To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 30 marca 2016
Z mżawki i mgły

Ten rok jest szary. Ten poprzedni, 2015, trafił się jakiś wyjątkowy. Wszystko było w intensywnych kolorach, drażniło nos zapachami, dźwięczało. Widać to było po zdjęciach, jakie robiłam. Choć co najwyżej poprawne technicznie, może miejscami egzaltowane, to widać w nich było, że jarałam się światem niczym dwulatka. Wszystko było ciekawe. Wszystko było tematem na wiersz. Bo w tamtym roku napisałam sporo wierszy, dokończyłam powieść.

A weszłam w 2016 i jakby ktoś zawinął świat w folię. Fakt, że przezroczystą. Co się mam przejmować. Wszystko zszarzało. Nie ma we mnie słów. Wszędzie mżawka i mgła. Taki jest roboczy pomysł na wiersz, ale nie mogę go z siebie wydalić.

To się zdarza. Ten rok też minie. Poprzednie minęły. Ty razem czuję się, jakby przez krótki czas była częścią świata, a teraz jestem tylko strzępkiem kiepsko doklejonej taśmy z innej rolki. Tylko patrzeć, jak się odkleję. Jestem imigrantem. Nie wiem skąd przybyłam. A wszyscy dookoła widzą, że jestem dziwna i nietutejsza.

Dygresja. Kiedyś się zastanawiałam, jakby to wpłynęło na fakt prawdziwej emigracji. Czy powinnam w innym kraju czuć się lepiej, bo przecież i tak będę gościem. Jednak mam wrażenie, że czułabym się obca podwójnie.

A to co się dzieje od kilkunastu tygodni w Polsce i na świecie, nie poprawia nastroju. Jakby cały świat ktoś zapakował w folię. A ten stał na krawędzi obłędu. Obraz świata, który jakiś czas temu był panoramiczny, w HD, teraz skurczył się do wielkości ekranu z odbiornika z lat 50tych - mały, mglisty, czarno-biały. Bo i świat wrócił do lat 50tych. Obsesja obcych, którzy przyjdą i zniszczą ten kraj. Czekam na pierwsze polowania na szpiegów i procesy. Obyczajowo też wszystko się powoli cofa w lata 50te.

Poprawia się, gdy przychodzi wiosenne słońce. We mnie. Nie w Polsce, Europie, czy na świecie.

Tagi: życie
18:22, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 marca 2016
Niech żyje bal

Miałam szary i zamglony początek roku. Jeszcze o tym napiszę, bo mam wrażenie, że i kraj, i świat czuje się tak samo. Im bliżej urodzin, tym było mi smutniej. A przecież kilka miesięcy temu planowałam wielką imprezę, radość  koszulki z nadrukami "Horny forty" ;) Próbowałam zrozumieć, dlaczego powoli zmieniła mi się optyka.

I pewnego wieczoru zrozumiałam i aż się popłakałam. Kiedy moja ciotka zmarła nagle w wyniku pękniętego tętniaka w mózgu miała niecałe 42 lata (41 i pół). Kiedy moja matka umarła na wstrząs tarczycowy mała 54 lata. Matka mojej przyjaciółki zmarła na raka mając 54 lata. Inne matki koleżanek także nie dotrwały 60 tych urodzin. Dotarło do mnie, że tego życia może zostało mi niewiele - kilka, kilkanaście lat. Może właśnie rośnie we mnie coś, co za kilka lat mnie zabije. Ta śmierć jest całkiem blisko, jest całkiem realna.

Ktoś powie, że wyolbrzymiam. Ludzie żyją po 80-90 lat. to jeszcze nawet nie połowa mojego życia. No żyją. Te roczniki przedwojenne. Do czterdziestki śmierć jest niczym "legenda miejska". Ludzie trochę się jej boją, ale i tak podejrzewają, że to jakiś kawał. Zdarzy się kiedyś tam, za siedmioma morzami, za siedmioma górami. Po czterdziestce zaczyna się odliczanie. Słyszysz tykanie zegara. Niestety, to nie jajniki.

A jeszcze patrzenie na siebie w lustro. Umycie go nie pomaga.

Tagi: życie
18:48, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 marca 2016
Urodzinowo

Mam tematy na wpisy, ale nie miałam energii by pisać. Gdzieś w okolicach nadejścia wiosny, zaczęło się to zmieniać. Teraz będę powoli te wpisy uzupełniać :)

Dokończę jeszcze wątek urodzin. Naprawdę było miło dostawać życzenia mailem, sms-em, telefonicznie, nawet na FB. Bo głask dostawany z przypomnienia też może być miłym głaskiem. W mojej pracy jest tradycja przynoszenia czegoś przez solenizanta i składania mu życzeń, upominku. I to też sprawia mi radość. Bo wszystko, co dzieje się pomiędzy mną, a ludźmi sprawia radość. Z poczęstunkiem firmowym jest tylko kłopot - i to nie w tym, że połowy biura w Wielki Piątek nie było - tylko z tym, że większość jest na jakiejś diecie, albo nie lubi słodyczy. Czym by tu ich ugościć? Śledziami? :) Dostałam od współpracowników voucher dwuososobowy do kina. Bardzo fajny prezent :)

W sobotę byłam u koleżanki. Ja kończyłam czterdziestkę w Wielki Piątek, ona w Lany Poniedziałek, więc opijałyśmy to winem w Wielką Sobotę :) W jednym pokoju bawiły się nasze dzieci, w drugim my gadałyśmy i to też dla mnie inspiracja na wpisy. Za to w niedzielę, na śniadaniu wielkanocnym u dziadka marzyłam o łóżku.

A tu już wiosna, czas letni.

Tagi: życie
18:58, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 marca 2016
40

Dzień zmiany prefiksu. Będzie więcej na ten temat, ale już nie dziś.

20:25, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 23 marca 2016
Kuchnia Spotkań

Na pewnym forum (które tan naprawdę przeniosło się na FB) koleżanka rzuciła pomysł spotkania. I super. A dopiero potem okazało się, że miała na myśli wybranie się do Kuchni Spotkań Ikea na wspólne gotowanie. Wszystkie (babskie forum) przyjęły to z entuzjazmem. Mój entuzjazm był co najwyżej umiarkowany. Tkwienie nad garami to ja mam w domu i wolałabym spokojnie posiedzieć z ludźmi. Jednak zwyciężyła chęć spotkania się z dawno nie widzianymi osobami.

Najpierw trzeba było to spotkanie w tym miejscu wygrać na FB i to także się udało. Wieczór gotowania był wczoraj. Każda deklarowała, co chce ugotować, co przyniesie. Ja jak zwykle przyniosłam wodę i wino. Lojalnie ostrzegłam, że w kuchni czuję się jak saper na polu minowym pod obstrzałem z ziemi i powietrza.

Od jakiegoś czasu w nastroju jestem nie szczególnym, więc na początku kiepsko się czułam. Każda wiedziała, co ma robić, zabrała się za jakieś krojenie, ucieranie. Mnie też kazały robić sałatkę. Ale to nie ja znałam przepis. Miałam ochotę rozpłakać się i wyjść. To nie samo gotowanie mnie tak dobija, tylko mam ostatnio jakąś nadwrażliwość i byle pierdół doprowadza mnie w dołek. Na głos oświadczyłam, że gotować nie potrafię, więc powiedziały mi co i jak mam robić. A potem, to nosiłam talerze, garnki, nabijałam zmywarkę. Jakoś się przydawałam.

Samo miejsce i pomysł na nie jest fajne. Kompletnie wyposażona kuchnia - sprzęty, akcesoria, garnki, talerze. Obok był salonik ze stołem, krzesłami, kanapą, szafką z radiem. Składniki na posiłek trzeba było przynieść ze sobą. Wspólne gotowanie może integrować. Narobiłyśmy tego tyle, że już przed głównym daniem byłam pełna.

Ludzie nie zawsze mają możliwość wpuszczania znajomych do swojej kuchni, a wspólne gotowanie staje się modne, więc to może być pomysł na ciekawy biznes. Choć zapewne czynsz, media, wyposażenie, amortyzacja sprzętu, możliwe zniszczenia - opłata za taką imprezę byłaby za wysoka.

Zastanawiam się, czy kiedyś ludziom chciałby się spotykać przy rzeczy tak prozaicznej, jak gotowanie. Jednak bywało tak - "darcie pierza" w dawnych wsiach mogło też polegać na wspólnym robieniu kiełbas, przetworów. Dziś kobiety wracają do takich kręgów. A mężczyźni nie. I dlatego mężczyźni żyją krócej. Bo co to za życie ;)

Wieczór zakończył się o 22:00, ale to dlatego, że o tej godzinie kuchnia była zamykana. Gdyby nie to jeszcze zapewne by się przeciągnął.

 

Pojawiło się coś nowego na praskimlajfstajlu.

poniedziałek, 21 marca 2016
Literatura jest literaturą

Wczorajszy wieczór spędziłyśmy z Wiertką na wieczorze autorski AsiJot. Ciekawa rozmowa o jej najnowszej powieści kryminalnej, potem słuchanie wierszy jej taty, piosenek śpiewanych przez nią i jej starszą córkę. Niczym Mozartowie, tylko lepiej :)

Wiertka grzecznie (w miarę) przesiedział część gadaną. W przerwie pochłonęła takie ilości słodyczy, że nawet ją rozbolał brzuch. Posłuchała trochę piosenek, a przed wyjściem - w kuluarach - potańczyła. Nagrałam filmik telefonem, ale jest tak ciężki, że nie da się go przerzucić mailem. A ten model aparatu ma tak skomplikowane procedury zapisywania rzeczy w sieci, że zarzuciłam po pierwszej próbie. A sokramka ostrzegała. Cóż, że po fakcie :)

Nawiążę jeszcze do dyskusji o najnowszej książce. Autorka trochę zarzekała się, że to tylko kryminał, taka popularna literatura, ale trudno, ona lubi pisać tak, żeby ludzie nie mogli się oderwać. I fakt zaskoczył mnie już chyba po raz trzeci. Niedawno Katarzyna Bonda też krygowała się w wywiadzie, że jest rzemieślnikiem, nie wielkim pisarzem. W ostatnich "Wysokich Obcasach" jest wywiad - nie czytałam go jeszcze - gdzie też nawiązuje się do tego, że kryminał to taka nie poważana literatura, niskiego lotu. Ja tego nie ogarniam. Czy jest sens, w kraju, w którym czyta połowa społeczeństwa (wliczając tych, którzy otarli się o trzy strony skryptu na egzamin z metodyki i tych, którzy zaliczyli instrukcję dołączoną do wielopaku prezerwatyw), czy jest sens w kraju, gdzie trzeba szantażować w kampanii społecznej brakiem seksu, w przypadku nie czytania, czy jest sens w takim kraju dzielić literaturę na wysoką i popularną? Jest po prostu literatura.

Zapewne większość moich znajomych, gdy zapytać ich o pisarza, który wpłynął na ich życie ostatnio, poda kilka nazwisk - autorów kryminałów, thrillerów, fantasy. Nie laureatów Nike. Od jakiś dziesięciu lat Polacy zaczytują się w kryminałach. Półki w domach uginają się od kryminałów. Ten gatunek ma swój festiwal, swoją nagrodę, swoje gęste sito przesiewające grafomanów, od rzetelnych zaplataczy intryg.

I to ma być gorszy gatunek literatury? To jest teraz jeden z najpopularniejszych gatunków. Pisanie kryminałów to fajna rzecz w dorobku pisarza :)

Inna sprawa, że stworzenie dobrej, wciągającej, nie oczywistej od razu intrygi kryminalnej, to sztuka. Umiejętność stworzenia odpowiedniego klimatu wokół tej intrygi, to jest sztuka. Sztuka wymagająca inteligencji.

Wiem, że wszyscy tkwimy gdzieś w czasach sprzed roku 1989, gdy rzeczywiście - wspomnienie z dzieciństwa - czytanie kryminału, to było takie trochę jak czytanie komiksów. Liczyła się klasyka literatury lub dzieła dogłębnie penetrujące bolesne kwestie życia i społeczeństwa. Najlepiej jednocześnie.

Ale to Agatha Christie jest najlepiej sprzedawającym się autorem wszechczasów :)

środa, 16 marca 2016
Żebyś się w 2009 urodził, cz. 3

Skomasowałam wszystko w jeden wpis, bo nawet najbardziej zaciekły fan tematu by nie wytrzymał. W tamten czwartek odbyło się zebranie rodziców z dyrekcją, wczoraj byłam u psychologa w poradni pedagogicznej, dziś na rozmowie z wychowawczynią.

Zebranie z dyrekcją było dziwne. Polegało głównie na przekonywaniu rodziców, że nie powinni zostawiać dzieci w I klasie. Bo to przeżycie emocjonalne, jak to wytłumaczyć dziecku, działanie na szkodę dziecka. Plus kwestie techniczne - taki maluch nie zostanie zaklasyfikowany (nie "nie zda"), czyli nie dostanie świadectwa ukończenia pierwszej klasy, jak to odczuje na zakończeniu roku szkolnego. Jak wpisać w dokumentach, że wzorowy uczeń, nie został zakwalifikowany (decyzją rodzica). Dzieci będą w następnym roku przerabiać dokładnie ten sam elementarz i ćwiczenia. Padła propozycja ze strony rodziców, że wyłożą własne pieniądze na książki. Nie da się, bo książki kupuje się w cyklach trzyletnich, więc trzeba by zakupić od razu komplet I-III klasa. Tak teraz wydawnictwa układają plany nauczania - cykle I-III i IV-VI, gwarantując do razu sobie większy, pewniejszy zarobek. Materiał jest rozłożony na semestry, ale w każdym wydawnictwie inaczej. A tak w ogóle, to system nie pozwala, by rodzice kupowali podręczniki.

Dyrekcji strasznie zależało, by wszyscy puścili dzieci dalej i aż zaczęło to wyglądać podejrzanie. Tłumaczyli, że im nawet na rękę, byśmy dzieci zostawili, bo szykuje się "pusty rocznik", kłopoty w obsadzie nauczycielskiej, ale tu chodzi o dobro dzieci. A może gorsze od "pustego rocznika" będą dwa roczniki pozlepiane niczym Frankestein?

A po spotkaniach z psycholog i wychowawczynią. Obie Panie, niezależnie od siebie (psycholog z testem) powiedziały, że Wiertka ma inteligencję powyżej średniej i podzielność uwagi. I w tym kłopot - nie chce uznawać zasad dorosłych i chce ustalać własne. Gdyby była odrobinę głupsza, to uczyłaby się świetnie - moja refleksja. Trzeba z nią pracować, nadganiać i konsekwentnie wymagać. Zamiast rodzicielstwa bliskości muszę być w sprawach szkolnych Führerem. Dyskusja i tłumaczenie powodują z jej strony lawinę kontrargumentów, które ją tylko utwierdzają, że to ona ma rację.

Dodatkowo ma kłopoty z analizatorem słuchu w mózgu - słyszenie sylab, głosek. Plus krzyżowa lateryzacja. Prawa ręka, lewe oko.

Nie ma przeszkód, by poszła do II klasy, ale wymaga to pracy w domu i konsekwencji. Ma w domu utrwalać to, co robiła na lekcjach.

Wczoraj, rzuciłam, że jak przeczyta trzy zdania pod rząd, to kupię jej wielkie wielkanocne Kinder Jajko. Nie wierzyłam, że potrafi, to zaryzykowałam. Dotąd ledwo składała wyrazy. "P" i "a" czyta jako "pya", "nie słyszy" w wyrazach samogłosek, niczym oddany Żyd pisze tylko spółgłoski w wyrazach. Czytając jej bajki, proszę czasami by dane słowo sama przeczytała. Potrafi je zgadnąć z kontekstu, albo po pierwszych trzech literach.

Przeczytała te trzy zdania... Dukając, potykając się, ale pierwszy raz przeczytała tyle tekstu. Okazuje się, że za nagrody jest w stanie zrobić tyle, że za rok przeniosą ją do klasy wyżej. Jestem przeciwnikiem nagradzania dziecka rzeczowo za wyniki w nauce. Tłumaczę o motywacji wewnętrznej, choć - nie bądźmy hipokrytami - motywacja wewnętrzna była ostatnią, którą ja sama się kierowałam w szkole. Kary nie działają, bo Wiertka potrafi się zaciąć i wiele przetrzymać, byle nie zrobić tego, do czego czuje się zmuszana. Ale nagrody ją bardzo nęcą.

Jeszcze na koniec. To zauważyła i ja, i wychowawczyni (na szczęście). Od kilku tygodni u Wiertki widać sporą zmianę. Pamięta, co jest zadane, w domu - bez entuzjazmu, ale jednak - siada i odrabia lekcje. W klasie już nie ma ataków histerii, nie chodzi po klasie, choć nadal się wierci i czasami olewa temat lekcji. Jest na tym etapie, na którym rówieśnicy jesienią. Tak jakby coś kliknęło i miała skok rozwojowy. Albo pomagają, polecane przez psycholog, kwasy Omega 3.

Nadal lubi skupiać na sobie uwagę klasy. Niestety, nawet w mediach wymagana jest umiejętność pisania i czytania :) Jeszcze :)

 







Tagi: córka
10:54, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 marca 2016
Nowa stara łazienka

Dziś jest pierwszy dzień, gdy nie czuję się i nie wyglądam jak zwłoki.

Byłam proszona o zdjęcie łazienki zaaranżowanej przez moją córkę, w czasie gdy ja zległam pokonana przez infekcję wirusową.

To na widok poniżej moje dziecko odrzekło:

- Mamo, nasza łazienka jest taka piękna, że aż nie mogę uwierzyć, że to nasza łazienka.

 

 

Szara Buka w tle to ja.

Tagi: życie
16:02, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
Praskilajfstajl

Praskilajfstajl chyba powraca.

 

http://praskilajfstajl.blox.pl/html

11:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 marca 2016
Rekonwalescencja

Obudziłam w sobie biurową sukę. Odrobinę. W środę wzięłam zwolnienie lekarskie. Doktor spytała, czy do końca tygodnia, czy do kolejnej środy. Gdybym wiedziała, że moje chorowanie będzie polegało na kilku dniach spania w łóżku, nie wychodzenia z niego, to wybrałabym opcję pierwszą. A ja musiałam chociaż wyjść z dzieckiem do szkoły i wrócić po nie, a to już generowało ataki kaszlu i glutów z nosa. W domu zaś włączałam komputer i 3-4 godziny pracowałam. Nie z powodu pracoholizmu. Po prostu w poniedziałek coś ruszało i nie mogłam podwykonawcom, klientowi, jego pracownikom powiedzieć, żeby sobie poczekali tydzień. Musiałam przygotować materiały, zestawienia. Nosem zahaczałam o klawiaturę. Nie zrzucałam tego na koleżanki w biurze, bo i tak mnie zastępowały, a w tej chwili trochę osób nie ma i trzy kobiety pracuje za sześć.

Tak więc będę odpoczywać do środy włącznie. Jednak będę na 2-3 godziny zaglądać do biura. Przecież to infekcja wirusowa, nie operacja wycięcia tarczycy.

Weekend to czas gdy sprawy pracy postanowiłam mieć tam, gdzie chcieliby dotrzeć amatorzy seksu analnego. Kaszel prawie zniknął, katar też.

Nie mam energii, ani siły. Trochę spróbowałam posprzątać, ale skończyło się tylko na zdjęciu pierwszej warstwy chaosu. Boję się, że bym padła i zabroniła dziecku wezwać pomoc. Wolała umrzeć, niż wezwać pogotowie do brudnego mieszkania. Ugotowałam obiad, upiekłam babeczki z torebki. Drugą część dnia przeleżałam niczym futerał po człowieku.

Pomyślałam z obawą, że to może kwestia wieku. Jestem za stara. Już się nie regeneruję tak szybko. Nie mogę pracować w nadgodzinach. Z choroby nie wychodzę od razu. Zaraz stanę się jedną z tych stękających pracownic, które wszystko boli i uwiera. Nie jestem młoda i dynamiczna :(

Tagi: życia
18:06, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Tagi