To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
niedziela, 29 kwietnia 2012
Śpiewaj Alleluja, czyli o chrzcie

Pojechałyśmy dziś na uroczystość chrztu. Nie Wiertki, tylko synka mojej siostry ciotecznej. Chciałam się spotkać z dawną nie widzianą rodziną, dziecko pokazać.

Wiertka była dotąd dwa razy w kościele, na mszy za duszę babci i były to msze krótkie, nie oblegane przez ludzi. Teraz to co innego. Nie wiedziałam, czego się spodziewać i jakie są aktualnie trendy jeśli chodzi o akceptowane zachowania maluchów w takim miejscu. Zaczęło się ok. Spodobało jej się, że grają organy, śpiewają. Klaskała i wołała brawo. Nawet tańczyła. Dotarłyśmy do kazania i tu zaczęła konkurencyjne pogaduszki w swoim języku. Zabrałam ją przed świątynię. Tu wyszły moje braki, jeśli chodzi o bywanie w takich miejscach, bo trzeba się było wrócić, a to po wózek, a to po picie. Starsze panie spoglądały na nas tak, że wiedziałam, że to suma, nie msza dla dzieci, więc akceptowalne formy zachowania, to te sprzed Soboru Trydenckiego. Któregokolwiek. Zrobiłam z dzieckiem kilka rundek w wózku dookoła kościoła, jak ta dusza pokutna. Do tego ten upał wysmażył mi mózg.

To nie koniec. Potem był rodzinny obiad w pobliskiej restauracji, gdzie dziecko zrobiło awanturę przy stole bo nie chciałam jej pozwolić na samodzielne rozlewanie rosołu. Na szczęście zupa przestygła i zjadła ją samodzielnie, na moich kolanach. Potem nałożyłam jej porcję frytek, uznając, że nadwyrężony żołądek i podwyższony cholesterol wart jest chwili spokoju i mojego szybkiego posiłku. Jedna z ciotek spytała się, czy ona zawsze jest taka niegrzeczna. To mnie często intryguje. Czy moje pokolenie nie miało buntu dwulatka? Dzieci nie krzyczały, nie psociły? Czy upływ czasu tak wygładza macierzyńskie osiągnięcia? Wiem, że te trzy dekady temu system wychowania opierał się na zasadzie "1 + K", czyli jedno ostrzeżenie i klaps, gdy dziś mamy system "1000 + BBB", czyli tysiąc ostrzeżeń, a potem Błagam, Błagam, Błagam. Do tego mózg wysmażony upałem.

Wiertka zaczęła biegać po sali, a kelnerzy ostrzegać mnie, że chodzą z gorącymi potrawami. Udało mi się ją spacyfikować obietnicą deseru. Wypiłam szybką kawę i pożegnałam się ze wszystkimi. Nie udało mi się za bardzo z nikim porozmawiać, dzieckiem też się średnio pochwaliłam, raczej moją nieudolnością wychowawczą. Konkurencją był półroczny bohater dnia, który płakał i marudził, zmęczony upałem i nadmiarem wrażeń. Tak, było upalnie, nawet jak dla mnie.

W czasie drogi powrotnej miałyśmy wpadkę. Od jakiegoś czasu Wiertka odmawia skorzystania z cudzych toalet. Wchodzi, rzuca okiem i po ostrym "NIE", wychodzi. To sztuka sikać tylko w domu, nie nosić pieluchy i dać sobie radę. Dotąd dawała, nawet po 3-5 godzin czekała. W tym upale, dużo piła. Zasnęła. I w czasie czekania na windę w metrze, chlusnęło spod spacerówki. Dobrze, że mała miała sukienkę, wózek ma cienki materiał, było bardzo ciepło. Nawet się nie obudziła. Cieszyłam się, że nie stało się to chwilę przed w wagonie metra, ani chwilę potem w autobusie.

Zanim dotarłyśmy do domu, już się zbudziła. Byłam padnięta, z wysmażonym mózgiem. Chwyciłam się desperackiego, matczynego czynu - włączyłam bajki na komputerze i poszła się położyć obok. Wiertka bywa nieznośna na zewnątrz, ale w domu raczej przewidywalna. A od oglądania Elmo i Teletubisiów nic jej nie odciągnie. Tylko wstawałam co kwadrans by włączyć jej nowy program, więc nie odleciałam na dobre. Odpoczywałam tak godzinę.

