To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 31 grudnia 2015
Sylwestrowo

Plany na dzisiejszego Sylwestra z córką :)

Księżniczki w 1000 kawałkach i 1000 księżniczek w nas dwóch :)

21:17, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 grudnia 2015
Alimentygate

I żeby było jasne. Uważam, że procent nie płaconych alimentów w Polsce jest żenujący. Ich kiepska ściągalność oraz mnogość kruczków prawnych także. Jest mi przykro, że idea tak szczytna jak KOD została zasmrodzona problemem z alimentami. Nikt nie pomyślał o tym, że jak to wypłynie - bo wypłynie - to zrobi się nieprzyjemnie. Liderzy nurtu demokratycznego uznali, że nie łożenie na własne dzieci, to drobiazg. A to co pisał Żakowski, jeszcze tylko ich pogrążyło - gdy mężczyźni idą na wojnę, dzieci muszą ponosić konsekwencje. Nie wiedziałam, że jesteśmy na wojnie od piętnastu lat. Bo tyle Kijowski ma kłopoty z płaceniem. Poziom praktycznego PR w KODie jest teraz gdzie na poziomie "level 0,5". Jak lider się kompromituje, to się go wycofuje i wystawia kogoś z dupą jak kryształ. Jeśli nie ma kogoś takiego, to nie jest żaden ruch, tylko folwark jednego charyzmatyka. 

Na szczęście rzadko kto czyta tego bloga, mogę więc pisać na nim rzeczy dziwne, kontrowersyjne i w poprzek.

Sprawa dotyczy, szeroko omawianej sprawy, sprawy, która zakryła taki drobiazg jak Trybunał Konstytucyjny, niepłaconych alimentów przez lidera KOD.

I do tego momentu wpisuję się z poglądami z powszechny - wśród blogerek dyskurs. A teraz będzie trochę w poprzek.

Z dwojga rodziców, po rozstaniu, to to które pozostaje z dzieckiem ma większe prawo do pogorszenia warunków życia, zmienienia stylu życia na gorszy. Paradoksalnie tak. Przyjmę teraz niesprawiedliwe, ale umotywowane statystycznie nazewnictwo, ale rodzicem, które na co dzień wychowuje dziecko nazwę - matka, to alimentujące - ojciec.

Mężczyzna powinien już do końca życia trwać na tym samym poziomie zarobkowym, co w momencie rozstania. Może mu się poprawić, super. Nie ma prawa jednak stracić pracy, zmienić na gorszą, mieć problemów zawodowych. Nawet jeśli ma, to musi skądś wytrzasnąć pełną kwotę alimentów, lub rośnie mu dług równy różnicy tego, co nie wpłaca.

A teraz, jak to jest z matką? Załóżmy, że mój wkład miesięczny w dziecko to 500 zł (przyjmijmy, nie musi to być kwota realna). Straciłam pracę. Szukam nowej kilka miesięcy. Zaciskamy mocno pasa, jemy chleb suchy i mój wkład to teraz 200 zł. Jak widać brakuje co miesiąc 300 zł. Czy zliczam te 300 zł co miesiąc i oddaję w końcu mojemu dziecku - w zabawkach, koloniach? Niekoniecznie. Gdy dostaję lepszą prace, to nam się życie poprawia i znowu wydaję 500 zł. Ojciec płacący alimenty, w analogicznej sytuacji miałby dług do spłacenia.

Załóżmy, że w momencie rozstania pracowałam w korpo i zarabiałam nieźle. Potem doznałam przewrotu mentalnego i postanowiłam postawić na proste życie. Zarabiam mniej, co za tym idzie mniej łożę na potrzeby dziecka. Jako matce wolno mi. Ojciec alimentujący nie ma takiego prawa.

Inna przewrotna kwestia. Jeśli mąż traci pracę, znajduje gorszą, to nikt mu w domu nie zlicza, ile teraz jest winny domowemu budżetowi, dzieciom. I ten dług nie rośnie mu z miesiąca na miesiąc. Gdy to były mąż, to ma to już punktowane. Jedyne pocieszenie, że nie trzeba już holować jamochłona.

Oczywiście, co przerabiam w praktyce owe plusy są zasypane przez wiele minusów. Na przykład przez to, że rodzic mieszkający z dzieckiem więcej łoży na nie w opiece osobistej, zajmowaniu się, siedzeniu na zwolnieniach lekarskich, ma mniejsze szanse znalezienia odpowiedniej pracy (ograniczenie godziną otwarcia placówek opiekuńczych), dorabiania na drugim etacie.

Chyba nie to mnie zniesmaczyło, że ktoś ma dług alimentacyjny - bo istotne jest, czy stara się cokolwiek płacić, znaleźć pracę, coś zrobić ze swoim życie (raczej tego tu nie było) - co próby wyjaśnienia i zbagatelizowania tej sytuacji przez najbardziej zainteresowanych.

niedziela, 27 grudnia 2015
Święta, święta i po

Miałam ochotę na samotną Wigilię Taką spędzoną tylko sama ze sobą. I to nie dlatego, że byłam przygnębiona, smutna, załamana. Po prostu nie czułam ducha świąt. Nie czuję go od kilku lat. Odkąd moja rodzina się rozsypała. Gdy w listopadzie ruszyła kampania reklamująca święta, drażniło mnie to strasznie. W grudniu mi przeszło.

Poprosiłam Byłego by zabrał Wiertkę na kolację wigilijną, na którą sam będzie szedł. A ja sobie posiedzę w domu. Zrobiło mu się smutno w moim imieniu. Okazało się, że idzie do swoich dzieci i byłej żony. Po kilku minutach ona zadzwoniła i zaprosiła mnie. Na moje wahanie, odrzekła, że smucić się będę po świętach. Nie wiem, czy zaproszenie było szczere. Głupio mi było wykręcać się.

Tradycyjnie, jak co roku, w Wigilię byłam w pracy odsiedzieć "dupogodziny". Tradycyjnie zabrałam ze sobą dziecko. Na świąteczną kolację zrobiłam sałatkę i upiekłam dwa dni wcześniej piernik (pierwszy raz w życiu).

Rozmowy o Wigilii odbywały się kilka dni wcześniej, ale dopiero na dwa dni przed świętami uwiadomiłam sobie, że przecież muszę im wszystkim kupić prezenty. Dziecko dłużej posiedziało na świetlicy, a ja w wtorek po pracy buszowałam w księgarni. Jestem płytka, ale uznałam, że skoro ja kocham książki, to innym też się spodobają. Nie miałam czasu, by wędrować po sklepach. Dziecko nadal wierzy w św. Mikołaja i musiałabym to jakoś jej wytłumaczyć.

Kolacja Wigilijna była miła. Pod choinką wylądowała ogromna ilość paczek od Mikołaja. A ja pierwszy raz od kilku lat dostałam prezent na gwiazdkę - i to nawet kilka. Na wyznanie Młodej, że chce sobie zrobić niedługo dredy (po osiemnastce), wykazałam entuzjazm, bo sama też chciałabym mieć taką fryzurę. Okazało się, że wręcz przeciwny stosunek ma jej matka :) A Młody pokazywała mi w sieci zabawne komiksy z Sartre'm i Nietzschem. Cieszyłam się, że jeszcze nie zapomniałam na tyle z filozofii i wiem, dlaczego dana puenta powinna mnie w danym obrazu bawić :)

Dla mnie taki zestaw osób przy świątecznym stole, to nic oryginalnego. Miałam jednak komentarze, że to bardzo dziwne świętowanie i nie typowe. Usilnie nie potrafię uczynić mojego życia normalnym. Nie nienawidzę ludzi, nie krytykuję ludzi, którzy są dla mnie przeszłością i oni nie robią tego w stosunku do mnie (przynajmniej otwarcie). Mogło być gorzej - mogłabym się przecież związać z rozwodnikiem z dziećmi i urodzić nasze wspólne. To byłaby rodzina.

A reszta dni już tradycyjna. Pierwszy dzień świąt u jednego i drugiego dziadka. Drugi dzień świąt u ojca i brata.

Dziś obudziłam się totalnie zmęczona. Bez siły. Święta to nie jest czas wypoczynku.

Tagi: życie
14:28, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
piątek, 25 grudnia 2015
Dwie Pełnie

Ten rok zaczął się pełnią księżyca w Raku (miejscem dla księżyca najlepszym) i kończy się pełnią księżyca w Raku. Nie dziwne, że to był fajny rok :) Pamiętam moje zdjęcie z tej styczniowej - jak fajnie wyszło :)

W dodatku pełnia wypadła w Święta Bożego Narodzenia, po raz pierwszy od 38 lat, więc było to dodatkowo ciekawe.

Poniżej wklejam zdjęcie zapożyczone od kolegi - dlatego takie piękne. 

