To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 31 grudnia 2014
Pożegnanie 2014

To, że 2014 jest trudnym rokiem czułam już od pierwszych dni. Styczeń się nie skończył, a ja już nie mogłam się doczekać końca roku. Ciągle było w poprzek, bokiem, pod wiatr. A przecież inni mieli cięższą sytuację.

Jednak, na samo pożegnanie nie potrafię powiedzieć "spadaj i super, że więcej się nie zobaczymy". A miewałam tradycję żegnania danego roku tuż przed północą. W końcu nie da się zamieść po dywan wspólnych 365-366 dni :)

2014 nie jest niczemu winny, że dostał taki los do przekazania. Nie strzela się do posłańca.

Dlatego postanowiłam wypisać 10 miłych rzeczy, które mnie spotkały w 2014 roku. No musi się tyle znaleźć :)

1. Pisałam powieść. Jeszcze nie skończyłam, ale od lutego do listopada był to czas systematycznego, choć nie dużego tworzenia treści.

2. Stworzyłam kilka wierszy. I podobało mi się to.

3. Szybko znalazłam nową pracę.

4. Szybko znalazłam kolejną nową pracę :D

5. Poznałam nowych ludzi (nowe prace)

6. Dziecko pięknie rośnie i się rozwija.

7. Nie wpadłam w nędzę, pieniądze były.

8. Robię fotobloga - próbuję nowych rzeczy.

9. Urodziła się moja bratanica.

10. Żyję i jestem zdrowa.

11. Ktoś przeprosił mnie za to co mi zrobił.

 

Wyszło nawet 11 punktów :)

 

Mam nadzieję, że nie wyolbrzymiłam moich nadziei związanych z rokiem 2015 i na prawdę będzie lepszy i wyjdę na prostą, chociaż na kilka lat. Czego i Wam życzę :)

13:43, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
wtorek, 30 grudnia 2014
Dzięcięce przyjaźnie

Jak dotąd znajomość mojej córki z koleżanką kwitła. Widywały się na zmianę - jednego dnia ona u nas, drugiego moja tam.

Zauważyłam, że gdy Wiertka jest u kogoś wtedy zachowuje się w miarę grzecznie, dopasowuje się. Niestety, na swoim terenie jest strasznie dominująca. Pierwsza wizyta małej M wyglądała tak, że na jej kilka słów przypadało kilkadziesiąt słów mojej córki. Słów wyrzucanych z prędkością karabinu maszynowego, o natężeniu sylwestrowych petard. W dodatku narzucała zabawę. Koleżanka była trochę przytłumiona i ze dwa razy szepnęła cicho, że chce do domu. Dopytana, mówiła, że chce zostać. Okazało się, że to pierwszy raz, gdy była poza domem, bez towarzystwa mamy i widocznie czuła się zagubiona.

Kolejna wizyta była już lepsza. Większych zgrzytów nie było. Choć nadal uważałam, że moja córka się rządzi, a koleżanka dopasowuje bez zachwytu.

Miałam inny kłopot z moją córką. W domu nie chciała nic jeść, za to u sąsiadów jadła obiady aż jej się uszy trzęsły. A mi głupio, że kogoś objada. I jak to o mnie świadczy :) Głodzę dziecko :)

Dziś był niemiły zgrzyt. Wiertka dostała pieniądze od pradziadka i pojechałyśmy kupić dwa malutkie zestawy Lego. Nie pomyślałam, że moje dziecko nadal, w obliczu nowej zabawki, będzie się zachowywać jak maluszek. Wizyta koleżanki trwała krótko, bo Wiertka reagowała protestem na dotknięcie jej klocków, na inne ułożenie figurek niż ona sobie życzyła. Mała M odrzekła, że moja córka zachowuje się jak królowa. Co niestety było prawdą.

W końcu, gość poszedł do drugiego pokoju, a moje dziecko nic sobie z tego nie zrobiło. Uznała nawet, że chce zostać ze swoimi zabawkami sama. Było mi niesamowicie przykro. Musiałam wytłumaczyć dziewczynce, że powinna wracać do domu. Przeprosiłam za Wiertkę, wytłumaczyłam, że to przez nowe zabawki. Oczywiście, odprowadziłam ją i przeprosiłam jej mamę. Moje dziecko pożegnało dziewczynę radośnie, co nasunęło mi wątpliwości, czy Wiertka ma jakąś empatię.

