To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 31 grudnia 2016
O 2016

Ostatni dzień 2016 roku jest taki, jak i cały ten rok był. No prawie :) I oby nie do końca :)

Wiem, że spora część osób (no nie ci znajomi popierający Dobrą Zmianę - czy wypada użyć wielkiej litery?) uważa 2016 za dopust boży, karę od losu i plagę egipską. Ja roczniki odbieram przez pryzmat swojego własnego życia. Jakoś tak się składa i to nie jest myślenie życzeniowe, że lata parzyste są dla mnie trudniejsze, lata nieparzyste są piękne. Było trochę wyjątków i na szczęście w drugą stronę - czyli nieparzyste wspominam miło. Co najdziwniejsze, aura zaczyna się zmieniać już jesienią roku poprzedzającego, już wtedy czuję, że będzie trudno. 

2016 nie wyłamał się ze schematu. Byłam cztery razy przeziębiona, miałam trzy fale kilkutygodniowego okresu stresu, na który reagowałam niewspółmiernie do jego wagi. Przez większość część roku byłam zmęczona, leżałam i cudem udało mi się nie być "matką nieobecną".

2016 nie był taki jak 1994, 2002, 2008, czy 2014, które uważam za najtrudniejsze w moim życiu, ale stoi w szeregu z nimi. I zawsze wiem, że nie można obwiniać roku. Miał pecha, że skorelował się z wydarzeniami w moim życiu.

Efekt tego jest taki, że mam w sobie tak silne przekonanie, że 2017 będzie super, że jak będzie inaczej, po prostu zignoruję niewygodne fakty :)

W tym roku ja miałam wybrać się na Sylwestra, a Wiertka miała zostać z ojcem. Jednak dostałam zaproszenie na fajne przyjęcie 6 stycznia, na którym chcę być (nawet na dwie imprezy, ale musiałam wybierać) i uznałam, że nie wynegocjuję dwóch weekendów pod rząd. A w pracy Byłego noc noworoczna to jeden z niewielu dni w roku, gdy bardzo dobrze zarabia.

W tym roku, jak czasami mi się zdarza, uwierzyłam przesądowi (mojemu wewnętrznemu też), że w Nowy Rok trzeba wejść z zamkniętymi wszystkimi sprawami. Kiedyś nawet siedziałam i cisnęłam czytanie książki, by zdążyć ją skończyć przed imprezą sylwestrową. Wiem, że ze wszystkim się nie uda. Zrobiłam od wczoraj kilka prań. Ręczniki świeże, pościel zmieniona, klatki świnek wyczyszczone, większość rzeczy poukładana, pozmywana, ułożona, śmieci wyrzucone. Nawet na obiad były dziś kotlety, zamiast sosu pomidorowego, bo na 2017 zostałoby otwarte opakowanie sosu ;)

Oprócz tego, mam potrzebę wymiany domowych akcesoriów. Kupiłam nową pościel (dwie sztuki), nowe ręczniki. Jest jeszcze trochę tego. Wszystko to było kupowane tuż po, albo niedługo przed wprowadzeniem się tutaj, czyli ponad siedem lat temu. Chciałabym poprzestawiać meble, bo ten układ jest ponad trzech lat. Zaczynam przypominać węża zrzucającego skórę.

Od rana czułam się nie za dobrze. Swędziały mnie oczy, kichałam. Alergia? Na co??? Wzięłam proszek na alergię, wyszłam z dzieckiem na spacer. Nadal miałam oczy królika, tym razem pojawił się ciśnieniowy ból głowy, pobolewanie gardła. Jeśli rozchoruję się na przełomie roku, to ręce mi opadną. Przecież postanowiłam, że w 2017 roku będę przez 365 dni zdrowa. Wzięłam kolejną tabletkę - tym razem na przeziębienie. I działa. 17:00 a ja się wreszcie zaczynam czuć normalnie.

Miałyśmy się z Wiertką wybrać na koncert noworoczny w okolicy, ale jakoś żadnej się nie chce :)

piątek, 30 grudnia 2016
Życie pisze sceny

Nie będzie depresyjnie, ani o podsumowaniu 2016 :) Będzie melancholijnie nieco.

Wczoraj zajrzeli do nas goście. Koleżanka opowiedziała mi historię przedświąteczną związaną z jej babcią. Otóż, w tamtym tygodniu, na trzy dni przed Wigilią, jej ojciec pojechał odwiedzić swoją 90 letnią matkę. Matka mieszka z drugim synem i synową. Okazało się, że ci gdzieś wyjechali na chwilę. Starsza pani miała trudności z otworzeniem zamka, coś się zacięło. Zaczęła się denerwować, powtarzać ze smutkiem, że przyjechał syn, a ona nie może go wpuścić. Syn próbował wołać do niej przez drzwi, że nic się nie stało, poczeka w samochodzie. Potem z samochodu próbował zadzwonić do matki. Nie odbierała. Przyjechał brat. Weszli do domu. Starszy syn od razu poszedł do pokoju matki. Leżała sobie na łóżku. Kule odłożone, równo obok łóżka, miała ręce na piersiach. Nie żyła. Położyła się i zmarła.

Gdybym natknęła się na taką scenę w powieści uznałabym za literacką, uzasadnioną dramaturgicznie, ale literacką - już nie tyle ta nagła śmierć, ale to położenie się do łóżka, odłożenie kul i dopiero odejście. A życie też pisze swoje sceny.

 

18:45, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 28 grudnia 2016
Po świętach

O świętach wszyscy zapewne już zapomnieli, a ja dopiero teraz doczłapałam się do bloga i piszę z poślizgiem :)

Wigilia u mojego dziadka i taty, pierwszy dzień świąt u ciotki i drugiego dziadka. Za to w drugi dzień świąt, razem z Wiertką wylegiwałyśmy się w łóżku czytając książki, oglądając telewizję (ja), grając w gry (ona). Jeszcze wczoraj moją główną aktywnością było czytanie i trochę grania z dzieckiem. Dopiero dziś wyszłyśmy z domu na świeże powietrze. O tym może w innym wpisie. Mam międzyświąteczny urlop. W tym roku jeszcze tylko w piątek idę do pracy. Obawiam się, że tak stracę orientację czasową, że połapię się dopiero koło soboty :) Na razie jest tak, że dziecko zasypia koło północy, ja gdzieś w okolicach 3-4:00. Nie napiszę, do której śpimy... Żyję chyba według czasu nowojorskiego.

W tym roku rozluźniła się moja dyscyplina i o tym, że trzeba kupić dziecku prezent przypomniałam sobie na półtora tygodnia przed Gwiazdką. Ostatni dzwonek. Akurat Wiertka napisała list do Mikołaja. Odszukałam zabawkę w sklepie internetowym, złożyłam zamówienie. A potem się przeziębiłam. W efekcie, dopiero po kilku dniach zorientowałam się, że paczka jeszcze nie nadeszła. Klikam w status zamówienia, a tam jedynie "płatność zaksięgowana"... Dodzwonić się oczywiście nie można. Napisałam maila, z marną nadzieją, że go ktoś z obsługi zobaczy. Jednak szybko odpisali. Sami zdziwieni. Bo w kilka godzin po złożeniu przeze mnie zamówienia, wysłali mi przepraszającego maila, że zabawka została szybko wyprzedana oraz zwrócili pieniądze na konto. Sprawdziłam, rzeczywiście chora wrzuciłam tego maila do kosza. Wtorek przed Wigilią sobotnią, a ja bez prezentu. Ani też zbytnio bez okazji by bez dziecka iść do sklepu. Na sprzedaż wysyłkową już bym o tej porze nie liczyła.

Tymczasem, Wiertka napisała drugi list do Mikołaja. Z inną zabawką. Wyguglałam, co to w ogóle jest. Czy to naprawdę istnieje? Niedawno otworzyli w sąsiednim bloku punkt odbioru pewnego sklepu internetowego z zabawkami. Na miejscu jest sporo rzeczy do kupienia. Sprawdziłam, że gdybym zamówiła zabawkę z obiorem na miejscu, to czas dostawy wyniósłby 3 dni i kilka godzin - czyli akurat na kolację wigilijną, w sobotę, kiedy będą już zapewne zamknięci. Zajrzałam tam szybko, przed odebraniem dziecka ze świetlicy. Dopytałam, czy nie mają tego akurat na półce. Nie mieli, ale przemiłe panie sprawdziły i okazało się, że ostatnie sztuki są w ich punkcie w centrum Warszawy. Tylko, że lada moment te też się wyprzedadzą. I tu zdarzył się moment świątecznej życzliwości - panie zadzwoniły na prywatny numer jednego z pracowników, poprosiły o odłożenie zabawki, złożyły ze swojego komputera zamówienie i wytłumaczyły mi, jak mam następnego dnia, od tego pracownika odebrać.

W środę, na szczęście, byłam umówiona na wino z moimi literatkami, więc pomiędzy pracą, a spotkaniem podjechałam do punktu odbioru w centrum. I zobaczyłam różnicę - na Pradze spokój, pusto, w sklepie w porywach do trzech osób, a w Centrum stała kolejka jak z lat osiemdziesiątych. Godzina albo półtorej stania. Starając się nie rzucać w oczy podeszłam do tej części, gdzie miał być ów pracownik. Pracownik był niczym informatyk, czyli odzywał się monosylabami i uznawał, że kontakt wzrokowy to zło. Patrząc na to, co działo się dookoła, mogła to być przemyślana strategia. Pomimo tego, znalazł moje zamówienie, zabawka stała obok. Zapłaciłam i po minucie wyszłam. Szybko, żeby się kolejka nie zorientowała. A nawet gdyby, to miałam przygotowane: "Zapraszam na Pragę Północ po złożenie ustnego zamówienia".

Następnego wieczoru, Wiertka nie mogła sobie przypomnieć, czy wysłała list do Mikołaja. I czy wysłała właściwy. Prawie się popłakała. Zapewniłam ją, że list poszedł, Mikołaj na pewno coś kupił. Nie obiecywałam, że to co sobie wymarzyła - w tym roku się udało. Nie wiem, co będzie w następnym. Zakładając, że nadal będzie wierzyć w istnienie wyżej wymienionego.

U nas prezenty Mikołaj przynosi w poranek Wigilijny - może dlatego, żeby uniknąć korków w kominie. Wieczór wcześniej, Wiertka zostawiła mu pod choinką poczęstunek - kawałek makowca i kubek mleka.

Mikołaj był, poczęstunek zjadł i wypił, prezent zostawił. Jak w korpo - ty się natrudzisz, a sława spływa na jednego kolesia, który zjawia się w biurze raz w miesiącu ;)

czwartek, 22 grudnia 2016
Przesilenie zimowe ciała

Przesilenie zimowe AD 2016 było wczoraj, ale - jak kiedyś sprawdzałam na kalendarzu - to nie jest taki dołek, po którym natychmiast dzień się wydłuża. Jeszcze przez 2-3 dni świat jest w zawieszeniu, wahaniu.

Żyję w przekonaniu, że urodziłam się w dobrych czasach - centralne ogrzewanie, elektryczność, sprzęty agd i rtv. Dzięki temu o wiele łatwiej przetrwać zimę. Ile więcej rzeczy można zrobić mają dobre oświetlenie pomieszczenia tak długo, jak się chce. Kiedyś ludziom było ciężej. Z drugiej strony, jest też teoria mówiąca o tym, że to w dzisiejszych czasach jesteśmy o wiele silniej zestresowani i poddawani presji.

Teraz pomyślałam, że kiedyś ludzie - z konieczności - poddawali się klimatowi i to do takiej pogody przystosowane są nasze ciała. Biorę teraz pod uwagę społeczeństwa agrarne, bo industrializacja, rozwój przemysłu zaczął to wszystko zaburzać. Bo wyglądało to tak, że od wiosny do jesieni pracy było ogrom - w zagrodzie, ogrodzie, w polu. Trzeba się było zrywać o świcie i robiło się aż do zachodu słońca. Jednak, jest to też pora roku, gdy mamy ogromny przypływ energii. Ten długi dzień daje napęd do działania. A potem dzień zaczyna się skracać. To moment, gdy pole zamiera na zimę, zapasy jedzenia zrobione. Tak naprawdę to rzeczy, które były do zrobienia zimą, to zajęcie się zwierzętami gospodarskimi i jakieś czynności gospodarskie związane z naprawami, szyciem. I tak wyglądało życie - po 14:00 w domu robiła się szarówka, zapalano świecie, albo lampy. Przy takim oświetleniu też dużo nie zrobiono. Ile oni mogli tak siedzieć? Zapewne koło 20:00 szli już spać. Budzili się z lichym słońcem, przed 7:00. Zrobić ile się da, zanim nie zapadnie szarówka. Okazuje się, że po pół roku intensywnej pracy, przez część roku ci ludzie sporo spali, byli wyciszeni przy tych swoich lampach. Robili, to co przyroda. Zamierali w oczekiwaniu.

A ja wygląda to w dzisiejszych czasach? Wiosną - intensywna praca od rana do późnego wieczora. Latem - intensywna praca od rana do późnego wieczora. Jesienią -  intensywna praca od rana do późnego wieczora. Zimą -  intensywna praca od rana do późnego wieczora. Intensywna praca do późnego wieczora, bo dla naszego mózgu oglądanie telewizora, siedzenie przed komputerem, serfowanie po necie, to też intensywna praca. A potrafimy to robić do późnych godzin nocnych. Siedzenie przed ekranem, przy zapalonym świetle zagłusza poczucie senności. Sama to przerabiałam. Okazuje się, że cały rok jesteśmy na pełnych obrotach. Nasze mózgi nie odpoczywają, nie wyciszają się. A są przystosowane do świata, gdzie przez jakiś czas, wtedy gdy ziemia jest zamarła, one także mają wytchnienie.

Może to jest powód, dla którego w środku zimy jesteśmy padnięci, zmęczeni, wyczerpani, nie wyspani, zdołowani. Bo mózg wie, że teraz jest czas, gdy ma spać czternaście godzin na dobę.  Bo chce nabrać sił przed latem. Tylko, że my mu fundujemy lato przez cały rok. On twierdzi, że przecież lata nie ma, to mu się je poda w jakiś pastyleczkach z witaminą.

Nie nawołuję by odciąć się od mediów, prądu. Do tamtych czasów nie ma powrotu. Taka jest rzeczywistość w jakiej jestem zanurzona. Nawet nie mogę sobie pozwolić by pomiędzy listopadem, a marcem drzemać pół dnia. Ciekawa jestem, kiedy ludzie zaczną to zauważać. jesteśmy pierwszym pokoleniem tak bombardowanym przez urządzenia elektroniczne.

wtorek, 20 grudnia 2016
Choinkowo

Trochę cieszę się, że idą święta. Trochę mi się ta atmosfera świąteczna podoba. Przez ostatnie lata, dopadał mnie w tym czasie lekki smutek. To nie były prawdziwe święta - takie jakie pamięta się z domu rodzinnego (w miarę zwyczajnego w każdym razie). Taką atmosferę potrafiła stworzyć moja zmarła mama. A rok temu, co było widać na tym blogu, w ogóle chciałam się sama zaszyć w domu i nigdzie nie wychodzić.

Po dziewięciu latach zaczęło się zmieniać. Cieszę się, że nadchodzą święta. Choć w pracy ciągle coś spada do zrobienia. Nie żeby mnie rozpierała energia i krzepkość. Nie ze mną te klimaty. Pojawiło się we mnie światło.

Kłopot był w tym, że nie chciało mi się już ubierać choinki. Nacieszyłabym oko jakąś, ale zmęczona jestem. I eureka :) Od czego ma się podrośnięte dziecko :) Oświadczyłam Wiertce, że to świąteczna tradycja - to dzieci ubierają choinkę. Wczoraj ja tylko skręciłam nasze sztuczne drzewko, powiesiłam lampki, a resztę zrobiło zadowolone dziecko.

Na świąteczną kolację jadę w tym roku do taty i dziadka. Czyli jak zwykle nic nie gotuję, bo oni nie chcą pomocy. Co mnie nie smuci, bo lubię wigilijne potrawy jeść, nie lubię ich przyrządzać.

19:55, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 grudnia 2016
Świat zero-jedynkowy

To już, niestety, tradycja całego 2016. Nie byłam na zgromadzeniu 13-go, bo przecież kolejne przeziębienie mnie dopadło. Myślałam nad tym, by w piątek zabrać dziecko i jechać pod Zachętę, by uczcić rocznicę zamordowania Narutowicza. Jak pokazał czas, ważniejszy protest był gdzie indziej. Jednak też wróciłam do domu. Po tym, jak ledwo pamiętam w pracy środę, czwartek przeleżałam, w piątek po pracy wolałam wrócić do domu i kurować się dalej. To, że udało mi się przepracować w biurze dziewięć godzin i mieć sprawny umysł, niczego nie przesądzało. Po chorobie z początku listopada zostały mi napady suchego kaszlu. Raz na jakiś czas, ale irytujące. Teraz kaszlałam już na dobre.

Dlatego, w weekend Wiertka pojechała do taty, a ja całe dwa dni przeleżałam i łykałam syrop. Nie było mnie na zajęciach, odwołałam spotkanie z kolegą, protesty i sesje zdjęciowe z nich oglądałam tylko na FB.

I ciekawe, czy za kilka dekad moje wnuczki spytają mnie, co robiłam w 2016 roku, a ja odpowiem - chorowałam. Niczym bohater "Zezowatego szczęścia". Ktoś kogo nie było w czasie najważniejszych wydarzeń i musi je wymyślać.

Niestety, przez to leżenie, patrzenie na to wszystko z boku, uaktywnił mi się nieprzyjemny nawyk myślenia. A gdy protestujesz, to idziesz za znajomymi, wtapiasz się w tłum, jesteś częścią historii. Nie myślisz, u licha. Bo jak myślisz, to dochodzisz do wniosku, że zasadniczo się zgadzasz, ale też jakby nie zgadzasz. Próbujesz dotrzeć pamięcią do "pacjenta zero", czyli tego pierwszego wydarzenia, które sprawiło, że posłowie opozycji blokują salę, a przed Sejmem nocuje tłum. Za chwilę nikt nie będzie tego pamiętał, nie będzie pamiętał po co stoimy, ważne, że PiS dostanie w dupę.

Jednak, czy gdyby kilka lat temu to posłowie PiS zablokowali mównicę, a ich zwolennicy zajęli ze śpiworami wszystkie okoliczne uliczki przy Wiejskiej, to tak samo bym popierała? Czy mówiłabym, że PiS oszalał, dokonuje zamachu na demokrację, a jego zwolennicy są zaślepieni.

Czy teraz już tak będzie? Czy przy każdej kadencji, nieważne która partia dominuje, nieważne kto jest prezydentem, nieważne kto premierem - niezadowolona opozycja po prostu zablokuje salę, a jej zwolennicy zablokują wyjście z Sejmu? Czy teraz ustawy wprowadzać będzie się za pomocą tego, kto skuteczniej kogo zakleszczy?

Marzymy o tym, że za pewien w czas rządy PiS będą w podręcznikach od historii na kartkach z brunatną obwódką, a dzisiejsi protestujący będą niczym kombatanci, walczący o wolną Polskę. A jeśli będzie inaczej? Jeśli te kartki będą opowiadać o początku końca demokracji w tym kraju? I pierwszym etapie, którego zwieńczeniem będzie rozbiór kraju?

Czy pierwszy z posłów, który krzyknął "veto" - bo miał takie prawo - wiedział, że doprowadzi to do Targowicy? Czy gdyby wiedział, to by zamilknął? Jasne.

Czy to teraz jest stabilny kraj?

Czy jest jak dziecko, które - przed obliczem króla Salomona - obie matki postanowiły poćwiartować.

Świat PiS był zawsze zero-jedynkowy, czarno-biały. Najsmutniejsze jest to, że dziś nawet ich przeciwnicy są zero-jedynkowi. Bardzo z tego dumni. Zarażeni, ale dumni. W czarno-białych czasach to Szarość jest Kassandrą.

Za 2-3 dni będzie najdłuższa noc w roku. Potem dzień po dniu wpadać będzie coraz więcej światła. Wreszcie zacznie się 2017 i może ten amok opadnie. Po obu stronach.

środa, 14 grudnia 2016
Znowu

Znowu przeziębiona. Próbowałam dziś funkcjonować w pracy, bo to tylko katar. Nawet ja zorientowałam się, że kogo ja tu oszukuję. Silny katar i rozbicie. Który to już raz w tym roku. Czwarty. To nadal liczba jednocyfrowa, ale nigdy w życiu chyba moja odporność tak się nie sypała. 

Jutro odbieram nadgodziny i próbuję wyleżeć to, kiedy dziecko będzie w szkole.

wtorek, 13 grudnia 2016
Urodzinowy triatlon

W tamtym tygodniu miałam kilka spraw do zrobienia po pracy - a to zabawa mikołajkowa dziecka, a to ja gdzieś wyszłam.

W piątek było święto mojego dziecka. Jej siódme urodziny. Specjalnie wzięłam dzień urlopu. Do szkoły, na lekcje poszła, choć dopytywała się, czy by nie mogła sobie zrobić wolnego z okazji święta. Jednak odebrałam ją zaraz po lekcjach. Nawet nie poszła do świetlicy. Przeszłyśmy się do sklepu z zabawkami, gdzie sama wybrała sobie prezent. Potem pojechałyśmy do sali zabaw i na obiad. Wróciła do domu późnym po południem, trochę zmęczona, ale mówiła, że to był jej najfajniejszy szkolny dzień w życiu. Czasem najlepsze prezenty są najprostsze. Na przykład, mama nie idzie do pracy.

Trochę w piątek, sporo w sobotę sprzątałam. Nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że porządki przedświąteczne mam za sobą. Jednak minął dzień, dwa i mam wrażenie, że wszystko wróciło do dawnego bałaganu :) W każdym razie wygospodarowałam z siebie tyle energii, ile nie zebrałam do kupy od września.

W sobotnie popołudnie było przyjęcie urodzinowe dla koleżanek. Zaproszenie dostało jedenaście. I zastanawiałam się, gdzie to wszystko się pomieści. Jeśli w dodatku mamy będą chciały zostać. Nie mogła przyjść tylko jedna z dziewczynek. Niektóre mamy też zostały. I wszyscy się jakoś pomieściliśmy.

Na urodziny przyjechała też, z innego miasta, koleżanka Wiertki z sanatorium. Zaproponowałam, żeby u nas przenocowały. Mama dziewczynki miała inną delikatną prośbę - ona uśpi córkę i potem pojedzie na noc, do swojego chłopaka, a teraz taty Wiertki. A co tam. Niech mają. Potem w niedzielę, oni przyjechali i zabrali dziewczyny na miasto, a ja miałam chwilę spokoju.

W niedzielę porządek był, wystarczyło tylko ułożyć nowe smakołyki dla gości. Bo trzeciego dnia miała przyjechać rodzina z życzeniami. Czekając na nich, mogłam ułożyć się pod kocem i sobie coś obejrzeć. Wiadomo, jaka była pogoda w piątek i weekend. Niby ciepławo, ale lał deszcz. Ciśnienie spadało i spadało. W mózgu zamiast do wylewu, dochodziło do wlewu. Naczynia krwionośne kurczyły się, zwijały, ścieśniały w kulkę. Aż okazywało się, że masz już mózg kury. Dlatego tkwiłam pod tym kocem, niczym kura na grzędzie.

A potem wróciło z ojcem dziecko, przyjechali goście.

Aż weekend się skończył i w poniedziałek pojechałam do pracy, odpocząć przy wystawianiu faktur i grzebaniu w tabelkach rozliczeniowych.

środa, 07 grudnia 2016
Jak zostać lesbijką

Tytuł prowokacyjny. Tagowanie wychodzi mi średnio, hashtagi mnie bawią, to sobie tytułem nadrobię ;)

Otóż dziś zajmę się krótko pewnym zestawieniem. Pojawiło się w publikacji Lwa Starowicza i podaję je z drugiej ręki. Nie jest to cytat. W tym materiale pojawiły się szacunkowe dane rozprzestrzeniania się (otóż to) homoseksualizmu. Dane jak to dane, rzecz nabyta. Zmieniają się w zależności od źródła. Nie wysokość jest istotna, ale sam rozrzut.

Bo otóż homoseksualistów jest w społeczeństwie od 1% do 10% procent. Trzeba przyznać, że różnica dziesięciokrotna. Najbardziej interesowałaby mnie metodologia definiowania bycia homoseksualistą, która daje takie wyniki. Mogę sobie wyobrazić, że na jednym krańców - 1% są mężczyźni, którzy nigdy w życiu nie mieli kontaktu erotycznego z kobietą, mają za sobą liczne kontakty seksualne z innymi mężczyznami, są w związku. Wszyscy inni są co najwyżej biseksualni albo się naczytali Krytyki Politycznej. Zaś by znaleźć się na krańcu 10% i być gejem, wystarczy płakać na "Billym Elliocie" i lubić musicale.

Jeszcze ciekawiej robi się przy zestawieniu dla lesbijek. Bo jest ich, w zależności od źródła... od 0,01% do 40%... Mocne. I tak wyobrażam sobie, że by się potknąć i znaleźć się w tym "błędzie statystycznym" 0,01% trzeba być dziewicą, mieszkać z kobietą i mieć 60 lat. W innym przypadku, istnieje szansa, że nam się tylko wydaje, że jesteśmy lesbijkami i jeszcze się przekonwertujemy Proszę się nie ekscytować lingua pluralis :). Zaś by zaliczyć się do 40% i zostać lesbijką, wystarczy, że raz się było na piżama party, gdzie nacierało nawzajem z koleżankami balsamem do ciała, skakało w rytm "Girls just want to have fun" i okładało poduszkami.

Jak widać z tego wpisu, by udowodnić dowolną tezę, wystarczy zrobić badanie statystyczne. A przecież studiowałam socjologię :)

poniedziałek, 05 grudnia 2016
Zamach na zdrowy rozsądek

Był to dziś popularny temat w internecie, ale może tylko w miejscach, w które ja zaglądam.

Bo będzie o zamachu. O impulsywnej, nie zaplanowanej, spontanicznej, czyli najbardziej niebezpiecznej formie zamachu. Zamachu na zdrowy rozsądek.

We wtorek o 6:00 usłyszałam piknięcie sms-a w służbowej komórce. Mogłabym go olać i robi to większość normalnych ludzie. Jednak nie. Musiałam przeczytać. Współpracownica chciała się ze mną skontaktować. Wiedziałam, co to oznacza o tej porze. O 7:00 miała poprowadzić pewne spotkanie (tak bywa w moje pracy), jego uczestnicy zapewne wychodzili już z domów. Trzeba odwołać. Koleżanka zadzwoniła i pomogłam jej skontaktować się z tymi ludźmi. Członek rodziny, który miał zająć się jej dziećmi, utknął na całą noc na londyńskim lotnisku, a ona ze stresu nie spała całą noc.

Potem dotarła do biura i opowiedziała mi historię, którą dziś opisał i wrzucił do sieci jeden z dziennikarzy, który towarzyszył w wizycie naszego rządu w Wielkiej Brytanii. Strasznie żałowałam, że nie mogę tego wrzucić na bloga, bo było tak absurdalne, że aż polskie. Wiedziałam jednak, że tylko narobię sobie kłopotu, bo nikt tego nie potwierdzi. Bo podejrzewam, że to codzienność wizyty rządowych. Tylko dyskretnie przemilczana.

Większość zna już historię. Do Londynu poleciały dwa samoloty - w jednym delegacja rządowa (ponownie kilka najważniejszych osób w kraju razem), w drugim dziennikarze. Z jakiegoś powodu druga z maszyn od razu wróciła do kraju - może oszczędności, może ktoś zapomniał opłacić lotnisko. Wszyscy dowiedzieli się o tym wieczorem, jak wrócili na lotnisko. I co robi polska ekipa? Polska ekipa nie wymięka. Polska ekipa ładuje się razem do jednego samolotu. Jak w tych historiach, gdy się w szkole średniej maluchem jechało w dziesięciu. To było epickie. W przedniej części samolotu oficjele, w tylnej ściśnięci dziennikarze. Trochę osób stało. Jak w PKSie... Przepraszam, Dywizjon 303. Okazało się, że maszyna jest za ciężka, źle wyważona. Zaczęto namawiać do wysiadania. A przecież komu się chce czekać jeszcze kilka godzin na kolejny samolot. Jak w jakiejś klasie ekonomicznej. Nawet pilot stanowczo zaprotestował i został przez Asz Dziennik nazwanym małym człowiekiem, który uniemożliwił wielu dołączenie do apelu poległych. Obsługa lotniska także odmówiła zgody na start, nie pojmując, że są horyzonty szersze niż te z autopilota.

Jak z filmu Barei...

I jestem cholernie wdzięczna temu dziennikarzowi, za co niemal osobiście podziękowałam, że jako jedyny nie wytrzymał i historię opisał. Bo ktoś musi to pokazać.

Teraz będziemy puszczać w świat kolejne nowości z komisji badającej "zamach smoleński", a pracownicy londyńskiego lotniska będą tego słuchać i pękać ze śmiechu.

Niedawno, rozmawiałam też z moim kuzynem, który jest pilotem wojskowym. Opowiadała mi, że to nie pogoda, nie warunki techniczne są największym zagrożeniem w jego pracy. Tylko pasażerowie, których czasami przewozi. Nadal lubią naciskać na start. Nadal trudno im zrozumieć, że to pilot ma 100% racji. Niczego się nie nauczyli. Wszystko zapomnieli.

 
1 , 2
Tagi