To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Sałatka macierzyńska - na słodko

Dziś czas na miłe rzeczy o moim dziecku :) Ci których te rodzaje wpisu na moim blogu nudzą, zapraszam innego dnia :)

Z co ciekawszych cytatów i rozmówek:

„Co za hałas. Bębenki uciekają mi z uszu!”

„Te psy prowadzą mnie do szału”

 

Wiertka: Kurwa mać

Ja: Nie mów takich słów.

Wiertka: Przecież nie mówię cholera jasna.

Zgadnijcie jakie przekleństwo czasami mi się wyrwie :) Już starsze rodzeństwo Małej wpadło na pomysł, by w chwilach złości krzyczeć "marchewka!".

 

W czasie oglądania reklam, co chwila z ust dziecka pada „a kupisz mi to?”, „a kupisz mi to?”. W końcu nie wytrzymuję.

Ja: Nie mogę ci wszystkiego kupić.

Wiertka: Ja nie chcę wszystkiego. Chcę pojedyńczo.

Logiki nie da się jej odmówić.

 

Wiertka: Mamo, a Patryk mnie bije i szczypie.

Ja: Powiedz mu, że nie wolno cię bić.

Wiertka: Mamo, ale ja lubię z nim walczyć.

Nie będzie miała łatwego życia osobistego :)

 

Jeszcze w kwestii zabaw. Dostała fajny zeszyt ćwiczeń, do malowania, łamigłówek. Nie mogło się
obyć także bez kilku stron różnych naklejek – modny ostatnimi laty pomysł na ubarwianie dziecięcej nauki, naklejanie obrazków na odpowiednie miejsca w kartce zeszytu ćwiczeń. Wiertka od razu miała jednak całkiem inny pomysł na naklejki. Umieszczała je na czystych kartkach papieru. Robiłyśmy to razem. Raz pokazałam jej, że może na obrazki w zeszycie, ale zignorowała to. Ok. W pierwszej chwili wydawało mi się to marnotrawstwem tych obrazeczków. Z czasem dopiero zobaczyłam, że obie kreujemy na kartkach nowe światy. W tych światach koniec mają korony i biegają pomiędzy gwiazdeczkami i serduszkami, a w kąciku ciasteczkowym tańczą muchomorki. Dotarło do mnie, że to model naklejania w uprzednio wskazane miejsca jest obrąbywaniem toporem dziecięcej wyobraźni i moja córka ma jeszcze odwagę się temu przeciwstawić. Do czasu nauki szkolnej i tamtejszych zeszytów ćwiczeń…

Inna zabawa Wiertki, to „moja głowa, twoja głowa”. Polega na tym, że zamieniamy się głowami, rękoma, nogami i tułowiami, i teraz to ja jestem Wiertka, a Wiertka jest mama :) Czasami mogę
zobaczyć, jak widzi mnie moje dziecko :)

13:29, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 grudnia 2013
Potrzeba całej wioski by wychować jedno dziecko

Dylematy współczesnej matki.
"Potrzeba całej wioski, by wychować jedno dziecko".
Wychowywałam się w wielopokoleniowej rodzinie - już to kiedyś to opisywałam. Rodzice rzadko się ze mną bawili, ale - wychodziłam na korytarz, pukałam do jednych drzwi i była babcia z dziadkiem, do drugich - nastoletnia ciocia, trzecich - kolejna ciocia. Plus młodszy o dwa lata brat. Nie potrzebowałam rodziców :)
Dziś jestem ja i moja córka. Z rodziną kontakty raz na jakiś czas. Świruję próbując być dla niej "całą wioską".

Większość dzisiejszych matek stara się być w kontakcie z dzieckiem, bawić się z dzieckiem, zajmować dzieckiem, szczególnie jeśli ono samo jest złaknione tego i wiecznie leży na plecach matki z jękiem. Bo jeśli puszczę za dużo bajek, albo powiem "a idź ty sobie, pobaw się samo", to będę potworem. A jesteśmy chyba pierwszym pokoleniem matek, które dzieci wychowuje bez takiej wioski za plecami. Jest przedszkole, plac zabaw. Ale głównie ty i twoje dziecko. Jak w "Lśnieniu" ;)

Dobra, wiem. Te trzy dekady temu także były rodziny nuklearne. Ale czy ówcześni rodzice poświęcali dzieciom tyle czasu, co dzisiejsi? Może jednak na prawdę jestem okropną matką.

To przemyślenia po ostatnich dziewięciu dniach spędzonych z dzieckiem. Fakt, że dwa razy byłyśmy u mnie w pracy, odwiedzałyśmy rodzinę, byłyśmy na wycieczkach (dziś zwiedzanie Zamku Królewskiego). Jednak tak się cieszę, że idę jutro do pracy, a Wiertka będzie z moim tatą :)

Moja córka powróciła do etapu symbiozy z mamą, czyli prawie nie chce bawić się sama. By wyrwać chwilę dla siebie włączam jej bajki. I mam poczucie winy, że jest ich za dużo. Te wspólne zabawy też są dziwne. Scenariusz - Wiertka, casting - Wiertka, reżyseria - Wiertka. Co oznacza, że ona wybiera lalki, kucyki, ona zarysowuje schemat historii, ona rozdziela co kto mówi i ja mam niewiele do dodania, mam tylko podążać za nią. W dodatku jej postaci biją moje, albo je odrzucają z grupy. Czy ja mam się zacząć martwić? Czy gdyby była chłopcem, to by mnie to martwiło? Drobiazgiem jest, że w czasie tych zabaw ona nie mówi normalnym głosem, tylko krzyczy.

Plus - obie śpimy do 9.00 (potem ona poranne bajki, ja śniadanie i gazeta w łóżku - matka latawica). Minus - śpiąca się robi nawet koło północy. Po dwóch wieczorach usypiania wyspanego dziecka i denerwowania się, dałam za wygraną. Ustaliłyśmy kompromis - po 20.00 i kąpieli ona się bawi w moim pokoju, ale sama, ja mam czas dla siebie, czyli tv, gazeta lub internet.

Moje dziecko ma także miłe strony. O tym, w innym wpisie :)

23:52, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 grudnia 2013
Po świątecznie

W drugi dzień świąt byłyśmy u mojej cioci i dziadka. Sama nie wiem, czy o tym pisać. Mój dziadek. To nie kwestia ostatniego czasu, bo podobne rzeczy opowiadała mi dekadę temu zmarła ciotka, która mieszkała z nim przez ścianę.

Właśnie skończył 93 lata. Chciałabym być w takiej formie w jego wieku - dobry wzrok, dobry słuch, swobodna mowa, jasny umysł, tylko ciało odmówiło posłuszeństwa, ledwo drepcze z laseczką. Jeszcze 2-3 lata temu robił kilkukilometrowe spacery. Do tego emerytura w wysokości średniej krajowej - coś czego ja nigdy nie doznam.

Dziadek mieszka w domu z trójką moich kuzynów - dzieci mojej zmarłej ciotki (17-26 lat), na tej samej posesji dom ma moja druga ciotka, która codziennie robi mu posiłki, przybiega na telefon, a te są częste. Znam ją - człowiek o anielskiej cierpliwości, jak każdy gorliwy katolik :)

Jednak psychicznie jest kiepsko. Chce się przenieść do domu opieki, bo tutaj nikogo nie obchodzi, młodzi traktują go chamsko. To takie błędne koło. Kuzyni unikają go, bo jak tylko wejdą do jego pokoju zaczyna się fala żalów. Sama to znam, jak go raz w miesiącu odwiedzę - boję się zadać jakiekolwiek pytanie, zagaić temat, bo wszystko prowadzi do tego, jak mu źle, jak fatalnie się czuje. Skarży się na ciotkę, która urabia sobie łokcie, by zapewnić mu opiekę, a gloryfikuje moją matkę, która jako jedyna była taka wspaniała. Żal mi ciotki, bo żyje w cieniu "cudownej siostry" i jej jedyną przewiną jest, to że przeżyła siostry. Jasne, moja mama nie pracowała i dużo godzin spędzała u swoich rodziców. Olewała własne zdrowie i przypłaciła to życiem.

Złożyłabym to na karb wieku, traumatycznej straty dwojga dzieci w krótkim odstępie czasu oraz upadku sił fizycznych, które aktywnego kiedyś człowieka, człowieka który był non stop w ruchu, pewnego poranka gdy obudził się obok żony od ponad sześćdziesięciu lat, która właśnie zmarła, świadomości, że odeszli już wszyscy sąsiedzi i koledzy z jego pokolenia. Tylko, że - jak pisałam wyżej - dekadę temu takie same zarzuty słyszała moja zmarła ciotka. Wtedy także były plany zamieszkania dziadka w domu opieki. A mają lat osiemdziesiąt miał krzepę i energię dzisiejszych pięćdziesięciolatków. To chyba taki jego rytualny szantaż.

Czy możemy przewidzieć, jak się zestarzejemy? Które wady tak się uwypuklą, że otoczenie będzie załamane?

Z babcią było odwrotnie. Nigdy nie chciała robić nikomu kłopotu. Nie wspominała o wysokim ciśnieniu, oku, aż straciła wzrok. Była cicha jak myszka. Nawet umarła nie sprawiając kłopotu, nad ranem, we śnie.

Wyszłam od dziadka z Wiertką. Na ulicy obejrzałam się jeszcze na dom. Wszystkie okna czarne - kuzyni wyszli do znajomych, tylko jedno zapalone. Dziadek został sam z telewizorem. Tak wygląda 70% jego dnia. Porusza się tylko na trasie pokój-łazienka. Może rzeczywiście, nawet ja bym się załamała.

Gdyby były jakieś zajęcia, wieczorki, spotkania dla seniorów, ale takich 80+. Takich z balkonikami, często zapadających w drzemki w środku rozmowy. Nie uniwersytet trzeciego wieku, tylko spotkania czwartego wieku.

21:42, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 25 grudnia 2013
Świątecznie

Święta na półmetku.

Od kilkunastu lat, odkąd pracuję w sprzedaży, wiadomo, że (z wyjątkiem paru branż) od połowy grudnia do stycznia, to martwy okres. Do świąt robi się dupogodziny, a potem idzie na prawie dwutygodniowy urlop. Jak większość klientów :) Tym razem tak nie mogłam, część działalności firmy jest skierowana do odbiorców, którzy właśnie teraz notują wzrost obrotów. My trzy w dziale podzieliłyśmy się dyżurami na 23-go, 27-go i 30-go - dla każdej po jednym dniu, kiedy to zajmie się wszystkimi klientami ze zrobionej listy i tymi którzy się zgłoszą. Prezes jednak uznał, że nie można kramu zostawić pustego na Wigilię i Sylwestra. Najmłodszej odpuściłyśmy. Ja wzięłam Wigilię (one obie przygotowywały świąteczną kolację), koleżanka Sylwestra. Nie było problemu, bym wzięła do pracy Wiertkę.

Jasne, że nie było, bo w okolicy - magazynowo-biurowej - po 8.00 były pustki. Dziecko wyszeptało z wahaniem:

- Mamo, my tu jesteśmy same.

W firmie byłam tylko ja z dzieckiem i jeden z prezesów, który trzymał pieczę nad magazynem i ostatnimi dostawami. Telefonów nie było, nic się nie wydarzyło. Mała oglądała bajki, porysowała, powycinałyśmy sobie i w południe wróciłyśmy do domu.

Kolacja wigilijna u mojego dziadka. Dość wczesna. Zaczęliśmy o 16.00, o 18.00 już wyszliśmy z moim tatą. Miałam jeszcze dojechać z dzieckiem pociągiem do innego miasta.

W tym roku Mikołaj przyniósł Wiertce prezenty z rynku wtórnego. Jedna z koleżanek przychodząc ze swoimi dziećmi na jej przyjęcie urodzinowe przyniosła też jakieś zabawki po swoich dzieciakach. Uznałam, że nie pokażę ich od razu dziecku zalanego falą urodzinowych prezentów. Potem zastanowiłam się - finansowo stoję kiepsko, może by tak zapakować jej te właśnie rzeczy. Sprawdziłam - były w miarę dobrym stanie i kompletne. Czterolatka jeszcze to łyknie. Trochę obciachowe, ale wiem, że nie tylko ja tak robię :) Tłumaczyłam sobie, że Mała w tym miesiącu już dostała kilkanaście różnych, nowych, drogich podarunków. Dorzuciłam jeszcze dwa drobiazgi - karty do gry z cyklu Monster High (leżały już od jesieni i czekały na odpowiedni moment) oraz gazetkę z Barbie i Mariposą, także z wyprzedaży prasy (4,5 zł). I okazało się, że z wszystkich darów Mikołaja, Wiertka najbardziej ukochała te "badziewne" ;) Czyli karty do gry oraz gazetkę. To z niej zostały wycięte postacie z bajki, które teraz biorą udział w zabawach.

Pierwszy Dzień Świąt do spędzenia w domu. Nie planowałam poświęcić go w całości odpoczynkowi. Od słodkich chwil z moją córką bywam czasami ogłuszona :) Czekałam do zmierzchu by wyciągnąć nas na oglądanie dekoracji świątecznych i szopek w kościołach. Tak, wiem - agnostyczka i szopki. Wierzcie, by wyjść z domu z dzieckiem i chwilę odetchnąć, jestem w stanie jej nawet katolickie szopki pokazać :)

Myślałam, że wszyscy w domach, przy rodzinnych stołach i po Placu Zamkowym, czy Krakowskim Przedmieściu hulać będzie wiatr. A tu było całkiem sporo ludzi! Jak w niedzielne popołudnie. Podziwiałyśmy choinkę, świecącą karocę i renifery przy Skwerze Hoovera. Ludzi ogarnia jakieś ogłupienie. Nie można podejść spokojnie do żadnej z tych atrakcji, bo jest oblepiona osobami, które robią sobie z nią zdjęcie, więc wchodzisz im w kadr. I tak non stop. Do karocy była kolejka. Byłam bezczelna. Zdjęcia nie robię, niech dzieciak sobie wchodzi i się cieszy. Mam gdzieś, że jest na drugim planie czyjegoś zdjęcia. Czy na prawdę trzeba obfotografować wszystko, wszystko, ale to absolutnie wszystko? Cholera, nie mam aparatu!

Raz zrobiłam wyjątek i kupiłam dziecku drogi balon wypełniony helem. Wybrała Hello Kitty. Sprzedawca zapobiegawczo przywiązał balon do jej ręki, Kitty niosłam ja bo powiewała nad nami jak żagiel hiszpańskiej armady (może japońskiej). Dzięki czemu, nie zgubiłyśmy się z dzieckiem. Zajrzałyśmy do dwóch kościołów, ale tamtejsza atmosfera ciszy nie przypadła do gustu Wiertce. W drugim stwierdziła, że przecież ten pan mówi głośno. Tak dziecko, to msza... A ja czułam dysonans, dzierżąc w objęcia ogromną Hello Kitty :) Wyobraziłam sobie scenę - żłobek, dzieciątko, ja z córką i Hello Kitty na trzeciego. Ktoś robi zdjęcie i wrzuca do sieci. Jak mawiał Marshall Ericsen "Nikt nie budzi się rano ze słowami - dziś będę na Facebooku" :)

Oprócz tego obejrzałyśmy występ grupy b-bojów, z jedną b-girl. Fajna taka atmosfera ludycznego, świątecznego jarmarku. Gdy ludzie zamiast zamykać się w domach, wychodzą na ulice.

Koło 17.00 były już takie tłumy jak na jakiejś sylwestrowej imprezie. Nie da się chodzić. Szał cykania sobie zdjęć... Trzeba się zwijać do domu.

Dopiero na klatce schodowej wstążka Hello Kitty urwała się. Po wejściu do mieszkania puściłam ją wolno. Umościła się przy suficie nad drzwiami wejściowymi i teraz w każdego wchodzącego wpatrują się ciekawskie oczka bez ust ;)

A potem zadzwoniła koleżanka z pracy. Jest z ośmioletnim synem w szpitalu - zapalenie płuc, zostanie tam dwa tygodnie. W domu ma jeszcze dwuletnią córkę. To koleżanka miała być w pracy 27-go i w Sylwestra (ja 30-go). Ktoś musi ją zastąpić. Zaesemesowałam do trzeciej. Święta, bo nie odezwała się. A może to pokolenie Y - wolne od Wigilii do Nowego Roku jak psu micha. I chyba ma zabukowaną imprezę Sylwestrową gdzieś na Słowacji. Cholera. Zapowiada się, że ja będę siedzieć w pracy.

22:05, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 grudnia 2013
Sałatka brydżetowa

Dziś wyjątkowo dwa wpisy :)

Sałatka brydżetowa, to seria wpisów opisujących mnie z tej wstydliwej strony. Jednak publikacja swego czasu "Dziennika Bridget Jones" pokazała wielu kobieto, że idiotką można być z "gonościom osobistom". Co czynię :) A jedna z moich dobrych koleżanek, nawet zaglądająca czasem tu na bloga, powiedziała mi wtedy, że czytając te dziennik miała mnie przed oczyma.

Od dawna chodziła za mną ryba. Taka zwyczajna, smażona. Ale w budżecie się nie mieściła. Teraz robiłam przedświąteczne zakupy i zaszalałam - zamówiłam dorsza. Naiwnie sądziłam, że dostarczone mi zostaną filety, ze skórką co najwyżej. Im bliżej pory obiadu, tym bardziej ssało mnie na ziemniaki, kapustę kwaszoną i rybę. Zima, proszę państwa zima.

Rozplątują ja siatkę i co widzę? Dorsza, a jakże. W całości. Śpieszę dodać, że w kuchennym świecie poruszam się niczym na Niewidzialnej Wystawie (tej o świecie niewidomych) i dotąd przyrządzałam jedynie ryby w filetach. Ryba miała głowę, z łypiącym na mnie oczkiem oraz ogon. Pierwsze co zrobiłam, to wydając z siebie dziwne dźwięki odrąbałam głowę, bo łypiący na mnie dorsz wprawiał mnie w dysonans. Łatwo nie było. Choć nie tak trudno jak katom w czasach Henryka VIII. I jak widać, dla zjedzenia mięsa wiele jestem w stanie znieść.

Następnie zadzwoniłam do mojej ciotki, która od ponad trzech dekad ma przyjemność być małżonką zapalonego wędkarza, co to nawet z tych wypraw częstych ryby przywozi. Z dzieciństwa pamiętam, że ciotka dzielnie je oprawiała i rozbierała. Ona mnie popilotowała na głośnomówiącym w komórce :)

Okazało się, szczęściem dla mnie, że ryba została już w supermarkecie wypatroszona i nie musiałam w niej dłubać. Następnie ciotka dała mi banalną - dla większości odwiedzających bloga, dla mnie nie, radę - że tak, mogę go przepołowić i wyciągać kręgosłup, ale mogę także po prostu pokroić go w dzwonki, doprawić i tak usmażyć. Pierwsza opcja, przy moich zdolnościach manualnych, skończyłaby się papką dorszową. Gdyby ktoś pytał, jak mogę nie pamiętać, że ryby jada się także usmażone w dzwonkach, mając je w ustach w tym kształcie - bierny kontakt z rybami, to nie to samo, co czynny.

Zjadłam prawie kilo tego dorsza. Zagryzając kapustą kiszoną. Zima, proszę państwa zima.

16:35, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Przesilonie zimowe - zimowy czyściec

Już niedługo, dziś o 18:11 przesilenie zimowe. Powoli wydłużać będzie się dzień. Dla mnie to tak, jakby z klatki piersiowej schodziły płaty betonu :)
Dopiero w tym roku dotarło do mnie, że to także też początek zimy. Tej strasznej, krytykowanej, obwieszanej psami zimy. No dobra, nie przez każdego. Przeze mnie :)
Czyli czas powolnego umierania, zagarniania wszystkiego nocą, czas oddechu zabieranego kawałek po kawałku, to czas jesieni.
Zima to biały, mroźny okres nadziei, który trzeba przetrwać by zostać nagrodzonym wiosną. Światła jest coraz więcej, ale to jeszcze nie koniec wędrówki. Coś jak chrześcijański czyściec :)
A jeśli piekło istnieje to jest w nim nieustanny przełom listopada i grudnia :D

16:18, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 grudnia 2013
Sałatka macierzyńska - bezcielesność

Kiedyś już opisywałam próby namówienia Wiertki do zasypiania w swoim łóżku, swoim pokoju. Szło to opornie. Własne łóżeczko od roku zbierało kurz. A ja słyszałam od córki "po urodzinach, jak będą goście, będzie tort".

To były urodziny, byli goście, był tort :) W niedzielę. W poniedziałek, równo w 4-te urodziny spytałam córkę jak tam z zasypianiem. Zgodziła się :) Oczywiście położyłam się obok niej. My dwie na powierzchni 70 cm na 170 cm :) Czy coś koło tego. Pierwsze zasypianie wydawało mi się wiecznością. Wierciła się, kręciła. Godzinę zajęło jej zaśnięcie, ale zasnęła. Po północy przyszła do mojego łóżka, ale brałam to pod uwagę :)

I tak, na szczęście jest już prawie dwa tygodnie. Wiertka zasypia razem ze mną, potem ja się wymykam do siebie. Potem ona się budzi i przybiega do mnie. Jednej nocy relokowała się dopiero koło 4.00. Wierzę więc, że za którymś razem po prostu prześpi tak rano, a jeszcze za którymś zostanie jej tak na dobre.

Nie naciskam, nie zmuszam. Z tym wiąże się pojęcie "bezcielesności", z tytułu wpisu. Wiele osób, które rozstały się po wieloletnim związku, gdy tysiące nocy spędza się obok drugiego ciała, zna uczucie "bezcielesności". Jakby straciło się jakąś część ciała. Moje łóżko wydawało mi się wtedy nie 2 m na 2 m, ale 2 km na 2 km i ja jak pyłek pośrodku. Z czasem poczucie odrębności i autonomii wraca. Tak samo mają zapewne te maluchy. Takie samotne zasypianie w łóżku lub wybudzanie w środku nocy jest takie "bezcielesne".

Uważa się za naturalne, że dorosła osoba pragnie w nocy wtulić się drugie ciało, powdychać czyjś zapach. To samo pragnienie u małego dziecka jest określane jako kaprys. Ciekawe.

Wracając do Wiertki, wymyśliłam system znaczków - w nagrodę za zaśnięcie w swoim łóżeczku. Wydrukowałam na kartce trochę słoneczek, gwiazdek, księżyców. Co rano Wiertka wybiera sobie jeden z nich. W tym przypadku, ta metoda okazała się dla niej trafiona. Za trzy znaczki - lizak. Trochę konsumpcji jest :)

Był jeden kryzysowy wieczór. Moje dziecko głupie nie jest. Widzi, że gdy ona zaśnie, ja "jej uciekam". A ona przecież nie lubi spać beze mnie. Nie chciała iść do swojego pokoju. Ze mną i ze mną. Uznałam, że nie będę dziecka do czegoś zmuszać, naciskać. To nie ten typ człowieka. Uznałyśmy, że na jedną noc robimy odstępstwo. I następnej zasypiałyśmy już u niej.

Anegdotka też będzie. Pewnego wieczoru, Wiertka pożegnała mnie z łóżka:

- Idź już. Idę spać.

No ok. Wróciłam do siebie, ale za chwilę usłyszałam szelesty pod drzwiami pokoju. Na korytarzu stała mała:

- Ty idź spać, a ja zaraz do ciebie przyjdę.

Nieźle to sobie wykombinowała :)

Z zasypianiem oddzielnie wiąże się także inny nocny aspekt. Wiertka prawie przestała w nocy sikać. Zastanawiałam się wcześniej, jak robi się to z dziećmi. Mała długo spała w nocnej pieluszce, która rankiem była ciężka od moczu. Metodą było wysadzenie dziecka, "na śpiocha", tak 1-1,5 h po jego zaśnięciu. No ok. Tylko, czy my nie sikami przez sen, bo ktoś nas wysadza na kibel o północy? No nie. Jak długo tak robić?

Sprawa rozwiązała się chyba naturalnie. Wysadzanie dziecka, w pewnym momencie, przestało być sensowne, bo w nocniku było nic albo kilka kropel. Nad ranem zdarzało jej się w pieluchę. A odkąd śpi we własnym łóżeczku, wypadek nocny przytrafił się dwa razy, a wysadzam ją tylko, gdy przed snem rzeczywiście wypije sporo wody. Chyba układ moczowy i jego kontrolowanie po prostu same wystarczająco się rozwinęły. Bez napinania i koprowyścigu. Zobaczę jak będzie dalej.

Chyba dziecko mi dorasta :)

A ja powoli staje się kobieta wolną ;) Przynajmniej do 1.00-2.00 w nocy :D

20:35, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 18 grudnia 2013
Dom nad urwiskiem

Mam wrażenie, że moje życie to budowanie domu nad brzegiem urwiska, które się osuwa. Na dnie można się wygrzebać z kamieni, ziemi, skorup, wyjść na górę, zbudować nowy dom. Ale prędzej, czy później, ziemia znowu się osunie z hukiem w dół. Od nowa wychodzenie, budowa. Jak daleko bym nie uciekła od urwiska i coś postawiła, ono i tak mnie dogoni, ściągnie w dół. Zasypie. To tylko kwestia czasu.

To wpis z 18 grudnia 2001 roku. Nie blogowy :D Z wersji papierowej, gdzie jest dużo mięsa jak w jatce (gdy tu na blogu opisuję moje życie w wersji wege). Tylko interpunkcję poprawiłam.

Podczytuję teraz tamte czasy, złakniona dobrej literatury. Żarcik :D

Tak niewiele się zmieniło. Budowanie od nowa, od nowa, od nowa.

I jak ładnie Kalicińską antycypowałam ;)

22:34, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 grudnia 2013
Życie to sztuka pomyłek

Rano sokramka uszczęśliwiła mnie informacją, że blog wpadł na główną. Nie ma to jak duszności z biurze, które po weekendzie wychłodzone jest do 13 stopni C :) Przestraszyłam się, że teraz nawiedzą mnie trolle oraz hejterzy. Potem jednak pomyślałam, że by być hejtowanym, to trzeba być albo kontrowersyjnym tematycznie albo bardzo głupim. A ja jestem tylko nudnawo pośrodku.

Nasycenie mojego solowego życia pikanterią pokazuje moja dzisiejsza obserwacja przy kasie w supermarkecie. O, jakaś nowa prezerwatywa! Nietypowa. Ciekawe ile nowości pokazało się odkąd ostatnio uprawiałam seks i jak jestem do tyłu w gadżetach ;) Wiem, ktoś napisze, że i tak skończy się z klasyczną. Bo klasyka leży dobrze na każdym ;)

Wybrałam się dziś na wykład Festiwalu Nauki - "Jak się urodził judeochrześcijański monoteizm", bo co innego przed świętami :) Oczekiwałam czegoś innego - bardziej z dziedziny antropologii, etnografii, kultury, przenikania świata wielu bóstw i tego nadchodzącego monoteistycznego. A tak to było głównie historycznie.

W dodatku prowadzący, dr Sebastian Duda, miał piękny głos, z doskonałą dykcją. W którymś momencie połapałam się, że przypomina mi to kazanie na mszy. Szczególnie jeśli padają słowa "Jahwe", "Egipt", "Biblia". I niestety, moje ciało zaczęło reagować, tak jak trzy dekady wcześniej - zaczęłam odpływać. Przysypiać. Nie moje klimaty. Jako siedmiolatce, w głowie mi się nie mieściło, że można tak po prostu wymknąć się z mszy i iść w krzaki przeczekać. Trzy dekady później byłam już mądrzejsza. Wyszłam z wykładu.

A mogłam iść na spotkanie literackie ze Stasiukiem.

Życie to sztuka pomyłek.

20:52, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 15 grudnia 2013
Przyjęcie - reaktywacja

Jeszcze przed urodzinowym przyjęciem Wiertki pomyślałam, że zapewne bardziej by ją cieszyła uroczystość, na której będą jej koleżanki z przedszkola. Myśl była także strategiczna. Pięciolatki już zapraszają się na przyjęcia urodzinowe. Najczęściej wzajemnie. Być może jeśli poczekam do jej 5-tych urodzin, to ominą ją imprezy w roku 2014. A tak skoro sama wydała przyjęcie, to będzie zapraszana na te najbliższe. Albo przesadzam :)

W każdym razie pomyślałam o urodzinach wyprawianych także dla dzieci z przedszkola. Może po nowy roku, na spokojnie? Ale po ostatniej niedzieli zdecydowałam się iść za ciosem - kolejna niedziela, kolejna impreza :) Wiertka zapytana kogo chce zaprosić podała pięć imion koleżanek. W poniedziałek ułożyłam i wydrukowałam na karteczkach zaproszenia, kupiłam koperty i zostawiłam pani nauczycielce w przedszkolu (miała dać rodzicom).

Miałam swoje dylematy Czy zapraszać także rodziców? Czy zaznaczać, że tylko dzieci zostają? W końcu uznałam, że zostawię to ich uznaniu, a mi pointegrowanie się nie zaszkodzi.

A potem miałam dołka, bo nikt się nie odezwał. Wtorek, środa, czwartek, piątek. Na wszelki wypadek nie poruszałam już z Wiertką tematu przyjęcia. Było mi smutno za nią, że nikt się nie pojawi. Zapomni, to nie będzie jej przykro. Tylko kupię awaryjnie jakieś smakołyki, by wyjąć na stół, gdyby ktoś przyszedł.

Rodzice zaczęli potwierdzać w sobotę po południu. Czy ja jestem w wodzie gorącej kąpana, czy mam inne poczucie czasu jeśli chodzi o potwierdzanie :)

Dwie mamy zostawiły córki i poszły na zakupy. Jeden tata wrócił do siebie do sąsiedniego bloku, a dwie mamy zostały ze mną.

Sześć 4-5 latek razem pod jednym dachem... Nie wiedziałam, na co się piszę :D Myślałam, że trzy godziny przyjęcia, to może za mało, a po półtorej godzinie byłam już zmasakrowana :) Dobrze, że rodzice zaczęli odbierać dzieci po jakiś dwóch.

Z tego wszystkiego zapomniałam spisać awaryjnie tematy zabaw dla dzieci i tematy rozmów z mamami ;) Jakoś poszło. Dziewczynki razem się bawiły. Nie wiem co sąsiedzi na to, gdy znalazły maskę Spider Mana i ganiały się piszcząc pod niebiosa po całym mieszkaniu. Do pewnego momentu jakieś spięcia szybko dało się stonować.

Potem wymyśliłam, dla uspokojenia atmosfery, grę - takie układanie żetonów-kwiatków. Nie było spokojnie. Bo żetony się im mieszały, bo jedna drugiej podebrała, bo tamta tej coś zarzucała. Podziwiam nauczycielki przedszkolne! Mała delikatna N usiadła obok Wiertki z otworzonym parasolem. Zarządziłam złożenie go, po - to niebezpieczne w takiej grupie, moja córka poczuła silną potrzebę zaakcentowania, że to jej własność. I Wiertka uderzyła koleżankę. Tamta poszła do drugiego pokoju łkając.

Moje dziecko zacięło się i odmówiło przeproszenia, przemyślenia sprawy, porozmawiania. Jak grochem o ścianę. Przez chwilę dziewczynki zbiły się w grupki, ale potem jakoś udało się odzyskać atmosferę.

Chyba nie było tak źle skoro trzy z dziewczyn (w tym mała N) płakały wychodząc i chciały jeszcze zostać :) A tak w ogóle, to cztery z pięciu z nich miały imię na N i za każdym razem inne :)

Wiertka pytana, czy wieczór jej się podobał twierdzi, że i tak, i nie, bo dziewczynki to lubią ją, to nie lubią. Jednak nie dociera jakoś do niej, że sama ma trochę trudny charakter - wywołuje awantury o zabawki, krzyczy, płacze, bije.

Niecałe trzy godziny przyjęcia, a ja czułam się jakbym w kamieniołomie pracowała :)

Sezon na przyjęcia urodzinowe otwarty. Przed nami kiedyś pierwsze "pidżama party" ;)

23:26, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Tagi