 

 

Ja zapewne mogłabym moim aparatem zrobić podobne zdjęcie, ale mam opanowane tylko 2-3 funkcje. Własną fotografię pełni nad Pragą zrobiłam, ale półtorej godziny prób przerzucenia zdjęć z aparatu na komputer zakończyło się smutną refleksją, że albo coś jest nie tak z aparatem, albo kabelkiem (nie ma nawet roku, kupiony z powodu podobnego właśnie problemu), albo z komputerem. Chciałabym dożyć dnia, gdzie używam rzeczy, które są nowe, moje i działają normalnie :/

Jutro lub pojutrze opis świątecznego maratonu.

poniedziałek, 21 grudnia 2015
Ćwiczenia z logiki

Od mojego wybuchu, odrabianie lekcji przez dziecko wychodzi sprawniej. Po pierwsze, nie siedzę przy niej, tylko zostawiam samą. Wiertka tak woli. Nadal pisze nieładnie, nie trzyma się linii, rozjeżdża się jej to pisanie. Uważam, że teraz ćwiczymy nawyk odrabiania. Nie zawsze uda się zrobić wszystko, ale uważam, że więcej niż pół godziny pracy dla sześciolatka, to przesada. Jak słyszę, że inna mama sadza swoje dziecko na godzinę, bo ściera mu, to co napisało i każe poprawiać, to dziękuję. 

Dziś widziałam sprawdzian, który moje dziecko napisało w świetlicy, pod bokiem pani wychowawczyni, bo wtedy gdy robiła to cała klasa rzucało się z płaczem na podłogę. Dostała 9 na 11 punktów. To dlatego, że pisała w samotności. Reszta klasy ją rozprasza. Na to też znalazła się rada. Wiertka siedzi teraz w pierwszej ławce, tuż przed panią nauczycielką. I jest zachwycona. Uważa, że to najlepsze miejsce w klasie :)

Mnie rzuciło się w oczy jedno zadanie ze sprawdzianu. Dzieci miały z rozsypanych wyrazów "rolki." "ma" "Tomek" ułożyć zdanie. Wiertka zdobyła za to 2 punkty. Byłam zaskoczona, bo do czytania samodzielnego się nie wyrywa. A tu odczytała i złożyła w zdanie. Moje dziecko oświadczyło mi, że - pani powiedziała im, że zdanie zaczyna się od wielkiej litery, a kończy kropką. W takim razie wzięła najpierw wyraz z wielką literą, na koniec ten z kropką, a w środek dała ten co został.

Jedni kują przez godzinę. Inni kombinują. Co lepsze?

Mam nadzieję, że intuicyjna logika pomoże mojemu dziecko dorosnąć do reformy edukacyjnej.

Tagi: córka
19:10, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 grudnia 2015
O czarownicach

Czasami będzie o literaturze.

Natrafiłam ostatnio w bibliotece na "Czarownice z Eastwick" Johna Updike'a. Film oglądałam i to nie raz. Uznałam, że mogę sobie przeczytać pierwowzór, jako coś lekkiego i przyjemnego. I zobaczyłam, jak daleko ekranizacja może odbiegać od pierwowzoru - scenariuszem, klimatem, zakończeniem. To dwie różne historie - łączy je tylko miasteczko, i czworo głównych bohaterów.

Jeśli ktoś pamięta, to film jest lekką, zabawną komedią o trzech przyjaciółkach (rozwódkach) mieszkających w małym miasteczku i diabolicznym mężczyźnie, który je uwodzi po kolei.

Książka komedią nie jest. Dramatem też nie, ale czytając nie zawsze jest do śmiechu. Spodobała mi się, bo chciałabym napisać historię o złych ludziach, którzy robią złe rzeczy, nie mają wyrzutów sumienia i spotyka ich za to nagroda. Teraz miałam coś w tym stylu w rękach.

Bohaterkami nadal są trzy rozwódki, ale nie do końca wiadomo, jak zniknęli ich mężowie. Na ile to autentyczny efekt czarnej magii (panie naprawdę się nią zajmują), na ile pewna metafora uwiędnięcia w związku. Każda z nich sypia z żonatymi obywatelami Eastwick. Na swój sposób pomagając utrzymać kruchą harmonię małżeństw w miasteczku. Żonaci kochankowie co jakiś się zmieniają. Gdy pojawia się Daryl van Horne, jego urok nie tylko uwodzi nasze czarownice, ale sprawia też, że uwodzą się one nawzajem. Czego nie ma w filmie, pojawia się także czwarta kobieta, bardzo młoda - także uwodzona przez nie. Na basenie van Horne'a odbywały się kobiece orgie :) A niektóre sceny erotyczne absolutnie nie pojawiłyby się w żadnej ekranizacji, nawet jeśli postawiono by granicę na widowni powyżej 35 lat :)

A od połowy historii, książkowa wersja, robi się mroczna, okrutna i idzie w kompletnie innym kierunku niż film. Jednak kończy się jakąś przewrotną formą happy endu, bo każdy zainteresowany odnajduje miłość, czy co tam może funkcjonować jako produkt miłościopodobny.

Powieść i film różni też czas, w jakim dzieje się ta historia. Film dzieje się w czasie aktualnym (książkę wydano w latach 80 tych). Akcja powieści dzieje się w latach 60t ych, które miały swój specyficzny klimat społeczny i seksualny, których echa docierały do Eastwick. I bohaterki, i ich kochankowie rodziny pozakładali w słodkich latach 50 tych i teraz, po kilkunastu latach, dobiegając czterdziestki, coraz tęskniej patrzyli na to, co się dzieje dookoła. Na odrobinę szaleństwa.

Tak naprawdę, to powieść i film można potraktować jako oddzielne byty, oddzielne historie. Inaczej musiałabym stwierdzić, że ekranizacja jest purytańska :) Biorąc pod uwagę, że opiera się na książce, gdzie biała i czarna magia jest ważna, której tytuł nawiązuje go głośnej historii z Salem, jest to nieco absurdalne :) Film jest purytański tak jak Ameryka lat 80 tych. Choć ogląda się go przyjemnie.

 

Nie mogę się powstrzymać przed kilkoma kontrowersyjnymi cytatami :D

"Kiedy sypia się z żonatym mężczyzną, w pewnym sensie sypia się również z jego żoną, dlatego trzeba uważać, by nie przynosiła wstydu"

"Z żony jest taki pożytek, że zaoszczędza ci konieczność podejmowania decyzji"

"Nuda żony jest częścią społecznej umowy, ale nuda kochanki podkopuje wiarę mężczyzny w samego siebie"

Oraz na koniec:

"Życie rozwódki w małym mieście przypomina trochę grę w Monopol: w końcu lądujesz na każdej nieruchomości po kolei"

Ja się pytam - gdzie są te miasteczka :)

środa, 16 grudnia 2015
O nadpobudliwości

W poniedziałek był Dzień Otwarty w szkole, czyli po prostu można było przyjść porozmawiać z nauczycielką. Na przyjęciu urodzinowym dowiedziałam się o różnych pracach domowych, które moje dziecko nigdy nie zrobiło. Na wszelkie pytania, co zadane odpowiada dyplomatycznie: "Nie wiem" / "Nie pamiętam". Chciałam poprosić wychowawczynię, by jakoś zaznaczała mojemu dziecku prace.

W poniedziałek ciśnienie pikowało w dół. Rodziców przyszło sporo. Stałam w kolejce na korytarzu, a mój mózg boleśnie zwijał się do środka. Gdy wreszcie, weszłyśmy do klasy, o 19:15, miałam w czaszce wydmuszkę.

Okazało się, że to wychowawczyni ma całą litanię żalów dotyczących mojego dziecka. Chodzi po klasie, tańczy na dywanie, rozśmiesza inne dzieci, skupia na sobie uwagę - to wszystko w czasie, gdy prowadzone są zajęcia. To już było we wtorek, ale też napiszę - dzieci pisały sprawdzian. Z wyjątkiem Wiertki, która odmówiła i dla podkreślenia protestu rzuciła się z płaczem na podłogę. O ile miesiąc temu pani mówiła o nadpobudliwości, to w poniedziałek mówiła o dużej nadpobudliwości.

Jednak zaczęła zaznaczać w dzienniczku, to co Wiertka ma zrobić, Czyli to, czego nie zrobiła w klasie. Wczoraj próbowałam z małą nadganiać. I oczywiście, prawie godzina wycia, krzyków, rzucania się. Zbliżała się 19:30, znowu czułam, że dzień mi przecieka, nic nie robię tylko siedzę przy tym nieszczęsnym dziecku, a sprawa nie posuwa się nawet o jedno napisane słowo do przodu.

I wtedy eksplodowałam. Daruję szczegóły. W każdym razie, po kilkunastu sekundach eksplozji, poszłam, z bolącym brzuchem wypalić w kuchni papierosa. Tak, podpalam czasem - pomieszkajcie z moim dzieckiem, to sobie pogadamy.

Wróciłam i co zobaczyłam? Moje dziecko odrabiało lekcje. Pisała te nieszczęsne słowa i zdania. Nie przeszkadzałam, bo i tak wychowawczyni namawia rodziców by uczyli dzieci odrabiać lekcje samodzielnie, bez asysty. Wiertka zrobiła wszystko w dwadzieścia minut. Napisała okropnie, nie trzymając się linii, nie robiąc przerw pomiędzy wyrazami, ale dla mnie ważniejsze jest, że zrobiła to sama. Niech ma to pozytywne wzmocnienie. Następnego dnia, specjalnie pojechałam później do pracy, by złapać jeszcze panią wychowawczynię i wytłumaczyć jej, że dziecko pracę zrobiło i żeby nie krytykować, że napisała brzydko.

Udało mi się wreszcie dodzwonić do porani psychologicznej i w styczni jesteśmy zapisane z Wiertką na wizytę.

Jestem trochę podłamana. Mogłabym pójść do dyrekcji i poprosić o przeniesienie dziecka do zerówki. Tyle, że wyrwałabym ją z grona dzieci, które zna od trzech lat, z przedszkola, z którymi się zgrała od września. Mogłabym ją przenieść do zerówki w innej szkole, taki totalny start, ale ta szkoła jest najciekawsza w okolicy.

Nie jestem przeciwniczką reformy edukacyjnej, bo widzę, że inne sześciolatki w klasie świetnie sobie radzą. Tylko moje dziecko nie. Nie chcę, by rodzice zaczęli mieć potem żal do mojego dziecka, że rozwala lekcje swoim zachowaniem. Uwaga otoczenia jest dla mojej córki niczym benzyna na jej ogień - rozkręca się się w swoim zachowaniu. Przyda się w prowadzeniu programów rozrywkowych, ale do tego czasu trzeba jakoś skończyć szkołę.

Tagi: córka
20:24, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
wtorek, 15 grudnia 2015
Urodzinowo

Za mną intensywny weekend.

W sobotę zajęcia, sprzątanie mieszkania. 

W niedzielę przyjęcie urodzinowe mojej córki. W tym roku wybrałam miejsce poza domem. I to całkiem niedaleko. Poszło na to połowę mojej październikowej prowizji za obsługę klientów, ale żeby ogarnąć chaos w tamtym czasie schudłam ze dwa kilo. Połączyłam przyjęcie dla rodziny, z tym dla koleżanek i kolegów. Miejsca było sporo, a nie ograniczano mnie liczbą gości, jak w innych miejscach.

Okazało się, że zrobiłam dobrze. Z rodziny pojawił się tylko mój tata, tata Wiertki i jej siostra. Reszta się pochorowała, razem z dziećmi.

Za to z klasy przyszło trochę koleżanek. Przyprowadziły młodsze rodzeństwo. Ich rodzice weszli na chwilę i już zostali. Dzieci były, z jednym wyjątkiem, z klasy. Dzieciaki szalały, a dorośli sobie plotkowali, integrowali się. Naprawdę atmosfera była fajna. Było karaoke i śpiewanie piosenek z bajek - głównie tych z Barbie i "Krainy Lodu" :)

Nakupiłam za dużo smakołyków. Okazało się, że dzieci zajęte zabawą, prawie nic nie jadły.

Impreza trwała od 11:00 do 14:00 (potem były kolejne urodziny). Na obiad zaprosiłam do domu, aktualną sympatię mojego byłego. Przyjechała z córką. Dziewczynka była z urodzinową rewizytą. Obawiałam się, że będzie mi ciężko, ale jak sobie posiedziałyśmy we dwie, to dobrze nam się gadało. Unikając Drażliwego Tematu. Po 17:00 odprowadziłyśmy je na dworzec kolejowy.

Poniedziałek i wtorek były ciężkie. Nie w pracy - w pracy odpoczywałam, relaksowałam się i miło spędzałam czas. To kwestie związane z moim dzieckiem skracają mi życie o kilka lat. Dotąd uważałam, że rodzic twierdzący "wpędzisz mnie do grobu" przesadza. Będzie o tym inny wpis.

Tagi: córka
20:16, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 grudnia 2015
In vivo o in vitro

Jestem po długiej dyskusji na temat "nowych technik rozrodu", które stały się już "technikami rozrodu" :) A tak naprawdę, to sama nazwa jest okropna i traktuje ludzi jak zwierzęta. W sumie, wszystkie te techniki mają swoje źródło w testach na innych ssakach. Chodzi oczywiście o in vitro i jej pochodne.

Było o tym, całkiem niedawno, szeroko i obficie w mediach. Będzie też niedługo, bo nowa, prawa, jedynie słuszna władza chce wprowadzać zmiany.

My pobawiłyśmy się w praktyków. W małych zespołach miałyśmy ułożyć własny projekt takiej ustawy o in vitro. Co, kiedy, dla kogo? Okazało się, że nie wystarczy feministycznie walnąć - wszystko dla każdego chętnego. Co i raz pojawiały się nowe kwestie do dyskusji i zgody nie było.

Kwestia wieku. Czy i jeśli tak, jaką dać górną granice wieku dla kobiety? Według mnie akurat granica być musi. I sama nie wiem, czy 50 lat nie jest za wysoka. Na pewno nie jest za niska. Kontrargumentem jest, że ważny jest indywidualny stan zdrowia kobiety. Jasne. Każda z nas mając 50 lat i trochę więcej jest królową życia i zdobywa świat. Może być nawet przekonana, że to fajny moment na dziecko. Podejrzewam jednak, że im bliżej siedemdziesiątki, tym jednak nie tyle sił mniej, co po prostu jest więcej ochoty na ten cudowny święty spokój. Święty spokój i nastolatek. Jasne. Mam nadzieję, że moje koleżanki 60+ nie zjadą mnie za to :)

W którym momencie dla pary? W dotychczasowym projekcie jest bodajże zapisane, że po roku bezskutecznych prób. Zawsze? Rozumiem, że gdy kobieta jest 35+ to każdy miesiąc jest cenny i nie trzeba zwlekać. Co jeśli jest młodsza? Wyobrażam sobie 25 latkę, która przychodzi do kliniki, mówi, że od roku próbuje i nic, więc ona chce in vitro. Czy nie warto - w każdym przypadku - zdiagnozować wtedy przyczyny niepłodności?

Przy okazji, dowiedziałam się, od sporo młodszej koleżanki, że gdy w jej otoczeniu pobiera się para grubo po trzydziestce, to wszyscy prorokują, że im to tylko in vitro zostało. Masakra. Dla mnie każdy stosunek seksualny, to potencjalne zagrożenie ciążą. Gdzie tam in vitro.

Kryterium dochodowe. Każdy na to hasło od razu pomyśli o tych strasznych bogaczach, co to ich na wszystko stać. Co jednak z ludźmi w odwrotnej sytuacji? Czy ustawiać minimalne kryterium dochodowe? Czy, w bardzo skrajnym przykładzie, para przebywająca od lat na bezrobociu i żyjąca z zasiłków może podejść do in vitro? A jeśli minimum, to jakie?

Kryterium zdrowotne. Czy in vitro także dla osób niepełnosprawnych? O, to by się szum zrobił. Czy in vitro także dla osoby ze zdiagnozowaną chorobą typy schizofrenia, CHAD?

Co z zarodkami, w przypadku rozstania pary, czy śmierci jednego z rodziców? Czy drugi ma prawo do ich wykorzystania w kolejnym związku? To problem boleśnie aktualny. Czytałam reportaż o kobietach, które po rozwodzie chciały dokonać transferu, ale byli mężowie nie wyrazili zgody. Trudno nie zrozumieć tych mężczyzn. Jednak zarodki są, zostają w niebycie, a za kilkanaście lat i tak zostaną oddane do adopcji (dla chętnych par, gotowych na transfer), bo tak stanowi polskie prawo.

Przy tym wszystkim spory o in vitro dla kobiet samotnych i par homoseksualnych, to czubek góry lodowej. A o tym się najwięcej pisze. I to też jest bolesne. Zostaje Ukraina i Łotwa.

W innym wpisie, może nie jutro, będzie o tym, jakie zarzuty wobec in vitro mogą mieć feministki. Bo, o dziwi, mają :)

A na koniec jeszcze rzuciłam, że skoro zarodek to dziecko, a rząd obiecał po 500 zł na dziecko, to pary posiadające mrozaki w klinikach, powinny wystąpić o pieniądze na te dzieci ;)

środa, 09 grudnia 2015
Świątecznie cz. 1

Na razie nie będzie wpisów o zacięciu intelektualnym, ale trochę kiczu.

Lubię przed świętami te piosenki, które tłuką radia i galerie handlowe. Trudno.

Rozpoczynam świąteczną serię.

Tagi: święta
18:41, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Tagi