To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 31 marca 2014
Rodzinne dylematy - po weekendzie

Jestem po macierzyńskim weekendzie :) Trochę lata na początku wiosny :)

W sobotę zabrałam Wiertkę na spacer miejski. W zeszłą niedzielę zwiedzałam tak Powiśle, tym razem była Nowa Praga. Piękna pogoda, więc przyszły tłumy. Przewodnik był bez nagłośnienia, więc było trudno. Kiedyś chodziłam z małą na takie spacery, była jeszcze spacerówkowa i dawało się ją ogarnąć. Miałam nadzieję, że jest już na etapie, że takie rzeczy mogą ją zainteresować. Okazało się, że jeszcze niekoniecznie. Wytrzymała jakąś połowę trasy, kilka punktów do obejrzenia, a potem kategorycznie odrzekła, że ma dość.

Zdążyłam się jeszcze dowiedzieć, że w dzięki Sokratesowi Starynkiewiczowi mieliśmy jedne z większych kamienicznych podwórek studni w tej części Europy. Zarządził, że mają być tak duże, by wóz strażacki dał radę wjechać i zakręcić z powrotem. Dlaczego hydranty do wody na tych podwórkach mają francuskie napisy? Carskie władze zarządziły, że jeśli pojawią się napisy polskie, to muszą być koniecznie także rosyjskie. Innych języków ten nakaz nie dotyczył, dlatego pisano po francusku, czy niemiecku. Byle nie pojawił się rosyjski. Widziałam kamienicę, w której powieszono Okrzeję - dwa razy, za pierwszym sznur się zerwał, nie skorzystano z prawa do darowania skazańcowi życia, gdy jedno powieszenie się nie powiedzie. Jego zdjęcia, kolportowane przez siostrę, miały potem status fotosów gwiazdora, bo był młodziutki i przystojny. Posłuchałam opowieści o Dworcu Petersburskim. Moje osiedle zostało wybudowane na terenie dawnego torowiska z czasów carskich. Przynajmniej ziemia nie obciążona chyba niczym strasznym :) Przewodnik ustawił nas po niezabudowanej stronie ulicy Wileńskiej i poprosił o wyobrażenie sobie jak widział ją kiedyś podróżny wychodzący z dworca - patrzeliśmy na kamienice przed nami. Dla nas dziś to ruiny. Sto lat temu była to reprezentacyjna, elegancka ulica miasta. Jak los potrafi być ironiczny. I na koniec - dla mnie - resztki dawnej carskiej zajezdni tramwajów konnych :)

W niedzielę odwiedziłam dziadka i ciocię. Umówiłam się tam z moim kuzynem (syn mojego wujka, brata mojej mamy) na rodzinny obiad. Widziałam, że zaręczył się i planuje ślub. Byłam ciekawa, czy mnie zaprosi. Takie oczywiste to nie było. Od śmierci mojej mamy, mój tata zerwał kontakt z jej rodziną. To pewnie temat na oddzielny wpis. Powody mogą być różne. Najbardziej banalny to taki, że mój ojciec ma znikomą potrzebę kontaktów rodzinnych, cygańskie spędy charakterystyczne dla rodziny mojej mamy zawsze go męczyły. Kuzyn jest jego chrześniakiem, z nim kontakt też zamarł. Tata argumentuje, że chłopak też mógł się do niego czasem odezwać. Dylemat - komu ma bardziej zależeć na kontakcie: dorosłemu chrześniakowi, czy rodzicowi chrzestnemu?

Kuzyn ma to prawdopodobnie gdzieś. Rodzinną listę gości układa jego matka, żona mojego wujka. Gdyby wyciągnąć z "Rancza", czy "Plebanii" najbardziej ograniczoną postać i mentalnie osadzoną na wsi (typem myślenia) - to taka kobieta. Przed przyjazdem syna zadzwoniła do ciotki i pouczyła ją, że wizyta ma się odbyć w domu ciotki, nie dziadka (on ma do niej przyjść), bo ten mieszka w stuletnim, zniszczonym domu, ma stare meble, jest tam dość brudno i nie można tego pokazać narzeczonej. Niechybnie zerwała by zaręczyny ;)

Dlatego mój tata i zapewne też jego dzieci mogły być na wylocie z listy gości. Pomyślałam jednak, że dla niej większym wstydem towarzyskim będzie nie zaproszenie chrzestnego młodego niż uraza. I miałam rację.

Kwas wyszedł z innej strony. Tata dostał zaproszenie, ja dostałam, mój brat dostał. Inni także. Nie dostało tylko troje dzieci mojej śp. cioci. Wiem, że to ciężki weselny dylemat. W tym pokoleniu jest nas dziesięcioro - wnuki dziadka i zmarłej babci (z ich czworga dzieci). Wszyscy plus osoby towarzyszące, to już spora grupa gości. Kuzyn (ma brata) z reszty ośmiorga wnuków zaprosił pięcioro. I to głupio, bo z dzieci mojej cioci na weselu będą dwie najstarsze dziewczyny, ich troje młodszego rodzeństwa nie.

Znowu podejrzewam, że to robota żony wujka. Hołduje zasadzie, że są rodziny dobre i rodziny złe. Nazwiska podaje przypadkowe: Wiśniewski jest porządnym człowiekiem, bo rodzina Wiśniewskich jest szanowana, Kowalski jest zły, bo jego rodzina nie jest porządna. Trójka mojego kuzynostwa jest dziećmi alkoholika przemocowca, który poszedł w Polskę i matki, która przez długi czas była zmuszona korzystać z pomocy społecznej i pomocy rodziny. Dwie starsze dziewczyny mają mężów, weszły więc już do dobrych rodzin. Młodsi jako dzieci / nastolatki przeżyli nagłą śmierć matki, powrót alkoholizmu ojca i z tego powodu mają dość harde charaktery. Mogą zrobić coś wstydliwego na weselu.

Smutne i przykre. Taka selekcja. Aż mi było głupio, bo zaproszenia zostały rozdane w domu mojej cioci, gdy oni byli w domu sąsiednim, u dziadka. Słabe to. Pomyślałam nawet z rozbawieniem, że jako osobę towarzyszącą wezmę jedną z sióstr, a tata drugą. A żona wujka padnie trupem :D Korci mnie by puścić taką informację przez telefon potwierdzając przybycie :D Niech babsko dostanie sraczki.

W niedzielny wieczór byłam jeszcze na wieczorze autorskim Agnieszki Drotkiewicz, znajomej pisarki, ale już się rozpisałam.

21:14, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 marca 2014
Rodzinna biblioteka, rodzinny kłopot

Będzie teraz nadal w temacie czytelnictwa, ale już od strony mojej rodziny. Bo ostatnio miałam - nie do rozwiązania - dylemat związany z biblioteką rodzinną.

Moi rodzice kochali czytać i często kupowali książki. Może to też kwestia tamtych czasów, gdy czytanie było pewną formą snobizmu, pokazywało aspiracje do innej grupy społecznej. W kraju, gdzie - ówcześnie - odsetek studiujących był niewielki, to czytanie pokazywało absolwentom szkół średnich (mama), czy zawodowych (tata), że są kimś lepszym i bez papierka. A książki były tańsze niż teraz. Pamiętam ich z dzieciństwa, czytających na wersalce.

Mama była także zapisana do biblioteki. To była biblioteka zakładowa, był to zakład opieki medycznej, więc prawdopodobnie chodziło też by pacjenci mieli co czytać. Najpierw sama przynosiła mi książeczki, potem zaczęła zabierać mnie ze sobą. Ona siedziała i plotkowała z bibliotekarką, ja wchodziłam pomiędzy regały. Przeglądałam książki, wąchałam, wybierałam kilka, czytałam pierwsze zdania siedząc na podłodze i wreszcie - najczęściej po ocenie pierwszej strony wybierałam coś do domu. To się pamięta na lata.

Książek w domu było mnóstwo. Miejsca nie było (mieliśmy dla siebie jakieś niecałe 30 m kw M2), więc stały na półkach w dwóch rzędach. Po szkole wybierałam coś dla siebie i rodzice nie miałam pojęcia, że mając już z 12-13 lat miałam przeczytane m.in. "Seks nietypowy", "Seksu w kulturach świata", "Zdrowie kobiety" :) Chyba nie sądzili, że po prostu nie zniechęca mnie okładka dla dorosłych :) I teraz myślę, że PRL był bardziej genderowy od III RP.

Potem przeprowadziliśmy się do wielkiego (taki się wydawał) domu i pamiętam jak się cieszyliśmy, że cały jeden pokój będzie przeznaczony dla książek. Nasza biblioteka - tylko półki z książkami i fotel do czytania.

Ja i mój młodszy brat jesteśmy dowodem na to, że wychowanie to nie wszystko, w grę wchodzi jeszcze temperament. Ja uwielbiałam czytać, tata nauczył mnie czytać jeszcze w przedszkolnej zerówce (po to by moc samemu sobie czytać, a nie dziecku ;) ). Mój brat czytania nie cierpiał, czym zasmucał moich rodziców obawiających się, że ich syn zmarnuje sobie życie. Przez pewien czas nawet płacili mu za czytanie książek... A on uczciwie podliczał, ile przeczytał. Ja płacone nie miałam, bo żartowali, że by zbankrutowali. Widać, które z nas miało spryt życiowy :) Pamiętam wieczory, gdy nasza trójka - ja, mama, tata - siedziała, każde ze swoją książką i brata chodzącego obok z jękiem, że się nudzi :) Potem mój brat, na jakiś czas czytanie polubił, gdy odkrył literaturę popularnonaukową. Po prostu rozkminianie o "Wojtku, co chciał zostać strażakiem" cholernie go nudziło :)

To był bardzo długi wstęp, do krótkiego wpisu na temat :)

Biblioteka mich rodziców liczy sobie nawet coś koło 500-600 książek. Zawsze jakoś wydawało mi się, że to ja automatycznie ją przejmę, jako ta która lubi czytać, zna ten księgozbiór, ma go nawet skatalogowany na karteczkach. Wyprowadziłam się. Życie się skomplikowało, mama zmarła, tata przekazał nam dom, mój brat mnie spłacił i przejął go. Dopiero po długim czasie połapałam się, że przejął dom razem z biblioteką rodzinną. Dobra, nie będę zachłanna. Sama mam kilkaset książek. To także jego spuścizna rodzinna. Tylko, że nigdzie tych książek nie widziałam. Nie chodziłam po całym domu, jestem tam gościem teraz, więc sądziłam, że są w którymś z pokoi.

Dopiero niedawno, w rozmowie z tatą okazało się, że od remontu wszystkie książki leżą w pudłach na strychu. Miejsce suche, przewiewne, krzywda im się nie stanie. Tylko, że leżą na strychu. Mój brat ma pomysł na każdy z pokoi w domu, ale w żadnym nie ma planu na bibliotekę, czy ustawienie książek. Nawet w salonie, który jest wielkości mojego mieszkania. Trochę rozumiem, w dzisiejszych czasach regały z książkami nie pasują do nowoczesnych stylizacji. Zapewne ni chodzi o brak miejsca, tylko ot to, że te książki nie mają dla niego znaczenia. Smutno mi. Sama tych książek nie wezmę - podejrzewam, że brat by nie walczył - bo na moich 47  kw ledwo pomieściłam te, które są moje. Musiałabym mieć dodatkowy, trzeci pokój ;) Przykro mi, bo księgozbiór będzie tak leżał i leżał latami pod dachem. Albo brat w końcu wywiezie go do jakiejś biblioteki. Tacie tez chyba jest trochę przykro, ale nie ma nic do powiedzenia. Uznaje, że nie będzie synowi mówił, jak ma urządzać teraz jego dom.

Ironia losu - z dwojga dzieci, biblioteka rodzinna trafiła do tego, dla którego książki i czytanie nie mają znaczenia.

Teraz też uświadomiłam sobie, że w dobie e-booków i różnych planów na życie mojego dziecka, te moje książki też mogą kiedyś wylądować na śmietniku.

10:04, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 marca 2014
Polak nie czyta, pisarz nie zarabia

Będzie długi wpis, oj długi.

Byłam wczoraj na ciekawej debacie. Mogłam jej wysłuchać w radio - nie w całości, albo w internecie, ale bardzo chciałam być na miejscu. Radio Tok FM co poniedziałek organizuje dyskusje puszczane w eter, na które można przyjść jako słuchacz. Tym razem temat był bardzo mnie interesujący "Polak nie czyta, pisarz nie zarabia".

A burzę rozpętała niedawno pisarka Kaja Malanowska. Niektórzy może zetknęli się z dyskusją w sieci, inni zapewne nie. Otóż pisarka Malanowska zamieściła na swoim profilu na FB emocjonalny, krótki tekst, zawierający m.in. wyraz "gówno", gdzie wyznała, że za swoją powieść - nominowaną do Nike "Patrz na mnie, Klaro!" - dostała 6800 złotych. Za 16 miesięcy (słownie: szesnaście) pisania tej książki marne 6800 zł. Od razu rozpętała się polemika autorstwa innych pisarzy, m.in. Vargi, który dość złośliwie odparował, czy Witkowskiego, który pochwalił się, że dostaje 500 tys złotych zaliczki od wydawnictwa (szybko sprawdzono w sprawozdaniach finansowych owego wydawnictwa, że musi ono zapewne do Witkowskiego ostro dokładać, bo samo zarabia na jego książkach sporo mniej :D ). W dyskusję włączyła się nawet Krytyka Polityczna próbując sprawę zintepretować genderowo - "milcz Malanowska, gdy duzi chłopcy pisarze ci tłumaczą, jak wydawać" ;)

Ze strony zwyczajnych czytelników poleciały na Malanowską cięgi i ostre "hejtowanie". Padały komentarze, że rynek płaci za produkt, tyle ile ów produkt jest wart - czyli książki warte są niewiele. A spora część prorokowała po prostu otwarcie, że zapewne Malanowska pisze beznadziejnie i nikt nie chce jej czytać.

Moje refleksje. Szczerze przyznam, że nigdy nie myślałam, że z pisania można wyżyć. Oczywiście, są pisarze, którym się to udaje, ale to garstka. Reszta dorabia, chałturzy lub ma inną, "rynkową" pracę. Nie sądziłam jednak nigdy, że łączenie pracy zarobkowej z dobrym pisaniem jest tak wykańczające. Od wieków było tak, że artyści tworzyli za pieniądze mecenasów (królów, książąt, magnatów), za pieniądze rodziny lub dorabiali (pierwszy z brzegu przykład - Kafka była urzędnikiem), głodowali. Dziś mecenasi inwestują w sieroty, chorych oraz biednych. Całkiem odwrotnie niż kiedyś. Może to dobrze.

I teraz dopiero przechodzę do debaty :) I ją potraktuję raczej skrótowo :)

Wśród rozmówców byli m.in. Kaja Malanowska, Tomasz Makowski (dyrektor Biblioteki Narodowej), Marcin Wieczorek z Ministerstwa Kultury oraz Piotr Kieżuń (Kultura Liberalna). Rozpoczął Makowski opowiadając o niedawnych badaniach czytelnictwa. To, że zaledwie 40% Polaków czyta zostało już wielokrotnie omówione. Nowa rzecz, to taka, że dziś nie czytanie książek nie jest już tabu, wstydem, Polak przyznaje się do tego otwarcie. Gorzej, jak padło potem z sali, wśród młodzieży czytanie jest obciachem. Nie mamy nawyku kupowania książek, albo chociaż ich wypożyczania. Nie ma tradycji rodzinnych bibliotek przekazywanych z pokolenia na pokolenie (o tym napiszę oddzielny wpis). Wysokie czytelnictwo jest w krajach, w których są dobre biblioteki - są to okazałe gmachy, bardziej niż urzędy miejskie (odwrotnie niż u nas), które animują ruch kulturalny w okolicy, oferują też kanapki, kawę, zajęcia dodatkowe. Tam się przychodzi, by spędzić czas. Do niedawna notowano 20% (!) spadek wypożyczeń, co rok. 20%! Dopiero rok 2012 był pierwszym, gdy liczba wypożyczeń zaczęła odrobinę rosnąć. Danych za rok 2013 jeszcze nie ma.

Marcin Wieczorek opowiadał o jednym z punktów najnowszego rządowego planu wsparcia czytelnictwa. Biblioteki będą dostawać więcej funduszy na zakup nowości. To 8 tysięcy bibliotek w kraju. Jest obawa, że jeśli Polak zacznie wypożyczać w biblioteki, to pisarz straci, bo książka nie będzie kupowana. Jeśli jednak spojrzeć, że owa książka trafi w 8 tysiącach egzemplarzy, w kraju gdzie sprzedaż rzędu 3 tysięcy to ogromny sukces - to widać, że kieszeń pisarza nie straci. Kaja Malanowska dopytała, co z bibliotekami szkolnymi. Te podpadają pod Ministerstwo Edukacji Narodowej, a oba ministerstwa jakoś nie mogą się porozumieć. Co się dziwić - tu kultura, tu edukacja, gdzie wspólny interes ;) Jednak być może uda się to obejść - biblioteki gminne będą ze szkolnymi podpisywać umowy tak książki trafią do szkół.

Wieczorek opowiedział też o jednej kwestii, która żywo mnie zainteresowała. Są nią stypendia rządowe. Czyli jakaś forma mecenatu króla jest ;) Corocznie otrzymuje je ponad 100 artystów sztuk wszelakich. W tamtym roku dostało stypendium 40 pisarzy (29-ciu półroczne, 11-tu roczne). To 1800 zł miesięcznie. Nie za wielka kwota dla jedynego żywiciela rodziny, ale też nie głodowa. Zawsze można drobną część miesiąca gdzieś dorobić. Smutną rzeczą jest to, że po otrzymaniu stypendium trzeba minim trzy lata (a nawet może więcej) odczekać z kolejnym wnioskiem. Cóż się dziwić.

Głos zabierała sama Kaja Malanowska, która aferę chce wykorzystać w dobrej sprawie, czyli wywołaniu dyskusji o czytelnictwie w Polsce i sytuacji pisarzy ogólnie. Przyznała, że pobyt w Stanach nauczył ją, że pisarz to zawód jak każdy inny, który powinien być godnie opłacany. Tam kwestie finansowe nie są sprawą wstydliwą, gdy w Polsce ciągle pokutuje pogląd, że pisarz pisze dla idei, sprawy, jest istotą wyjątkową, a czy ma za co żyć, to kwestia o której się milczy. Pisarz ma się cieszyć, że pisze i wypełniać swoją misję. Malanowska poruszyła także bardzo ważną kwestię - regulacji pracy pisarza. Część moich koleżanek piszących doskonale wie, w czym problem. Czyli, kwestie minimalnej stawki za sprzedaną książkę dla pisarza, transparentność rozliczeń z wydawnictwem, opóźnienia w wypłatach, kontrola rynku księgarskiego, monopol jednej sieci księgarni. To jest na prawdę temat na całkiem oddzielny wpis, bo w całej tej maszynerii pisarz jest opłacany na końcu, po monitach, a dostępność do jego tytułu na półkach prawie żadna. W czwartek ma być jakieś spotkanie pisarzy, którzy wreszcie będą dyskutować i organizować się.

Były także uwagi z sali i najciekawsze były refleksje pewnego chłopaka ze stowarzyszenia związanego z literaturą fantastyczną (to najlepiej zorganizowany i samokontrolujący się segment czytelników). Zauważył, że wspomniana dziś reforma jest pierwszą od 1989 roku. Od ponad dwudziestu lat! Stracono jedno pokolenie, a może nawet dwa pokolenia czytelników. Tak na prawdę edukację czytelniczą trzeba zaczynać od spotkań w przedszkolach, szkołach podstawowych. W gimnazjach już czytanie jest obciachem. Dziś potrzebni są streetworkerzy, ludzie którzy wyjdą do potencjalnych czytelników i będą ich namawiać. Aż nawet przemknęło mi przez głowę jak ciekawy mógłby być przedszkolny dyskusyjny klub książki - krótkie czytanie tekstu i potem rozmowa, rysowanie, lepienie. Kto mi zabroni zrobić taki projekt - w okolicy są dwie biblioteki dla dzieci. Napisanie i wydanie książki jest najłatwiejszym etapem dla pisarza - dopiero potem pisarz tak na prawdę zaczyna ciężką pracę, musi książkę wypromować, dotrzeć do czytelników, moderować dyskusje i spotkania z nimi.

Strasznie się rozpisałam i zapewne kilka wątków jeszcze mi umknęło. Te były dla mnie najciekawsze. Pozdrawiam tych, którzy dotarli do końca wpisu :)

 

A tak, jako ciekawostkę. 38-me urodziny :)

21:25, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
sobota, 22 marca 2014
Czterolatki - badania przesiewowe

Byłam wczoraj na rozmowie z przedszkolną psycholog. Wywiesiła ogłoszenie, że zakończyła już badania przesiewowe czterolatków, a dokładniej grupy III i można zajrzeć do niej na dyżur. To jako zaangażowany rodzic zajrzałam.

Dobrze nie jest :( Wyniki słabe. Zobaczyłam cyfrę 19 i dopytałam na ile. Jak usłyszałam, że na 100, to pomyślałam "o cholera". Psycholog zaznaczyła, że to absolutnie nie oznacza opóźnienia umysłowego. Wiertka jest kiepska w takich rzeczach jak rysunki, puzzle, rysowanie figur geometrycznych, łamigłówki. Czyli we wszystkim, gdzie potrzebne jest skupienie i pozostanie w bezruchu. Właśnie. Dodatkowo w uwagach - kręci się, wierci, wstaje z krzesła, podpiera głowę ręką. Szczególnie to ostatnie mnie zaintrygowała, ale wolałam już tego nie omawiać. Obawiam się, że tak moje dziecko objawiało znudzenie całą ideą badania.

Teraz w domu mamy zalecenia właśnie ćwiczenia tych puzzli, rysunków, zagadek, domina. Trzeba będzie znaleźć jakiś fortel, by ją na to namówić. Nawet zacząć od tych dla młodszych dzieci, byle Wiertka miała poczucie sukcesu i tego, że świetnie jej wychodzi. Znam ją, jeśli coś okazuje się od razu trudnawe, to rzuca to. Ja uwielbiam tak się bawić z dzieckiem, ale moja córka nie przepada za tymi zajęciami. Woli zabawy sytuacyjne, czyli wspólne animowanie laleczek, kucyków.

Zapisałam małą do pani psycholog do poradni na dodatkowe testy. Termin dopiero w maju, ale ciśnienia nie ma. Bo właśnie. Badania są robione w tym samym czasie i dla dziecka ze stycznia 2009 i dla dziecka z grudnia 2009. Jasne, że pomiędzy nimi jest jeszcze w tym wieku przepaść. A może tabelka jest stworzona dokładnie na czterolatka i ten wynik jest i bez tego miarodajny?

Od września Wiertka będzie w specjalnie grupie dzieci, z którymi psycholog będzie pracować. Może to i dobrze. Bo upewniłam się, że jej rocznik idzie nowym trybem reformy, więc od września następnego roku moja córka od razu idzie do pierwszej klasy. Teraz, w świetle wyniku tego badania, wydaje mi się to jakiś kosmosem. Szkoła premiuje właśnie te umiejętności, które moja córka ma w głębokim poważaniu. Nikt tam nie zajmuje się tylko bieganiem i skakaniem. W sumie cieszę się, że wyszło to teraz. Mam ponad rok, by przygotować ją do trybu szkolnego i wymagań państwowego systemu edukacji. Gorzej, gdybym połapała się w następnym marcu i zostało tylko pół roku. Chyba tak jak ojciec i starsza siostra ma jakieś cechy ADHD.

Pomyślałam też, że to mógłby być dobry pretekst do wydreptania u psychologów odroczenia pierwszej klasy, by poszła starym trybem edukacji. Tylu rodziców zbiera teraz papierki. Co innego jednak wyciągać dla dziecka odroczenie, bo się uważa, że maleństwo jest jeszcze za malutkie, a co innego gdy na serio stajesz przed wizją tego, że z twoim dzieckiem jest coś nie tak. To tak jakbym przyznała, że moja córka jest gorsza. To tak jakbym uznała, że poległam jako matka.

Gdy streściłam sytuację przez telefon jej ojcu był oburzony. Jak to jego córka - taka wygadana, nie da jej się przegadać, trajkocze jak karabinek i niby jest do tyłu wobec rówieśników?! On nie chodził do przedszkola, nikt mu badań nie robił i wyszedł na ludzi.

W kuchni wisi na ścianie rysunek Wiertki - mama - gdzie wszystko jest według prawideł pani psycholog. Teraz zadzwonił były i mówi, że mała ładnie rysuje figury geometryczne. Badanie było w grudniu. Wiertka albo szybko idzie do przodu, albo przy pani psycholog nie chce jej się starać i robi na odwal się.

A niedawno byłyśmy na dniu otwartym w jednej z szkół i Wiertka zobaczyła ogromną gablotę z pucharami za wygrane zawody sportowe. I teraz chce chodzić do tej szkoły, brać udział w zawodach i zdobywać puchary :)

12:06, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 marca 2014
Rekrutacyjnie

Jestem dziś po rozmowie w sprawie pracy i wynikało ze spotkania, że są na mnie zdecydowani. Od kwietnia mogłabym zaczynać. A nawet wcześniej. I mam dylemat. Bo mnie się wcale do pracy nie śpieszy. Nie mam finansowego noża na gardle. Podoba mi się lenistwo i ściubienie tekścików na konkursy literackie. Z drugiej strony, kolejna okazja może mi się nie przytrafić. Przecież praca jest wartością - skoro chcą przyjąć, do trzeba się zatrudnić. Ile osób marzy o takiej sytuacji.

Są dwa "ale", którymi się zasłaniam. Pierwszym jest lokalizacja biura, na drugim końcu miasta. Cały czas testem dla mnie jest maksimum godzinny dojazd od i do przedszkola. Zmieszczę się jeśli korzystać będę z pociągów. To drobniejsze "ale", bo nie można oczekiwać, że praca marzeń będzie za rogiem. Inna sprawa, to co miałabym robić. Czy widzę się w takim zajęciu - po dokładniejszej dzisiejszej rozmowie - za rok, dwa, za kilka lat. To nie jest praca na lata. Góra na rok, do dwóch, trzech. Nie chcę i nie mogę sobie pozwolić na CV skoczka. Już się zastanawiam, czy go jakoś nie spreparować.

Może to jakaś intuicja podpowiada mi, że trzeba jeszcze odrobinę poczekać. Skoro jest za co żyć. Muszę nauczyć się być przyjmującym pracę, a nie przyjmowanym.

Nie wiem, na ile wynika to z owej hipotetycznej intuicji, na ile ze zwyczajnego lenistwa.

Obiecałam, że do poniedziałku dam odpowiedź. Nie chciałam tak od razu zamykać tej furtki.

14:16, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 19 marca 2014
Finansowo

Miałam napisać o podejściu do finansów. Tak do kompletu wczorajszego wpisu.

Zaczęłam się zastanawiać, czy podejście do pieniędzy w wieku młodzieńczym determinuje, to jak się będzie je traktować w wieku dorosłym? Jako nastolatki, ja i mój brat mieliśmy kompletnie odmienne strategie. Ja odkładałam, ściubiłam, zbierałam, wydawałam powoli. On wydawał wszystko natychmiast, a potem przychodził i pożyczał ode mnie. Zawsze oddawał :)

Teraz oboje jesteśmy dorośli. Mnie lekko patologiczna oszczędność przydaje się w życiu. Umiem przeżyć za relatywnie małą kasę. O dziwo, mój brat nie stał się rozrzutnikiem. Dopóki był kawalerem, rzeczywiście forsa nie trzymała się go. Teraz ma dom na kredyt, rodzinę, zaraz dwoje dzieci i zauważyłam, że w wydawaniu zrobił się ostrożny. I to on wspomagał mnie finansowo kilka lat temu :)

Nie da się chyba przewidzieć, na podstawie młodzieńczych wydatków, jak ktoś kiedyś będzie sobie radził z domowym budżetem.

Jeszcze taka anegdotka z mojego dzieciństwa :) Dwa razy wyjeżdżałam na kolonie za granicę. To istotne, bo nie było możliwości - wtedy przynajmniej - dosłania mi dodatkowych pieniędzy. Musiało mi wystarczyć do końca pobytu, to z czym wyjechałam. Już pierwszego dnia podzieliłam moje pieniądze przez liczbę dni pobytu i ustaliłam, ile mogę maksymalnie wydać danego dnia. Wydałam jednego dnia więcej, drugiego musiałam mniej. Trzymałam się tego twardo i wracałam do domu nawet z ostatnimi drobniakami :)

Czuję jednak, że własne dziecko trzeba delikatnie, dyplomatycznie wprowadzać w sytuację finansową rodziny. Stosownie do wieku. Próbuję o tym rozmawiać z Wiertką, ale ona ma swoją logikę:

Ja: Nie mamy dużo pieniędzy.

Wiertka: To weź z pracy.

Ja: W pracy dają mi mało pieniędzy.

Wiertka: To pracuj tam, gdzie mama N.

N to jej najlepsza przyjaciółka z przedszkola. Czy to nie cudowna w swej prostocie rada? :) I nawet jakbym się do niej dostosowała.

W mojej rodzinie zawsze było kiepsko finansowo. Od połowy miesiąca pożyczało się od dziadków i wyciągało z półki książkę "1000 potrwa z ziemniaka". Baby ziemniaczanej do dziś nie mogę wziąć do ust ;) Jednak nie mówiło się o tym otwarcie z nami, dziećmi. Nie tłumaczono. Nie dostawałam kieszonkowego, ale kiedy prosiłam o pieniądze na coś, zawsze najpierw słyszałam litanię żalów, jak jest ciężko. Potem żołądek wywracał się na drugą stronę, gdy potrzebowałam coś kupić. Gdy mając piętnaście lat, zwierzyłam się mojej mamie, że chciałabym gdzieś popracować dorywczo, sama coś zarobić dla siebie, to nakrzyczała na mnie, że przecież zawsze daje mi pieniądze, gdy poproszę. W jej przekonaniu, posyłanie nastoletniego dziecka do dorywczej pracy było dyshonorem dla rodziny.

Dlatego chciałabym by Wiertka wiedziała, że nie stać na na wszystko, a nawet na połowę tego co trzeba. Ale też nie chciałabym by czuła się tym jakoś obciążona. Na razie jest na okropnym etapie "kup mi to, kup mi to, kup mi to, kup mi to".

Pomyślałam sobie jednak, że nawet gdybym ociekała forsą, stać mnie było na wszystko, to nie kupowałabym córce tego wszystkiego, o co mnie poprosi. Człowiek musi czegoś pragnąć.

13:07, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 marca 2014
Sałatka macierzyńska

Po ponad tygodniu spędzonym w domu z matką, moje dziecko rano wstaje do przedszkola jak wyrzucone z katapulty ;)

Po pół roku chodzenia na zajęcia z baletu, Wiertka zrezygnowała. Tak, ona zrezygnowała. I zaraz o tym, jak można zostawić taką decyzję czterolatce. Na jednych z ostatnich zajęć prowadząca zwróciła uwagę, że mała nie ćwiczy tylko zasiada sobie pod ścianą. Była świeżo po antybiotykach tamtego dnia, więc miała prawo być zmęczona. Jednak już przed kolejnymi zajęciami, moja córka odrzekła, że nie chce iść. I powtórzyła to już podnosząc głos. Oczywiście, w ramach nauki konsekwencji, ciężkiej pracy służącej celowi mogłabym ją na te zajęcia zaciągnąć. By ponownie usiadła pod ścianą. To dziecko ma specyficzny charakter. Może złożyło się dobrze, bo w przedszkolu pojawiły się dodatkowe zajęcia taneczne, z rytmiki. Jedne z nich są w czwartek 15:30-16:00. I to właśnie w taki czwartek, po takich zajęciach miałabym przejechać z moich dzieckiem na zajęcia z baletu o 17:00. Za dużo jednego dnia, za dużo jedno po drugim.

Z drugiej strony, odrobinę jestem zasmucona. Nie zobaczę mojego dziecka w przedstawieniu, na scenie. W domu kultury oczywiście, nie na prawdziwej baletowej, bo na karierę tam moje dziecko będzie za wysokie. Inna rzecz, która mnie martwi, to "słomiany ogień" mojej córki. Teraz chce chodzić na jogę dla dzieci. Jasne. A za pół roku będzie jazda na koniach. A potem jeszcze coś innego. Czy to charakterystyczne dla przedszkolaka? Czy to raczej rys jej charakteru, który każe wszystko rzucać w połowie? Przecież kluczem do osiągnięcia czegokolwiek w życiu jest wytrwałość.

Inną fajną rzeczą związaną z Wiertką jest oszczędzanie. Może przesadzam i jest jeszcze na to za mała, ale wprowadziłam drobne elementy zbierania przez nią pieniędzy :) Ma swój mały portfelik. Raz na 2-3 dni daję jej jakieś drobne - do kilkunastu groszy, maks 50 gr. I moje dziecko zbiera tak na jakiś zakup. Zazwyczaj dość szybko dopytuje się, ile już ma i co może za to kupić. Największą sumę jaką uzbierała to było niecałe dwa złote, które poszło na pudełko Tic-Taców :) A tak liczę jej pieniądze i mówię, że już ma na batona, ale może jeszcze trochę dozbierać i będzie na coś innego. W tym przypadku rozumiem, że cierpliwość czterolatka jest ograniczona i na lalkę Barbie tak nie uzbiera :) Chodzi mi bardziej o naukę szacunku do pieniędzy, odkładania. By z czasem zrozumiała, że nie zawsze wystarcza na wszystko, co się chce.

O podejściu do pieniędzy może będzie w innym wpisie :)

09:15, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 marca 2014
Marcowo

Dziś jest pierwszy dzień, kiedy czuję się wreszcie zdrowa. I problemem nie był kaszel, czy katar. To nie one komplikowały mi życie. Kłopot był z jakimś ogromnym osłabieniem. Czułam się jak balonik, który zaraz oderwie się od ziemi i uleci w powietrze. I to jeszcze byłaby drobna niedogodność. Rzuciło się także na moje reakcje intelektualne. Miałam błyskotliwość kury. Jak na złość, w tym tygodniu miałam trzy rozmowy w sprawie pracy. Jedną jakoś przetrwałam, druga wolałabym by się w ogóle nie wydarzyła, bo sprawiałam wrażenie mało sprawnej intelektualnie, na trzeciej poległam na banalnych pytaniach logiczno-matematycznych. Na tą trzecią miałam także przygotować się z treści pewnej ustawy i wypadło tak sobie. Choć gdy ustawę czytałam pierwszy raz w poniedziałek, nic nie rozumiałam. Z tych spotkań mam wspomnienia jak przez mgłę, jakbym była wtedy pod wpływem alkoholu albo jakiś środków :/

Za to w środę byłam na wykładzie, który odbywał się w ramach Tygodnia Mózgu. Tematem były "Genetyczne podstawy chorób mózgu". Omawiane były Choroba Huntingtona, Alzheimera, padaczki, choroby intelektualne. Szkoda, że czasu nie starczyło na chorobę Parkinsona. Dzień przed Wigilią zmarła na nią babcia Wiertki i chciałabym wiedzieć, jak duże jest ryzyko, że moje dziecko też na to kiedyś zachoruje. Albo jak duże jest ryzyko, że będzie się zajmować chorym na to tatuśkiem. Z całego cyklu spotkań, to tematycznie było najciekawsze dla kogoś, takiego jak ja, kto aż tak nie pasjonuje się neurologią, biologią, ale lubi ciekawe rzeczy.

Z ciekawostek. Mamy w sobie 3 000 000 000 par zasad (słownie: trzy miliardy) i wystarczy błąd w jednej parze, by wystąpiła poważna choroba. To tak jakby człowiek musiał jednym ciągiem przepisać na komputerze trzy miliardy słów i nie wolno mu było zrobić ani jednej literówki inaczej tragedia. Co się dziwić, że w praktyce, co druga ciąża kończy się poronieniem w pierwszych dniach po zapłodnieniu. Byłam kiedyś na konferencji poświęconej temu problemowi i jeden z lekarzy opowiedział, że testowo zbadano kiedyś genetycznie kilka poronionych zarodków i okazało się, że mają tak ciężkie wady genetyczne, że uniemożliwiałoby to nawet samodzielne funkcjonowanie poza łonem matki.

Inna ciekawa rzecz - każdy z nas jest nosicielem co najmniej pięciu chorób genetycznych (więc "przepisywanie" nie jest wcale takie perfekcyjne), tyle że są recesywne. Problem zaczyna się, gdy spotkają się dwie osoby recesywne tej samej choroby - rodzi im się chore dziecko. To dopiero loteria życiowa.

Znam jedną chorobę, której jestem nosicielką :) Daltonizm :) Mój tata jest daltonistą. Jeszcze w liceum, na lekcjach z genetyki i dziedziczenia zorientowałam się, że jako córka mam ten gen uśpiony, do przekazania dalej dzieciom. Mój hipotetycznych syn miałby 50% szans na daltonizm.

Ostatnia ciekawostka dotyczyła Zespołu Downa i mozaiki. Nie chcę pisać tutaj bzdur, to dość skomplikowane, ale mozaika, to chyba taka łagodniejsza forma ZD. Trisomia jest wtedy tylko w części genów ciała. Niesamowita rzecz jest taka, że zdarza się mozaika tak rzadka, że dana osoba nawet nie wie, że ją ma i prowadzi zwyczajne życie. Zespół Downa ujawnia się dopiero u jej dzieci. Piszę za prowadzącą, bo po szybkim przejrzeniu internetu widzę, że takie historie są przyjmowane przez rodziców dzieci z ZD z rezerwą, bardziej jak "miejskie legendy". Rzadka mozaika ma w sobie potencjał na literacką historię :)

13:28, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 marca 2014
Weekend pod hasłem broni biologicznej

Weekend NieMatki zapowiadał się miło. Dziecko po miesiącu jechało na całe dwa dni do taty. Miałam do wyboru albo program Dnia Kobiet w Domu Spotkań z Historią, albo wycieczkę po sejmie. Wygrałam bilety do teatru na FB. W niedzielę szykowała się Manifa, na którą - szczerze mówiąc miałam małą ochotę. Kręciło mnie to bardziej, gdy było niszowe. W niedzielnę popołudnie mieli wpaść znajomi.

Plany zaczęły się komplikować już w piątkowy poranek. Wiertka obudziła się ospała, zmęczona. 37,5 C. Miałyśmy tego dnia jechać, wczesnym popołudniem, do Krainy Kinder Niespodzianki i strasznie się na to cieszyła. O 13.00 kolejny pomiar rozwiał wszelkie wątpliwości - 38,5 C. Piątek dziecko przesiedziało przytulone do mnie. Nad ranem, w sobotę, ocknęłam się, bo dziecko ciężko oddychało. Miała 39,8 C. Dałam syrop na zbicie i czekałam, czy temperatura spadnie. Spadła poniżej 39. Dobrze, że pozwoliłam jej spać ze mną. To jedna ze moich schiz - dziecko umrze we śnie z powodu zbyt wysokiej gorączki.

W sobotni poranek obudziłam się "z ciężkim kacem". Ledwo doczłapałam do toalety. Też byłam chora. Tym razem już nie wygłupiałam się z posyłaniem chorego dziecka do ojca (szkoda, bo w lutym widziała go całe 3-4 dni). Przez cały dzień zbijałam jej temperaturę poniżej 39 C. Sama też głównie drzemałam albo coś czytałam. Leżałyśmy obie razem na łóżku, pod swoimi kołdrami i rozsiewałyśmy zarazki.

Przez tą moją chorobę kompletnie zapomniałam, że dziecko w gorączce trzeba nawadniać! I zaczęłam mieć schizę, że umrze z odwodnienia. Przyglądałam jej się, gdy drzemała, a gdy się ocknęła zaczęłam podawać wodę łykami.

W niedzielę Wiertka miała rano 37,1 C i wrócił pomysł, by przyjechał po nią jej tata i zabrał na jeden dzień. Ona jednak stwierdziła, że chce być ze mną. Mogłam się uprzeć, ale skończyło by się jej płaczem. Za to o 14.00 popłakiwała, że teraz to ona do taty chce :) Jednak za późno.

Ze mną było gorzej. Praktycznie cały dzisiejszy dzień przespałam. Ledwo mogłam się poruszać. Dosłownie zwaliło mnie z nóg. Gdyby nie to, że w nocy męczył mnie katar, to pomyślałabym, że to grypa. Dobrze, że mała nie miała apetytu, bo nie dałabym rady zrobić nic poza kanapką, czy kawą zbożową z mlekiem. Znajomych odwołałam. Dziecko bawiło się samo na podłodze.

Teraz wreszcie aspiryna zaczęła działać.

Wieczorem zajrzał Były z zakupami.

Teraz czeka mnie kilka dni w towarzystwie dziecka, bo nie wyślę jej od razu do przedszkola.

20:18, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 marca 2014
Karnawałowo

Nie wiem, czy powinnam się przyznawać do moich macierzyńskich wyskoków. Na sobotni wieczór dobra koleżanka zaprosiła mnie na spotkanie towarzyskie. To akurat mój weekend z dzieckiem, Były nie jest już elastyczny, więc podziękowałam. Potem zorientowałam się, że to ostatnia sobota karnawału. Jakoś tak prawie uroczyście :)

Koleżanka posiada bliźnięta płci mieszanej, ale jest raczej przeciwniczką obecności dzieci na imprezach i zdarzało mi się słyszeć od niej komentarze o naszych znajomych, którzy jednak swoje ze sobą zabrali (niemowlęta raczkujące to raczej były). Jej własne dzieci, po 21.00 udają się na spoczynek i dla gości stają się niewidzialne :)

Zagaiłam ją sms-owo, że mogłabym wpaść z małą, ale znam jej stanowisko, więc ok. Odpisała, że to obecność własnych dzieci nie pozwala jej się rozluźnić przy drinkach, a cudze jej zwisają :) Tyle, że jej dzieciaki o 21.00 mają iść spać. To ustaliłyśmy, że zajrzę z Wiertką o 20.00 na godzinę i wyjdziemy, by jej dzieciom nie było przykro, a mojemu nudno.

Dygresja. Nie pamiętam, żeby moi rodzice chodzili na imieniny do znajomych bez nas. Choć zapewne takie sytuacje były. W tamtych czasach ludzie schodzili się z potomstwem. W jednym pokoju dorośli jedli i pili alkohol, a w drugim dzieciarnia razem się bawiła. I dzieci była chmara, bo popularny było model 2+2_3. Nie było kłótni, wypadków, czy nadużywania alkoholu. A potem wracało się, tuptając nóżkami ciemną nocą ;) Być może tak było tylko w środowisku moich rodziców - kilka par zaprzyjaźnionych przed ślubem, pobierające się w tym samym czasie, rodzące dzieci w tym samym czasie.

Spotkanie było kameralne - dwie pary, samotna matka i lesbijka :) Dzieciaki od razu pobiegły się razem bawić i nie było fazy przełamywania lodów. Bliźniaki są dwa lata starsze.

21.00 dzieciaki buszują, moja koleżanka nic. 21.30 dzieciaki szaleją, ona nic. Co się będę wychylać. Miło się rozmawia z ludźmi. 22.00, nadal w pokoju obok trwa konkurencyjna impreza dziecięca. Wreszcie koleżanka wyznaje, że jej dzieci drażniły ją tylko przez kwadrans, a teraz to jest jej to obojętne :) Gorzej miała jedna z par - oboje bezdzietni, tuż po 40tce, doszły mnie słuchy, że naszły ich plany posiadania dziecka po dwóch dekadach związku, ale teraz będzie się to wiązało z wizytami u specjalistów. Nie wiem, czy nadal są zainteresowani, pan raczej nie :) Doskonale go rozumiem. Rodzic, który się wyrwał w życie towarzyskie, ma piękną zdolność odcięcia się od szumu jakie generują dzieci w pokoju obok.

Po 23.00, w końcu uznaliśmy, że dzieciaki powinny iść spać. Próbowałam wydzwonić taksówkę, ale nie miałam fotelika samochodowego, a bez niego pojazd musiał mieć jakąś licencję. I w ostatnią sobotę karnawału ciężko coś znaleźć. Machnęłam ręką. Przystanek był tuż obok. Wróciłyśmy ostatnim autobusem. Raptem kwadrans jazdy. Mała zasnęła od razu jak pojazd ruszył. Do domu niosłam ją na rękach, łatwe to nie było. W połowie drogi przebudziła się i resztę przeszła na nogach.

W niedzielę długo sobie pospałyśmy :)

Po ostatnich wizytach w różnych domach - Wiertka chce mieć rodzeństwo i piętrowe łóżko w pokoju :D

Dziś ostatki. W domu :)

12:51, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Tagi