To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 29 grudnia 2017
Nietypowe Święta, czyli magia istnieje

Uzupełnię jeszcze wspomnienia ostatnich świąt. Bo pod pewnym względem były nietypowe.

Gdy już w październiku wiedziałam, że stracę pracę, miałam też przed sobą perspektywę trudnego grudnia - Mikołajki, urodziny dziecka, prezent gwiazdkowy. Jak to urządzić, by dziecko było zadowolone i spiąć budżet.

Od razu dodam, że nie chodzi o to, że moje dziecko musi mieć drogie i wystrzelone prezenty. Przez cały rok nie kupuje jej nic szczególnego, dostaje czasem jakieś drobiazgi. Uważam, że są dwie, trzy okazje w roku, gdy dziecko ma prawo dostać piękny, wymarzony prezent. Nawet drogi. Urodziny, gwiazdka, Dzień Dziecka. Choć dla mnie drogi, to maksymalnie do 100-150 zł, nie kilkuset.

Jednak, w tym roku, nawet te 100 zł razy dwa, to trochę za dużo.

Jestem też w pewnej sieciowej grupie kobiet, znamy się od prawie dziesięciu lat - czasami uda się spotkać osobiście, rozmowy są głównie w sieci. W ramach anegdotki, opowiedziałam, jaką miałam ostatnio jesień i że mam trochę życiowo w plecy. I tak okazało się, że przejęły się moją sytuacją. Jedna z nich upiekła tort urodzinowy Wiertki za sporą tańszą cenę, inna przesłała odrobinę ubrań dla małej. Myślałam, że ubrania mają być po jej dziecku, ale okazało się, że po prostu kupiła nowe. Część po prostu pytała mnie w prywatnych wiadomościach. I właśnie jedna z nich zaproponowała, że prześle mi mały zestaw lego, bo jej córka ma zdublowany. Pomyślałam, że przynajmniej problem prezentu gwiazdkowego będę miała rozwiązany.

I tak, na Mikołajki Wiertka dostała kalendarz adwentowy, bo akurat bardzo chciała mieć, a w sklepach można je było znaleźć za niewielkie pieniądze. Na urodziny kupiłam jej album do stikersów, które zbierała. W porównaniu z poprzednimi latami, to był drobny kwotowo prezent. Pod choinkę miałam ten zestaw lego (koleżanka przysłała jeszcze jedną paczuszkę, która okazała się być zestawem naklejek świątecznych), miałam też maskotkę, którą dostałam w pracy na Mikołajki. W czasie zakupów zobaczyłam opakowanie czekoladek, które moja córka bardzo chciałaby spróbować, ale cena nigdy nie zachęcała do kupna bez okazji. A teraz kosztowały tanio, w świątecznej promocji. I tak okazało się, że gwiazdkowo trochę tych paczuszek będzie. Tuż przed świętami spacerowałyśmy jeszcze po lokalnej księgarni. Niebezpiecznie :) I Wiertka zauważyła box z czterema książkami - "Zniszcz ten dziennik" i trzy inne z tej samej serii. Od wielu miesięcy marzyła o tej książce. Zachwyciła się tym. I jednocześnie:

- Widziałam cenę mamo, nie stać nas na to. - powiedziała ze smutkiem.

Zestaw na pudełku miał cenę 69,00 zł i naklejkę z nową - 58,00 zł. Jednak moja córka nie zauważyła, że była ona przekreślona, a pod spodem widniało 19,90 zł. Uznałam, że nie potrafię tak strasznie oszczędzać, gdy mogę zobaczyć szczęście na twarzy mojego dziecka. Wróciłam tam sama następnego dnia. 

Wiertka pod choinką znalazła kilka paczuszek z prezentami. Plus cztery dla mnie. O czym za chwilę.

Ale dziwna magia świąteczna dotknęła także mnie. Najpierw jedna z koleżanek zamówiła moje tomiki wierszy jako prezenty świąteczne, ale na konto przelała kwotę jakby ich autorka była co najmniej nominowana do Nike, albo Paszportów Polityki. Potem okazało się, że na moim koncie ponownie pojawiła się dodatkowa kwota - koleżanki zrobiły dla mnie zbiórkę. I na tym nie koniec. Ta która przysłała lego i naklejki, dorzuciła paczuszkę dla mnie. To pewnie dlatego, że kiedyś marudziłam, że od lat nie dostaję już gwiazdkowych prezentów i to trochę smutne. I na tym nie koniec.

W sobotni poranek, ten przed Wigilią, usłyszałam dzwonek do drzwi. Jeszcze spałam (z Wiertką prowadzimy nocny tryb życia, więc śpimy do późna). Za drzwiami nikogo nie było, a ja boję się w takich sytuacjach otwierać. Poszłam do łazienki, a wtedy znowu ktoś zadzwonił. Nikogo nie było. Zadzwonił domofon, więc wpuściłam. Jednocześnie dostałam sms-a, ale tkwiłam przy wizjerze by złapać tego żartownisia. Wróciłam do łóżka i przeczytałam wiadomość - koleżanka pisała, że na przed drzwiami czeka na mnie niespodzianka.

Na korytarzu zobaczyłam siatkę z kilkoma rzeczami z chemii gospodarczej, herbatą, kawą. Dostałam kolejną praktyczną pomoc. Była tam też ładnie opakowana paczka z adnotacją, że do otwarcia dopiero w święta. Tak więc, nawet ja - w te święta - odczuwałam dreszczyk emocji i zaciekawienia, co przyniósł mi Mikołaj.

Bo sama też siebie obdarowałam dwiema paczuszkami. Jedno z wydawnictw zorganizowało świąteczną promocję. Na spółkę z koleżanką zamówiłyśmy kilka tytułów, dzięki czemu każdy z nich kosztował kilkanaście złotych. To na prawdę niewiele. Dzięki temu mogę teraz cieszyć się czytaniem "Nie hańbi" Olgi Gitkiewicz oraz "Wszystkie dzieci Luisa" Kamila Bałuka.

W grudniu spłynęło do mnie mnóstwo dobra i życzliwości. Jestem za to wdzięczna, komu tylko mogłam wysłałam moje wiersze z dedykacją. Jednocześnie czuję się z tym dziwnie. Jako ktoś, komu trzeba pomagać, współczuć, kto nie potrafi poradzić sobie w życiu. Bo ta pomoc jest piękna, ale przecież nie przyjdzie ponownie za miesiąc, dwa. Nawet tego nie oczekuję. Z trudem potrafię przyjmować ryby, szukam wędki.

Nie wiem, czy uda mi się kiedyś za to wszystko odwdzięczyć.

wtorek, 26 grudnia 2017
Święta wędrowne

Święta były w tym roku trochę zabiegane. Tak jakoś wyszło.

Tradycyjnie, tata zaprosił mnie na kolację Wigilijną do mojego dziadka i wujka (jego ojca i brata). Dziadek skończył latem 90 lat i od dłuższego czasu nigdzie nie podróżuje, nie jeździ komunikacją publiczną. Samochodem też chyba nie miałby już ochoty nigdzie pojechać. W kilka dni później zadzwoniła do mnie matka rodzeństwa przyrodniego Wiertki. Także zapraszała na Wigilię. Podziękowałam i odmówiłam. Nieopatrznie powiedziałam o tym Wiertce. I zaczął się wieczór szlochów i rozpaczy, zarzucanie mi, że chcę jej zepsuć święta. Nie kryła, że kompletnie nie ma ochoty na jechanie do pradziadka i podała kilka różnych argumentów. I każdy z tych argumentów rozumiałam. Dom dwojga starszych panów, kolacja z trzema, to nie jest super miejsce dla ośmiolatki. W jej wieku, miałabym takie samo podejście. Jednak ze swojej strony, uważam, że pielęgnowanie kontaktów - nawet raz do roku, co nie jest jakimś ogromnym poświęceniem - jest istotne. W wieku mojego dziadka, każda taka Wigilia jest być może ostatnią.

Wyrzuty sumienia miałam, więc skontaktowałam się z - zawiły język nie ma określenia na to powiązanie rodzinne, bo rodził się w czasach, gdy poprzednia żona była uprzejma umierać, kolejna także, zanim pojawiła się nowa - by dopytać o godzinę rozpoczęcia kolacji, bo może uda nam się na chwilę zajrzeć. Okazało się, że uda. Następnie pobiegłam do centrum handlowego, by kupić jakieś drobne upominki.

Efekt był taki, że pierwszą kolację Wigilijną miałyśmy o 16:00 pod Warszawą. Mój tata chciał wracać do domu taksówką - pierwszy raz w życiu, pamiętam z dzieciństwa jak odległość pomiędzy naszym, a domem dziadków, lasem, kilka kilometrów, pokonywaliśmy na piechotę. Opłacił też taksówkę, by zawiozła nas na miejsce kolejnej kolacji. A, że byliśmy tam godzinę przed czasem, to zadzwoniłam do Byłego, który też zapraszał. Zapraszał nadal. Wieczór spędzał ze swoimi dziećmi. Tam też coś podjadłam - wegańską rybę po grecku, czyli selera w marchewce :) Młoda, siostra Wiertki, jest weganką. I o 19:00 przeszliśmy się, ja z dziećmi, kilka bloków dalej na ostatnią kolację. Nie wiem, jak moja wątroba to wszystko wytrzymała :)

Od lata nastąpiły pewne zmiany - Młoda przeprowadziła się do ojca, a Młody został z matką. Nie dziwię się. Dwoje nastolatków, płci przeciwnej w pokoiku około 10 m kw, to prosi się o kłopoty. Pokój Młodej już kilka razy widziałam. Teraz Młody pokazał mi jak się urządził po swojemu. Teraz lepiej się w nim rozmawia. Nie mam kompletnie pojęcia o zabawach i świecie małych chłopców. Prawie pełnoletni chłopak opowiadający o swojej kolekcji książek filozoficznych i politycznych, to coś innego.

Wyszłyśmy stamtąd po 22:00, w domu byłyśmy koło 23:00.

Pierwszego dnia świąt odwiedziłam ciocię i mojego drugiego dziadka, który niedawno skończył 97 lat. Wiosną, przed Wielkanocą jego stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Myśleliśmy, że umiera. Przeżył, ale jest coraz gorzej :( Leży bez sił, nie może wstawać, ma zmieniane pampersy, materac przeciwodleżynowy. Kiedy ostatni raz go widziałam, jeszcze można było trochę z nim porozmawiać, kontaktował. Teraz nie jestem tego taka pewna. Słyszy, mówi, ale przyznaje, że miesza mu się w głowie. Ciocia powiedziała mi, że potrafi cześć dnia po prostu krzyczeć, przeklinać. Może traci rozum, może to z bezsilności.

Wiertka dostała o pradziadka prezent pieniężny, a że ma teraz fazę na układanie klocków lego, to chciała kupić sobie zestaw. Ja przypomniałam sobie, że przecież jest wystawa budowli z lego, całkiem niedaleko nas. Wykorzystałyśmy na zwiedzanie dzisiejszy dzień. Wystawa jest piękna, bajkowa, aż nie chciało mi się wychodzić. Można się przyglądać i zachwycać detalami. Bilet nie ogranicza czasowo. Jedna, jeśli ktoś chce obejrzeć i nie ma małego dziecka, to spokojnie zmieści się w godzinę. Piszę to, bo są o wiele, wiele tańsze bilety wieczorne - ważne od 19:00 do 20:30. Żałuję, że nie skorzystałam z tej opcji, bo obie z Wiertką jesteśmy nietoperzyce i godzina nam nie straszna. Obawiałam się, że półtorej godziny to będzie dla niej za mało. Ktoś inny może jednak skorzystać z dobrej rady :) Na wystawie jest część, gdzie można samemu budować coś z klocków, dlatego napisałam, że osoby z młodszymi dziećmi mogą utknąć na długo.

Święta za moment można uznać za te, które przeminęły. Oddzielnie napiszę, że Mikołaj jednak potrafi się pojawić.

18:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2017
Tropem Mikołaja

Nad moją córką świeci szczęśliwa gwiazda, która kieruje ją tam, gdzie powinna być :)

O upominkach gwiazdkowych jeszcze będzie. Teraz stanęłam przed zadaniem, jak je ukryć. Część się udało, część dotarła później. Schowałam paczuszki w miejscu, do którego Wiertka nigdy nie zaglądała. Do czasu. Postanowiła wysprzątać kuchnię. Wyszorowała blaty, fronty szafek, zmywak kuchenny, pozmywała. Do przecierania potrzebne jej były pieluchy tetrowe, które są w specjalnej szufladzie na ściereczki kuchenne. To tam nigdy nie zagląda. Od razu podzieliła się ze mną tą nowiną i kazała mi paczuszki schować gdzieś indziej.

W kilka godzin później, oglądam coś w telewizji, a Wiertka była w łazience. Nagle słyszę głośny śmiech mojego dziecka. Przyszła i opowiedziała, że siedziała sobie na toalecie, wpatrywała się w wiszącą szafkę w łazience i przyszło jej do głowy, że jakoś nigdy do niej nie zaglądała. No i znalazła paczuszki.

Dziś rano, znowu chciała mi pokazać coś, co uważała, że leży w pudłach pomiędzy lodówką a ścianą. Zdążyłam ją odesłać. Paczuszki są tam, tyle że owinięte w płócienną torbę :)

Chyba każę jej poszukać moich zaginionych dokumentów :)

środa, 20 grudnia 2017
Święty Mikołaj powraca

Kiedy prawda i micie św. Mikołaja wyszła na jaw, nie sądziłam, że Wiertka tak szybko wyciągnie kolejne wnioski.

Pierwszy wniosek z tego, że prezenty przynoszę ja, to taki, że te prezenty są może już gdzieś w domu, jest szansa, że dam je szybciej, już teraz. I muszę odpierać lawiny próśb ;)

Drugi wniosek to taki, że ona także może mi podarować prezent. I oto Wiertka wczoraj tworzyła dla mnie upominki gwiazdkowe. Ja miałam czytać książkę i nie patrzeć się. Do opakowania wykorzystała stare pudełka, podarty papier prezentowy oraz całą taśmę klejącą, jaka nam w domu została. Następnie, ułożyła te paczki pod choinką. Teraz ja też miałam cierpliwie czekać aż do niedzieli. Co bez problemu obiecałam ;)

Tu rozpoczęły się negocjacje - ona pozwoli mi rozpakować moje prezenty, a ja mogę jej podarować jej już teraz :) Oświadczyłam, że potrafię czekać na niespodziankę.

W końcu, po godzinie, Wiertka nie wytrzymała i powiedziała, że mogę obejrzeć. Sama nie mogła się doczekać mojej reakcji :) W paczkach były rysunki i laurki dla mamy :)

Przypominam sobie, jaka ja byłam w dzieciństwie. Nigdy nie szukałam prezentów, nawet nie zastanawiałam się, gdzie mogą być (albo wyparłam to z pamięci). Lubiłam to uczucie oczekiwania, nawet tak długiego i dreszcz emocji, gdy rozpakowywałam prezent. Podglądanie przed czasem, cały ten wir uczuć by zniszczył. Nie ma tego smakowania atmosfery. Moja córka lubi odwrotnie :) 

19:33, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 18 grudnia 2017
Urodzinowo - część druga

Wczoraj odbyło się spotkanie urodzinowe Wiertki - przeznaczone dla rodziny. Było kameralnie - mój tata, brat z żoną i dziećmi, rodzeństwo i tata Wiertki. Miała być jeszcze siostra cioteczna z synkami, ale rozchorowali się.

Wiertka trochę się obawiała (nazwiska przykładowe i moje przypisy w nawiasach):

- Mamo, ale Kowalscy (mój tata i brat) i Nowakowie (jej tata i rodzeństwo), to dwie różne rodziny. Jak to będzie? Czy oni się znają?

Uspokoiłam ją, że znają się, a jej rodzeństwo kiedyś odwiedzało moich rodziców, a jej dziadków. Przez chwilę wahałam się, bo Młodą zaprosiłam bez chłopaka. Nie wiem, czy w tym wieku, studenckim, zaprasza się już z partnerem, czy nie :) Wiertka go dobrze zna. W końcu nic nie odkręcałam i nie zapraszałam go dodatkowo.

Zanim jednak przyjęcie rozpoczęło się o 16:00, ogarnęłam mieszkanie, odkurzyłam i stanęłam przed koniecznością powstrzymania Wiertki przed brudzeniem (wycinanie, zlepianie, składanie). I jakoś chciałam wyjść z domu.

Dlatego wczesne popołudnie spędziłyśmy na świeżym powietrzu - najpierw poszłyśmy obejrzeć Praską Żywą Szopkę. Zwierzęta, fotobudka, gdzie zrobiłyśmy sobie darmowe zdjęcia ze świątecznymi artefaktami, zdjęcie z Mikołajem, Śnieżynkami, można było spróbować bigosu, pierogów, barszczu świątecznego. Potem przeszłyśmy się spacerkiem na Ząbkowską, gdzie odbywała się warszawska Wigilia. Na scenie śpiewano kolędy. Rozstawione były namioty. I tu odezwała się moja nieinwazyjna osobowość. Wydawało mi się, że w środku nie ma miejsc, rozdaje się tylko posiłki, nie powinnam się narzucać. A potem okazało się, że odbywały się jakieś spotkania artystyczne, warsztaty. Niestety, z zewnątrz ciężko to było ocenić. Może byłyśmy też za wcześnie.

W każdy razie, po powrocie, już tylko czekałyśmy na gości.

A tydzień zaczął się i pechowo, i dobrze zarazem. Dziś rano, Wiertka obudziła się z wysoką gorączką. Ma katar i już w sobotę wspominała, że boli ją ucho. Chora jest rzeczywiście, bo teraz jest po 14:00, a ona od rana zjadła zaledwie dwa kęsy bułki. Jak nie moje dziecko. Poszłyśmy do przychodni, do pediatry dyżurnego, nie naszego stałego. Dostałam zwolnienie lekarskie na dziecko do przyszłej środy łącznie. Nie udało się aż do końca roku. Jednak, w rozmowie z kadrami, wyszło, że skoro jeszcze dziś i jutro mam urlop, to zwolnienie go anuluje i może te dwa dni uda mi się wykorzystać do końca mojego stosunku pracy.

Byle dziecko wyzdrowiało do świąt. Po powrocie do domu ubrałyśmy choinkę i już jest świątecznie :)

piątek, 15 grudnia 2017
Sałatka życiowa

Tym razem o mnie.

Wczoraj zabiegany dzień. Wizyta na oddziale laryngologii, by poprawili źle wystawione skierowanie dla Wiertki. Potem przeskok w głąb miasta by napisać jakieś testy rekrutacyjne. Następnie do centrum, po stempel w karcie obiegowej z pracy. Karta jest długa, ma 29 punktów i zbierając pieczątki na niej czuję się jak harcerze zbierający sprawności. Bo program lojalnościowy to nie jest. Na końcu, do pracy by tam też trochę rzeczy podstemplować.

I chyba ten ostatni punt podróży najbardziej mnie stresował. Tak stresował, że poprzedniego dnia nie mogłam zasnąć i udało mi się to dopiero przed 4:00. Najbardziej chyba chodzi o to, że nie lubię pytań, czym mam już nową pracę, gdzie się przenoszę. Często to zwyczajne zainteresowanie, czasami podszyte jest to współczuciem (u jednej osoby, zgrozą, że nic jeszcze nie znalazłam, też oczywiście z obawy o mnie) i to najbardziej wkurwia. Bo przypomina, że od stycznia będę bezrobotna.

Nie wiem, jak inne osoby szukające pracy, ale być może większość ma podobnie. Nie pytajcie ich jak tam z szukaniem pracy. Przecież szukają. Nie pytajcie, czy znalazły już nowa pracę. Przecież jak znajdzie, to się pochwali.

Ale dzień już za mną.

Tagi: praca życie
13:33, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 13 grudnia 2017
Gdy odchodzi św. Mikołaj

W piątek, gdy wracałyśmy z Mikołajkowej zabawy, Wiertka podzieliła się ze mną spostrzeżeniem:

- Czy może być tak, że prezenty pod choinkę przynoszą rodzice, zamiast świętego Mikołaja?

Tradycyjnie, dopytałam się ją, co by wolała.

- W muzeum opowiadali, że żył w średniowieczu, umarł, więc nie może już teraz rozdawać prezentów.

Jej słowa brzmiały rozsądnie, były poukładane i dałam się temu zwieść. Potwierdziłam. Wydawało mi się, że Wiertka przyjęła to naturalnie i życie potoczyło się dalej. Jednak, w poniedziałek, oczywiście o zwyczajowej dla tych zachowań porze, czyli przed snem, moja córka zaczęła popłakiwać.

- Już nigdy nie pójdę do muzeum. Tam dowiedziałam się, że święty Mikołaj nie istnieje.

Spytałam ją, dlaczego w piątek nic nie wspomniała. Przyznała, że ukrywała smutek. Zaczęłam ją pocieszać. Tłumaczyć, że Mikołaj jest wyrazem miłości, magii świąt. Dodałam jeszcze, że ma za sobą kilka lat wiary w niego i chyba nie wolałaby, bym od razu mówiła jej cała prawdę. Wydaje mi się, że nie tylko samej magii było jej żal. Mikołaj był kimś wszechmogącym, mógł przynieść każdy prezent, jaki mogła sobie zamarzyć. A jeśli prezenty przynosi uboga matka, to nie ma co oczekiwać rzeczy wielkich. 

Wiertka dodaje też ze smutkiem:

- Wtorek był ostatnim dniem, gdy wierzyłam w świętego Mikołaja. Niech mi nie mówią jeszcze, że zajączek wielkanocny nie istnieje. Nie istnieje mamo?

Cóż mogłam zrobić. Stwierdziłam, że zajączek wielkanocny istnieje, choć u licha nie przypominam sobie byśmy hołdowały tej tradycji.

Teraz tylko czasami, gdy lecą świąteczne reklamy z Mikołajem, Wiertka rzuca ze złością, że przecież nie istnieje. Dodaje też, że nigdy już nie pójdzie do muzeum na wykład. Chyba, że ze mną. Ma także inne dylematy:

- Tata dostał kiedyś od Mikołaja poduszeczkę z rysunkiem. To od KOGO ją dostał???

Zastanawiała się też, jak dostała kiedyś list od Mikołaja, ale tej tajemnicy nie chcę jej wyjawić. Pewna fundacja, w zamian za datek wysyła takie listy dzieciom.

Brałam kiedyś udział w dyskusji na ten temat. Jest pewna grupa rodziców, która uważa, że mówienie o Mikołaju jest utrzymywaniem dziecka w kłamstwie i iluzji, nie należy tego robić. To oszustwo, Zło (wielka litera jak najbardziej wskazana). Wypowiadali się głównie ci, którzy mocno przeżyli rozczarowanie. Ja kompletnie nie pamiętam momentu, gdy to rodzice dawali prezenty. Przeszło to płynnie, niezauważalnie. Pamiętam, jak pisałam list do Mikołaja i to chyba z wiarą.

Jest mi przykro, że Wiertka jest smutna z tego powodu. Żałuję, że wtedy nie zaprzeczyłam. Jak głupia uznałam, że ktoś kto nie chce być okłamywany, na serio nie chce :) Rzadko tak bywa w życiu :)

A czy wierzyliście kiedykolwiek w świętego Mikołaja? Jak dowiedzieliście się, że nie istnieje?

A może istnieje?

15:48, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Urodzinowy weekend

Mam za sobą urodzinowy weekend Wiertki. W niedzielę odbyło się przyjęcie dla jej koleżanek. Tort upiekła jedna z moich koleżanek, ze sporym rabatem - był nie dość, że przepiękny, to do tego przepyszny.

Jak wspominałam wcześniej, Wiertka zaprosiła sporo koleżanek. Do ostatniej chwili trochę się obawiałam, że nikt nie przyjdzie, bo tylko dwie mamy napisały, że ich dzieci nie mogą być, a reszta nie potwierdziła. Dobrze, że przekąsek kupiłam jak dla kilku, z zamiarem awaryjnego wyskoczenia do sklepu. Pojawiły się w końcu cztery dziewczynki. Dlatego stresująco było tylko średnio :)

Przez pierwszą godzinę dziewczyny bawiły się, ale w pewnym momencie dwie oddzieliły się, poszły do drugiego pokoju i tam zaczęły lepić plasteliną. Oraz cicho mieć żal, że Wiertka się z nimi nie bawi. A ta zajmowała się dwoma koleżankami w dużym pokoju. Ośmiolatki nie mają jeszcze towarzyskiej ogłady mówiącej, że pomiędzy gośćmi się krąży. Żeby zintegrować dziewczyny zarządziłam zabawy. Najpierw był "pokój zagadek" - poprzedniego dnia, Wiertka sama układała treść zagadek i ustalała, w którym miejscu będą ukryte poszczególne cyfry kodu. "Pokojem zagadek" był pokój Wiertki. Potem były kalambury. Miałyśmy kilkanaście karteczek z nazwami zwierząt lub zawodów. Kiedy nasze karteczki się skończyły, dziewczynki wpadły na pomysł, że teraz każda napisze od siebie po trzy karteczki i będziemy losować od nowa. I tak grały godzinę.

Potem był tort, gaszenie świeczki, sto lat. I ostatnią, trzecią godzinę bawiły się już razem, same w pokoju, zintegrowane. I oczywiście, ta godzina przeleciała najszybciej, a gdy zaczęły się schodzić mamy był przy rozstaniu płacz.

Ogarnęłam pokoje, pochowałam przekąski, wzięłam kąpiel i padłam. To był strasznie wyczerpujący dzień. Nie wiem, jak nauczycielki funkcjonują.

19:09, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 grudnia 2017
Dawni rzemieślnicy

Gdzieś tak na początku roku 2014 (wtedy też miałam dość trudny okres w życiu), pisałam, że zniszczyłam buty. Z mojej winy, skórzane powinny były być dobrze impregnowane, a zaniedbałam to. W jednym, przy palcach rozdarła się skóra, tak na jakieś dwa centymetry. Widać było, nie chroniły przed śniegiem i wilgocią i prawdopodobnie, rozdarcie mogłoby się powiększać. Zaniosłam je do szewca, do takiego punktu w centrum handlowym. On stwierdził, że tego nie da się już naprawić. Buty są do wyrzucenia.

Na szczęście, dostałam wtedy od kogoś awaryjne buty, a po jakiś dwóch tygodniach zdobyłam pieniądze i mogłam kupić sobie nowe zimowe.

I właśnie teraz, po przedeptaniu trzech zim, czyli nie aż tak szybko, te buty także zakończyły żywot. Nadal mam tamte awaryjne. Stanęłam ponownie w obliczu kupowania sobie nowych butów, choć lepiej żebym pieniądze przeznaczyła na inne ważne wydatki. Jedzenie na przykład. Jednak, przypomniałam sobie o tych rozdartych. Cały czas leżały w szafie. Ja nie wyrzucam rzeczy tak szybko. Raz na jakiś czas je zakładałam. Przez ostatnie miesiące bywałam na lokalnej internetowej grupie, a tam często padają pytania "gdzie dobry szewc?", "gdzie hydraulik?". Dzięki temu sprawdziłam, że kilka ulic ode mnie, pod drodze do szkoły dziecka jest zakład szewski.

Zakład jest na parterze starej, komunalnej kamienicy. Wygląda jakby nawet właściciel o nim zapomniał. Czynny 10-17:00, więc jak się pracuje, to nie da rady tam zajrzeć. Ja jestem na urlopie. Szewc to pan już po siedemdziesiątce. Obejrzał buty - skóra do zaszycia, pokryje to łatką. 20 złotych (słownie: dwadzieścia złotych). Do odebrania następnego dnia. Odebrałam i zatkało mnie, bo nie widać, że buty są naprawiane. Oczywiście, jeśli ktoś wie, że tam jest łatka, albo jest fanem ludzkiego wyglądu i studiuje za ile i skąd te buty, to dostrzeże ją. Za dwie dychy mam naprawione buty. A podobno nie dało się ich uratować.

Najsmutniejsze, że ten świat rzemieślników, fachowców, a nie wymieniaczy fleków już odchodzi :(

Tagi: szewc życie
21:11, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
środa, 06 grudnia 2017
Dziecięco lekarsko

Wędrówka matki z dzieckiem po specjalistach jeszcze się nie zakończyła. Wczoraj miałam dzień wolnego, nie by wypoczywać, by pojechać z Wiertką na wizyty lekarskie.

 

Ortopeda. Gdy mała była z ojcem na wizycie kontrolnej w sierpniu padła hipoteza, że źródłem jej skrzywienia kręgosłupa są… nierówne nogi. Odrobinę mnie to podłamało. Bo przecież tego nie da się naprawić, skorygować. Jedynie wkładka do buta. Pojechaliśmy na prześwietlenie kręgosłupa. Wczoraj, na kolejnej wizycie kontrolnej, wreszcie zdjęcie było omawiane. Nogi są równe. Małe pocieszenie, bo okazało się, że skrzywienie kręgosłupa się pogłębia. Jest już na granicy, gdy trzeba by wdrożyć noszenie gorsetu. Jednak jakiś inny parametr pokazał, że zajęcia korekcyjne, na które Wiertka chodzi raz w tygodniu, pomagają. Dlatego chodzić będzie na nie nadal, co zepsuło humor mojej córce. Jeszcze pozostaniemy przy samych zajęciach i ponownie za jakieś dwa, trzy miesiące, pani doktor zobaczy, jak wyglądają plecy mojego dziecka. Zaniepokoiło mnie to, bo nawet chyba mój kręgosłup nie krzywił się tak gwałtownie. Choć kto wie. Powinnam w domu pilnować by prawidłowo siedziała i prostowała sylwetkę. Sama z dzieciństwa pamiętam, jak to jest trudne i teraz niemal to samo słyszę od mojej córki.

Dygresja. W dzieciństwie bardzo szybko rosłam i w pewnym momencie nie mogłam utrzymać w pionie tej mojej strzelistej sylwetki. To było tak w okolicach dziesiątego roku życia. Może ciężko to sobie wyobrazić, ale naprawdę gdy byłam idealnie wyprostowana, to ciężko mi było oddychać. Bez przerwy garbiłam się niczym szympansiątko. Niestety, nawet to na zdjęciach widać. I teraz ten sam tekst mówi mi moja córka. Żałowałam potem, że wtedy nikt z pasem nie stał nade mną i nie pilnował robienia ćwiczeń. Obiecałam sobie, że własnego dziecka, gdy będę je miała, dopilnuję.

Tłumaczę jej moje własne doświadczenia, jak ważne jest by mieć prostą sylwetkę. Strzeliłam nawet umoralniającym tekstem:

- Kiedyś mi za to podziękujesz.

- Nie będę ci nigdy za to dziękować. – zarzeka się moje dziecko – Nie będę za to dziękować.

Potem kolejna wizyta z wynikami badań. Już kilka miesięcy temu zauważyłam pewną rzecz na ciele Wiertki. Ten sam objaw ja miałam w wieku dziesięciu lat. Dobrze pamiętam, bo na koloniach z innymi dziewczynkami porównywałyśmy sobie J W każdym razie, zaniepokoiło mnie, że może to sporo za wcześnie, ruszyło dojrzewanie i zaraz zacznie się cykl miesięczny. Powiedziałam o tym pediatrze. I tak Wiertka dostała skierowanie na badanie hormonów tarczycy, rentgen nadgarstka, usg brzucha. Sąsiadka, której córka miała podejrzenie problemów z tarczycą, stwierdziła, że to fajna pediatra. Oni dostali tylko skierowanie do endokrynologa, a wiadomo jakie są terminy. Musieli wszystko robić prywatnie.

Rentgen wykazał, że Wiertka ma kości dziesięcioletniej dziewczynki. Dopuszczalne jest wyprzedzenie dwuletnie, więc mieści się jeszcze w granicach. Być może po prostu relatywnie wcześniej dostanie pierwszą miesiączkę. Kiedyś od znajomej dowiedziałam się, że to ważne, by wiek kostny by zharmonizowany z wiekiem metrykalnym, bo w momencie dostania okresu wzrost u dziewczynki zostaje zahamowany lub zatrzymany. Powinna mieć już wtedy odpowiednio rozwinięte ciało. Usg brzucha wyszło ok – żadnych guzów, gruczolaków. Wyniki badań krwi i moczu dobre. Wyniki badań tarczycy w widełkach normy, tylko już dotykają górnej granicy. Na wszelki wypadek, Wiertka dostała skierowanie na usg tarczycy i skierowanie do poradni endokrynologicznej. Zapiszę ją i jeśli terminy będą odległe, to poczekamy. W związku z występowaniem w mojej rodzinie chorób tarczycy (na to zmarła moja mama), trzeba to kontrolować.

Mam nadzieję, że etap wynajdowania problemów zdrowotnych będziemy powoli kończyć.

 

15:30, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi