To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 31 marca 2015
Posiadanie

Element bycia rodzicem, trudny dla mnie do przerobienia - pieniądze w rodzinie.

Wiertka chce zabawki. Niby naturalne. Niestety, nie mogę tego porównać do własnych doświadczeń z dzieciństwa, bo to był inny świat, inne możliwości. Zdaję sobie sprawę, że mają tak wszystkie dzieci, ale czy aż tak? Wiertka ogląda reklamy i przy każdej zasypuje mnie pytanie, czy to jej kupię. Zaraz jest kolejna reklama i te same pytania. Wchodzimy do sklepu, kiosku, przechodzimy nawet i jest kolejna seria. Kup mi. Kup mi. Kup mi. A potem pół dnia komentarzy, że ja się rządzę, że ona tak by chciała tę zabawkę, gazetkę. Mówi. Mówi. Mówi. Nie zamyka tematu, tylko namawia, komentuje do momentu zaśnięcia.

Oczywiście, jestem asertywna, nie kupuję. Daję dziecku codziennie po złotówce, lub dwóch i mówię, że ma zbierać na gazetkę. Zabawki są za drogie na takie ciułanie. Ile się jedna przy tym nasłucham. Głowa pęka.

Pamiętam, że też wszystko chciałam mieć. Na wczasach w górach, na ludowym bazarku co stoisko chciałam by coś mi kupić. A mama miała nerwy na cienkich postronkach. Tyle, że dziś moje dziecko ma taki bazarek non stop, wszędzie.

Zaczęłam się bać jej materialistycznego podejścia do życia. Co jeśli z tego nie wyrośnie? Jeśli za jakiś czas będę zasypywana przez nastolatkę listą życzeń i to sporo droższą od obecnej. Co jeśli dla niej wyznacznikiem wartości człowieka będą jego pieniądze i to co może dla niej kupić? A ja stanę się nikim? Jeśli stanie się "galerianką"?

Próbuję z nią rozmawiać, ale ona ma odpowiedź na wszystko.

- To idź do bankomatu po więcej pieniędzy.

- To więcej pracuj, a będziesz miała więcej pieniędzy.

- Nie jesteś matką, która kocha dziecko.

Tak, tak, pamiętam, ja też z trudem dochodziłam do tego, że świat nie kręci się dookoła mnie i pieniędzy ledwo starcza na wszystko.

Są też teksty  humorystyczne. Wiertka pokazuje mi ulotkę z lego, jest tam kilka zestawów. Oczywiście, chce mi powiedzieć, które chce mieć:

- Ale żebyś się nie zamęczyła, to kupisz mi tylko ten i ten i ten. Ten kupi mi dziadek, A ten tata.

Gdyby chociaż cierpiała na niedobór. Dom przypomina hurtownię zabawek. Bawi się czymś tydzień i nudzi się. To nie czasy, gdy zabawkę trzymało się latami i wspominało jeszcze jako dorosły. Ostatnio rzuciłam, że ma ich za dużo i trzeba je będzie oddać. Zgodziła się ochoczo, proponując, że na miejsce starych kupimy nowe. Co to za człowiek, co to za pokolenie, które przedmioty traktuje tak lekko? Bo inne dzieci mają piękne zabawki, ona ma okropne. Nie wie, że te dzieci mówią to samo :) Potwierdzone u innych matek :)

Z nadmiarem to prawda - 2/3 zabawek spokojnie można komuś oddać. Tylko, że to głównie pluszaki. Kto dziś potrzebuje zabawek? Wszyscy cierpią na nadmiar. Gdzie znaleźć miejsce, rodzinę, gdzie takie zabawki zostaną przyjęte z radością? Domy dziecka są nimi zasypywane. Znowu dom samotnej matki?

Część rzeczy może spróbuję sprzedać. Będą pieniądze na nowe zabawki.

Inna kwestia, to kiedy kupować prezenty? Chodzi mi zabawki w cenie powyżej 50 zł, a nawet droższe. Uważałam zawsze, ze od tego są - urodziny, imieniny, Dzień Dziecka i Gwiazdka. Cztery dni w roku. A może jestem za skąpa? Przyjaciółka Wiertki (ta z tego samego bloku) dostaje je od dziadka i cioci bez powodu. Ona jest jedynym dzieckiem w rodzinie. Dziadek Wiertki ma troje wnucząt i mało pieniędzy, jej wujek ma swoje dzieci. Jak ma to tłumaczyć dziecku? Może co jakiś czas powinnam kupić coś dziecku, bez okazji? Gazetek z zabawkami nie liczę, bo te kupujemy raz w miesiącu - zazwyczaj za uzbierane przez Wiertkę pieniądze.

Jestem minimalistką, choć zbierającą szpargały. Pieniądze wolę wydawać na książki, warsztaty, zajęcia. Tłumaczę sobie, że może mam podobnie - przecież przeglądam katalogi z ubraniami, czy meblami i wyobrażam sobie, że coś z tego kupuję. A potem  zapominam. Może Wiertka ma tak samo, tylko, że robi to głośno?

Jestem czasami tak zmęczona tym Kup mi kup mi kup kup mi.

Będzie jeszcze o rządach, ale to w oddzielnym wpisie.

poniedziałek, 30 marca 2015
Raport życiowy

Zwolniłam się dzisiaj z pracy. Nosiłam się z tym zamiarem od połowy lutego. Wiem, że pracy trzymać się trzeba zębami i pazurami. Wiem, że nie wiadomo, kiedy będę miała nową.

Wszystko to rozważałam. Jednak mocno decydującym czynnikiem było to, że z początkiem kwietnia moi szefowie będą mi winni już 2,5 pensji. Tak, ostatnio wynagrodzona zostałam za pracę kawałka stycznia. Dwoje innych pracowników jest w podobnej sytuacji. W sumie gorszej, bo zatrudnieni są na czarno. By wyszarpać pieniądze muszą siedzieć na miejscu. Ja mam jeszcze szansę poprzez sąd pracy. Mogłam jeszcze tkwić za biurkiem, symulować zajęcie, czekać na odzew z rozsyłanych CV i nabijać sobie staż zatrudnienia. Tyle, że ta suma, którą winna mi jest firma zaczynała balansować na progu, za którym zapewne nie dostanę od nich nic, bo nie są w stanie tyle uzbierać. Nawet jak postraszę sądem. Piszę o wynagrodzeniu z tytułu umowy o pracę, bo na to z prowizji - a to dla handlowca jest lwia część pensji (z ręki do ręki) nie mam nawet 1% szansy.

Nie chcę się rozpisywać szczegółowo, ale zajęte konta bankowe, stos wezwań do sądu, rzesza byłych pracowników dobijających się o pieniądze, uwagi od klientów i orientacja w fakturach, które mogą być niedługo opłacone pokazuje mi, że jeśli nie wyrwę pieniędzy od nich do końca kwietnia, to nawet nie będą mieli z czego zapłacić. Suma zaległości wobec aktualnie pracujących mocno przekracza sumę wpływów na konto firmy w najbliższych tygodniach. Jeśli wpływy w kwietniu mają zapewnić pensję za styczeń, to nie ma po co dłużej siedzieć za biurkiem. W domu się wyśpię, będę mogła pisać i nawet może posprzątam. Może nawet za niewiele mniejsze pieniądze z Urzędu Pracy :/

Moja umowa wygasa w piątek. Teraz jestem na zaległym urlopie. Decyzję podjęłam w piątek, przemyślałam ją przez weekend i w poniedziałek rano miałam już przygotowane odpowiednie dokumenty.

Czuję się z tym średnio. Właśnie z tego powodu, że pracownik zwalniający się sam, nie jest chyba dobrze widziany. A mam mieszane odczucia co do tego, czy wypada na rozmowie o pracę mówić o braku wypłacanych pensji w poprzednim miejscu zatrudnienia.

Czuję się też z tym średnio, bo nie wiem, kiedy tym razem przyjdzie nowa praca. Za co będę żyć. Na 5-go maja Wiertka ma termin wycięcia migdała. Potem trzeba z dzieckiem tydzień, dwa zostać w domu. Paradoksalnie, szybkie wejście na nową posadę, może mi skomplikować życie. A w starej pracy nie mogłam do maja ciągnąć.

Nową pracę szukam od początku lutego. Rozsyłam CV, byłam na jakiś spotkaniach. Nie zaczynam teraz kompletnie od zera szukania nowej pracy.

12:51, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
piątek, 27 marca 2015
Samobójstwo rozszerzone

Zapewne wiele będzie teraz wpisów o niedawnym wypadku lotniczym. Jak okazało się, drugi pilot popełnił samobójstwo rozszerzone.

Dygresja. Ciężko mi wierzyć na najbardziej możliwe wyjaśnienia, choć cenię "brzytwę Okhama". Gdyby jednak to był splot idiotycznych przypadków - drugi pilot, po wyjściu pierwszego odruchowo zablokował wejście (bo tak się umawiali), dostał zawału. A teraz ma piętno mordercy. Wiem, miał zawał, a jednocześnie obniżył lot maszyny i oddychał. Za pokręcony ten splot.

Pojawiły się głosy protestu - jakie samobójstwo rozszerzone, to było morderstwo. I zaczęłam się zastanawiać nad tym starym terminem z czasów, gdy ludzie mieli może mniejszy rozmach w pozbawianiu się życia. I wreszcie załapałam. W samobójstwie rozszerzonym samobójca zabiera ze sobą bliskich (dzieci, starszych rodziców), bliskich, którzy w jego przekonaniu lub rzeczywiście są od niego zależni. On autentycznie wierzy, że gdy zabraknie jego osoby, jego opieki, te osoby czeka życie w męczarniach i także śmierć. Dlatego, niestety, często rodzic zabiera ze sobą dzieci. Mnie też także chwytał kiedyś strach, że gdybym odebrała sobie życie, to nikt nie zaopiekuje się moją córką, bo nikt nie ma do tego głowy i jej życie będzie tragiczne.

Rozbicie wypełnionego ludźmi środka transportu, w celu pozbawienia się życia, nie jest raczej samobójstwem rozszerzonym. Czy kierowca w depresji, który chce się zabić rozbijając samochodem o ścianę i rykoszetem przejeżdżający niechcący przechodnia popełnia samobójstwo rozszerzone? Jasne, że nie.

Dygresja. Mój blog, więc może być o mnie. Kiedyś rozważałam różne formy pozbawienia się życia i jedną z opcji było rzucenie się po TIRa na autostradzie. Proszę się nie śmiać. Chodzi o to by było szybko i 100% skutecznie :) Pomyślałam jednak, że kierowca może w ostatniej chwili próbować uniknąć wjechania we mnie, skręci, staranuje inne auta, będą ofiary śmiertelne. Ja przeżyję, zginą inni. Opcja odpadła. Obawiałam się jeszcze, że kierowca będzie załamany, że kogoś zabił, znaczy się mnie. Dlatego miałam plan przyczepienia do ubrania karteczki z informacją dla niego, żeby się nie przejmował. I zobaczyłam jak to by idiotycznie wyglądało i zachciało mi się śmiać. Może aż tak źle ze mną nie było? Nawet pozbawiając się życia, muszę się przejmować innymi.

Inną kwestią są badania psychologiczne pilotów, sygnały, czy coś było z tym mężczyzną nie tak. Podobno linie lotnicze, to już inna wersja korpo - liczą się tabelki, wyniki, zestawienia. Nie człowiek, któremu powierza się życie innych.

Rozpisałam się, więc nie będę już bardzo komentować nawiązań do ataku terrorystycznego, czy spisku. Choć idąc w politcal fiction - pilot mógł zostać zaszantażowany, zmuszony przed wylotem jeszcze do rozbicia samolotu, a stały za tym jakieś siły polityczne, które wykonały krótki telefon do głowy lub sił specjalnych jednego z państw ofiar, by wymusić jakieś decyzje. Przecież to nigdy nie wyjdzie na światło dzienne. Widać, że "Służby specjalne" Vego ostatnio oglądałam :) 

czwartek, 26 marca 2015
Urodzinowo

Urodziny były wczoraj. Ostatnie z prefiksem 3x. Na razie nastrój pogodny, jakbym wyjeżdżała w ciekawą podróż. Zobaczę, czy za rok nie dopadnie mnie kryzys 40tych urodzin. Może to magia 9-tki. Gdy ważysz 69 kg to jeszcze jest ok. Jak widzisz na wadze 70 kg to rzucasz się na dietę.

Pisałam kiedyś, że smutne w byciu singielką jest to, że nie dostajesz prezentów. Smutne jest, jak nie masz się z kim spotkać w urodziny. Od rana dostawałam sms-y, wpisy na FB (nawet jeśli system wywala moje urodziny, to i tak to miłe).

Wieczorem spotkałam się z dziewczynami ze stowarzyszenia. Piłyśmy wino za moje powodzenie. Dostałam miłe podarki urodzinowe. Dziękuję panirolki za ciasto marchewkowe, które z powodzeniem może zastępować seks :)

Nastawiona byłam na "hedonistyczne doznania zmysłowe", więc zrobiłyśmy z tego temat przewodni ćwiczenia literackiego. Zrobiłyśmy listę hedonistycznych doznań i losowałyśmy. I tak napisałam krótkie opowiadanie o 40-to letnim mężczyźnie, który rozkoszuje się sikaniem po długim seansie filmowym i dużej ilości coca-coli :)

A to jeszcze nie koniec tego tygodnia :)

09:00, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 marca 2015
Teatrzykowo

Niedawno padł pomysł, żeby na zakończenie roku przedszkolnego i pożegnanie najstarszych grup rodzice zrobili dla dzieci teatrzyk. Czyli sami zagrali :) To ma być niespodzianka dla maluchów :) Część chętnych zgłaszała się mailem, część wpisywała na listę na korytarzu.

Zgłosiłam się od razu. Nie wiem dlaczego, ale lubię robić coś  z ludźmi, dla ludzi. I chcę przełamać barierę wstydliwości w byciu tym poważnym dorosłym.

Na maila dostaliśmy tekst napisany przez jedną z mam, żebyśmy na pierwszym spotkaniu rozdzielili role. Są tam żabki, kotki, zajączki oraz główne role niegrzecznego misia i jego mamy. Wiem, jak wyglądają inne mamy. Od razu odpisałam, że ze względu na moje gabaryty raczej zostaje mi postać misia, albo jego mamy :)

Wczoraj, w sali przedszkolnej, było pierwsze zebranie. Przyszło piętnaścioro rodziców (dwoje jeszcze dojdzie). Wszystko matki. Panowie jakoś nie rwą się do występów. Były mamy dzieci z wszystkich grup, nawet tych najmłodszych. Z moimi gabarytami nie było najgorzej, ale i tak zgłosiłam się na mamę misia. Druga rola jeśli chodzi o objętość tekstu :) Każdy zgłosił kogo chce grać, wytypowała się samozwańcza reżyserka (niech jej będzie). Następne spotkanie po świętach. Mamy mieć już pomysły na skromne kostiumy - nic z drogiej przebieralni i zwierzątka muszą mieć spójną stylizację.

Atmosfera była trochę jak na imprezie w szkole średniej. Reżyserka musi na kolejne spotkanie przynieść tubę albo gwizdek, żeby zdyscyplinować rozchichotane panie. Lubię, gdy dorośli odrzucają maski zadęcia i robią się wyluzowani :)

Teraz zastanawiam się nad kostiumem mamy misia :) Buzię misia już mam :)

poniedziałek, 23 marca 2015
Dziecko wobec alkoholu

Wczoraj wieczorem miałam trudną rozmowę z dzieckiem. Otworzyłam sobie piwo i sączyłam do wieczornego serialu w stylu political fiction. Wiertka zaczęła dociekać, dlaczego ona nie może się napić. Tłumaczyłam, że trzeba do tego być dorosłym. Dlaczego dorosłym? Bo ciało, dusza i emocje muszą urosnąć, by alkohol im nie zaszkodził. Czy nie można dodać takiego składnika do alkoholu, by dzieci jednak mogły go pić? To poszłam z drugiej strony. Alkohol szczypie w język. Czy nie można dodać składnika, który sprawi, że będzie smaczniejszy? I oczywiście, czy mnie szczypie i dlaczego mnie to nie przeszkadza. Argumentów ciąg dalszy.

- Chciałabyś żeby bolała się głowa, plątały nogi, mdliło? Tak reaguje organizm dziecka na alkohol.

- Ty byś mnie przytrzymywała.

Czy tylko moje dziecko ma kontrargument na wszystko? Czy to charakterystyczne dla pięcio-sześciolatków.

Dało mi to do myślenia. Alkohol, z umiarem, jest dla ludzi. Czy rodzicowi wolno wypić małą ilość, gdy dziecko widzi? To początek serii pytań. Potem będą uwagi, że może za często, za dużo.

I jak przygotować dziecko na alkohol w jego życiu? Argument, że tylko dla dorosłych jest - po przemyśleniu - jednak  słaby, bo sugeruje, że picie przybliża do bycia dorosłym. A nie rzecz by nauczyć unikania alkoholu w ogóle, ale by pokazać kulturę picia oraz czemu nie powinien służyć (nie rozwiązywaniu problemów życiowych czy emocjonalnych, poprawie relacji towarzyskich). Nie mam złudzeń, że kiedyś w ogóle nie spróbuje.

Kłopot w tym, po kim moja córka odziedziczy charakter. Ja mam po rodzinie mojego taty geny nałogowców. Tata Wiertki, niezborny życiowo, ale trzeba mu przyznać kłopotów z tym nie miał. Choć też jest DDA. DDA z przeciwnego bieguna - niechętny alkoholowi.

sobota, 21 marca 2015
Bardzo dluga historia o napaści

Stworzyłam bardzo długi, długi, długi wpis. Tuż przed jego końcem zawiesiła się przeglądarka i sam komputer. Wtedy nie pomaga opcja zapisania tekstu, bo nie da go się już do niczego wkleić. Bo nic już nie reaguje. Zazwyczaj dzieje się to po ponad godzinie, dwóch jego pracy. Teraz padł po kwadransie. Ma za małą pamięć, ma za mało wszystkiego. Cholerny rzęch. Nie wiem, co z nim zrobić. To składak. Niewykluczone, że zaraz padnie w nim wszystko. Muszę wszystko opowiadać od początku. Teraz piszę w programie tekstowym i zapisuję w Wordzie co kilka zdań. Jak trzeba będzie restartować, to ocalę.

Wczesnym popołudniem byłam na placu zabaw z Wiertką, sąsiadką i jej córką. Mała wreszcie przekonała się do roweru, zaczyna na nim jeździć. Dziewczyny się bawiły, my chodziłyśmy za nim. Wreszcie, my matki, usiadłyśmy na ławeczce. Ławeczka była skrajna. Plac zabaw jest na sporym terenie zielonym, zamkniętym z czterech stron blokami. Takie miejsce, w jakim dziś by się wstawiło z dziesięć nowych bloków. Plus kostka. Jak pisałam nasza ławeczka była bardziej z boku, dlatego tylko my zwróciłyśmy na to uwagę.

Spomiędzy dwóch bloków wyszło dwóch szarpiących się mężczyzn. Dzieliło nas od nich kilkadziesiąt metrów. Wyglądało to w pierwszej chwili na sprzeczkę pijaków. Taką, po której idą kupić druga flaszkę. Przykre, ale takie na Pradze są pierwsze skojarzenia. Patrzyłam i zastanawiałam się – sprzeczka, napad? Pojawił się obok drugi mężczyzna, coś mówił. Jeden zaczął okładać pięścią mężczyznę. Usłyszała pisk kobiety.

Tamci dwaj poszli. Mężczyzna leżał. Zaczęłam odliczanie. Nie podnosi się od kilku sekund. Nie podnosi się od kilkunastu sekund. Sąsiadka powiedziała mi potem, że ją sparaliżowało. Wstałam i poszłam do niego. Niedaleko leżał plecak. Schyliłam się po niego.

- Proszę zostawić! To nie pani!

Z okna mieszkania na parterze słyszałam kobietę. To ona krzyczała. Zapewniłam, że chcę pomóc. Człowiek wstał, ale chciał, by wezwać pogotowie. Zwrócił pijaczkom uwagę, a oni go pobili. Stracił telefon komórkowy. Wezwałam karetkę. Mężczyzna zaczął gdzieś iść. Starałam się go zatrzymać, żeby nie mieć potem kłopotów za bezpodstawne wezwanie. Nadal chciał lekarza. Mówił, że chciał dobrze, Polska go pobiła, nie jest Polakiem. Ta kobieta też wyszła z mieszkania, chyba była jego znajomą. On poszedł do bloku. Dopytałam, czy nie odwoływać karetki. Tak, chce lekarza, do mieszkania. Dobra, wiedziałam, który to lokal.

Sąsiadka pilnowała dziewczynek na placu zabaw, tuż obok. Ja stałam, by popilotować pogotowie. Wiedzieli, że mają pojawić się pomiędzy dwoma blokami.

Mężczyzna znowu wyszedł z bloku. Ponownie starałam się go zatrzymać. Mówił jak pijany, albo osoba w ciężkim szoku. Nie dał rady stać w miejscu, musiał poruszać. Mam wezwać policję, on chciał dobrze, a go pobili, Polska go pobiła, on idzie po kolegę, który przyjeżdża właśnie pociągiem, przyjeżdża ze Stanów (dworzec jest niedaleko). Sąsiadka starała się go zatrzymać w miejscu. Wyszła też ta jego znajoma. On poszedł dalej, one za nimi. Ja pilnowałam dzieci i czekałam na karetkę.

Przyjechała policja. Zadzwoniłam do sąsiadki, by powiedziała, gdzie doszli. A ona krzyczy mi w słuchawkę, ze ten człowiek upadł i stracił przytomność. Widać ich było z oddali, wysłałam tam radiowóz.

Gdzie ta cholerna karetka?! Jest! Widać ją było zza bloku, ale wykręca z powrotem. Puściłam się biegiem, by ją zatrzymać. Biegłam i wołałam do ludzi, by ją zatrzymali. Pomogli mi. Jechała powoli uliczką osiedlową. Dopadłam ją już jak wjeżdżała w główną ulicę. Dopadłam tylnych drzwi i zaczęłam w nie walić. Powiedzieli, że dostali drugie wezwanie… Potem pomyślałyśmy z sąsiadką, że zapewne policja podała nowy adres. Karetka chciała tam jechać dookoła ulicami. Samochodem to kawał drogi. Ja popilotowałam ją wewnątrz osiedla. Może rzeczywiście zachowałam się jak histeryczka.

Widziałyśmy z daleka jak uciskają klatkę piersiową człowiekowi.

- To czarna folia, czy srebrna? - dopytywała mnie zszokowana sąsiadka, gdy widać było jak wiozą nosze do karetki.

- Złota. Żyje.

Tamta kobieta została z policją, więc zapewne ona złoży zeznania i nie będą mnie ciągać. 112 ma mój numer telefonu i dane osobowe.

Bardzo dobrze, że po tej napaści ten mężczyzna nie wstał od razu. Uznałabym, że to była pijacka sprzeczka i koleś poszedł dalej. A on po kwadransie straciłby na dobre przytomność kilka ulic dalej. Nikt by nie pomógł mężczyźnie po pięćdziesiątce w zakurzonej kurtce.

Co ciekawe, każda z nas zapamiętała co innego z postaci napastnika – ja ubiór, ona fryzurę.

Jestem jeszcze chyba na adrenalinie. Miałam wieczorem iść z Wiertką na pewną dyskusje literacką, ale nie dam rady. Potrzebuję spokoju.

16:59, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 marca 2015
Gdy Księżyc zasłonił Słońce

Dziecko rozchorowało się w ostatni weekend, a że w pracy dzieje się bardzo nieciekawie, to nie miałam oporów przez wzięciem tygodnia zwolnienia lekarskiego na chore dziecko. Dodam tylko, że Wiertka ma silny organizm - ta choroba to dwa-trzy dni z 37,8 stopni, raz w porywie do 38,0 stopni, katar i lekki kaszel. A tak to rozsadza ją energia.

Dlatego dzisiejsze zaćmienie słońca spędziłyśmy razem :)

Zaćmień słońca było już w kraju kilka. Kompletnie nie pamiętam tego sprzed czterech lat. Za to wbiły mi się w pamięć dwa z lat 90tych. W sierpniu 1999 roku byłam w Karkonoszach. Pojechała sama wędrować po górach. Obserwowałam zaćmienie na przełęczy górskiej, z innymi ludźmi. Prawie dotykałam nieba :)

Jedno, nieco wcześniejsze (1997?), pamiętam dlatego, że w czasie jego trwania brali ślub moi znajomi. Na uroczystości nie byłam zaproszona, bo już wtedy znajomi mieli mnie dość. Jak pisałam wcześniej, nie dziwię się dziś, bo w czasach młodości mój sarkazm i ironia były bardziej ostre niż dziś. Zastanawiałam się wtedy, czy to ciekawy moment na rozpoczęcie małżeństwa, czy wręcz przeciwnie? Życie pokazało, że to drugie - rodziną są nadal, ale spotkało ich okropne doświadczenie. Tamto zaćmienie oglądałam z rodziną :)

Czasy się zmieniają i do akcesoriów podchodzi się bardziej poważnie. Kiedyś wystarczyła mi zadymiona szybka. Tym razem zabrałam się za to dwa dni przed zaćmieniem. Miałam nadzieję, że może mój tata ma okulary spawacza, albo coś w tym stylu. Niestety. Zaczęłam szukać jakiegoś szkła. Doszło nawet do tego, że grzebałam w ziemi obok jakiejś stacji benzynowej, bo ktoś rozbił tam butelkę :) Tata przypomniał mi, że miałam na balkonie rozbitą przez dziecko szybę z regału. Ponad rok tam stała, ale cholera posprzątałam. Idiotka.

W międzyczasie dowiedziałam się, że szkło nie chroni oczu. Za to może być klisza. W poszukiwaniu kliszy fotograficznej, trafiłam do szafki ze starymi dokumentami, listami, pierdółkami i przeszłam dwugodzinną sentymentalną podróż przez dawne lata :) Okazało się, że nie może to być klisza kolorowa, ale zdjęcie rentgenowskie ujdzie. Mam! Mam stare zdjęcie z badaniem cystograficznym Wiertki - jest takie wielkie, że nie da się go nigdzie schować, czyli zgubić. Leży na szafie.

Okazało się, że rentgen też nie. Wczoraj wieczorem nawet obdzwaniałam gabinety optyczne i okulistyczne, by to potwierdzić. W jednym myśleli, że to jakiś żart i się śmieli (tak, jestem z radia ;) ), w innym doktor powiedziała, że nie patrzeć, w ostatnim nie chciała nic powiedzieć za darmo :)

W międzyczasie koleżanka pisała mi, że w okolicy wykupili maski spawalnicze. Po co miałabym wydawać 30 złotych na taką maskę. Co ja bym z nią potem zrobiła? Pięćdziesiątą pierwszą twarz Greya?

Dziwne, że tak się tym przejmuję. Kiedyś podchodziłam do tego bardziej na luzie. Chyba chodzi o to, że bałam się o oczy dziecka.

Zaryzykowałam. Nie stałam przed blokiem od początku. Stwierdziłam, że wystarczy wyjść na krótko w czasie apogeum. Bawiłam się z dzieckiem w pokoju. Nagle patrzę za okno - a tam wszystko takie przytłumione. Zaćmienie działa! Rzeczywiście, patrzenie przez kliszę rentgenowską, nawet przez czarną część, bardzo męczy oczy. Rzuciłam okiem kilka razy. Gdybym chciała obserwować kilka minut non-stop, to bym sobie spaliła oczy. Wiertka spojrzała dwa razy i wystarczyło. Nie wzięła ją ta atmosfera :)  Za to, z pobliskiego biura wyszło kilka osób i pożyczyło ode mnie kliszę :) Zapraszałam też sąsiadów przechodzących obok.

Następne zaćmienie w Polsce podobno dopiero 2030 roku. Jednak za dwa lata całkowite w Hiszpanii. Może jakaś wycieczka?

12:25, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 marca 2015
Jeśli jednak I klasa, to gdzie - cz. 2

W niedzielę, pomimo podziębienia Wiertki (będzie o tym jeszcze), wyciągnęłam ją na Dni Otwarte w szkole C. Wczoraj wieczorem byłam tam na spotkaniu dla rodziców.

I jestem zachwycona. Jedyny minus jaki widzę, to trochę gorsza droga do szkoły - trzeba przejść jedno skrzyżowanie bez świateł (dla dziecka moim zdanie trudne) i jedne światła. Drugi minus, to taki, że nie rejon i mogą nas nie przyjąć. Jednak szkoła jest może nawet bliżej niż rejonowa.

A tak, to sokramka miała rację. Szkoła jest rewelacyjna. Wspaniałe sale gimnastyczne, kolorowa szatnia dla dzieci wczesnoszkolnych. Łatwa trasa wejście-szatnia-świetlica. Budynek ma dwa skrzydła - dla klas 0-III i klas IV-VI, dzieci się nie mieszają. Co do kadry pedagogicznej, to wierzę sokramce :) Wspaniała sala do pracy pedagogicznej z dziećmi. Podobno jedyna szkoła w mieście, która ma zajęcia (bezpłatne) metodą Tomatissa (coś ze słuchem). Wiem, że te zajęcia prywatnie są drogie. Generalnie widać, że szkoła składa wnioski, ma pomysły i pozyskuje pieniądze na pomysły do pracy z uczniami. Nie widać tego było w A, czy B. Będą zajęcia szachowe już dla I klas. Uważam, że nawet jak dziecko nie pokocha szachów, to świetnie robi na analityczne myślenie człowieka. Fajna sala komputerowa. Zajęcia są też już od I klasy. Będą lekcje na dwie zmiany, ale I klasy mają mieć wszystkie na pierwszą zmianę (zobaczymy). Przy płodnym roku 2008-2009 i murach nie z gumy, nie ma chyba w Warszawie szans na szkołę bez lekcji na zmiany. Podobno są dzielnice, gdzie dzieci uczą się już na trzy zmiany...

Po spotkaniu z panią dyrektor. Przemiła kobieta, chcę by mnie adoptowała :) Trwało prawie 1,5 godziny. Odpowiadała na wszystkie pytania. Całkiem inny kontakt niż z dyrektorem szkoły B - dał wykład i już. Dyrekcja A nawet nie zrobiła spotkania dla rodziców. Na spotkaniu spotkałam większość rodziców z grupy przedszkolnej, więc Wiertka miałaby w klasie znane sobie dzieci - dyrektor odrzekła, że nie będzie rozbijać grup przedszkolnych, a wręcz cieszy się, że dzieci wejdą do szkoły w swojskiej atmosferze.

Jestem zachwycona. Nawet nie idę w czwartek do szkoły D :) Wypełniłam już wniosek w systemie i jutro go zaniosę :) Podobno przyjmą wszystkie dzieci, nawet jak będzie ich więcej niż planowanych klas. Jednak stresuję się, że Wiertka się tam nie dostanie. Nawet zaznaczyłam samotne wychowywanie dziecka, by sobie zwiększyć szanse. Prawda w sumie. Do tej szkoły zapisuje też córkę sąsiadka z bloku - dziewczynka to przyjaciółka Wiertki, więc jest spora szansa, że będą w jednej klasie.

Jeszcze chwilę zastanawiałam się nad otwieraną klasą sportową. Egzaminy do niej będą już za dwa tygodnie, a trzeba dziecku zrobić dania krwi, moczu i mieć badanie u lekarza medycyny sportowej. Sporo rodziców ma ciśnienie. Jednak nie chcę ryzykować, że moja podszyta wiatrem córka, po pół roku odrzeknie, że nienawidzi sportu i chce chodzić na kółko teatralne/muzyczne/szachowe :) Bo tak na 90% będzie :) Pytałam się ją - nie chce do sportowej. Sportowe są tworzone też od IV klasy, więc jak dostrzeże w sobie iskrę do tego, to ma jeszcze szansę.

Teraz kciuki za wyniki rekrutacji :)

10:22, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 marca 2015
Jeśli jednak I klasa, to gdzie? - cz. 1

Spora część znajomych rodziców, jeśli już podejmuje tą straszną decyzję o posłaniu dziecka do pierwszej klasy, to decyduje się na szkołę rejonową. W naszej okolicy są cztery szkoły podstawowe – w mniej więcej równej odległości. Jedna z  nich to rejonowa. Ze względu na to, że o rejonowej słyszę od dawna same niefajne rzeczy, wolałam zobaczyć także te inne. Może jest też inna sprawa. Skoro chcę wysłać córkę do pierwszej klasy, choć grudniowa, choć pięcioletnia, choć malutka – ja zła matka, która nie dba o dobro dziecka swego – to chociaż chce wybrać dobrze szkołę. Wybrać miejsce, by Wiertka weszła w system edukacji zadowolona. Tak chcę się poczuć dobrą matką. Mam też, wybaczcie, potrzebę podzielenia się moimi obserwacjami J

 

Dyrdymały o tym, że dobra podstawówka, to dobre gimnazjum, to dobre liceum, to dobre studia, to dobra praca i świetlane życie, odkładam na bok. Nikt nie wie, jak będzie wyglądać gospodarka za 15-20 lat. Ważniejszy jest spryt życiowy, otwarty charakter, brak skłonności depresyjnych. Ewentualnie nauczę Wiertkę wdzięku, stylu, gotowania, haftu na tamburynku oraz ikebany i za kilka wyjdzie dobrze za mąż ;) W czasach kryzysu lepiej mają rodzice córek ;)

Dalej będą moje spostrzeżenia po pierwszych Dniach Otwartych. Szkoły określę jako A, B, C, D – w kolejności oglądania. Choć zapewne sokramka, jako praska kobitka, szybko je zidentyfikuje J Znam także jej opinię J

 

Szkoła A. Ma trochę plusów. Rejonowa, Wiertka zostanie przyjęta od ręki. Prosta droga dla dziecka, wzdłuż bloków i potem tylko jedne światła przed samym budynkiem. A przecież za jakiś czas mała będzie sama chodzić i wracać z lekcji. Ma być bezpiecznie. Budynek jest przy głównym węźle komunikacyjny w dzielnicy, więc będę miała blisko do każdej pracy.

I tu plusy się kończą. Stary budynek, wszystko wygląda biednie. Sale klas pierwszych, świetlica, szatnia (wygląda jak piwnica Fritzla) na dwóch krańcach budynku. Obejrzałam je wszystkie i dopytałam się – dzieci są eskortowane na trasie szatnia-świetlica-klasa-świetlica. Wiem, że chodzi o pierwszy etap, adaptację. Potem dzieciak śmiga po korytarzu jak wiatraczek. Moja córka wygląda na ostatnią do stratowania.

Zobaczyłam ławki w klasach i serce mi się ścisnęło. Jak mój struś pędziwiatr da radę to wytrzymać? Jednak sale mają dywany i piłki do skakania. Zajęcia są przeplatane – ławki, dywan, piłka do rozładowania energii. Rozmawiałam z nauczycielkami. Były rozbawione moją miną i niemal łzami w oczach. Rodzice bardziej przeżywają niż dziecko. A we mnie uaktywniła się nagle jakaś matka-kwoka.

Przepytałam także panią ze świetlicy, bibliotekarkę, nawet logopedę J Tak, trochę mi odwala J Lepiej, dopadłam nauczycielkę od historii starszych klas i zagaiłam, jak odbiera nauczanie dzieci, które przyszły z nową reformą. Powiedziała, że mieli szkolenia merytoryczne, jak uczyć 10latków i wprowadziła inną dynamikę lekcji. Oswoiłam się z tą placówką. Zdaje sobie sprawę, że wyposażenie i błysk to nie wszystko, ważna jest kadra.

Szkoła ma kiepskie opinie wśród rodziców. Większość z nich sama się tu uczyła. Ma obraz typowo praskiej placówki – trudne dzieci, kiepski poziom nauczania (tylko, czy to kwestia nauczycieli, czy zaniedbanych dzieciaków?).

Wiertka była już tutaj na dniach dla dzieci – zaproszono wszystkie przedszkolaki z oddziałów zerówkowych. To tą szkołę oglądała rok temu i uparła się, że tu będzie chodzić J

 

Szkoła B. Dużo plusów. Placówka reaktywowana trzy lata temu. Dopiero są klasy I-III, od września I-IV. Na korytarzu dziecko będzie natykać się na inne niewiele starsze, bez obawy będzie się poruszać pomiędzy klasami, świetlicą. Budynek wyremontowany – kolorowy, nowoczesny, świeży, pachnący. W świetlicy masa nowych, drogich zabawek – jak z pokoju dziecięcego w bogatym domu. „Złote klamki”. Dobrze, że tej szkoły Wiertka nie oglądała, bo na widok świetlicy natychmiast chciałaby się tu uczyć.

Minusem jest lokalizacja. Najdalsza z wszystkich czterech. Dla mnie daleko do pracy, dziecko będzie musiało w drodze pokonywać jedne pasy bez świateł, jedne światła. Placówka jest mała. Otworzą tylko trzy pierwsze klasy. Spytałam się dyrektora na ile lista dzieci zameldowanych w rejonie pokrywa się z ilością miejsc? Pokrywa się prawie w całości. Wiadomo, że część dzieci wybierze inne szkoły, jednak szanse na dostanie się dziecka są niewielkie.

 

W niedzielę razem z Wiertką idziemy oglądać szkołę C. Za tydzień spotkanie dla rodziców w szkole D. Tamtą mała już oglądała z przedszkolem i najbardziej jej się teraz podoba. A potem jeden dzień na podjęcie decyzji.

 

11:36, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi