To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 30 marca 2011
przeziębiony marzec

Dziś pogadałam chwilę z szefem i nie miał nic przeciwko żebym poszła na dwa dni zwolnienia lekarskiego. Widocznie nie-polskie geny przeważają nad jego polskimi ;)

Od ponad dwóch tygodni, prawie trzech ciągnie się za mną przeziębienie. Dopiero zaczęłam nową pracę, umowa na okres próbny, więc dzielnie chodziłam do pracy, z nadzieją, że da się "przechodzić". Jeden katar minął, kaszel się rozszalał coraz bardziej aż wykrztuszałam oskrzela, przyszedł drugi katar. Koledzy siedzący w tym samym pokoju co ja, patrzyli na mnie jak na biologiczną bombę. W końcu, nawet klienci, z którymi rozmawiałam przez telefon, dopytywali się, jak tam moje zdrowie. Tak udało mi się zamknąć jeden projekt, z dobrym budżetem.

Apogeum przyszło w poniedziałek. Najpierw ja nie mogłam zasnąć, bo nos zatkany, duszno. Dziecko rzucało się przez sen, miało ataki kaszlu, wybudzało, płakało. Spałam całe 2,5 godziny razem. A potem pojechałam półprzytomna do pracy. Chora i niewyspana. Zacisnęłam zęby, wytrzymałam do końca dnia. W domu czekało mnie jeszcze chore dziecko, z którym wcześniej byliśmy u lekarza. Z małą po południu był jej ojciec, poprosiłam go by został jeszcze trochę, to się zdrzemnę. Musiał iść jeść. Poryczałam się z tego ogromnego zmęczenia. Mała była równie osłabiona co ja, więc zaraz obie padlyśmy spać.

W końcu sama zobaczyłam, że nie da się dłużej "przechodzić" przeziębienia, bo domowe sposoby nic nie dają. Jutro mam ostatni dzień pracy na próbnej umowie, ale na 99% mi ją przedłużą. Nawet jeśli nowa osoba, za mnie, przyszłaby od piątku, to nie ogarnęłaby bajzlu przed czterema deadlinami. Żongluję teraz czterema talerzami, ale jak zwykle, kiedyś tam poświęce temu wpis.

Wiertkowi też się nie poprawiło, tylko pogorszyło z niedzieli na poniedziałek. Dostała znowu antybiotyk i tydzień w domu. Mój nieoceniony tata siedział z nią kolejne trzy dni. Obie musimy wyzdrowieć, by się znowu nie pozarażać nawzajem.

21:41, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 marca 2011
urodzinowy plemnik

O najbardziej oryginalnym prezencie urodzinowym jeszcze będzie.

Skończyłam 35 lat i według jakiś dawno przeczytanych informacji statystycznych weszłam w wiek średni. Wtedy wydawało mi się to może i rozsądne. 35 to poważny wiek. Teraz czuję, że to jakaś pomyłka i socjologiczne tabele powinny zostać skorygowane. Być może już są. Lata 50te XX wieku dały taką kategorię jak młodość (wcześniej było dzieciństwo i dorosłość). XXI wiek zlikwiduje wiek średni, zostanie: dzieciństwo, młodość, chirurgia plastyczna. Zrobiłam krótkie rozeznanie wśród rówieśnić i mechanizm wyparcia jest w nas tak silny, że żadna kategoria tego nie obejmuje. Nie wykluczone, że będę się kiedyś czuć na 35 lat. Nie wykluczone, że będę miała wtedy 50 lat ;)

A teraz o pewnych moich urodzinach w klimacie "realizmu magicznego", czy coś w tym stylu. W środku nocy obudziło mnie pukanie do drzwi. Mieszkałam wtedy w dziupli, 22 m kw, więc od łóżka do drzwi miałam dwa kroki. Czułam, że jest tam kobieta w średnim wieku (czyli tak po 50tce :D). Na korytarzu było pusto. "Nie chcesz, to nie wchodź", mruknęłam i wróciłam do łóżka. Usiadłam na nim i ocknęłam się wreszcie (czasem zdarza mi się lunatykować). Był dzień moich 33cich urodzin, 2.20 godzina mojego przyjścia na świat, imieniny mojej mamy, która nie żyła od ponad dziewięciu miesięcy (moje pierwsze urodziny bez niej). Następnego dnia zaszłam w ciążę. Jeden, sprawny, zdeterminowany plemnik okazał się być najbardziej oryginalnym prezentem urodzinowym w moim życiu.

W osiem i pół miesiąca później, pewnej nocy mojej babci przyśniła się jej córka, czyli moja mama. Przyszła do niej z białą różą. Tej nocy zaczęły mi się sączyć wody płodowe, a po po południu urodziłam córkę.

Najstarszą córkę, najstarszej córki, najstarszej córki, najstarszej córki, najstarszej córki.

To by było na razie tyle magii w moim życiu.

21:22, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 marca 2011
z dziadkiem

Po tygodniu pokasływania, panie w żłobku wzięły mnie sposobem i powiedziały, że Wiertek trochę gorączkuje. Już nie miałam tyle bezczelności, by pokazywać się z nią kolejngo dnia. Z kimś od środy do piątku musiałam ją zostawić w domu. Skorzystałam z tego, że mój tata ma przestój w firmie, siedzi w domu i nawet nie miał nic przeciwko temu. Problem był jeden - mała ciągle nie lubi facetów.

Tata przyszedł na godzinę przed moim wyjściem do pracy, ale to mało pomogło. Gdy wychodziłam, głośno płakała. Dziadek przywiózł jej cymbałki i karty, by się jakoś wkupić. Pierwszego dnia, płacząc za mną zasnęła w końcu, spała dwie godziny, po przebudzeniu pół godziny leżała w bezruchu łupiąc nieufnie okiem na mojego tatę. Potem spędziła resztę dnia na jego kolanach.

Drugiego dnia, nie poprawiło się - powitała dziadka płaczem, płakała za mną. Jednak w końcu jej przeszło i tańczyła dziadkowi, biegała za piłeczką, skakała na łóżku. Ciekawe jak powita go trzeciego dnia.

Na razie, nie piszę o pracy. Jeszcze to nadrobię. Nie ufam anonimowości w necie :)

Tagi: córka
20:25, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 marca 2011
to matka, czy babka tego dziecka?

Poranek w autobusie, w drodze do żłobka. Wiertka zaczął zaczepiał taki obdarty, zapuszczony pijaczek (na przystanku kończył butelkę taniego wina) - śmiał się do niej i ciurlał, a ona przyjmowała go jak zwyczajnego człowieka ;) To nie pierwszy taki pijaczek lokalny, który nią się zachwyca, jeden dał jej niedawno garść cukierków. Zamyśliłam się. Po chwili, słyszę, że piajczek ma do mnie jakieś pretensje, krzyczy, wyzywa. Chyba coś powiedział, a ja go zamyślona zignorowałam.

- To matka tego dziecka, czy babka? - krzyczał tak na cały pojazd kilka razy.

Stałam spokojna i tak zaraz był mój przystanek. Ale spokojna nie byłam. Chyba spadł na mnie dołek przedurodzinowy - urodziny tuż, tuż. Wyglądam staro, wyglądam jak czyjaś babcia. A przecież jestem jeszcze taka młoda, czy coś w tym stylu. Psychicznie mam z dekadę mniej.

Tak zupełnie młodo dziecka nie urodziłam - miałam 33 i 3/4, ale zawsze tak chciałam, nawet będąc w liceum piłam za udane późne macierzyństwo.

Tagi: życie
21:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 marca 2011
Kobieta w czerwonym płaszczu

Przełom, czyli być może "łeb starzeje, dupa szaleje".

Przełom nie w tym, że kupiłam nowy płaszcz wiosenny (jesienny, zależy jak na to patrzeć). Kupiłam czerwony płaszcz. Ja lubująca się w maskujących szarościach, czerniach, teraz odczułam silną potrzebę kroczenia w czymś mocnym kolorystycznie. Zawsze uważałam, że w czerwieni wyglądam jak niemiecki turysta na plaży, czyli jak prosię, ale to czerwień przydymiona, albo ja żyłam w błędzie długi czas.

Resztę garderoby też bym wymieniła na bardziej żywe kolory. Czy tak się przejawia druga młodość u kobiet?

Problem przyszedł przy płaceniu, bo okazało się, że wydałam na niego ostatnie niemal pieniądze. Nie wiem, za co będę żyć do pierwszej wypłaty. Na swoją obronę mam to, że w ostatnim płaszczu chodziłam ponad 10 lat, zimowe palto jest niewiele młodsze, lżejsze kurtki też. Mogę sobie w końcu zaszaleć, jako wybitna anty-fashionistka.

Nie mogę się doczekać, kiedy pogoda się poprawi i będę mogła go założyć. Libido aż mi drga w górę ;)

Tagi: życie
22:05, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 marca 2011
Czasami miłości nie da się podzielić

Wczoraj dotarło do mnie, że bardzo kocham moje 15 miesięczne dziecko. Taką miłością wielką i rozpościerającą skrzydła. Co nie zawsze było takie oczywiste. Ta miłość sobie rosła, kiełkowała od wieczorów, gdy patrzyłam na kilkutygodniowe niemowlę i zastanawiałam się, czy to moje dziecko. Bo gdyby była moja, to przecież czułabym to "coś", tę nić nie do zerwania. A tak to, ktoś nagle zapuka do drzwi i oświadczy mi, że dzieci w szpitalu podmieniono, pokaże mi to "moje" i we mnie strzeli ten mityczny piorun macierzyńskiej miłości. Bo ja patrzę na to dziecko i nic we mnie strzela, tylko fajne uczucie, że sobie śpi i jest cicho.

Mam takie dwa zjdęcia z Wiertkiem. Pierwsze, w kilka dni po porodzie - śpimy głowamy do siebie, ona w swoim łóżeczku, ja w swoim obok. Drugie, koło jej pierwszych urodzin - śpimy głowami do siebie, jedna obok drugiej, przytulone.

W ciągu tego czasu, czasu spędzonego z dzieckiem w domu, moja nić się coraz mocniej zawiązywała, ale jednocześnie głowa zanurzała w słoju z budyniem, który wdzierał się w nos, uszy, oczy. Lepka maź dookoła.

Odkąd poszłam do pracy mocniej kocham własne dziecko i bardziej jej to okazuję.

Inna strona medalu - zaczęłam się bardziej bać, że coś jej się stanie, zginie, umrze. Miałam sen, że odeszła i tylko zdjęcia zostały. Czy za 30 lat też będę tak schizować, nawet jeśli ona będzie samodzielną babą podróżującą po świecie? To co to za życie ;)

Smutniejsza krawędź medalu - nie ma we mnie skrawka na żadną inną miłość. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym teraz jeszcze kogoś kochać. Żenujące były dla mnie kobiety, które całą miłość przelewały na dziecko, odtrącając mężczyznę. Uważałam, że ja będę bardziej świadoma, "lepsza". Tylko, że żadnego faceta w domu nie ma, to w czym problem? Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłam bym pokochać w ogóle jeszcze kogoś. Wprowadzić jakiegoś faceta do naszego domu? Ja tam dla żadnego miejsca nie widzę. Takie refleksje po wizycie pewnego miłego młodego człowieka w piątek.

Czy to mija, jak dziecko podrasta?

Skończymy jak Erica Kohut i jej matka ;););)

Tagi: córka
23:15, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 marca 2011
Pierwsza noc bez dziecka

Wczoraj Wiertek pojechała po południu do taty, z opcją nocowania. Ostatnio pobudkę mam o 5.30 i moje dziecko nie rozróżnia, czy jest dzień powszedni, czy weekend. Marzyłam by się wyspać.

Dziwne uczucie - pusty dom, łóżko tylko dla mnie, butelka wina przed komputerem. A jak ona? Czy zasypia spokojnie beze mnie?

Rano obudziłam się i zobaczyłam na zegarku... 10.50. Szok :)

18:31, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 marca 2011
nowa praca

Dawno nie pisałam, bo wiele się działo.

Ostatniego dnia lutego miałam rozmowę w sprawie pracy, następnego dnia zadzwonili, że chcą mnie od zaraz, najlepiej gdybym przyszła już jutro. Jadę na rezerwie paliwa finansowego, więc nie dyskutowałam.

Szybko dowiedziałam się, dlaczego potrzebują szybko pracownika. Dostałam dwa projekty, z budżetami do wyrobienia w niewiele ponad tydzień. Widocznie ktoś im wybył z działu w ostatniej chwili. Dziś, po tygodniu, był pierwszy dzień, kiedy było trochę luźniej, bez gonienia. A tak nawet nie zauważałam, że mogłabym być zmęczona - a kiedyś zastanawiałam się, jak dam radę w pracy bez rytualnej drzemki w ciągu dnia ;)

I tak jak podejrzewałam - opieka nad dzieckiem w domu była chyba bardziej odprężająca ;) Wracam z pracy z uczuciem, jakby walec przejechał się po mojej czaszce. Za to psychicznie jakoś odświeżona.

Wiertek jest prawie 10 godzin w żłobku i też jej organizm jest w szoku - pada przed 19.00, nawet już o 18.30 i śpi do rana.

Nasz plan dnia:

5:40 moja pobudka, toaleta, śniadanie

6:15 budzenie małej (częściej sama się budzi), przewijanie, mleko, ubieranie, ubieranie do wyjścia (wyrywa się i biega po pokoju)

6:45 wyjście z domu

6:55 autobus

7:05 żłobek

7:10 jadę do pracy

8:00-16.00 praca

16:50 żłobek

17:20 w domu

Nie jest źle - najgorsze, najciemniejsze miesiące roku przesiedziałyśmy w domu. Wychodzimy jest jasno, wracamy jest jasno.

Ciąg dalszy nastąpi, bo po całym dniu siedzenia przed laptopem, moje oczy nie mają dużo siły na prywatny net.

Tagi: córka praca
20:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 01 marca 2011
pożyczyłam wirusa

Bardzo sprytne posunięcie, choć niezamierzone. Matka wzięła chorobę dziecka na siebie :) Mogę robić to zawsze.

Wiertek wróciła ze żłobka zdrowa. Za to ja miałam ciężki poniedziałek - ból brzucha, nudności, senność zwalajaca z nóg, brak apetytu, czyli lekka grypa żołądkowa. Dobrze, że na rozmowie w sprawie pracy trochę odpuściło. Wieczorem zostało już tylko osłabienie i senność. A dziecko jakoś nie wybierało się spać. W pewnym momencie nie dałam rady, odpłynęłam i zasnęłam na chwilę, a mała, tak się bawiła obok mnie na łóżku, że... spadła z niego. W końcu o 21.30 obie zasnełyśmy.

Godzinę później, wybijająca się na niepodległość piątka małej, zbudziła nas obie. Wiertek darła się, jak obdzierana ze skóry. W końcu zasnęła. A tu, dzwonek do drzwi... To nie była Straż Miejska, której spodziewam się od roku, czyli od czasu, gdy moje dziecko urządza wieczorne wrzaski. To sąsiadki przyszły spytać, dlaczego dziecko tak płacze. Dziwię się, czemu dopiero teraz ;) Tyle się pisze o maltretowanych dzieciach, przy milczącej obojętności sąsiadów. Mieszkam tam dopiero od 1,5 roku, więc nie znają mnie dobrze.

Mam też irracjonalny strach, że coś stanie się ze mną, a mała będzie tkwić bezbronna, sama w domu nad moimi zwłokami. Dobrze, że ktoś reaguje na jej płacz. Jakiś czas temu czytałam wywiad z Joanną Racewicz, która przyznała się dotego samego, nie jestem więc taka do końca dziwna.

10:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
pożyczyłam wirusa

Bardzo sprytne posunięcie, choć niezamierzone. Matka wzięła chorobę dziecka na siebie :) Mogę robić to zawsze.

Wiertek wróciła ze żłobka zdrowa. Za to ja miałam ciężki poniedziałek - ból brzucha, nudności, senność zwalajaca z nóg, brak apetytu, czyli lekka grypa żołądkowa. Dobrze, że na rozmowie w sprawie pracy trochę odpuściło. Wieczorem zostało już tylko osłabienie i senność. A dziecko jakoś nie wybierało się spać. W pewnym momencie nie dałam rady, odpłynęłam i zasnęłam na chwilę, a mała, tak się bawiła obok mnie na łóżku, że... spadła z niego. W końcu o 21.30 obie zasnełyśmy.

Godzinę później, wybijająca się na niepodległość piątka małej, zbudziła nas obie. Wiertek darła się, jak obdzierana ze skóry. W końcu zasnęła. A tu, dzwonek do drzwi... To nie była Straż Miejska, której spodziewam się od roku, czyli od czasu, gdy moje dziecko urządza wieczorne wrzaski. To sąsiadki przyszły spytać, dlaczego dziecko tak płacze. Dziwię się, czmu dopiero teraz ;) Tyle się pisze o maltretowanych dzieciach, przy milczącej obojętności sąsiadów. Mieszkam tam dopiero od 1,5 roku, więc nie znają mnie dobrze.

Mam też irracjonalny strach, że coś stanie się ze mną, a mała będzie tkwić bezbronna, sama w domu nad moimi zwłokami. Dobrze, że ktoś reaguje na jej płacz. Jakiś czas temu czytałam wywiad z Joanną Racewicz, która przyznała się dotego samego, nie jestem więc taka do końca dziwna.

10:45, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi