To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 31 marca 2012
"Kochanie, wczoraj zwolnili mnie z pracy"

Przypomniała mi się taka fajna piosenka z lata młodości - "Na bruk" T.Love.

Na początku lat 90tych można jeszcze było zarefrenić "Zostawmy to i chodźmy na spacer / bo dzisiaj świat wygląda inaczej / gdy wszystko kwitnie / i eksploduje w nas" i tak dalej.

Zajrzałam wczoraj do gabinetu szefa, który akurat zjechał na chwilę, bo złożony chorobą jest biedak. Miałam dać wniosek urlopowy, a dostałam wypowiedzenie z pracy. Z miesięcznym okresem wypowiedzenia, bez obowiązku świadczenia pracy.

Powinnam się była tego spodziewać, od grudnia o tym tu pisałam. Mimo to ostatnio moja czujność została uśpiona. Najbardziej dziwaczne, że on być może zaraz przyjmie na moje miejsce, nazwane inaczej nową osobę. Bo jak niektórzy są nałogowymi randkowiczami, tak on jest nałogowym rekruterem - Pracownik Jego Życia jest dopiero przed nim. Ostatni Pracownik Jego Życia okradł go na przełomie roku i wcisnął firmę w brak płynności finansowej. W sumie może powinnam się cieszyć, po co mi praca gdzie na pensję czeka się z opóźnieniem.

Być może powinnam z nim porozmawiać, podyskutować, ponegocjować, znaleźć dla siebie jakąś niszę w strukturze wydawnictwa. Bo praca by była. W tamtym momencie byłam ogłuszona. I czy jest sens namawiać, "by dalej ze mną był, kogoś kto jest już podekscytowany czymś nowym"? Skoro dla niego trwa na trawniku sąsiada zawsze jest bardziej zielona. Zastanowię się do poniedziałku. Wypowiedzenie zawsze można cofnąć.

Nie lubię zmian, ciężko je znoszę. Nie uśmiecha mi się szukać nowej pracy i gimnastykować się, jak tu zatuszować fakt posiadania małego dziecka, przymus życiowy pracowania do 16.00. Szkoda mi relacji towarzyskich, bo choć małe firmy mają sporo wad, to miewają często jedną zaletę - fajni ludzie, którzy są ze sobą blisko.

Wkurza mnie, że Wiertka nie dostała ospy miesiąc później. Zostałabym teraz z nią w domu, zamiast wydawać tyle pieniędzy. Mogłam wtedy iść na zwolnienie lekarskie. Po co się było tak poświęcać? Dobrze, że w momencie rekrutacji do przedszkola miałam zatrudnienie. Co będzie we wrześniu? A jeśli wtedy będę bezrobotna? I nici z urlopu z dzieckiem w lato, gdy żłobek jest zamknięty, bo jednak liczę, że pracę będę wtedy miała. Znowu będę płacić jakiejś opiekunce.

Będę wcześniej odbierać dziecko z pracy. Trochę odpocznę. Pospotykam się z osobami, z którymi dotąd się nie udało. Oszczędności mam - liczę, że szef jednak zaległe rzeczy mi zapłaci. Nowych szafek do kuchni nigdy już chyba nie kupię.

Nic mnie nie cieszy.

10:09, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 marca 2012
Przedświąteczny weekend Nie-Matki - odsłona 1

Wczoraj rozpoczęłam mój czas dla siebie. Zainaugurowałam go telefonem do Byłego, w sprawie jakiś rzeczy ze żłobka, gdzie usłyszałam jako pierwsze zdanie:

- To ja miałem już dziś ją zabrać?

Zapomniałam mu o tym przypominać w odpowiednich interwałach czasowych, które byłyby tak częste by nie zapomniał i tak rzadkie, by nie zostały uznane za nękanie. Dobrze, że nie miał żadnych rzeczy zaplanowanych na resztę dnia.

Wieczorem spotkanie z dziewczynami ze stowarzyszenia. Weszłyśmy w klimat przedświąteczny i robiłyśmy pisanki metodą decoupagu. Jaja były styropianowe, bo ugotowane na twardo raczej by nie dotrwały do świąt. Zrobiłam jedno, takie indyczej wielkości. Nie jest to tak wcale mało, bo robota jest drobiazgowa, czeka się na wyschnięcie kleju, im więcej elementów, tym większe ryzyko, że któryś ponownie się przyklei, ale do palca. W końcu wpadłam na pomysł wsadzenia jaja w kieliszeczek i wtedy spokojnie można było doklejać drobne detale.

Jednocześnie gadałyśmy sobie i przypominały mi się opowieści mojej babci jak to kiedyś we wsi kobiety siadały razem, razem coś robiły i opowiadały, plotkowały, radziły. Tak niemal codziennie. "Darcie pierza". W pokoleniu moich rodziców kontakty były rzadsze, ale chyba nadal życie towarzyskie kwitło. Nigdy nie wiedziałeś, kto zadzwoni do twoich drzwi, nie wpadnie tak po prostu na kawę. Sama jeszcze to pamiętam z lat nastoletnich. My już umawiamy się na konkretny termin i miejsce, najlepiej ze sporym wyprzedzeniem, by zgrać terminarze kilku osób. A wbicie się do kogoś na kwadrat bez uprzedzenia jest widziane jako gruby nietakt ;) Ja nawet nie mam motywacji by naprawić domofon (ja słyszę, nie jestem słyszana) - zawsze wiem, kto dzwoni, a jak nikogo się nie spodziewam, to odbieram, ale jeśli ten ktoś się nie odezwie, to nie wpuszczę do bloku. To wiadomość dla znajomych czytających tego bloga, gdyby chcieli mnie niespodziewanie odwiedzić :) Jeszcze młodsi siedzą głównie na GG, FB, Skypie. Co będą robić moje wnuki? W ogóle nie będą odczuwać potrzeby kontaktu?

Wracając do "darcia pierza", jedna z nas zwróciła uwagę, że czuje się tu swojsko. W pracy jest jedyną rozwódką, ba dwukrotną rozwódką. Wszyscy mają rodziny, sprawiające wrażenie udanych. A wśród aktualnie obecnych na wczorajszym wieczorze była - dwukrotna rozwódka matka dwojga dzieci, pojedyńcza rozwódka matka jednego dorosłego dziecka, dwukrotna rozwódka i dwukrotna wdowa jednocześnie matka dwojga dorosłych dzieci, ja coś jak rozwódka matka jednego dziecka i ostatnia koleżanka niby też rozwódka matka dorosłego dziecka, ale motywy rozstania z mężem były chyba bardziej ekonomiczne. Przypomina mi się tekst mojego kolegi z liceum na temat naszego drugiego, z zacięciem malarskim, uwaga cytat dokładny: "Artyści mają swoje prawa, ale ten kurwa przesadza".

Pomagałyśmy też jednej z nas wymyślić konflikt w opowiadaniu. Przeczytała nam początek, zawiązanie akcji. Zazdroszczę jej umiejętności "rozpulchniania tekstu", tworzenia dłuższych opisów. Ja potrafię wymyślać zręby tekstu, akcję, konflikt, nawet niejeden, ale obtoczenie tego w słowa, by miało to więcej niż 2-3 strony znormalizowanego tekstu, to już trudność. Żartuję, że z moich opowiadań, po redakcji, zostają już tylko spacje. Być może za dwie, trzy dekady, ktoś napisze o mnie - to ta, mistrzyni haiku wśród opowiadań, potrafiła wyrazić w 10 zdaniach to, co inni muszą w 100, ale na razie szanse widzę małe :)

08:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2012
Mimi i Szimi, czyli niedziela z dzieckiem

Jedyny prezent urodzinowy jaki dostałam (oprócz godziny nocy mniej), to od własnego dziecka - nieprzespana noc. Późno zasnęłam, bo wciągnęły mnie "Vicki Cristina Barcelona" i "American Psycho". W pół godziny po zapadnięciu w sen, gdzieś koło godziny moich narodzin potomkini obudziła się z wrzaskiem. Zasypiała tylko przytulona do mojej klatki piersiowej, odkładana, odsuwana delikatnie wybudzała się z płaczem. Ja nie potrafię spać na plecach, z 13 kilogramami na sobie. Chyba mało kto potrafi. Po dwóch godzinach miotaniny, mojej złości, w końcu miałam dość i wzięłam ją na przetrzymanie. Przecież jej nie odtrącałam, chciałam przytulić, ale żebyśmy leżały obok siebie. Tłumaczyłam jej to. Popłakała z pięć minut i wreszcie położyła się obok mnie. Wg czasu letniego była już 6.00.

Dygresja - samotność to myśl, że już się nigdy nie dostanie prezentu: urodzinowego, czy świątecznego. Wiadomo, że gdybym zorganizowała przyjęcie, to tak. Ale nie dostanę już prezentu "za to, że po prostu jestem". Trzeba poczekać, aż dziecko podrośnie :) Choć oczywiście, za życzenia dziękuję, były miłe. W czasach FB nawet Były pamięta ;)

Odwiedziłyśmy mojego tatę i brata. Miałam w planach spacer na cmentarz na grób mamy, która ma imieniny (fajnie jest urodzić się w dzień imienin matki, bo goście zawsze przynosili także jakiś drobiazg dla mnie). Pogoda była jednak taka sobie. Ja ubrana jak na ciepło poprzedniego dnia, byłam wywiana i wyziębiona. Dziecko też bałam się ciągnąć na, w sumie, dwugodzinny spacer. Na szczęście panowie byli u mamy tydzień temu, więc ja podjadę może za tydzień. Skończyło się na kawie u brata i jego rodziny. Mój bratanek jest o dziewięć miesięcy młodszy od Wiertki, a już zaczyna lepiej od niej mówić. Lepiej sobie radzi od niej na dzisiejszym etapie, nie porównując już jej umiejętności mówienia te ponad pół roku temu. A chłopiec. Cóż, taka przewrotność losu - ja mówiłam płynnie w wieku niecałych dwóch lat, gdy jego tata, czyli mój brat, zaczął mówić późno i do tego sepleniąc, połykając "r". Za to moja mała jest sprawniejsza ruchowo i manualnie, na jego etapie lepiej sobie radziła z chodzeniem, bieganiem i sztućcami :) Na razie kuzyni nie integrują się, tylko wyrywają sobie zabawki i książeczki. On mówi o niej Mimi, ona po wyjściu nazwała go Szimi :) Ale dobrze, że ma kogoś w bliskiej rodzinie zbliżonego wiekiem. Nie będzie może takim jedynakiem do końca.

Dzisiejszy ranek, był brutalny, bo obie z Wiertką późno zasnęłyśmy. Pozwoliłam jej na długą drzemkę aż do 18.00. Pozwoliłam, bo sama razem z nią zasnęłam na tak długo. Sama z trudem wstałam, ale mała dała popis płaczu, wyrywania, odpychania mnie. Nie stać mnie było na dłuższe zwlekanie z wyjściem, więc - okropne - dałam jej klapsa. Z butami i kurtką było już spokojnie. Na wcześniejszy autobus i tak już byśmy nie zdążyły, więc przeszłyśmy się kawałek trzymając za ręce. Ćwiczę z nią przechodzenie przez jezdnię i pasy. Dotąd prawie zawsze na środku jezdni musiała się zatrzymać, rozglądać, zawracać, usiąść i kończyło się na taszczeniu ją pod pachą. Teraz idzie coraz sprawniej, tłumaczę, że trzeba przechodzić płynnym ruchem, bez zatrzymania, sprawdzać, czy nie jedzie auto, itd.

Zamknięte dwie stacje metra, muszę jeździć "górą", na przystankach tramwajowych jak pod mięsnym w latach 80tych, gdy towar rzucili. Trasę dom-żłobek-praca pokonuję w 100 minut... Półtorej godziny i jeszcze dziesięć minut. Będę się mocno spóźniać do pracy, nie zamierzam zrywać siebie i dziecka jeszcze bledszym świtem. To tylko do świąt.

09:43, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Mimi i Szimi, czyli sobota z dzieckiem

Czy to pogoda, czy ciśnienie, czy niekorzystne konstelacje gwiazd, ale bywają dni gdy jestem potwornie zmęczona, ale też bywają takie, gdy mam sporo energii, cierpliwości dla dziecka, mimo przepracowanego dnia. Ostatnie trzy dni takie były.

W sobotę długo spałyśmy. Wybrałyśmy się kupić buty wiosenne i to takie, które Wiertka zauważyła na folderze reklamowym - z Kubusiem Puchatkiem. Skoro buty i tak trzeba kupić, to niech ma też swój wpływ. Już w sklepie mała chciała też trampki z bohaterem filmu Auta. Nie są to dobre prognozy, ale sama nie cierpiąca zakupów i nabywania dla siebie ubrań, dla dziecka byłam gotowa kupić dwie pary obuwia. Tylko w pierwszym odruchu chciało mi się wyrwać, że przecież to chłopięce trampki, ale powstrzymałam się. Skończyło się na jednej parze, bo dziecko się jednak rozmyśliło. Kupowanie butów dla dziecka, to dla mnie stres. Wiem mniej więcej jaki rozmiar wybrać, ale nigdy nie jestem do końca pewna, czy ten czy może punkt wyższy. Zakładałam jej oba rozmiary, prosiłam by się przeszła, powiedziała mi jak się czuje, ale odpowiedzi nie otrzymałam i znowu musiałam polegać na sobie samej.

Potem przeszłyśmy się na lody. Usiadłyśmy przy stoliku w kafejce by spokojnie zjeść. To taki trening mojego dziecka w miejscach publicznych. Niech się uczy, jak się zachowywać w restauracjach i kawiarniach :) I chciałabym też by za 30 lat mogła opowiadać, jak to w weekendy chodziła z mamą na lody i siedziałyśmy razem przy stoliku jak dwie dorosłe osoby. Ja pamiętam niedzielne poranki kinowe, na które mnie i brata zabierał tata. Wtedy jeszcze w malutkich miasteczkach bywały kina i cóż z tego, że w ten niedzielny poranek czasem potykało się o puste butelki po wódce pomiędzy fotelami. To też wspomnienie :) Alby, gdy tylko mnie tata zabierał do baru - ja dostawałam oranżadę i krem w wafelku zwany "ciepłym lodem", on brał kiełbaskę i piwo. Wtedy jeszcze picie piwa w miejscu publicznym, w obecności dziecka się zdarzało :)

Sobota była ciepła, słoneczna, więc po południu zabrałam jeszcze dziecko na plac zabaw, by wreszcie nabrało więcej świeżego powietrza po zimie. Tam natknęłam się na dziwne zjawisko - przystojny mężczyzna w otoczeniu trzech młodych matek z dzieckiem. Był miły dla oka, więc jakoś zwróciłam na niego uwagę. Z tego, co zauważyłam, to nie był spokrewniony z żadną z pań. Jaki jest powód, że przystojny facet spędza sobotnie popołudnie z trzema młodymi matkami??? Pedofil albo amator łatwego seksu z samotnymi samotnymi matkami? Wiadomo, że zachwycanie się maluszkiem, to dobry sposób na zaciągnięcie jego mamy do łóżka. W momencie, kiedy to i ja zostałam obdarowana przez pana szerokim uśmiechem, a Wiertka dostała pomoc na zjeżdżalni, emanowałam dystansem, który by mnie mógł usytuować w filmach Bergmana. W taki sposób to ja sobie nigdy nie "ułożę życia", skoro przy przyjaznym geście ze strony faceta, który wpadł mi w oko ja rozpatruję co z nim nie tak. Za dużo myślę.

Wpis miał być o całym weekendzie, ale wychodzi mi już strasznie długi, tak więc - ciąg dalszy nastąpi.

09:07, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 marca 2012
Od Pisarki do DKFu

Przegląd ostatnich dwóch dni.

Zajęcia z Pisarką, gdzie robiłyśmy przegląd twórczości nastolatek i zakończyłyśmy napisaniem tekstu od siebie dzisiejszej do siebie ówczesnej. Mi wyszedł wiersz pod cynicznym tytułem "Życie to przewrotna dziwka", gdzie dokonałam przeglądu zrewidowanych planów życiowych :)

Po zajęciach podjechałam na wspominkowe spotkanie DKFu, na którego filmy chodziłam w czasach studenckich. 15ta rocznica powstania, choć klub działalność zawiesił jakiś czas temu. Trochę historii się zebrało. Przypomniałam sobie czasy, gdy telefon, choćby stacjonarny nie dotarł pod rodzicielskie strzechy i gdy chciałam skoczyć na spontaniczną imprezę po projekcji i dyskusji, dzwoniłam z budki do kumpla mieszkającego przecznicę dalej, a ten o 22.00-23.00 szedł do moich rodziców, by zostawić "SMSa". Dziwne to. Może tylko moja matka należała do kobiet, które nie zasnęły póki dzieci nie wróciły do domu. Fakt, że długo z nimi mieszkałam. Kumplowi dziękuję :)

W roku 2012, po dwóch-trzech piwach, grzecznie pożegnaliśmy się i wróciliśmy do domów :)

Inna sprawa. Już druga z moich koleżanek, rocznik jak ja 1976 wypytywała mnie o moją córkę. Mają pracę, mieszkanie, nie są w związku i zazdroszczą mi dziecka, zastanawiają się, czy nie zdecydować się urodzić samotnie. Słyszę to od nich, nie wnioskuję, żeby nie było, że sobie coś dopowiadam. Cóż mogę doradzać, umęczona czasami. Może jednak jestem szczęściarą?

Wczoraj na targach, na imprezie firmowej przy okazji rozdania nagród wydawnictwa. Do domu dotarłam już po 18.00, by zjeść coś przyniesionego z miasta, wykąpać się i wejść do łóżka. Byłam półprzytomna ze zmęczenia. Dziecko było drugi wieczór u ojca.

15:51, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 marca 2012
Dlaczego lale nie mają ojców?

Mam za sobą fajne dwa dni z Wiertką. Moja kochana córeczka :) Tym razem to dziecko nauczyło mnie czegoś ciekawego o równości. Układała się do snu razem z lalką, która płacze, wzdycha, chrapie (chyba) i mówi "mama". Wiertka dość gwałtownie domagała się, by lala mówiła też "tata". Dlaczego lala nie mówi "tata"? No właśnie... Dlaczego gadające lalki nie mówią "tata"? Bo bawią się nimi dziewczynki i te mają wchodzić w role mamuś tych lalek. Lalkami bawią się tylko chłopcy wyjątkowo nawiedzonych genderowo mam. To komu niby zabawka ma mówić "tata". Z drugiej strony dziewczynka uczy się, że świat składa się z matek, ojcowie nie są ważni. Uczy się, że dla dziecka ma liczyć się tylko matka. Gdyby lala mówiła "tata", jeszcze trzeba by było odpowiedzieć, kto jest ojcem tej lalki? Kto jest jej tatą, skoro dziewczynka jest mamą?

Matkowałam tylu lalkom, bawiłam się z koleżankami w dom, ale nigdy temat mężów, ojców nie padł.

09:56, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 marca 2012
Od Amy do Ki, czyli weekend NieMatki

Dziecko odwiezione do ojca w sobotni ranek. Samochodem wujka, by organizm po ospie nie złapał czegoś nowego. Zostanie u niego do poniedziałku.

Weekend spędziłam na Dniach Otwartych Laboratorium Psychoedukacji, kilku wykładach tam,  spacerze, obiedzie na mieście, deserze lodowym, dużej ilości snu. Niedzielne popołudnie przesiedziałam na balkonie, skąpana w słońcu, z gazetą, kawą, obiadem, potem chłodnym piwem i byłam tak szczęśliwa, że prawie się popłakałam. Tak by mógł wyglądać każdy dzień, gdybym nie miała dziecka. Dlaczego nie można prowadzić dwóch równoległych wersji swojego życia, na dwóch czasopłaszczyznach równoległych, zmieniając je według potrzeby?

Wiąże się też z tym "Ki", którą sobie wczoraj obejrzałam przed snem. Najpierw jednak lukrowana wersja macierzyństwa, czyli "Nigdy nie mów nigdy" zobaczone w tv jakiś czas temu. Dziecko spało słodko obok mnie, ja patrzyłam na ekranie na starania młodej, ambitnej kobiety, Amy, o to by być matką i przemknęło mi przez głowę jakie to wzruszające - ta jej relacja z małą dziewczynką z domu dziecka. Podobnie odbierałam walkę Cuddy z House'a o to, by móc być matką. Zaraz potem dotarło do mnie, że jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej moja relacja z małą dziewczynką, to było zmęczenie, hałas, zamęt i wir. Dlaczego to się tak fajnie ogląda na ekranie, a niefajnie przeżywa w realu? W kolejnych scenach nasza bohaterka zajmuje się bliźniętami, w wieku niemowlęcym i choć niby scenarzysta się starał, to ja tego potu, krwi i łez związanymi z opieką nad wymagającymi maluchami nie czuję. To nadal jest takie cukierkowe.

A teraz do "Ki". "Nie polubisz jej" głosi slogan reklamujący film. Bo scenariusz napisał mężczyzna, wyreżyserował go mężczyzna. Nie nie polubiłam jej, choć przyjaciółkami byśmy też nie zostały. Nie te temperamenty. Za to jej zazdroszczę, podziwiam. Podziwiam jej walkę by utrzymać się na powierzchni z małym dzieckiem, przy tych warunkach jakie są jej dane. Historia kręcona jej z jednej pozycji, jednego oceniającego spojrzenia, co sugeruje już hasło reklamowe. Wszyscy od niej uciekają, bo tylko ta wersja asertywności jest im dana. Zostaje sama, bo ośmieliła się mieć swoje życie, nie wisieć na dysfunkcjonalnym partnerze, zajmować się nie dochodową działalnością artystyczną. Wybór, czy zarabianie pieniędzy i rozstanie z e swoją pasją, czy niedojadanie z artystycznym zacięciem mają tylko mężczyźni. Jeśli jesteś kobietą, a dziecko przyszło do ciebie na początku drogi, to albo masz swojego Leonarda Woolfa, albo zapominasz, że chciałaś tworzyć. Gdy dziecko przyszło później, też czasem wybierasz już tylko zarabianie pieniędzy. Czyli to utrzymywanie się z nosem powyżej powierzchni wody, gdy tej coraz bardziej przybywa.

Czekam na coś w kinie pomiędzy Amy a Ki.

16:59, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 marca 2012
Przesilenie wiosenne odpuszcza

Chyba odpuszcza przesilenie wiosenne. Wczoraj miałam pierwszy dzień, gdy energii po pracy było na kilka rzeczy, dziecko trajkotało, nie piszczało, sąsiedzi się zlitowali. Nawet skakanie małej po łóżku po 21.00 przyjęłam spokojnie, a tańczenie atakiem śmiechu. Mury Jerycha jeszcze trwają. Jutro rano Wiertka jedzie na trzy dni do taty. Trzy dni tylko dla mnie. To może być nawet lepsze niż seks. Tak sobie pobluźnię.

Wczoraj odbyło się firmowe spotkanie związane z moim projektem. Wspólnymi siłami redakcji, marketingu i mojego przekonaliśmy szefa, by jeszcze poczekał i pokazaliśmy nasze pomysły. Stres firmowy spłynął ze mnie.

15:45, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2012
Przedszkole - cz. 3 i okruchy marcowe

Wczoraj rano zaniosłam wniosek do przedszkola. Miła pani w sekretariacie uznała wszelkie dokumenty, które przedstawiłam. Tłumaczyłam, że kursuję dom-żłobek-praca i najpierw starałam się rozwiązać sprawę bez dodatkowego biegania po urzędach. Wpisała wniosek na listę pod nr 13-tym :) Mam nadzieję, że liczba będzie szczęśliwa. Część podstawówki przeżyłam jako uczennica 13-ta na liście klasowej i miło to wspominam. Czyli od poniedziałku trzynastu rodziców zostawiło wnioski. Dobrze to, czy źle? Dopytałam się, czy pod koniec rekrutacji mogę się telefonicznie dowiedzieć, ile wniosków zostawiono w tym przedszkolu, tak dla wybadania szans. Niby nie, ale spróbuję.

Gorzej, że aż dwanaście placówek zaznaczonych może działać na moją niekorzyść. Byłam przekonana, że jeśli dziecko nie dostanie się do placówki pierwszego wyboru, to nr 2 na liście będzie drugim wyborem dla systemu elektronicznego, itd. A tu usłyszałam, że system będzie po prostu z następnych przedszkoli... losował. Może wybrać to 5-te, to 12-te na liście... A ja jednak miałam cichą nadzieję, że w 6-tej placówce najdalej miejsce się znajdzie. Nikt nie wiem do końca jak będzie, nawet na infolinii.

Trudno, nie będę trzeci raz biegać z wnioskiem. Zaryzykowałam.

Jestem zmęczona. Ogromnie zmęczona. Po pracy nie wracam do domu, by odpocząć. Dla mnie to kolejny etap pracy do przebrnięcia. Kocham moje dziecko, ale ona ostatnio nie mówi, tylko krzyczy piskliwym głosikiem, albo już na całego wrzeszczy, albo piszczy z jakiejś radości. Wszystko jest na już, na teraz, natychmiast. Nie ma sekundy ciszy. Ciągły jazgot. Sąsiedzi z góry zmienili odbiornik, albo siebie, bo słuchają tv tak głośno, że ja rozróżniam poszczególne słowa w programie informacyjnym lub serialu. Szczęście, że o 22.00 wyłączają. Wrzuciłam im do skrzynki liścik z prośbą o ściszenie i jest lepiej. Mam kakofonię dźwięków w domu. Gdy jestem zmęczona, siada mi odporność psychiczna, to na dźwięki reaguję jak autystyk. Atakują moją głowę jak stado os, nie ma dźwięków pierwszego, drugiego, dalekiego planu (te mózg zazwyczaj nam "wyłącza") - wszystkie są równoważne, jednakowo głośne, jednakowo irytujące. Bardzo bym chciała być zwyczajnym człowiekiem, ale cholera nie udaje się :( Marzę by być głucha, z aparatem słuchowym - wtedy mogłabym zrobić tylko pstryk włącznikiem.

Musiałam zejść z dzieckiem do piwnicy (może więcej o tym kiedy indziej) i nie mogłam sobie przypomnieć co zrobiłam z kluczami od mieszkania. W kieszeni płaszcza ich nie było. Nie używałam ich, bo domu z opiekunką nie zamykam. Ściana, beton, biała plama w pamięci. Ani energii na użycie mózgu, pół biedy, że znowu coś zgubiłam, gorzej, że nie dawałam już rady nawet spróbować szukać. Miałam jakieś zapasowe. Potem przypomniałam sobie, że na seminarium (organizowałam), schowałam płaszcza w ogólnej szatni i wyjęłam klucze by nikt ich nie ukradł. Były w torebce.

Dopiero koło 21.30 jak mała zaśnie zmęczenie zaczyna ze mnie spływać. Nie na tyle by chcieć wstać z łóżka. Po 22.00 ja sąsiedzi idą spać, mózg oddycha ciszą. A ja i tak zaraz zasypiam.

Niedługo dziecko na pytanie jak ma na imię mama, będzie mówić - Zmęczona. Staram się nie używać przy niej tego słowa, ale tak się ciśnie na usta.

10:56, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 marca 2012
Przedszkole - odcinek 2

Rano, przed pracą, zahaczyłam o przedszkole, by złożyć papiery i przed budynkiem mnie wcisnęło w ziemię. Numer placówki na tabliczce. Hmmm, coś jest nie tak. Na tej samej ulicy są dwa przedszkola - właśnie to oblegane i to drugie kiepskie. Pomyliłam numery - jako pierwszego wyboru dałam to "gorsze". A specjalnie sprawdzałam, szukałam w necie. Nie wiem, jak to się stało. Może wszystko ma swój sens. Może to było po coś.

W pracy poprawiłam wniosek. Pójdzie do przedszkola kolejnego dnia. Może to nie zniweczy szans mojego dziecka na dalszy rozwój. A po południu, zainspirowana pewną internetową dyskusją, jeszcze raz poprawiłam wniosek i wydrukowałam po raz trzeci. Tym razem wypełniłam rubrykę "uwagi o dziecku" - że od dwóch lat w żłobku, korzysta z nocnika, jest samodzielna (jedzenie, ubieranie), chętnie bawi się w grupie, łatwo wchodzi w nowe miejsca. A na koniec jeszcze walnęłam, że mama jest członkiem stowarzyszenia literackiego i chętnie pomoże w układaniu wierszyków, piosenek, historyjek. Nie wiem, czy z tym ostatnim nie przesadziłam. Jak okaże się, że trzeba, to napiszę :)

Nie wiem, czy dyrektorka ma czas czytać takie rubryki, może jak utonie w zwałach makulatury, to nie będzie miała czasu. Przy pierwszych wnioskach czemu nie. Nie wiem, czy taka autoreklama jest mile widziana, czy nie zostanie uznana za bufonadę. Skromność to moje drugie imię :) Wiem, że podobno w dobrych, prywatnych, społecznych placówkach dobre chęci rodziców, pomoc oferowana społeczności jest mile widziana i premiowana. Szczególnie jak się jest panią domu, przy mężu i ma się na to czas :)

Tytułem anegdotki - natrafiłam w necie notkę o matce, która zawiadomiła policję o zaginięciu swojego 4 letniego dziecka. Dziecko znalazło się - policjant odnalazł je śpiące przed telewizorem w domu, szczelnie owinięte kołdrą. Tak w skrócie historia. Jednak nie jestem jedynym człowiekiem, który gubi wszystko, wszędzie, jak tylko się da :)

Dziś mija pięć lat od śmierci mojej ciotki. Ale to jest warte jakiegoś innego wpisu. Ciotka, to brzmi jak nobliwa starsza dama w koronkach, a nie 41 letnia pełna życia kobieta z szaloną przeszłością.

16:38, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi