To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 28 kwietnia 2011
kwietniowe pitu pitu, 37

Jak zwykle wypełnienie PITu zostawiłam na ostatnią chwilę. Miałam nadzieję, że ojciec małej mi pomoże, ale czymś się wykręcił.

I tak na 5 dni przed godziną zero:

  • próbowałam ściągnąć program do wypełniania deklaracji z netu, ale nie miałam jakiejś aplikacji; eks radził mi na gg jak mam to ściągnąć; ściągnęłam, nic nie działało; ciągle pytało mnie o tę aplikację, chociaż ją miałam;
  • zgubiłam jeden z pitów, od pewnej instytucji budżetowej; przetrząsnęłam wszystkie możliwe zakamarki, w których mogłam to upchnąć; trzy razy; rok temu miałam tak samo, księgowa przesłała mi skan mailem; zaginiony papier znalazł się po kilku dniach; w miejscu, w którym szukałam, pewnie miałam go w rękach; ten też pewnie miałam w rękach; trzy razy; dlaczego, jeśli czegos szukam, to tego nie zauważam, choć mam to przed nosem? chyba nawet już kiedyś roztrząsałam ten problem - gdy zastanawiałam się dlaczego to nikt mnie nie kocha;
  • raz próbowałam sama wypełnić deklarację, ale wyszło mi 700 zł niedopłaty podatku... od tamtej pory, boję sę powtórki;

Już się zaczęłam denerwować i widziałam Urząd Skarbowy zajmujący mi mieszkanie. W końcu zajrzał eks i ustawił program - nie wiadomo dlaczego, ale miałam na kompie trzy Windowsy i aplikacja była nie w tym co trzeba. Do instytucji podjechałam przed pracą i tam z uśmiechem wydano mi duplikat. Deklarację jakoś udało się wypełnić i dziś złożyłam ją osobiście w Urzędzie, bo mam blisko. Niepokoi mnie tylko to, że program wyliczył mi fajnie spory zwrot podatku. Jeśli to jakaś pomyłka? Hammurabi wybacza, Urząd Skarbowy nie. Kretynka, gdybym wypełniła deklarację wcześniej, już miałabym forsę i moje problemy finansowe byłyby czysto hipotetyczne. Będzie za co pojechać na wakacje.

21:15, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 kwietnia 2011
czar płynu Lugola

Było ciepło i słonecznie. Nie wiem, która powiedziała, że teraz to trzeba będzie chodzić w czapce i szaliku. Dla ochrony. W życiu. Nie będę, w taką pogodę, czymkolwiek się opatulać. Kazali nam iść do gabinetu pielęgniarki, wypić lekarstwo. Zeszły tam już dzieci chyba z całej szkoły. Kolejka, komu się chce tyle czekać. Chcę iść do domu. Wypiję to kiedy indziej. W drzwiach szkoły spotykam mamę. Prowadzi mnie z powrotem do pielęgniarki. Piję to coś z malutkiego pojemniczka. Ohydne, gorzkie, niepowtarzalne, choć anyż mógłby z tym konkurować. Zastanawiam się, czy przez ten Czarnobyl będę kiedyś rodzić chore dzieci, bo mówią, że my to zdrowi, ale co potem?

21:10, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
święta

Nie uciekłam przed nimi.

Trzeciego dnia, sama z dzieckiem w domu, poczułam, że zwariuję tak z małą, w czterech ścianach. Pojechałam do babci, cioci, taty i brata.

Mam nadzieję, że Wiertek nie pochoruje się od tych wycieczek.

Tagi: święta
21:33, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 kwietnia 2011
niewielka niedziela

Już wcześniej z trudem odczuwałam wagę i odświętność Wielkanocy. Chyba ta wiosna tak przytłacza wszystko inne - zima się kończy, roślinność zielenieje, to jest takie odświętne.

W tym roku zupełnie nie miałam ochoty na świętowanie rodzinne. I taki drobiazg - jestem agnostyczką. Chciałam wypocząć po tygodniu pracy. Brat pojechał do rodziny żony, tata nie lubi świętować. Mogłam wybrać się do cioci i babci, ale wolałam zostać w domu. Rano, by jakoś jednak dzień uświęcić, razem z Wietkiem rozłupałyśmy dwie batikowe pisanki (robiłam niedawno z dziewczynami) i zjadłyśmy na śniadanie. Niedługo stanę przed tym problemem - dziecko potrzebuje rytuałów, świąt, dat granicznych, jakiejś sfery sacrum. A tak była to niedziela jak każde inne. Jednak trochę nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Nostalgia za czasami, gdy żyła mama i święta były świętami.

I tak byśmy nigdzie dziś nie pojechały. W piątek mała dostała od doktor zaświadczenie, że jest zdrowa. Po południu byłyśmy na placu zabaw. W sobotę też. W sobotni wieczór, Wiertek zaczęła lekko gorączkować i dostała dwugodzinnego ataku kaszlu. Zasypiała i spała potem targana kaszlem. Biedactwo. Czy to dziecko będzie zdrowe tylko przy ograniczonym dostępie do świeżego powietrza? To jakiś absurd. Poczułam się jak zatrzaśnięta w jakiejś ciemnej komórce. Jak ja ją w takim stanie odstawię do żłobka? Dziś ładowałam w nią od nowa syrop, kropelki, zamiast placu zabaw, siedzenie na balkonie na pół godziny. Temperatura skacze, bo idzie ząb, trójka, jakiś cholerny kieł wilczy, sądząc po marudzeniu małej. Po całym dniu jest odrobinę lepiej. Kaszel cichnie.

 

22:58, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
zwolnienie lekarskie czy opiekunka?

Można się było domyśleć - doktor bejrzała Wiertka i ze względu na katar i lekkie pokasływanie kazała zatrzymać małą w domu. Tej to łatwo - nic ją to nie kosztuje.

Politycy i autorzy projektów prawnych, społecznych nie biorą tego pod uwagę. Matka albo przebywa z dzieckiem w domu - Dobra Matka, albo pracuje i zapewnia dziecku opiekę - Ndobra Matka. Zakładajmy żłobki, pozwólmy wrócić kobietom do pracy. Co jednak, kiedy maluch choruje i w żłobku rzadko bywa? Co za korzyść z pracownicy, która jest w pracy z pół miesiąca? Kogo stać by to co zarabia wydawać i na żlobek, i na opiekunkę?

Mam do wyboru:

  • Iść na zwolnienie lekarskie na dziecko - siódmego tygodnia w nowej pracy, pracując w zespole, ale z samodzielnym projektem, który ma dead line tuż po świętach. Jeśli teraz zostanę w domu, trzy rzeczy się nie ukażą, nie odbędą i na pewno to przychylnie nastawi do mnie prezesa.
  • Zapłacić komuś za opiekę nad córką - nawet zdzierając i dając niskie stawki, w tej chwili wydam prawie wszystko co mi zostało na koncie. Przy stawkach w moim mieście, tydzień choroby dziecka, to 500-600 zł. Za co będę żyć za kilka dni? Do wypłaty jeszcze 3 tygodnie.

Wybrałam to drugie. Cały czas boję się wyszukiwać opiekunki na portalach. Koleżanka ma brata, który jest od jakiegoś czasu bez pracy, pomagał jej kiedyś w wychowywaniu jej dziecka, gdy była samotna matką. Zażartowałam i okazało się, że on chętnie zajmie się Wiertkiem. Trochę młodszy ode mnie, miły wyglądzie dla oka i życzliwy dla dziecka. Rano byłam zestresowana, bo bałam się, że mała będzie płakać, bać się go. Wczoraj był godzinę, by go trochę poznała, ale trzymała go na dystans z moich kolan. Dzwoniłam ze dwa razy z pracy i okazało się, że miło się bawią, a na pożegnanie zrobiła mu nawet "pa pa". Ale za darmo u mnie nie pracuje.

Skąd wytrzasnąć pieniądze zanim spłynie wypłata i pierwsze prowizje? Pozyczka to cienka droga. Długi trzeba oddawać. Przyjdą pieniądze i okaże się, że od razu trzeba będzie nimi pospłacać zobowiązania. Już i tak w tym miesiącu nie zapłaciłam czynszu za mieszkanie. W maju kolejna choroba dziecka i będę trzeć tyłkiem na finansowej zjeżdżalni. Czytam w metrze i tramwajach (jedyna okazja do czytania) "Szkarłatny płatek i biały" Fabera i pocieszam się, że moje dziecko nie umiera, a ja jeszcze nie kończę jako prostytutka. XXI wiek samotnym matkom przychylniejszy.

Oczywiście, tata małej - jak każdy szanujący się nie płacący alimentów - ma bardzo dużo do powiedzenia na temat tego, jak powinnam wydawać pieniądze. Czyli powinnam iść na zwolnienie lekarskie. Rzucić w diabły, to co mam rozbabrane i nie zrobić tego, do czego konkretnie zostałam zatrudniona. Żałuję, że nie potrafię na niego nawrzeszczeć, tłukąc go jednocześnie po tej tępej głowie. Jedyne co mnie przed powstrzymuje, to to, że gdy dzwonią ze żłobka, że trzeba zabierać dziecko, to jedzie i zabiera, jeździ też z córką po lekarzach w godzinach mojej pracy.

Może moja córka dożyje dni, kiedy państwo pomoże w opiece nad dziećmi, w domu, żłobkach i w czasie ich chorób, by matka mogła spokojnie jeździć do pracy. Albo nie będzie taka glupia i zrezygnuje z powielania genów.

Tagi: córka
21:56, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 kwietnia 2011
dwóch młodych mężczyzn umyło mi okna za darmo

Dwóch młodych, mężczyzn umyło mi okna za darmo. Tylko z zewnętrznej strony, ale to zawsze coś :) To był ostatni etap ocieplania mojej części bloku, zrobiło to dwóch robotników. Teraz zostały mi tylko okna od wewnętrznej strony, ale:

  • Nie jest z nimi tak źle
  • Chrystus też zmartwychwstanie mimo, że to oleję do maja
  • Nikt na łożu śmierci nie żałował, że okien nie mył, tylko innych rzeczy - trawestuję koleżankę

A teraz chwila wspomnień. Dwa lata temu, wychodziłam rano do biura podpisać umowę o pracę, po tym jak szukałam jej ponad dwa miesiące. Byłam już singielką, w chwilowo wynajmowanej dziupli i skrobałam dno debetu w banku. W łazience zostawiłam zasikany test ciążowy, poprzedni zrobiłam kilka dni wcześniej w dniu spodziewanej miesiączki i był negatywny.

Dygresja. Testów miałam za sobą sporo. Ze 2-3 w czasach, gdy ciąży nie planowałam, bo zawsze tam coś się spóźni, prezerwatywa nie zabezpiecza na 100%, kilka z czasów przed pierwszą, straconą ciążą, kilka potem. Zobaczyłam już tyle jednych kresek (no niby raz były dwie), że ten test wydawał się zwyczajną formalnością.

Dygresja dygresji. Wiem, to głupota myśleć, że wtórna niepłodność po poronieniu, potwierdzona usg będzie wiecznie trwać. W końcu, jeszcze 2-3 miesiące wcześniej to z tego powodu rozpaczałam.

Na chwilę przed wyjściem z domu, wpadłam do łazienki, wyrzucić test do kosza i zobaczyłam cień drugiej bladziochy. Jakbym mi ktoś w pysk strzelił. Sama, w wynajmowanym mieszkaniu, z resztkami forsy, na umowie na okres próbny. Byłam chyba jedną z siedmiu ciężarnych w Polsce, która na zwolnienie lekarskie poszła dopiero w 8-mym miesiącu.

Cieszę się, że te dwa lata za mną i już oswoiłam całą listę strachów i wątpliwości.

Napiszę, że dziś znowu dzwonili ze żłobka, że Wiertek gorączkuje. Na szczęście, znowu jej ojciec ją zabrał, do siebie do biura, a mnie udało się wyrwać z pracy o 13.00. Podobno mała co dzień ma stan podgorączkowy, co dzien opiekunki mi o tym mówią, co dzień ją i tak przyprowadzam. Ciśnienie mi skoczyło. Nikt nic mi nie mówił! Chyba będę kazała im listę podpisywać - "ok" i "nie ok".

Tagi: życie
21:00, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 kwietnia 2011
jak nie dostać się do własnego mieszkania

Po 1,5 roku mieszkania wreszcie rozgryzłam zagadkę moich drzwi. Choć dotąd tylko ze 2-3 razy miałam trudności w wejściem, więc przez resztę czasu działałam odruchowo. Zdarzało się, że mimo przekręcania kluczem, drzwi ciągle pozostawały zamknięte. Apogeum przyszło kilka dni temu, gdy ciśnienie pikowało w dół, dzień był barowy, ja wróciłam z trasy praca-żlobek-dom, byłam niewyspana - innego wytłumaczenia mojego ogłupienia nie widzę. Dziecko drzemało w spacerówce, a ja kręciłam kluczem to w jednym, to w drugim zamku, szarpałam drzwiami i nic się nie działo. Zadzwoniłam nawet do ojca Wiertka, by może przyjechał i coś z tym zrobił, ale kazał mi dalej próbować, albo poprosić o pomoc sąsiada. Zadzwoniłam do sąsiadki. Sąsiadka była po pracy, niewyspana, chyba po drinku - innego wyjścia na zbiorowe ogłupienie nie widzę - i też nie mogła otworzyć tych drzwi. A ma ten sam typ zamka.

Ja jednak, przyglądając się jej walce, powoli ochłonęłam i wróciło mi racjonalne myślenie. Po prostu górny zamek przekręca się raz, dolny dwa razy. Otwierałam górny raz, dolny odruchowo też i szarpałam zamknięte na głucho drzwi. Nie mogąc wejść, zaczynałam majstrować kluczami, kręcić, odkręcać i kompletnie się pogubiłam. Dodatkowo, to zamek, który otwiera się odwrotnie krecąc kluczem, więc czasem odruch działa inaczej, jak przez ostatnie 30 lat.

Teraz do, nierychłej oby, śmierci tego nie zapomnę.

To jednak nic, w porównaniu z tym, że zdarza mi się... zostawić klucze w zamku, od strony korytarza. Dolnym, bo górny zamykam na zasuwkę w domu, więc od razu bym się połapała. Dwa razy sasiadki pukały do mnie, zwracając uwagę. Za pierwszym, było to już o 7.00 rano, a ze spaceru z dzieckiem wróciłam poprzedniego dnia koło 14.00. Czyli tyle czasu, klucze tam świeciły.

To też jednak nic, w porównaniu z tym, że - na szczęście - jeden jedyny raz, wychodząc z dzieckiem na spacer, zapomniałam zamknąć drzwi na klucz. Chyba nawet ich nie zamknęłam, bo gdy wróciłam były lekko uchylone. Najpierw sama weszłam do środka, obejrzałam wszystkie kąty, potem dopiero wprowadziłam dziecko. W środku widać było nie pościelone łóżko, porozrzucane zabawki, jakieś ubranka i chyba nawet jeśli jakiś złodziej zajrzał, to uznał, że mieszkanie zostało już splądrowane.

W 3-4 tygodnie później okradziono mieszkanie w mojej klatce, ale na innym piętrze.

Wychodząc / wchodząc z maluchem z / do domu, bywam czasem zakręcona - mała piszczy i wrzeszczy w wózku, bo podoba jej się akustyka, albo biega po korytarzu atakując paprotki i środki czystości stojące pod oknem. Teraz staram się zwracać uwagę, czy drzwi są zamknięte.

Wiem, powinnam zmienić zamki, ale nie mogę znaleźć na to czasu, ani funduszy. Próbuję wyobrazić sobie, co można by ukraść z mojego mieszkania - 8 letni telewizor, składany komputer z rozwalonymi głośnikami, nawet akcesoria dziecka mają wyraźne ślady zużycia. Kosmetyki mam raczej z dolnej półki, ekskluzywne perfuma się pokończyły (pamiętam żal okradzionej koleżanki, że tak oszczędzała drogie zapachy na specjalne chwile, a złodzieje pozabierali pootwierane flakony). W tej chwili nadroższa rzecz w moim mieszkaniu, to ten nowy, czerwony płaszczyk, który jeszcze przez jakiś czas będę zabierać ze sobą. Potem może rzeczywiście zmienię zamki :)

Tagi: życie
19:59, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 kwietnia 2011
gdzie byłeś, co robiłeś gdy...

Wpis trochę okolicznościowy, ale z przekory, z dwudniowym opóźnieniem.

Amerykanie kiedyś pytali się, "Gdzie byłeś, co robiłeś, gdy zastrzelono Kennediego / człowiek stanął na Księżycu", teraz zapewne "runęly wieże WTC". Wydarzenia, które określały pokolenia.

O co pytało moje pokolenie? Gdzie byłeś, gdy ogłoszono stan wojenny? Miałam wtedy zaledwie 5,5 roku i byłam w tej mniejszości, która nie widziała czołgów, nie działała z całą rodziną w opozycji, ani nie nosiła ukradkiem bibuły ;) Pamiętam tylko strach, że jest wojna, a wojna wygląda przecież tak jak na radzieckich filmach :)

Potem może atak na wieże WTC.

Wreszcie 10.04.10. Gdzie wtedy byłam? Co wtedy robiłam?

Gorzej niż ze stanem wojennym :)

Tego dnia, 4 ms mała obudziła się o 6.00, posiedziałyśmy trochę i zasnęłyśmy spowrotem o 8.00. Obudziłyśmy się o 10.00. Sąsiedzi strasznie głośno słuchali radia albo telewizora, niosło mi po mieszkaniu. Byłam zdziwiona, bo dotąd nie mieli probemów ze słuchem. Ogarnęłam nas i wyszłyśmy na spacer i małe zakupy. Łaziłyśmy po okolicy, kupowałam rzeczy na bazarku. Dookoła ludzie rozmawiali o jakimś samolocie, który spadł w Rosji. No jasne, tam zawsze jakiś samolot spada. Wróciłyśmy do domu, koło 12.30 włączyłam komputer, weszłam na forum pogadać z ludźmi i zobaczyłam wątek o śmierci prezydenta. Wróciłam na główną Gazety. I dalej poszło. Byłam chyba jednym z ostatnich osób w kraju, która się dowiedziała.

Pierwsze odczucie - wstyd, że dopuszczono do tego, że samolot z głową państwa się rozbił. Drugie - to teraz wielki sprawdzian dla państwa, gdy tak przetrzebiono osoby decyzyjne (widać mój poziom ufności, w jego funkcjonowanie, skoro w ogóle przyszło mi to do głowy). Gdzieś na końcu, żartem, myśl, kiedy to się pojawią teorie spiskowe. Naiwna, myślałam, że ten poziom dyskursu będzie marginalny...

Musiałam z kimś porozmawiać, podzielić się emocjami, więc skierowałam słowa swe do córki, bawiącej się na leżaczku. Ona jednak roześmiała się od ucha do ucha i to właśnie będzie potem przez lata opowiadać znajomym, w odpowiedzi na pytanie "gdzie byłaś...".

Co do małej - w weekend temperatury ani śladu. Poszła do żłobka i jest ok.

Tagi: życie
21:00, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 kwietnia 2011
Weekend Nie-Matki

Zacznę od tego, że czwartego dnia - po chorobie - w żłobku, zadzwonili do mnie z informacją, że Wiertek ma gorączkę. Cholera, liczyłam na minimum 1,5 tygodnia zdrowia. Na szczęście, jej tata ją zabrał, bo ja nie miałabym nawet jak wyrwać się z pracy. I tak miała spędzić weekend u niego. W piątek jeszcze gorączkowała, w sobotę miała chyba lekko podwyższoną, ale nic innego - ani kataru, ani kaszlu, humor raczej ok, apetyt też.

Miałam lekkie wyrzuty sumienia, że dziecko chore, a ja w miasto, ale w końcu jest z ojcem.

Piątkowy wieczór, to spotkanie z kobietami ze stowarzyszenia. "Darcie pierza" przy winie. Zapamiętałam:

- Wiecie, od pewnego wieku, ma się to już w dupie (bycie piękną - dopisek mój)

- A kiedy to się ten wiek zaczyna? - dopytuje się zaintereswoana inna koleżanka, może ze 2-3 lata młodsza od tamtej.

Oraz:

- Ale ona jest z chirurgicznej rodziny i ingerencję w ciało uważa za coś naturalnego (o koleżance, która podniosła sobie powieki, zrobiła makijaż pernamentny ust, przeszczepiła włosy i skorygowała laserowo wzrok)

Dodam tylko, że ja w tym towarzystwie jestem najmłodsza i też czekam na wiek, kiedy "będę miała w dupie" ;)

Mężczyźni po 30tce zazwyczaj zasiadają na kanapie i czekają na śmierć. Jak te samce modliszki, których ktoś przez przypadek nie zjadł i teraz trwają tacy zdezorientowani, WTF. Kobiety cały czas spotykają się, wychodzą z domu, coś robią wspólnie. Też chcę, żeby za ćwierć wieku tak samo mi się chciało, jak i im.

W sobotę (po wyspaniu się porządnym), zajrzałam na częśc dnia do dziecka i czas zleciał nam na sadzaniu jej na stołeczku, z którego ona zaraz schodziła i domagała się ponownego posadzenia :)

Sobotni wieczór spędziłam na imieninach kumpla ze studiów, gdzie m.in. poznałam rodzimowierców i bardzo się tym zainteresowałam. Uważam, że skoro chciałabym wejść w pewną grupę wyznaniową, to po ty by konsekwentnie w niej trwać do śmierci, a na to nie jestem gotowa. Ale mogę sympatyzować :) Emocjonalnie bardziej są mi bliskie Jare, Noc Kupały, Gody niż Boże Narodzenie, czy Wielkanoc. I może urządzę Wiertkowi uroczystość zaplecin, skoro nie zapowiada się, że zostanie ochrzczona. Ma już słowiańskie imię, to początek ;)

A teraz chyba trzeba się powoli zbierać po dziecko, bo zapewne jej ojciec i przyrodnie rodzeństwo już ma jej dość.

Byle była zdrowa!

niedziela, 03 kwietnia 2011
urodzinowa posiadówka

Spóźniona, ale fajnie spędziłam wieczór. W towarzystwie ludzi młodszych o pół pokolenia. Tak jakoś wyszło. W dodatku, zrozumieli, że jestem przed pierwszą wypłatą, pierwszym od wielu miesięcy przelewem i będzie skromnie. Sami przynieśli wałówkę i wino :)

Wiertek zmieniła swoje nastawienie do mężczyzn. Oswoiła się i raźno biegała po pokoju strzelając uśmiechami, częstując czekoladkami, podając stopę do masażu (wie już jak się ustawić), czy klepiąc po policzkach.

Jednak to ze względu na nią, spotkanie zakończyło się koło północy. Dopóki byli w mieszkaniu ludzie była nakręcona, ani myślała nawet wejść mi na kolana i spokojnie posiedzieć. Zasnęła w chwilę po zamknięciu się za goścmi drzwi.

Muszę chyba powoli przenieść ją do jej pokoju i tam nauczyć zasypiać.

W każdym razie, chyba nie jestem skazana na wieczny celibat. Moje dziecko nikogo nie wypłoszy płaczem i czepianiem się mojej piersi :)

 
1 , 2
Tagi