czy to wygląda na popuszczanie, czy totalne moczenie bielizny. Wg mnie to pierwsze, czyli kontroluje tylko zapomina iść do toalety. Inną sprawą było, czy w rodzinie zdarzało się moczenie nocne, bo to może być dziedziczne. Wstydliwa sprawa, ale właśnie było - u mnie do 7-go roku życia, u mojego brata do 10-go. Uważam, że to było bardziej na tle emocjonalnym, reakcja na to, co działo się pomiędzy moimi rodzicami. U mnie zniknęło z dnia na dzień, gdy poszłam do pierwszej klasy. Pamiętam tę noc - uznałam, że jestem dużym dzieckiem, więc nie powinnam się moczyć w nocy. Koniec, kropka. Siła myśli.

Nie chcę tylko by moje dziecko było wyśmiewane przez inne w grupie. Albo panie powiedzą, że nie ma dojrzałości przedszkolnej :(

15:17, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 grudnia 2012
Jak moja torebka zwinęła komuś klucze

Wracałam wczesnym popołudniem w Wiertką, ze spaceru. Dotarłyśmy trochę dalej od domu, bo pokazałam jej okna w szpitalu położniczym, gdzie obie leżałyśmy te trzy lata i tydzień temu :) Budynek jest tak ułożony, że spokojnie można tam podejść, w ramach spaceru. Sali porodowej już jej nie pokazałam, bo była z drugiej strony.

Mała była już senna, krzyczała, że chce siku, więc wsiadłam w autobus. Był straszny tłok, więc stałam z dzieckiem na ręku, a potem postawiłam ją na podłodze. Nawet gdyby ktoś chciał mi ustąpić miejsca, to nie dopchałabym się do fotela. Potraktowałam te trzy, cztery przystanki jako przygodę dla dziecka :)

Przy stacji PKP zazwyczaj pojazd pustoszeje. Tym razem było podobnie. Fala ludzi przetoczyła się ocierając o mnie. Autobus ruszył, ja ustawiłam Wiertkę pod oknem. I nagle, z zaskoczeniem widzę, że ze sprzączki mojej torebki... zwisa pęk kluczy na smyczy!!! Widocznie ktoś miał je w kieszeni (o ile zakład, że to był mężczyzna - można by zrobić oddzielny wpis z listą przedmiotów, które tak gubią), smycz wystawała, w tłoku zahaczyła o moją torebkę. Efekt był jak widać. Miałam przy sobie chwiejące się ze zmęczenia dziecko, które dochodziło już do granicy w ćwiczeniu pęcherza. Miałam wyskoczyć na następnym przystanku, wracać się i biegać z pytaniem, czy ktoś nie stracił swoich wszystkich kluczy?

Czułam się okropnie. Ta moja torebka. Żal mi było tej osoby. Oby ktoś ją wpuścił do domu. Bardzo bym chciała jakoś pomóc. Na razie mogłam zrobić tyle, że dałam ogłoszenie na FB, z prośbą by udostępniać i posyłać dalej. Może jakimś absurdalnym zbiegiem okoliczności ta osoba trafi na ten wpis. Postaram się też nalepić ogłoszenia na dwóch przystankach - na tym, na którym wysiadała ta osoba i w przeciwnym kierunku. Może coś dać jeśli to stała trasa właściciela kluczy. Gorzej jeśli był tylko przypadkowo, przejazdem, gościnnie. Jednak ogłoszenia będę mogła dopiero nakleić jutro wieczorem, wracając z małą z przedszkola. Czy to nie już za późno?

Tak więc, czytelniku tego bloga - jeśli jakiś twój znajomy w niedzielę, koło 14.35 stracił klucze gdzieś na warszawskiej Pradze Północ, to tylko wina mojej złodziejskiej torebki i klucze są do odebrania :)

18:42, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 grudnia 2012
Własne łóżeczko

W pierwszych słowach mego wpisu śpieszę donieść, że wreszcie wykreśliłam prawie do końca punkty z Listy Leniwej Lafiryndy. Uwolniłam koleżankę z niepotrzebnego łóżeczka po jej młodszej córce. Za co obu dziękuję :) Wiertka dostała wreszcie swoje własne łóżko.

W ramach dygresji, które lubię. Tak wiem, że dziecko powinno mieć od dawna to łóżeczko. Niemowlęce miałam natychmiast wymienić na dziecięce. A potomstwo ma spać we własnym, osobistym barłogu. Tak jest u mojego wspaniałego brata ;) Wiertka spała w swoim łóżeczku, przystawionym do mojego, do pierwszych urodzin. Wtedy zaczęła się wybudzać po odłożeniu (usypiana kołysaniem i kołysanką), płakać. Zapewne w innych okolicznościach bym ją przetrzymała. Jednak nałożyło się to z pójściem do żłobka. Jakby nie patrzeć było to mocne i stresujące wydarzenie w życiu dziecka. Miałam jej dokładać tych separacji? I tak zostało. Usypianie okazało się o wiele szybsze i mniej absorbujące. Gdy wybudzała się z płaczem w nocy, to prawie tego nie zauważałam, bo wyciągałam ręce i przytulałam. A moja ulubiona cecha, prokrastynacja, coraz bardziej utrwalała ten stan. Motywację do zmian miałam marną, jako notoryczna singielka. A to takie fajne uczucie jak ciepłe ciałko przytula się do ciebie w nocy. Tak wiem, jak czytałam przed laty takie zdanie, to mi się toksyczne klimaty przypominały o braku odciętej pępowiny.

Dygresja szkatułkowa (ukłon mistrzowi Janowi Potockiemu i jego "Rękopisowi znalezionemu w Saragossie"). Fajnym uczuciem zapewne nie jest, gdy dziecko śpi zwinięte w kłębek na mojej głowie, niczym syberyjska czapa. Albo dwie słodkie rączki wplecione w moje włosy i szarpiące za nie niczym dzwonnik z Notre Dame. Nie można mieć wszystkiego.

Łóżeczko zostało wstawione, nowa pościel z Kubusiem Puchatkiem zakupiona, wyprana. Wiertka po powrocie w weekendu u taty zastała obiecaną niespodziankę. Było fajnie. Leżała w łóżeczku, wzięła do towarzystwa misia i lalę. Po kąpieli czytałyśmy tam książeczki, jak w codziennym rytuale przed snem. Ja siedziałam obok na materacyku, który został po jej niemowlęcym łóżku. Wszystko ok, do momentu zgaszenia światła (zostawiłam to na korytarzu). Mała zrobiła niewyraźną minę i powiedziała, że chce do mamy. Następnego wieczora to samo. Trzeciego wieczora, od razu, po wyjściu z wanny zastrzegła, że chce iść do mamy.

Teraz pytam się, gdzie chce zasnąć i słyszę, że ze mną. W sumie nie wiem jak działać. Nie będę jej zmuszać do zasypiania w jej pokoju, bo się zrazi. Jak jednak mówić, żeby sama zechciała tam ulokować? Może czekać aż sama poczuje taką potrzebę? Ale czy nic nie robiąc, nic nie mówiąc nie zablokuję jej i wylądujemy jak 40-letnia Erica Kohut sypiająca razem z matką ("Pianistka" Jelinek)?

Motywacji wielkiej nie mam, bo i tak nie zamierzam instalować w moim łóżku innej osoby, gdy Wiertka nocuje w domu. Tak też myślę, że każdy z nas, dorosłych lubi się przytulić do kogoś ciepłego w nocy i czy to takie dziwne, że trzylatka tym bardziej?

Ciekawostka. Mój bratanek sypia od zawsze sam w łóżeczku, od jakiegoś czasu we własnym pokoju. Doskonale rozumiem - brat z żoną chcą mieć swoje życie intymne. Ale chodzą też niewyspani, bo mały czasem budzi się z płaczem po kilka razy w nocy. A najbardziej zabawne jest to, że te ponad trzy dekady temu, to ja byłam maluchem karnie śpiącym we własnym łóżeczku, a mój braciszek przytulasem wślizgującym się co noc do łóżka naszych rodziców :)

14:46, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 12 grudnia 2012
Śmierć akwizytora - c.d.

Początek tej historii już opisywałam wcześniej na blogu:

http://balladaozakrecie.blox.pl/2012/11/Smierc-akwizytora.html

(jest postęp, link aktywny, choć nie ukryty pod nazwą, dzięki onfrustratowi za podpowiedź)

Wczoraj była kontynuacja. Było tuż przed 17.00. W całym biurze zostały tylko moje dwie koleżanki z działu, które już się ubierały. Był też opisywany wcześniej przeze mnie kolega, który zazwyczaj siedzi do późna, sam w całym budynku. I ponownie dostał ataku. Kilka minut później i byłby sam w pokoju. Jedna z dziewczyn zestresowana zadzwoniła po pogotowie. Przyjechali ze skrzywionymi minami, ale wychodzili z poważnymi. Chcieli zabrać kolegę do szpitala, ale ten odmówił. Wykręca się przed nami, że nie idzie na badania, bo na NFZ trzeba czekać miesiącami, a gdy się trafiła okazja, że przebadają go natychmiast na IP, to olał.

Dziś nie ma go w pracy. Może wreszcie dotarło, że nie jest dobrze. A my nie możemy zrobić nic więcej. Bo co, zadzwonimy do żony? Numer mamy, w  naszym biurowym "katalogu ICE" (taka inicjatywa koleżanki). Czy chciałabyś żeby obca osoba poinformowała cię, że twój mąż ma poważny problem ze zdrowiem? A może ona to wie i też nic nie jest w stanie poradzić.

10:24, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Urodzinowo trzylatkowo

Jestem po weekendzie urodzinowym Wiertki.

Zaczął się w piątek wieczorem zabawą mikołajkową w osiedlowym klubie. Tuż w sąsiedztwie przedszkola i naszego domu. Wiertka objadła bufet, potańczyła, zobaczyła Mikołaja i wyszła z kolejną paczką słodyczy. Dygresyjnie, jaki deweloper dziś budując osiedle, organizuje też miejsce dla spotkań, zajęć, zabaw swoich mieszkańców??? Wszystko gratisowo. Wiem, że nie do końca, bo ten mój czynsz nie jest taki niski w skali Miasta.

Wczoraj miałyśmy przyjęcie urodzinowe. Niby kameralne, bo część gości się rozchorowała: czworo maluchów (2-5 lat), dwoje nastolatków, czworo dorosłych. Był harmider, zamieszanie, bieganina, pisk. Na szczęście byli pasierbowie zajęli się sami z siebie, dla przyjemności dzieciarnią - ona organizowała zabawy plastyczne, on bieganinę.

Wiertka ma swojego duchowego brata bliźniaka. Pięcioletni syn mojej koleżanki jest jak moja córka w ciele chłopca (lub odwrotnie). Także od razu przeszedł do konsumpcji słodkości, jest żywy, energiczny, roztargniony, nie słucha się. A moja mała go bardzo lubi i dopytuje o niego. Co ciekawe, chłopiec ma na prawdę siostrę bliźniaczkę, która jest totalnie od niego odmienna - cicha, nieśmiała, grzeczniutka, skromna. I to ona zgarnia całą sympatię matki, bo takie dzieci nie sposób nie lubić. Trochę rozumiem, bo sama czasami mam trudność w akceptowaniu Wiertki. A co dopiero, gdyby w domu było drugie dziecko, jak z serialu rodzinnego.

Prezentów została cała sterta, słodyczy też. Ode mnie mała dostała już rano gitarę i mikrofon na statywie (wzmacniany, można śpiewać). Od razu został zorganizowany dwuosobowy zespół i na zmianę to śpiewałam, to grałam na gitarze :) Szkoda, że nie potrafię grać na prawdę, mogłabym Wiertkę trochę pouczyć.

Przy okazji urodzin pociech blogowe matki zazwyczaj spisują całą listę dokonań dziecka - co robi, czego się nauczyło. A moje dziecko po prostu sobie jest. Gdzieś zawieszone pomiędzy tabelami umiejętności i kompetencji.

Obserwowałam mojego dwuletniego bratanka, który rozpoznaje już litery, cyfry, kolory, całkiem ładnie mówi, śpiewa piosenki. Wiertka tego jeszcze nie ogarnia. Czuję się dziwnie, bo to tak jakbym zaniedbywała intelektualnie swoje dziecko.

Myślę sobie jednak, że ona jeszcze nauczy się czytać, liczyć, śpiewać, recytować wiersze i stepować nawet jak sytuacja będzie tego wymagać. A dzieci w typie mojego bratanka, czy siostry "duchowego bliźniaka" nie nabiorą jej temperamentu, energii, przebojowości, radości życia. Przychodzi taki etap w edukacji, gdy wiedza nabyta z zeszytu, to za mało, bo mają już ją wszyscy. I być może za te kilkanaście lat, to moja córka lepiej sobie poradzi w życiu. Jeśli przez cały ten czas będę ją wspierać i akceptować.

Ja byłam zdolnym dzieciakiem myślicielem, co to szybko się wszystkiego nauczyło, ale w połączeniu z moim charakterem i nadwrażliwością mogę sobie tym jedynie tyłek podetrzeć. Ja nie skorzystałabym z szansy, nawet gdyby mnie kopnęła w wspomniany tyłek. A to mój młodszy brat był dzieckiem, które tylko biegało, kopało i miało alergię na naukę. Dziś całkiem dobrze radzi sobie zawodowo, finansowo, rodzinnie.

14:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi