To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 29 marca 2013
Happy White Ester

Katolicki Wielki Piątek i nawałnica śniegu - to jakiś obłęd.

Jak w Niedzielę Wielkiejnocy pojawi się nagle słońce i ciepło, to może się nawrócę ;)

Ptaki wracają z ciepłych krajów i zawracają. Jedynie bociany, jak to Polacy, twardo reemigrują bez względu na pogodę i trzeba biedactwa dokarmiać. Taki los Polaka - wraca do ojczyzny, a tam to co zastał, albo gorzej ;)

Zaczęłam dziś nowy cykl, dość lekko. Tyle tylko, że zaprowadziłam Wiertkę do przedszkola, wróciłam do domu, położyłam się pod koc i zasnęłam na cztery godziny. Obudziłam się, podgrzałam pizzę i poszłam po dziecko. Odebrałam ją dziś zaraz po drzemce, żeby ją nie trzymać w przedszkolu tylko dla własnej wygody.

W grę wchodzą też opłaty. Wcześnie w żłobku wpadałam w widełki dla ogromnej zniżki i nie zwracałam na to uwagę. Teraz pilnuję się, by dotarła po 8.00, kiedy zaczynają się bezpłatne godziny i wyszła po zajęciach dodatkowych (opłacanych), ale przed 16.00, gdy wybije nowa godzina płatnego przedszkola. Mam nadzieję, że trochę zaoszczędzę.

17:25, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 marca 2013
Sałatka macierzyńska

Wykorzystuję fakt, że mam wolny czas i aktywizuję się publicznie jako matka. W przedszkolu zachęca się rodziców, by przychodzili z własnymi inicjatywami, albo poczytać dzieciom książeczki. Podobno to ważne dla maluchów, gdy widzą, że czyta nie tylko pani nauczycielka. Wiadomo, że gdy człowiek goni z pracy do domu, to nie da się tak. Co jeśli nie goni?

Wczoraj byłam w grupie Wiertki by poczytać wierszyki. Mała była zadowolona, bo jej mama wykazała się talentem. Dzieci były podekscytowane, rozbawione. Uwagę skupiły na trzech wierszykach, by potem już się wiercić. Zostało mi zrobione pamiątkowe zdjęcie, a potem dzieciaki zaśpiewały dla mnie piosenkę o wielkanocnym jajeczku :)

Mała ma swój dobry czas - prowadzę ją do przedszkola tuż przed śniadaniem o 8:30, a odbieram po zajęciach dodatkowych, koło 15:30. Dopytuje się, czy muszę koniecznie pracować :)

Wczoraj była także scenka rodzajowa w aptece, gdzie udałyśmy się by zakupić watę do sadzenia rzeżuchy. Kolejka nie była długa, ale każdy kupował sporo lekarstw. Przede mną stała mama dwóch dziewczynek (jedna w spacerówce), dość spokojnych. Moja kręciła się wokół nich, ale było raczej normalnie. Do momentu, gdy starsza dziewczynka pokazała za szybą lizaki i spytała mamę o nie. Moje dziecko także nie okazało się ślepe i też domagało się łakocia. Nawet w aptece rodzic nie jest bezpieczny. Minuty mijały, kolejka wlokła się, tamto dziecko miało lizaka obiecanego, moje marudziło. Przeglądałam w myślach plan oszczędzania i zastanawiałam się, czy to jest właśnie taki moment, gdy trzeba dziecko uczyć, że nie zawsze i nie wszędzie. Niech jej będzie, to za tego pączka, którego odmówiłam moim biodrom rano.

Potem było zabawnie. Tamta dziewczynka chciała najpierw lizaka większego granatowego (upraszczam dla dobra historii). Moja pokazywała palcem ciągle małego niebieskiego. I gdy przyszło do zakupu, dziewczynka zdecydowała się jednak na mniejszego. Pewnie dlatego, że moja go chciała :) A Wiertka nagle postanowiła spróbować większego granatowego. Bo tamta go wcześniej wybrała :) Był droższy, wzięłam więc małego tłumacząc to tym, że dziewczynka też taki ma. Tymczasem tamta zmieniła zdanie i w drzwiach apteki runęła z płaczem na podłogę, bo ona jednak chce dużego granatowego. Matka wyciągnęła ją, pchając jednocześnie spacerówkę. Dramaturgia narastała, bo teraz moja córka zaczęła popłakiwać, bo ona chce dwa lizaki. Tamta dziewczynka ma dwa lizaki, ona tylko jeden! Chce dwa lizaki, jak tamta! Tamta ma dwa. Wyjaśniałam, że drugi lizak był dla siostrzyczki w spacerówce.

Obie matki z dziećmi poszły każda w swoją stronę. Macierzyństwo :)

11:15, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 27 marca 2013
Przedwiośnie

Czasem żartuję, kiedyś to nawet chyba pisałam na blogu, że urodziłam się na przedwiośniu i takie bywa moje życie - już nie zima, ale i wiosna niekoniecznie :)

Wczoraj byłam wieczorem na zajęciach z jogi i pomogły mi bardziej niż trzy ogromne kubki mocnej kawy. Prawie od rana czułam się fatalnie i to bez powodu. Wróciła choroba lokomocyjna, byłam senna, ospała, omdlała, telepało mną z zimna (w moim mieszkaniu, o którym można wiele powiedzieć tylko nie to, że jest tam chłodno). Nie chciało mi się iść na zajęcia, bo bałam się, że tam upadnę po prostu. Szczególnie, że joga ma wyciszać i obniżać ciśnienie. W mojej sytuacji zadziałała odwrotnie. Z sali wyszłam pobudzona, rozgrzana. Instruktorka stwierdziła, że ostatnie dni marca, to trudny czas (i może ma rację), więc zajmiemy się spokojnymi ćwiczeniami na oddechy, mięśnie kręgosłupa, otwieranie klatki piersiowej. I tylko jedno ćwiczenie mnie przeraziło i odmówiłam wykonania go :) Ma zapewne swoją mądrą nazwę, ale ja bym określiła je jako nietoperza - zaczepiasz się o pasy przytwierdzone do ściany, stojąc twarzą do niej, odpychasz nogami i zwisasz sobie głową do dołu, z nogami zahaczonymi o pasy. Podobno niesamowicie wyciąga i rozluźnia kręgosłup. Zapewne... Uczta dla mojego błędnika ;)

W dodatku mam wrażenie, że te ćwiczenia trochę moje PMS-owe nerwy uspokoiły.

Co do mojego wczorajszego samopoczucia, to mogę to chyba tylko nadchodzącą wiosną i uchodzącą zimą wytłumaczyć. Na początku marca zrobiłam sobie kontrolne badania i jestem okazem zdrowia - anemii brak, białaczki brak, hormony tarczycy w normie, cukier ok. Wiem, jeszcze powinnam zaliczyć przegląd techniczny u ginekologa. Przynajmniej o zdrowie nie muszę się martwić. Bo na początku miesiąca miałam jeszcze dodatkowo ataki strachu na tle traconej pracy i przewlekłej, na pewno śmiertelnej choroby jednocześnie.

11:35, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 marca 2013
Ze sztambucha bezrobotnej - odsł. 2

To z wczoraj, a nawet z ostatniego czwartku. Wtedy odebrałam telefon od firmy, do której wysłałam CV. Poprosiłam dziecko, by było przez chwilę cicho. Akurat. Zauważyłam nowy trend - kontakt telefoniczny nie jest już "zainteresowała nas Pani aplikacja, chciałbym zaprosić na rozmowę", ale długą rozmową-etapem rekrutacji. Rozmówca przepytała mnie wzdłuż i wszerz z terminów dotyczących reklamy internetowej, statystyk, raportów. Zanim zaprosił mnie do firmy, to sprawdził, czy nie sfabrykowałam CV, czy na prawdę to robiłam.

Dygresja smutna. Wiertka błyskawicznie chciała się podłączyć pod rozmowę. Sytuacja krępująca, w końcu mam się pokazać jako potencjalnie dobry pracownik. Próbowałam dać jej znaki ręką, w końcu zamknęłam się w łazience, ale szarpała z krzykiem drzwiami. Wybiegłam na korytarz bloku, na schody, a dziecko dobijało się do drzwi mieszkania od wewnątrz. I nawet nie straciłam wątku, mówiłam płynnie. Tłumaczyć w takiej chwili, że mam dziecko w domu, jeśli to może być argument za tym by mnie nie przyjąć? Gdy pracowałam w domu, to nie było problemu - klienci nawet byli rozbawieni sytuacją, a pracodawca pozwalający pracownicy na łączenie pracy i opieki nad dzieckiem nawet ładnie wygląda.

Dobrze, zaprosili mnie na rozmowę i olśniło mnie, że ja już z tą firmą kiedyś rozmawiałam - cztery lata temu. Wtedy chodziło o trochę inne stanowisko, na które też teraz jest nabór. Zapewne dynamiczny rozwój firmy... Wiedziałam już też, że z pracy tam nici - są daleko, ciut dalej niż siedziba "Gwiazdy Śmierci", czyli stacji telewizyjnej dla lemingów (którą lubię). Musiałabym zatrudnić kogoś do odbierania dziecka z przedszkola. Zastanawiałam się, czy nie odwołać spotkania, ale co tam - poćwiczę sobie.

Zapewne i tak nie dostanę tej pracy, bo nie mam wystarczającego doświadczenia w reklamie internetowej. Tak wysnułam z kontekstu pytań. I padło jedno, które dobija każdego - gdzie widzę siebie na pięć lat? W jakim punkcie kariery zawodowej? Jaka odpowiedź może być premiowana - na rencie? pisząca powieści i żyjąca z tantiem? na pańskim stanowisku mój drogi? w kolejne firmie krzak, która nie będzie za mnie płacić składek ZUS? Naplotłam jakieś bzdury o wiązaniu się na wiele lat z pracodawcą, który umiejętnie wykorzystuje wypracowaną w czasie hossy pozycję firmy, by przejść przez bessę.

Przynajmniej postałam sobie chwilę przed "Gwiazdą Śmierci". W tych rejonach jestem chyba pierwszy i ostatni raz.

14:38, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 25 marca 2013
Mój urodzinowy weekend

Za mną Mój Weekend, cały tylko dla mnie :)

Zaczął się od wielkiego sprzątania, które inni nazywają przed świątecznym, a dla mnie jest po prostu wiosennym :) W niektórych miejscach zaczęłam już wcześniej, jeszcze kiedy dziecko było w domu. Podobno Los (tudzież Bóg) jak zamyka drzwi, to otwiera okno - mnie zamknął drzwi do pracy, otworzył okno do porządnego sprzątania :) Gdybym pracowała nie dałabym z wszystkim rady. A chcę się jeszcze zająć uporządkowaniem sterty ubrań i papierzysk w szafkach, szykuje się więc kolejna lista leniwej lafiryndy ;)

Nagotowałam i nie poległam (jak coś smakowało dziwnie, to po prostu szpinak na słodko, to nie jest udane połączenie i już). Wieczorem przyszła grupka znajomych. Zapobiegliwie zaprosiłam z trzydzieści osób, wiedząc, że przyjdzie z połowa. Potwierdziło trzynaście. Pojawiło się sześcioro :) Część się rozchorowała, część ma swoje fobie społeczne i bez chorej części się nie pojawi. Były moje, zantagonizowane do krwi, znajome i cieszyłam się, że w większej grupie nie dojrzą się. Było kameralnie, ale one zrobiły mi przyjemność. Tak jest, gdy ty widzisz turkusowy, a musisz stwierdzić, czy to zielony, czy niebieski. Turkusowy! Nie ma takiego miasta Londyn?

Gdy zapraszałam na przyjęcie, miałam jeszcze pracę. Zarządziłam, że nie potrzebuję prezentów, za to goście sami przyjdą z alkoholem jaki piją. A prezenty i tak dostałam :) Miło jest urządzać przyjęcia.

W niedzielę byłam na dwóch warsztatach, przedzielonych popołudniem przeleżanym pod kocem i na oglądaniu powtórek talent show. Pierwszy dotyczył bogiń kobiecości i odnajdywaniu ich archetypów seksualnych w sobie. Praca z ciałem, czego potrzebuję, bo się od niego odruchowo odcinam. I pomogło. Pod koniec trzygodzinnego spotkania byłam rozluźniona, znikło napięcie, sztywność w klatce piersiowej, pobolewanie brzucha, oddychałam swobodnie, zamiast zatrzymywać oddech (na serio robię coś takiego...) :) A najpierw rozmawiałyśmy o poszczególnej bogini (Afrodyta, Lilith, Freya, Oszun, Bauba, Hathor), a potem z zamkniętymi oczyma poruszałyśmy się, tańczyłyśmy, albo robiłyśmy wizualizacje. Prowadząca, Iza Cisek, jest jedną wielką reklamą swoich warsztatów - otwarta, uśmiechnięta, emanująca kobiecością, pewnością siebie. I to niekoniecznie p to by złapać męża, ale po to by fajnie czuć się sama ze sobą i ze światem.

Popołudniowy warsztat był o przedszkolnej złości. Taki sobie, ale może Wiertka wychodzi już z jednej fazy buntu i teraz czekamy na kolejną.

09:42, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 20 marca 2013
Ze sztambucha bezrobotnej - odsł. 1

W najbliższym czasie będzie o zabawach z dzieckiem.

Dziś chciałam się pochwalić, że byłam na rozmowie w sprawie pracy. Wiem, jedna jaskółka wiosny nie czyni, co patrząc na śnieg za oknem czyni tę prawdę szczególnie wymowną. Rozsyłam CV i widzę, że zbliżają się święta. Tydzień temu poszło kilkanaście aplikacji, w tym tygodniu kilka. Były czasy, przed kryzysem, że mogłam w tym samym czasie wysłać i 20-30 maili. Ciekawe, że czy szukam pracy dziś, czy rok temu, czy cztery lata temu - to są firmy, które... nadal szukają pracowników. Nieźle to świadczy o pracy tam. Nazywają to "dynamicznym rozwojem".

W poniedziałek zajrzał na chwilę tata Wiertki, gdy ja skoczyłam do lekarza i twierdzi, że na rynku pracy jest beznadziejnie. On szuka bezskutecznie, też w branży sprzedażowej. Pewnie wysyłamy CV do tych samych firm :) Wg mnie on ma przewagę, bo z prawem jazdy może uderzać do wszystkich firm. Skoro już nie pierwsza osoba mówi, że jest tragicznie, to dlaczego ja mam mieć szczęście?

Wracając do rozmowy. W poniedziałek aplikacja, we wtorek rozmowa telefoniczna, która była prawie pierwszym etapem rekrutacji. Wydawało mi się, że kobieta przepytała mnie o wszystko. Pomyślałam nawet, że może to jakiś kruczek i powinnam zareagować, co uczyniłam :) Dziś, w środę, spotkanie.

I teraz zabawna dygresja. Spotkałam się z kobietą z firmy rekruterskiej, nie bezpośrednio w pracodawcą, w wynajętym pokoju, jakiejś innej firmy. Przyszłam kwadrans przed czasem, jej jeszcze nie było. Był jakiś mężczyzna, zaprowadził mnie do pokoju, poczęstował wodą (kawa? herbata? woda?). Jestem jeszcze pod wpływem powieści "American Psycho" Ellisa, która okazała się być dziesięć razy bardziej okrutna i sadystyczna niż film (może będzie o tym wpis). I uruchomiła mi się wyobraźnia. Co jeśli ktoś shakował moje zgłoszenie w sprawie pracy, podszył się pod rekrutację, ściągnął tu, teraz mnie uśpią i - zgwałcą, będą torturować, poćwiartują ciało i następnie zutylizują w wannie z wapnem? Na stole mam pełną butelkę wody, nie napoczętą - ok. O kurcze, ale nakrętka jest odkręcona. Pić? Najpierw wysłałam do mojego taty, który został z dzieckiem, SMSa z adresem, pod którym jestem :D Życia to nie uratuje, ale pomoże zlokalizować zwłoki. Lepiej raz zachować się jak dziwaczka, niż żeby coś się stało.

Żyję :) Było dalej tradycyjnie :) Kobieta zadawała mi mnóstwo pytań o specyfikę pracy, rytm, sukcesy, porażki. Chyba chciała wysondować, czy ja się w ogóle na tym znam. Ja mam miłe wrażenie. Moje oczekiwania finansowe nie wzbudziły zdziwienia, grymasu, ani komentarza, zostały uznane za normalne.

Firma jest po mojej stronie rzeki, nieco ponad kwadrans komunikacją miejską od przedszkola. Niestety, w dziale mają już sześć osób, więc optymistycznie to nie wygląda. Najlepsze firmy wyjęte z rynku, tak na prawdę wszystkie sensowne firmy zajęte, gorzej - obdzwonione są zapewne jakiekolwiek firmy. Nowej osobie zostanie tzw. "rzeźbienie w gównie". W dodatku wśród osób widzę imię i nazwisko dziewczyny, z którą kiedyś biurko w biurko pracowałam przez trzy lata. Relacje miałyśmy poprawne, ale bez szału.

Zobaczymy, co będzie dalej. Trzeba szukać dalej, czekać na odzew.

17:29, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 marca 2013
Gdy zamiast dzielić na pół, mnożysz przez dwa

Rzadko opisuję tu swoje sny. Z dwóch powodów. Po pierwsze: odkąd zaszłam w ciążę i urodziłam dziecko, nie tylko skończyły się moje problemy ze snem, z bezsennością, ale także zniknęło w większości sny. Tak jakbym nie miała już siły na roztrząsanie szczególików mojej psychiki i moich emocji. Po drugie: sen to rzecz fascynująca dla jego autora i to też tylko w danym momencie życia. Czytam opisy moich snów sprzed lat i spływa to mnie. Ziew.

Dzisiejszym chcę się podzielić. Jak zwykle zapamiętałam tylko okruchy z końcówki i klimat, atmosferę. Jestem w Los Angeles, zainteresowani moją fascynującą osobą są dwaj bogaci mężczyźni, obaj tak pod sześćdziesiątkę. To był kiedyś powtarzający się motyw w moich snach - biorę ślub ze starszym mężczyzną, do którego nic nie czuję, nie pociąga mnie, wszystko jest jakieś smutne, przygnębiające i mam ochotę umrzeć :) To teraz nawet dwóch w kolejce stało. Niestety, wyznam - mam jakąś formę "age'zmu", lubię mężczyzn tak do 30stki. Gorzej, że ja nie robię się młodsza i od jakiegoś czasu widząc się w lustrze wyglądam na tyle ile mam, nie mniej. A młodzi faceci też zapewne na swój "age'zm" cierpią. Choć cierpienie to nie do końca adekwatne określenie :)

Wracając do snu. Panowie byli bogaci i życie z nimi obiecywało wydalanie kasy wszystkimi otworami ciała. Jeden był reprezentacyjny, bogatszy, ale mało sympatyczny, drugi ujmujący, ale jakiś nijaki. Miałam wybrać jednego z nich. W ogóle nie było opcji, że mogę być sama i mieć to gdzieś. Pierwszy zaprowadził mnie do jakiegoś pokoju w swojej willi - pomieszczenie miało jakieś 1,5 m na 2,5 m i małe okno. Myślałam, że się uduszę.

Dylemat, rozważanie, zastanawianie i w końcu wybieram drugiego. Jakoś tak żal mi się go zrobiło. Następnie okazało się, że chyba nie jest tak obrzydliwie bogaty, a na jakieś podarunki dla mnie musiał pożyczyć. Samo życie.

Stąd tytuł wpisu. Decydując się na życie z kimś liczymy, że smutki, kłopoty, koszty podzieli się przez dwa. A najczęściej mnożymy przez dwa.

16:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
sobota, 16 marca 2013
Sałatka macierzyńsko-bezrobotna

Teraz przejdę do opowieści związanych z dzieckiem :)

Jak było wspomniane wcześniej, musiałam załatwić sobie zwolnienie lekarskie na cztery dni, co było w zasięgu możliwości, bo córka miała trzy dni wysoką gorączkę, poprzedniego dnia stan podgorączkowy. Tyle, że akurat tego dnia (była w domu z moim tatą), wyglądała już zdrowo, temperatura ciała ok. Jak dla mnie to potrzebowała może jeszcze z jeden dzień w domu i do przedszkola. Ale z pediatrzycą znamy się od ponad trzech lat, jak łyse konie niemal i - jak pisałam niedawno - ta kobieta posądzi mnie o wiele, tylko nie o chęć pójścia na zwolnienie lekarskie. Zawsze to ja forsowałam, by już wypchnąć dziecko z domu i nie mieć nerwów, z kim zostanie. Bo nie, że ze mną to wiadome - z wszami wypuszczą cię z biura do domu, do chorego dziecka nie.

Dygresja krótka. W mojej, już byłej pracy, są teraz i inne matki. Jedna właśnie posłała do żłobka córkę z 37,5 C, druga wysyłała trzy dni pod rząd swoją do szkoły z 38 C (I klasa podstawówki). To pokolenie mutantów - dopóki się trzyma na nogach, ma funkcjonować.

Poszłam zapisać córkę do przychodni i zobaczyłam, że jest nowa pediatra. Cholera, przyjdę do niej z prawie zdrowym dzieckiem, prosić o dłuższe zwolnienie, a ta weźmie mnie za symulantkę. I tu okazało się, że wykazałam się tradycyjnym optymizmem matki-karierowiczki. Pani doktor, po wstępnych przywitaniach, zapoznaniu z nami, przedstawieniem sprawy, spojrzała na dziecko i:

- Ona powinna zostać w domu jeszcze do końca następnego tygodnia. Ona nadal zaraża.

I proszę bardzo. Gdybym nadal była zatrudniona, to by mi się chyba wrzody otworzyły ze stresu. A tak proszę bardzo, zostanę z dzieckiem, jak długo trzeba. W domu sama zobaczyłam, że Wiertka taka do końca zdrowa nie jest - drzemie w środku dnia po 2-3 godziny, wcześnie zasypia wieczorem, mimo oglądanej przeze mnie telewizji.

Tak więc, przede mną jeszcze sześć dni w domu z moim słoneczkiem, zanim ta pojedzie na weekend do swojego taty. Przeraża mnie to bardziej niż brak pracy :) Skubana wyczuła, że ma swój czas, bo zatraciła umiejętność samodzielnej zabawy, muszę wszystko robić z nią razem. Przyklejona do mnie jak zroślak :) W życiu nie byłam w tak intensywnej relacji interpersonalnej ;) Walczę z pragnieniem posadzenia ją przed tv z bajkami. I tak ogląda ich koszmarną ilość.

Wpis się wydłużył, więc w osobnym opis tego w co się bawimy :)

22:50, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 marca 2013
Pracowniczo

Ostatnie wydarzenia podzielę na rzeczy pracownicze i macierzyńskie. Teraz będzie o tym pierwszym.

Gdy szef poinformował mnie o zwolnieniu, zasugerował bym do końca miesiąca każdy dzień wykorzystała jako wolny. Ok. Zaplanowałam, że zdobędę zwolnienie lekarskie na dziecko - co okazało się wstępnie jednak nie takie proste - i wykorzystanie wszystkich dni przysługującego mi urlopu. Koleżanka z tego samego tytułu, zawalona pracą, poprosiła mnie, żebym jednak nie odchodziła zostawiając ją z rozgrzebanymi rzeczami, więc zgodziłam się pewne rzeczy porobić w domu - w zamian za prowizje na umowę o dzieło. Środę i czwartek byłam w domu, dzwoniłam w różne miejsca, gdy dziecko oglądało bajki, a głównie przechodziło z moich pleców na moje kolana i odwrotnie próbując jednocześnie samo coś powiedzieć do telefonu. Jednocześnie przeglądałam portale rekrutacyjne i wysyłam CV, więc jestem trochę wielka.

Dziś zostawiłam Wiertkę z moim tatą i podjechałam do biura załatwić ostatnie rzeczy. I ciśnienie mi skoczyło. Ostatnia rzecz jaka mnie urządza, to rozwiązanie umowy za porozumieniem stron - potrzebuję zasiłku z Urzędu Pracy od razu, by nie utonąć. Ta forma rozstania mnie tego pozbawia. Okazało się, ze przy likwidacji stanowiska pracy ok, ale mam jeszcze miesiąc wypowiedzenia, czyli muszę pracować do końca kwietnia. Wiem, powinnam się cieszyć. Miesiąc zatrudnienia dłużej, jedna pensja więcej. Tyle, że coś muszę zrobić ze zwolnieniem lekarskim na dziecko, wycofać wniosek o urlop, nastawiłam się, nie chcę już mieć z nimi wiele wspólnego. I jedno więcej - ta firma przecież się zamyka, z końcem marca najpóźniej, bardzo prawdopodobne, że za kilka dni. Co ze stosunkiem pracy z firmą, która nie istnieje??? Nikt odpowiedzi mi nie dał bo sami chyba do końca nie wiedzą, co i kiedy.

Zadzwoniłam do kadrowego / księgowego (to człowiek, a jakże, pracujący gdzieś zdalnie jako wirtual) i szczerze wyłuszczyłam sprawę. Raz zachował się jak człowiek. Zaproponował rozwiązanie stosunku pracy z powodu likwidacji stanowiska z datą wsteczną - koniec lutego, marzec jako miesiąc wypowiedzenia, jest tak jak było ustalone przed dwoma dniami. Dla mnie ok. Zdałam laptopa, telefon komórkowy, kluczyk do biura i mam wszytko z głowy.

Chwilę wcześnie straciłam serce do pracy nawet na umowę o dzieło. Przekazałam koleżance kontakty z info, co z kim i kiedy. Inne koleżanki z pracy doradzały mi, bym wzięła zwolnienie lekarskie i ciągnęła jakiś czas. Nawet gdy ustanie stosunek pracy, to będę dostawać z ZUS zasiłek w wysokości ostatnich pensji. To o wiele więcej niż zasiłek z UP. Tyle, że jak nie potrafię pogadać na taki temat z internistą. To takie upokarzające. A psychiatrzyca, do której chodziłam kilka lat temu, może już nie funkcjonować nawet jako jednostka nie tylko medyczna (rocznik 1939). Depresja - to takie proste. Dygresyjnie krótko - moja koleżanka tak zdobyła zwolnienie lekarskie na depresję od lekarza pierwszego kontaktu i ciągnęła dopóki nie znalazła nowej pracy. Ona wtedy autentycznie była w rozsypce z powodu mobbingu.

Natknęłam się też na inną z osób dotkniętych morem zwolnienia - było nas więcej. Ma kontakt do innego wydawnictwa, jest szansa na rozkręcenie tam konkurencyjnego tytułu. Zobaczymy.

Jeszcze napisałam do szefa maila z informacją, że - pomimo ustania stosunku pracy - czekam na pensję za luty (mamy 15 marca przypominam), marzec, nie chciałabym wzbudzać litości, ale utrzymuję sama siebie i dziecko. Odpisał (w wolnym tłumaczeniu z angielskiego), że nienawidzi posądzania go o brak etyki biznesowej, on zawsze płaci ludziom, którzy już u niego nie pracują, nie rozumie dlaczego polscy pracownicy tak nie ufają, może to pozostałość po komunizmie. To tak jakby Hannibal Lecter wyznał ci, że ceni wegetarian. Co z tego ma mężczyzna, któremu chwilę wcześniej HL wyjadł mózg popijąc lekko schłodzonym Chianti?

Inaczej niż rok wcześniej. Tylko jeden wieczór spędziłam na gonitwie myśli i trudnościach z zasypianiem. Tylko jeden ranek trochę ścisnęło mnie w klatce piersiowej. Na razie czuję się wolna i zadowolona z życia. Chyba nie współmiernie do powagi sytuacji. Na rynku pracy jest jatka.

23:28, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
wtorek, 12 marca 2013
Pracowniczy Dzień Świstaka

I znowu, i znowu, i znowu. Powinnam byś przygotowana.

Wiertka ciągle chora, ciągle z gorączką, wczoraj wzięłam urlop i zostałam z nią w domu. Dziś jest z nią mój tata. Jednak nie o tym będzie.

Nie będę wchodzić w szczegóły, bo tu nie miejsce na to, ale szef założył nową firmę, co oznaczało, że stara będzie zamykana z końcem marca. Częsty motyw wśród niektórych firm - skomasować długi, zamknąć interes i otworzyć nowy. I tak co 2-3 lata.

Skoro będzie nowa firma, to będą nowe umowy o pracę. Obawiałam się, że tym razem dostanę gorsze warunki finansowe, takie przy których nie ma możliwości bym utrzymała się z małym dzieckiem. Zastanawiałam się, czy może się zgodzić, szukać nowej pracy i liczyć na prowizje z podpisanych kontraktów - była szansa, że będą to spore pieniądze.

W weekend dotarło do mnie, że skoro jedna firma się zamyka, to wcale nie muszą podpisywać ze mną nowej umowy! Nawet okresu wypowiedzenia nie będzie. Rano obudziłam się z klatką piersiową wbitą w imadło. Zelżało dopiero po jednym Validolu i dwóch melisach. Wiedziałam, że muszę porozmawiać z szefem, bo nie będę pracować nad umowami, za które nie dostanę pieniędzy. Sam mnie do siebie poprosił. Nie bawiliśmy się w grę wstępną - umowę o pracę mam tylko do końca marca. Kryzys, cięcia, zwalniane są też inne osoby. Nie ma sensu bym cokolwiek robiła w biurze, więc wolne mam jakby od zaraz.

Sprzątam dziś swoje biurko, czyszczę laptop z różnych rzeczy. Zostało mi trochę dni urlopu do wykorzystania. Urlopu nie wystarczy do końca miesiąca, zaproponowałam, że na cztery dni albo zwolnienie ze świadczenia obowiązku pracy albo wezmę zwolnienie lekarskie na dziecko. Oczywiście wolą drugą opcję, bo pewnie mniej mi zapłacą. Jutro idę do naszej pediatry i mam nadzieję, że pójdzie mi na rękę. Dzwoniłam do taty, Wiertka już nie gorączkuje. Pewnie nie wygląda już na bardzo chorą, ale pediatrę znam od ponad trzech lat i to życiowa kobieta.

Dopiero co dostałam zaległa pensję za... styczeń. Boję się, że nie zapłaci mi za luty, marzec i będzie śmiał się w twarz, bo jak niby mam dochodzić należności od upadłej firmy? Na koncie mam jeszcze pieniądze, ale długo na nich nie pociągnę.

14:09, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2
Tagi