Potem próbowałam z nią o tym porozmawiać, ale mam wrażenie, że niewiele zrozumiała. Jest dla mnie zadziwiające, że ktoś tak nadwrażliwy jak ja, z nad empatią mógł wydać na świat kogoś, komu inni zwisają. To zapewne po tatusiu - tak mówią wszystkie samotne matki ;) Choć, jak sobie przypomnę siebie z czasów młodości to także potrafiłam być bezwzględna i okrutna w osądzaniu innych.

Oczywiście, dziewczynki mogą bawić się zawsze w domu sąsiadów, bo tam dotąd nie było sprzeczek. Tylko, czy to rozwiązuje kwestie związane z charakterem mojej córki? Musi nauczyć się, jak być gospodynią, jak traktuje się gości, jak uwzględniać potrzeby innych.

I muszę chyba zacząć się inaczej z nią bawić. Dotąd mnie także narzucała sposób zabawy, łącznie z tym co mają mówić i co mają robić moje lalki. Obłęd. Powinnam się chyba zbuntować :)

16:46, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 grudnia 2014
Raport

Chyba wychodzę z "życiowej śpiączki farmakologicznej". W medycynie sztucznie wprowadza się czyjś organizm w długi sen, by w tym śnie mógł się regenerować. Ja czasami tak mam, że sama się w taki sen wprowadzam. Pierwsza część grudnia to był sen do późna, trudności w wybudzeniem, drzemki w środku dnia. Tak na prawdę, dobrze czułam się taka niedobudzona.

Wreszcie chyba doładowałam sobie baterie. Nawet wróciłam do pisania. Wcześniej nawet przepisywanie mnie przerastało.

O świętach nie będę pisać, ale mogę potem pocieszająco poopowiadać sokramce :) Tylko, że mnie to już lata koło dupy :)

Wczoraj byłam na imprezie poświątecznej, pod hasłem czyszczenia lodówek po świętach :) Zapraszała jedna z forumowych koleżanek. Tym razem dominującą grupą zawodową byli psychoterapeuci i psycholodzy :) Znowu byłam prawie jedyną singielką, a gospodyni była jedyną znaną mi osobą. Dla kogoś takiego jak ja, introwertyka, to duży stres. Każdy z kimś rozmawiał, ludzie gromadzili się w 2-4 osobowych grupkach. Nie chciałam siedzieć na karku koleżance, bo była odpowiedzialna za wszystkich. Spięłam się jednak i zamiast siedzieć w kącie dosiadłam się do jakiejś grupki i po jakimś czasie przysłuchiwania udało się wtrącić komentarz. Potem zmieniała grupę i poszło już lepiej. W końcu całkiem nieźle się bawiłam.

Poznałam też całkiem miłego, zabawnego i przystojnego mężczyznę, by pod koniec imprezy dowiedzieć się, że to nowy towarzysz mojej koleżanki właśnie :) Poznała go na portalu randkowym. Zaczęłam się łamać. Dotąd myślałam, że można tam spotkać świrów, żonatych udających bycie w separacji oraz łowców okazji do szybkiego seksu. Jeśli są tam też tacy fajni goście, to chyba się zaloguję :)

15:10, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 24 grudnia 2014
Wesołych Świąt :)

13:38, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 grudnia 2014
Przedszkolny konkurs

Wspominałam jakiś czas temu, że obiecałam Wiertce, że tym razem weźmiemy udział w przedszkolnym konkursie. Od razu zapytała się pani nauczycielki i dowiedziała się, że tematem będzie ozdoba choinkowa. Na długo, zanim ogłoszono oficjalnie wiadomość :)

Mała wróciła do domu i rzuciła się od razu do pracy twórczej. Pierwsza praca na konkurs wyglądała tak:

 

Nie byłam pewna, czy świat przedszkolny jest jeszcze gotowy na tak dalekie odbiegnięcie od klimatu świątecznego. A nie chciałam też zniechęcać dziecka. Odczekałam trochę i znalazłam w sieci fajny pomysł na pracę - Mikołaja w kominie.

Dziecko zobaczyło zdjęcie w internecie i od razu rzuciło się robić swoją wersję. Pisałam coś, więc nawet nie zdążyłam jej pomóc. Mój jedyny wkład, to obrysowanie na szybko postaci Mikołaja.

 

 

Nadal nie byłam pewna, czy świat przedszkolny jest na to gotowy. Wiedząc jakie prace się pojawiają i że udział dziecka to zazwyczaj siedzenie obok i podawanie materiałów.

Wreszcie, ostatnią pracę zrobiłyśmy razem. Tym razem mój udział zawężał się do wyrysowania elementów, a wycinanie, klejenie, malowanie, to część dziecka.

 

 

Oczywiście, konkurs nie miał wygranych i przegranych. Każde dziecko dostało za udział dyplom, a wszystkie prace zawisły na wspólnej choince w holu przedszkola. Wiertka jest dumna :)

 

Zapraszam też na

http://praskilajfstajl.blox.pl

:)

14:27, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Sałatka macierzyńska

Zaległe anegdotki z życia moje dziecka. Niektóre w świątecznym klimacie:

 

- Bo ty nie kupujesz mi prezentu.

- Za trzy dni dostaniesz prezent od Mikołaja.

- Ale od ciebie nie.

 

***

 

- Kiedy Mikołaj dostaje prezenty?

Doszła do wniosku, że latem, kiedy odpoczywa.

 

***

 

Po kilku, rozciągniętych w czasie, opowieściach o tym, że za moich czasów nie było tyle czekolad, komputera, serka Danio, tylko jedna, krótka bajka w telewizji.

- W twoim dzieciństwie niczego nie było. Nie jest ci smutno?

 

***

 

Już kilka razy słyszałam, jak opowiada różnym ludziom, że ma uczulenie na orzechy. Jakoś nie na te w środku czekolady :) Ostatnio wyjawiła, o co chodzi.

- Jadłam orzechy u taty i one nie były dla mnie pysznością. Dlatego postanowiłam, że będę miała na nie alergię. Tak mówię ludziom.

09:13, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 grudnia 2014
Próby wyfruwania z gniazda

Może już kiedyś pisałam, ale kilka pięter nad nami mieszka rodzina z dziewczynką w wieku Wiertki. Jej mama już lata temu zawarła ze mną znajomość, poznała z innymi matkami na placu zabaw. Od chyba ponad roku, umawiałyśmy się, że dzieci mogłyby się - w sezonie zimowy - bawić razem. Zawsze coś jednak nie wychodziło. Dziewczynki poszły do dwóch różnych przedszkoli. Znają się z windy i czasem z placu zabaw. Dość słabo. To my, matki, głównie sms-ujemy i rozmawiamy.

Mój blok jest dość średni wiekowo. Jak na ostatnim spotkaniu powiedziałam koleżankom, że sąsiedzi to ludzie 50-60 lat i za dziesięć, dwadzieścia lat zaczną naturalnie odchodzić, to nie wiedziały czy się obrazić, czy śmiać. Wybrały to drugie. Bo same są 60+. Na serio, one dla mnie są jak z mojego pokolenia. Efektem takiego rozkładu wieku jest to, że jest niewiele dzieci. W naszej klatce, na trzydzieści mieszkań jest tylko dwoje dzieci - moja córka i mała M. W innych klatkach i blokach nie jest lepiej.

Aż tu w piątek, sąsiadka po prostu zadzwoniła i powiedziała, żeby Wiertka przyszła. Bez ceregieli, bez umawiania. Bo jej dziecko siedzi na głowie i marudzi, że się nudzi. Dzieci są już w takim wieku, wyrosły, że można je puścić samo, bez siedzenia dorosłym do towarzystwa. Tylko podjechałam te kilka pięter windą. Moja córka pobiegła z ochotą, choć dziewczynkę zna średnio.

Byłam rozdarta. Czułam, że powinnam zrobić coś ważnego - pranie, prasowanie, porządki, pucowanie. Sama w pustym domu. A oglądałam telewizję i czytałam książkę. Zadzwoniłam za godzinę - dzieci bawią się super. Zadzwoniłam po godzinie - moje nie chce wracać do domu. Wróciła po dwóch i pół godzinach, późnym wieczorem.

W sobotę, obudziłam się z nawracającym atakiem kaszlu i zmęczeniem. Weekendowe poranki spędzam w łóżku, ze śniadanie, książką. Dziecko coś sobie ogląda, albo się bawi. Nie jestem osobą, która zrywa się wcześnie i zajmuje się domem. Koło 10:00 zamiast się ubrać, przyłożyłam jeszcze głowę do poduszki. Na chwilę. Po półtorej godziny obudził mnie telefon sąsiadki. Planowała cały dzień gotować na święta, a dziecko marudzi, że chce się z nią bawić. Wiertka pojechała na górę uszczęśliwiona. Była tam od 11:40 do... prawie o 19:00 (bo ją w końcu wyciągnęłam). Dzwoniłam co jakiś czas, ale sąsiadka mówiła tylko, że dzieci fajnie się bawią razem. Mam nadzieję, że też dobrze się z tym czuła, bo całą sobotę miała dla siebie.

Było mi głupio, że moja córka przesiaduje tyle u obcej rodziny. Jakby tam czuła się lepiej niż w domu rodzinnym. Teraz chcę któregoś dnia zaprosić do nas tamtą dziewczynkę. Czułam się dziwnie. Pobyt dziecka u ojca uważam, za coś oczywistego i mogę wtedy się lenić, wypoczywać. Nie mogę sobie jednak jeszcze poradzić z tym, że dziecko idzie do koleżanki. Co ja mam wtedy z tym czasem zrobić? Powinnam zrobić coś wielkiego - pisać, sprzątać. Powinnam COŚ zrobić. A ja byłam zmęczona kaszlem, bólem głowy, sennością. I sobotę przedrzemałam, poczytałam, coś obejrzałam. O, dwie zupy nagotowałam na obiady.

Tak czekałam na dzień, w którym moja córka nad moje towarzystwo przedłoży towarzystwo rówieśników. A jak to się stało, to czuję się taka... osierocona :)

11:16, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 grudnia 2014
Sałatka życiowo-macierzyńska

Mój projekt drugiego bloga może zaraz zdechnąć, bo zepsuł się kabelek przerzucający zdjęcia z aparatu do komputera. Sprawdziłam też na firmowym laptopie - to zdecydowanie on. Chyba, że znowu blondynka coś pokręciła. Spróbuję poszukać nowego z sklepie. Chyba zacznę od jakiś działów elektro w centrum handlowym.

Kilka dni temu zajrzałam do zamrażarki, by zrobić dla dziecka kostki lodu z soku (lubi to). Wyrwałam drzwiczki od jednej z półek i wreszcie przyjrzałam się wnętrzu dokładnie. Niczym z bloga Chujowej Pani Domu, mój zamrażalnik wyglądał jak biegun polarny. Tylko tam białego misia brakowało. Mam szczęście, że jeszcze lodówka nie padła, choć ciekawe ile prądu zeżarła. W efekcie, wczoraj do 22:00 rozmrażałam, wybierałam wodę, wycierałam podłogę. Muszę wpisać w telefon komórkowy przypomnienie, by za jakiś czas znowu wywalić stamtąd śniegi i lody. Aura mi nie sprzyjała, bo zima ciepła i żarcie prawie się rozmroziło na balkonie. Na szczęście dużo tego nie było. I mogłam się przecież połapać latem.

Moja córka jest kopalnią anegdotek, ale dziś będzie tylko jedna.

Dostała w mikołajowej paczce w przedszkolu m.in. klocki. Można z nich układać różne pojazdy. Dopytałam się - wszystkie dzieci dostały takie same, i dziewczynki, i chłopcy. Seksistowskie, czy genderowe? ;) Ja miotałam się pomiędzy lodówką, pralką, a kuchenką z obiadem, a Wiertka zaczęła się bawić. Marudziła, że coś jej nie wychodzi, wołała mnie, ale nie mogłam jej pomóc. Nie mogła złożyć klocków. Po chwili cisza - rozgryzła system. Niedługo, znowu płacze, woła mnie. Bo chce zainstalować kółka, a nie może. A ja nie mogę jej teraz pomóc. I ponownie, cisza - rozgryzła problem. Nie według ulotki, ale usadziła je po swojemu.

Byłam dumna z mojej córki, że poradziła sobie sama z takim problemem technicznym. Zapewne, gdybym bawiła się razem z nią, to ja bym to zrobiła. Albo i nie, bo patrzyłam już na ulotkę z opisem budowli z tych klocków i na razie jestem skołowana ;) Moje dziecko okazało się bardziej sprawne technicznie ode mnie. Podejrzewam, że zapewne we wczesnym dzieciństwie byłam we wszystkich manualnych, technicznych rzeczach wyręczana i przyzwyczaiłam się, że "samo się robi".

Potem było trudniej, bo mała była zmęczona. Jak jest zmęczona, to ma to swoje "w sekundę do setki na skali wkurwu". Złożyła całkiem nowy pojazd (nie było takiego w ulotce), ale chciała by miał otwierające się drzwi platformę, a było to niemożliwe, bo jednocześnie wypadały kółka. Nie chciała tego przyjąć do wiadomości, zmienić miejsca wsadzenia kółek. Krzyczała, płakała i wołała, że to moja wina i zniszczyłam jej piękny samolot. Bardziej przypominał rakietę kosmiczną, ale nie chciałam już się sprzeczać ;) Z godzinę to trwało. Dopiero bajki odwróciły je uwagę od tragedii i uspokoiła się.

09:18, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 grudnia 2014
Raport przesileniowy

Może rzeczywiście, ktoś wysyłał jakąś energię, bo przedwczoraj, po południu z godziny na godzinę czułam się coraz lepiej. Kaszel zszedł do lekkiego poziomu, katar zniknął, zmęczenie zniknęło, oczy zmatowiały, a głos przestał skrzeczeć. Niestety, odstawiłam syrop na kaszel i dziś znowu mam jego ataki, ale biorę z powrotem. Budzę się w miarę normalnie, z ciężkim sercem w tej ciemnicy, ale potrafię się pionizować w jakimś możliwym czasie.

Wczoraj zabrałam Wiertkę na spotkanie kobiet ze stowarzyszenia. Było przedświąteczne lepienie aniołów z masy solnej. Tworzeniem zajęły się głównie dzieci, bo były jeszcze dwie córki jednej z nas (jedna już dorosła) i wnuczka gospodyni. Wiertka miała towarzystwo do zabawy. Ulepiła jednego konia i - z pomocą koleżanki - jednego aniołka. My zaś zajęłyśmy się pogaduszkami.

Jadąc na to spotkanie, mała śpiewała w tramwaju kolędę. "Chwała na wysokości, chwała na wysokości". Kłopot w tym, że ma trudności z wymową "w" w środku wyrazu - wychodzi jej nieme :) I z chwały, wyszła... :)

Cały czas przypominam sobie, że trzeba ubrać choinkę i natychmiast zapominam. Czy już się starzeję i gorzknieję? Jako dziecko i młoda osoba, stawiałam choinkę bardzo wcześnie. Uwielbiałam to oczekiwanie na święta w blasku lampek i połysku lamet. W dorosłym życiu skróciłam ten czas tak do 2-1,5 tygodnia przed Bożym Narodzeniem, ale nadal bawiłam się atmosferą. W tym roku może być tak, że o choince przypomnę sobie w same święta i znowu zapomnę. Córka nie przypomina o tym, nie dociska.

Wczoraj Były miał czterdzieste urodziny. Wysłałam mu rano życzenia. Wieczorem napisał mi sms-a, że przeprasza za to, jak mnie skrzywdził i żałuje, że ma taki charakter. Chyba jakieś podsumowania robi u progu piątej dekady.

08:58, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 grudnia 2014
Raport o przesileniu

Czuję się jak ktoś, kto nosi na głowie kosz z kamieniami i jednocześnie ciągnie drugi taki sam za sobą.

W tamtym tygodniu ledwo chodziłam. To taki stan, że jak już usiądziesz, to nie wstaniesz. Kładę się, a zmęczenie spływa z twarzy, włosów, rąk, ciała i wlewa się w materac. Z pozoru czujesz się już ok, ale kiedy próbujesz wstać, okazuje się, że to zmęczenie skleiło cię z materacem i masz już tylko energię na strzelanie pilotem, albo czytanie.

Ja pokasływałam, mała pociągała nosem. Dzielnie chodziłyśmy do pracy i przedszkola. Kiedy jednak z czwartku na piątek, przez całą noc miała ataki kaszlu, wzięłam dzień urlopu. Poczułam, że sama muszę odpocząć. Odpoczynek w domu z dzieckiem, gdy muszę posprzątać mieszkanie na jej niedzielne przyjęcie urodzinowe (i poprawić stan zdrowia nas obu), pojechać na zajęcia (referat), zrobić zakupy - super. Sprzątanie w domu, w którym jest male dziecko i świnka morska, przypomina grę, w której walisz młoteczkiem łepek ludzika wyłażącego z dziurki, on znika, pojawia się w innej dziurce, tam walisz, a on ponownie wyskakuje z tamtej, tam uderzasz, a on...

Na szczęście, Wiertka doszła do zdrowego stanu. Choć gdyby nie zamówiony tort, to przełożyłabym przyjęcie na następną niedzielę. Tort był efektowny, w kształcie Barbie z lalką w środku (z ciasta była balowa suknia), ale kosztował tyle, że chyba za rok nauczę się sama piec. Wydaje mi się, że co rok tak piszę...

Przełożyłabym przyjęcie, szczególnie, że goście zaczęli jeden po drugim odwoływać przybycie. Właśnie z powodu różnych przeziębień. Najsmutniejsze, że szczególnie dzieci. W którymś momencie miałam wrażenie, że prawie nikogo już nie będzie. Przynajmniej dziecko stwierdziło, że będzie więcej tortu dla niej :) Ja się trochę popłakałam. Bo to jeszcze jedna rzecz, która nie wypala w tym roku, który głównie składa się z porażek. Miałam chwilę słabości.

Potem okazał się, że gości było akurat, bo niektórym jednak się udało dotrzeć. Dzieci było troje, z czego jedno to niemowlę, drugie jubilatka, a trzecie gość do zabawy. Przez cały czas twardo się trzymałam i ani razu nie zakaszlałam. Mam nadzieję, że nie zaraziłam niczym mojej malej bratanicy :(

Na koniec moje dziecko uwiesiło się na ojcu z okrzykiem "Zostań! Nie odchodź! Zostań z nami!". To jeszcze został po wyjściu wszystkich. To stwierdziłam, że ja posprzątam, a on niech pobawi się z dzieckiem. Jednak musiał wyjść. Czego oczekiwał, że on będzie sprzątał?

Wszyscy wyszli, posprzątałam i puściło. Dostałam ataków kaszlu i kataru.

Najgorsze są poranki w tygodniu. Czarno za oknem. Ja nie mogę się dobudzić. Nie mogę dobudzić dziecka. Nie mogę dobudzić siebie dobudzającej dziecko. Wczoraj dwa razy wracałyśmy się do domu. Raz, zapomniałam portfela, ale gdy przejrzałam w kuchni torebkę, okazało się, że ciągle w niej jest. Zjechałam windą na dół, gdzie czekała moje dziecko, by zauważyć, że nie ma sobie spódnicy. Nie ubrałam jej do końca. Gdy jechałam tramwajem, zadzwonił telefon w mojej torebce. Nie mogłam znaleźć go tam, gdzie zawsze jest. Nigdzie go nie było. Doszłam do wniosku, że to dzwoni komuś obok, a ja telefonu zapomniałam. I nawet zaczęło mnie to martwić. Po dwóch przystankach, przypomniałam sobie, że przecież w drodze dzwoniło mi przypomnienie, więc muszę mieć ten telefon. Był w jakiejś dziwnej kieszeni. Nie mogłam wbić prawidłowego kodu domofonu do biura. Musieli mnie wpuścić. Mam mózg w rozsypce.

Na szczęście, mój szef uważa, że rozsiewam zarazki i powinnam wziąć zwolnienie lekarskie. Chciałam tylko zamknąć pewne sprawy i mam dziś bardzo ważne spotkanie, z bardzo ważnym klientem. Takim w typie korpo. Dzięki dużej ilości kawy i gorącej herbaty, moje nie oczy nie lśnią niczym różowe diamenty.

Miałam iść na dwutygodniowy urlop od przyszłego poniedziałku, ale nie jestem w stanie do tego poniedziałku dociągnąć.

09:38, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Tagi