23:43, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
O zdjęciu prasowym

Byłam wczoraj na wystawie zdjęć prasowych "Chodząc po ziemi - 50 lat fotografii prasowej Aleksandra Jałosińskiego". Lubię takie zdjęcia właśnie, gdzieś uchwycone jak mucha w bursztynie scenki sprzed 20, 30, czasem 50 lat. Każde takie zdjęcie może być historią, początkiem do wymyślenia jakiejś nowej - kim była ta osoba, co czuła, co myślała, co się dalej w jej życiu wydarzyło? Jak w ćwiczeniu literackim. Przy niektórych zdjęciach były krótkie historyjki na temat ich powstanie i to też są pomysły na jakieś formy literackie. Na przykład - kieleckie, rok 1961, cała malutka wieś jedzie na mszę, pod ich nieobecność wybucha pożar, spłonęły doszczętnie wszystkie zabudowania, gdy wrócili nie mieli już nic. I ten moment uchwycił fotograf. Czy okolice Cieszyna, rok 1958, codziennie pas graniczny jest grabiony by wychwycić, czy nikt się nie przekrada do bratniego kraju. Nagle pewnego dnia zobaczono tam odcisk stopy! Nie wiem, jak ustalili, że to damska stopa, ale sprowadzono z okolicy kobiety i niczym w Kopciuszku przykładano nogę każdej do śladu. Okazało się, że jednej krowa uciekła i musiała nastąpić, przyciągnąć zwierzę do ojczyzny. Czy to nie tematy? Z innej strony, czasem dobre zdjęcie, to łut szczęścia, znalezienie się w odpowiednim miasteczku, w odpowiednim miejscu, dobrej chwili.

Potem została jeszcze na projekcję filmów - trzy króciutkie, pokazujące życie ówczesne miast San Francisco z 1906 r, Zandvoort z 1905 i Moskwa z 1908 roku. Był jeszcze film dokumentalny "Zdjęcie czy symbol" Hanns Pool i Maaik Krijgsman, o czterech zdjęciach prasowych, które wstrząsnęły opinią publiczną. Tak się uroczo składa, że wszystkie dotyczą jakiejś wojny albo przewrotu. Jednak z prawie każdym łączy się jakaś historia.

Pierwsze Eddiego Adamsa, z Wietnamu, z 1968 roku - generał celujący z pistoletu w głowę jeńca, zabicie jeńca. Dla kogoś, kto się wychował na "Hair" wstrząsające. Okazało się, że Adams sympatyzował z generałem, wierzył mu, że jeniec jest winny śmierci wielu żołnierzy. Jak na ironię zdjęcie zrujnowało życie generałowi i na zawsze określiło go jako oprawcę.

Drugie, Davida Turnlaya, z wojny w Iraku, z 1991 roku. Dla mnie bez emocji i nie dociera do mnie kompletnie. Widzimy wnętrze śmigłowca, który właśnie odlatuje. W środku m.in. worek z ciałem żołnierza, ranny żołnierz z zabandażowaną twarzą i trzeci ze zmęczenie i bólem na twarzy. Co w tym mocnego? Chcieli jechać na wojnę, to mają swoją wojnę. Dopiero głębsza opowieść Turnleya - uchwycił moment gdy jeden z żołnierzy wyciąga z worka z ciałem dokument identyfikacyjny, a ten wspomniany trzeci właśnie dowiaduje się, że obok leży ciało jego przyjaciela. To nie ból, czy zmęczenie, na tej twarzy jest płacz i rozpacz. Dopiero teraz widzę coś w tym zdjęciu.

Kolejne to zdjęcie anonimowego autora, z 11 września 1973 roku prawdopodobnie ostatnie zrobione prezydentowi Salvadore Allende, już w trakcie przewrotu. I wreszcie na koniec klasyk - zdjęcie Charliego Cola, z czerwca 1989 roku, z placu Tiananmen, studenta zatrzymującego czołgi.

Moje najbardziej wstrząsające zdjęcie prasowe świata, to zrobione przez Kevina Cartera - umierające z głodu afrykańskie dziecko i sęp czekający tuż obok. Zdjęcie, które nigdy nie powinno powstać, przekroczenie wszelkich granic człowieczeństwa jako fotograf. Gdy dowiedziałam się, że Carter popełnił samobójstwo, nie potrafiłam wzbudzić w sobie współczucia do niego.

Na koniec jeszcze tylko projekcja "Przelotu nad zdobytym miastem".

A wieczorem wino z dziewczynami ze stowarzyszenia i ustalanie niektórych szczegółów najbliższego wieczoru autorskiego. Fajna burza mózgów.

10:33, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 kwietnia 2012
Życiowo-rekrutacyjnie

Ostatnio spotkanie z koleżanką i jej córką. Nie wiem, czy powinnam linkować tu jej bloga, ale mam w ulubionych o życiu w dżungli :) Streszczać naszych rozmów nie będę. Pamiętam tylko kiedy się poznałyśmy mieszkała na 24 m kw z synem panieńskim, niemężem, wspólną ich córką, a często koczowali u niej jeszcze trzej pasierbowie, których uwielbiała. Ciasno, ale ciepło i blisko. Dziś mieszka w domku z ogrodem (należącym do już męża), ma więcej miejsca, ale relacje z chłopakami są już bardziej ostre. Ciągły tor przeszkód. Coś za coś. Przypomina mi to trochę moja przeszłość, gdy mieszkałam z byłym w ciasnej kawalerce i to były najpiękniejsze chwile razem, a potem przenieśliśmy się to tańszego, większego mieszkania (jego miejsca) i to była równia pochyła. Może problem jest w tym, że para może być autentycznie szczęśliwa w miejscu, gdzie oboje są na równych prawach. A patrylokacja nie wychodzi, co by tam o tym pisał sobie Hellinger.

Wczoraj rozmowa w sprawie pracy. Dziwna. Oczywiście, firma znowu na moim brzegu Miasta, więc dojazd szybki. Mój rozmówca nie miał czasu przejrzeć cv, więc fascynująco mu je streściłam. Mówił ogólnikami, mało konkretów, ale będzie jeszcze coś w stylu drugiego etapu. Zobaczymy. Minusem jest to, że pracują 9-17 i usłyszałam, że to "tylko kwestia klucza do biura"  (to wynajęte mieszkanie) i mogę pracować 8-16. Kiepsko to widzę, bo kto daje klucz do biura, miejsca z komputerami, urządzeniami biurowymi, świeżo zatrudnionej osobie.

A liczyłam, że ta rozmowa będzie jakoś owocna, bo przez to spotkanie zgubiłam przepiękna kurteczkę wiosenną Wiertki :( Jechałam po dziecko do żłobka, zaprowadziłam ją w ciepłej kurtce, a w międzyczasie zrobiło się bardzo ciepło. Miałam na kolanach torbę, na niej kurteczkę, na kurteczce książkę. Zadzwonili by zaprosić mnie na spotkanie w sprawie pracy. By odebrać przełożyłam kurteczkę pod torbę. A potem zapomniałam o niej. A potem wróciłam do czytania książki. A potem wyszłam z autobusu. W taki sposób zgubiłam niezliczoną liczbę rękawiczek i parasoli. Potem jeszcze tkwiłam z małą na przystanku czekając na autobus powrotny licząc, że to ten sam. Niestety, kurtka już się nie odnalazła. Mamy jeszcze jedną. Obie mała dostała od innych mam. Pomimo tego, tak mi żal. Musiałam ją "po coś" zgubić. Chyba jednak zgubiłam ją tak po prostu.

W nocy dopadł mnie jakiś katar. Albo się przeziębiłam (przy ostatnich ciepłych dniach, przechodzeniu z ubrań zimowych na wiosenne, niełatwo o złapanie choroby), albo jednak zaatakowała mnie pyląca brzoza. Miała przypuścić szturm tak na przełomie kwietnia i maja. Zajrzałam do apteki i okazało się, że alergolog na recepcie zamiast 3.04.2012 wpisała 4.03.2012 i ta jest przeterminowana... Kupiła nierefundowane opakowanie 10 sztuk, by zobaczyć czy mi pomoże. Aż tak tragicznie się nie czuję, na upartego mogłabym funkcjonować bez leków. Tylko irytuje mnie, że co jakiś czas muszę smarkać.

Korzystając z nieobecności dziecka powyciągałam letnie ubrania i posortowałam je na: te które będę nosić, te które może założę, ale tylko wtedy gdy nikt nie będzie mnie widział, oraz te które kiedyś nosiłam, a teraz nie mam pomysłu, gdzie by w nich pójść, bo jestem stara i poważna. Grupę trzecią wrzuciłam na półki, gdzie leżą już ciuchy wcześniej do niej zaliczone. Wiem, że powinnam to oddać biednym, albo bardziej odważnym stylowo, albo pasjonatom przeróbek krawieckich. Nie wiem dlaczego roi się w mojej głowie, że moda wraca i kiedyś jeszcze albo ja je założę, albo moje dziecko jeśli odziedziczy po mnie w wieku nastoletnim tendencję do dziwacznego zestawiania ubrań. Ja nakładałam na siebie rzeczy sprzed dwóch dekad mojej matki albo koszule i garnitury ojca (też sprzed dwóch dekad). Nie dziwne, że mam długie doświadczenie bycia singielką...

14:24, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 25 kwietnia 2012
Rekrutacyjnie - rodzicielsko, cz.2

Wczoraj rozmowa w sprawie pracy. Firma blisko domu, przedmieścia Miasta, ode mnie 10 minut autobusem. Nie zwróciłam uwagi, że poszukują stażystów, ale zaprosili mnie bo moje doświadczenie jest na tyle dobre, że mogą mnie zatrudnić. Nawet gdy podałam pożądaną wysokość zarobków zamiast "to zadzwonimy" dostałam zaproszenie na kolejne spotkanie. Jednak skoro szukają stażystów, to nie stać ich na kogoś lepiej opłacanego. Zakres obowiązków większy niż poprzednio, robiłabym pewnie te rzeczy, którymi zajmował się inny dział, ale byłaby to ścieżka "iwentów". Wszystko jest do ogarnięcia. Z obserwacji, najtrudniejszą częścią tej roboty jest... przyjmowanie telefonicznych monitów za niezapłacone faktury oraz tworzenie mapy "spalonych" firm, miejsc, gdzie już nas nigdy więcej nie chcą. "Iwentowiec" w mojej poprzedniej firmie dzielił nawet hotele, na te do których zadzwoni po ofertę i te gdzie się nie odezwie, bo sam by tam chciał kiedyś pojechać ;) Taka romantyczna specyfika pracy dla średniej lub małej firmy., jej sukces opiera się na płaceniu kontrahentom najpóźniej jak się da. Jest jak "forrestgumpowskie pudełko czekoladek" - nigdy nie wiesz, co wyjmiesz. Niepokoi mnie tylko, że została zaproszona na jakieś "godziny próbne" i zastanawiam się jak mogłabym wtedy stracić część dnia i zostać wykorzystana. Nie kazali mi przynieść bazy danych klientów, więc śmiesznie nie jest. Może szef chce zobaczyć, czy potrafię zrobić jakieś bazy danych, rozmawiać przez telefon. Trudno, najwyżej wyjdę w trakcie.

Popołudnie fajnie spędzone z dzieckiem. Wiertka niedawno wypadła z sali mówiąc do mnie w emocjach "kap kap kap!", tzn oglądali przez szybę jak leje deszcz. Wzruszyłam się, bo dotąd moje dziecko wychodziło i omijając mnie pędziło z krzykiem po korytarzach, albo wyrywało mi z ręki chrupki, banana i szło dalej. Teraz wreszcie dzieli się swoimi wydarzeniami z dnia :) Wczoraj spędziłyśmy godzinę na placu zabaw - to plus nie pracowania, zaprowadzam ją później, odbieram wcześniej i mam siłę na spędzenie reszty dnia na świeżym powietrzu. Potem poszłyśmy na przedstawienie dla dzieci w niedalekim domu kultury. Wstęp wolny, więc mogłam zaryzykować, że jakby co to zaraz wyjdziemy. Bo jakoś nie mogłam uwierzyć, by Wiertka nie narobiła hałasu w czasie spektaklu. Jeszcze przed próbowała wejść na scenę, zobaczyłam że niektóre dzieci też próbują, więc machnęłam ręką. Jako jedyna wdrapała się tam na krzesło i siedziała sobie w blasku jupiterów :) Szok, ale całe 40 minut spektaklu przesiedziała w ciszy, względnie nieruchomo, zapatrzona w aktorów. Magia.

Wieczorem bawiłyśmy się w "aja". Śpiewałam jej refren starego przeboju Majki Jeżowskiej "A ja wolę moją mamę / co ma włosy jak atrament" (po co tam śpiewać o tym, że "płakała rano dziś"? zawsze mnie to strasznie smuciło) i Wiertka zażyczyła sobie "aja tata". To wymyśliłam "a ja wolę mego tatę / który wydał już wypłatę" (przepił?), bo trudno znaleźć dobry rym do "tatę". Jednak pomyślałam, że dziecko zaraz będzie o tym śpiewać publicznie i będzie głupio ;) To stanęło na "który kupił mi armatę". Potem było jeszcze "aja hau hau", "aja miau", itd. Czułam się niczym Szymborska :)

Inna sprawa. Ja do niej "powiedz kocham mamę", a ta "ocham... tate". Ech.

Tak na prawdę dopiero teraz zaczęłam czerpać satysfakcję z kontaktów z własnym dzieckiem. Tak po jej drugich urodzinach. Gdy można jej coś pokazać, podzielić się, przeżyć, robić coś razem. Przed laty wydawało mi się, że noworodki i niemowlęta są takie słodkie, do przytulania, miziania. Jestem jak najbardziej za Rodzicielstwem Bliskości, wiem, że od pierwszych dni życia dziecko czuje, widzi, ma swój charakter. Jednak takie maluchy przypominają mi bardziej drobne zwierzątka domowe - słodkie, pragnące ciepła, bliskości, uwagi, ale jednak to nie partner w doznawaniu świata. Przepraszam posiadaczy zwierząt domowych :)

Jeszcze o rekrutacji do przedszkoli. Poświadczyłam, że chce by moje dziecko uczęszczało. Przy okazji rzuciłam okiem na listy przyjętych. Stworzono tylko jedną 26 osobową grupę. Na liście nie przyjętych było 41 dzieci (z czego ponad połowa nie zakwalifikowała się do żadnej innej placówki). Z rozmów z innymi mami okazało się, że w sąsiednich przedszkolach - w jednym stworzono 2 grupy, w drugim aż 4 (przyjęto tam 130 dzieci!). Czyli sukces w przyjęciu dziecka opierał się też na zwiadzie, gdzie ile grup powstanie i wybraniu odpowiedniej placówki.

14:39, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Kawa z kardamonem

Wczoraj była promocja debiutu literackiego jednej z dziewczyn ze Stowarzyszenia. Książka wyszła jesienią zeszłego roku, w kraju wieczory autorskie już były, ale to chciałyśmy jej zorganizować bardziej uroczyście. Podjęłam się tego zadania i jako "iwentowiec" sprawdzam się średnio. Mam sporo szczęścia. Rozpisałam co trzeba zrobić, kiedy są terminy ostateczne, ale i tak część dat się poprzesuwała, ja lubię odkładać sprawy "na jutro". Na kilka dni przed przypomniałam sobie, że ostatnio w klubie nie było mikrofonu, a taki by się przydał przy większym audytorium. Następnie wyleciało mi z głowy. Przypomniałam sobie następnego dnia i następnie ponownie wyleciało mi z głowy. Wreszcie zabrałam się za obdzwanianie wypożyczalni, gdzie od razu zadano mi kilka pytań technicznych, na które nie miałam pojęcia co odpowiedzieć. Skontaktowałam się managerem klubu by się dopytać i okazało się, że tam już są na stałe mikrofony i nagłośnienie. W ostatniej chwili ustalałam cenę i ilość wina dla gości, a wieczór był raczej skromny, to pożądana przez nas ilość nie sprawiała kłopotów aprowizacyjnych. Do hurtowni jechać nie musieli.

Ulotkę zrobiła nieoceniona koleżanka, w wolnej chwili, bo była zawalona pracą. Zaakceptowałam materiał w tej szacie, w jakiej był. Przypomniał mi się kolega od "iwentów" z poprzedniej pracy, który długo konferował z grafikiem na temat kolorów, linii, odcieni, ustawienia elementów, w materiałach promocyjnych by wszystko było i.d.e.a.l.n.e. W podobny sposób urządza teraz swoje nowe mieszkanie i można by pomyśleć, że ma zamiar zorganizować tam otwarcie Euro 2012, nie po prostu mieszkać.

Jeszcze scenariusz. Nie chciałam by to było: pytanie-odpowiedź-pytanie-odpowiedź. Podoba mi się forma, w jakiej Pisarka prowadzi nasze spotkania - dyskusje, do których potrafi wciągnąć obecnych na zajęcia. Poprosiłyśmy ją o przybycie na wieczór autorski i pomoc w zorganizowaniu mini-dyskusji. Niestety, rozchorowała się. Pytania, hasła do rozmowy układałam na kolanie, przy okazji jakiejś przerwy. Potem chwilę zastanawiałam się jakby tu jeszcze przybrać w słowa. Bohaterka wieczoru miała wybrać fragmenty do czytania. Zaproponowała trzy, ja jeszcze dorzuciłam z jeden. W dzień wieczoru wczesnym popołudniem zgrałam pytania z fragmentami. Dobrze, że nie pracuję. Tuż przed samym rozpoczęciem uroczystości ustalałyśmy ostatnie rzeczy. Fragmenty pokazywałam jej, gdy sala już czekała z napięciem na rozpoczęcie. Dwie artystki, wiatrem podszyte, zdające się na łut szczęścia.

Nie docierało do mnie na co się znowu porwałam. Do godziny 16.00 dnia wieczoru autorskiego, gdy to wreszcie dopadła mnie trema. Ścisnęło mnie w klatce piersiowej, pozbawiło dopływu krwi do kluczowych organów, a moja twarz wyrażała bezradność łani gonionej przez psy. Mówiłam sobie nigdy więcej, ostatni raz to robię, nie przetrzymam tego jeszcze raz.

Dygresja. Jot, autorka, miała swoje apogeum stresu dwa dni wcześniej, kiedy to czekała na paczkę kurierską od wydawnictwa, w której były egzemplarze książki do sprzedawania chętnym przybyłym na wieczór. Po wymianie telefonów, dobijaniu się do firmy kurierskiej i samego kuriera okazało się, że paczka już jest pozostawiona w recepcji jej firmy. O, taka malutka, proszę pani. Okazało się, że jest piątek wieczór, promocja jest w poniedziałek, a wydawnictwo zamiast 20 sztuk książki przysłało... 1, słownie: jedną. Już się zastanawiałyśmy nad zakupem za własne środki książki w księgarni, odbiorem ich ze stacji PKP, jeśli zostaną wysłane pociągiem. Na szczęście przesyłka dotarła w weekend.

Wracam do promocji. Jot założyła niemal identyczną sukienkę, jak jedna z tych które przymierzałam dwa dni wcześniej, najlepiej na mnie wyglądała i prawie bym ją już kupiła. Prawie a wyglądałybyśmy jak ksero :) Bałam się, że trzymając się scenariusza, który stworzyłam, bez wsparcia Pisarki i braku współpracy z salą rozmowy starczy nam na pół godziny. Na szczęście, Jot jest osobą, która potrafi długo i fajnie mówić o swojej książce, pisaniu, inspiracjach. Nawet odezwały się 2-3 osoby z sali i coś dorzuciły. Udało nam się tak rozprawiać godzinę. Super.

Dygresja druga. Byłam kiedyś na wieczorze poświęconym młodym pisarzom polskim których było sztuk cztery. Nazwiska przemilczę. Prowadzenie tego wydarzenia to musiała być coś jak próba dobrnięcia do bieguna północnego w śnieżycy, mrozie i goniącymi cię niedźwiedziami polarnymi. Padało pytanie i odpowiedź w stylu "tak", "nie", "oczywiście", "zapewne". I tyle. Musieliśmy na słowo uwierzyć, że ci ludzie są w stanie operować językiem ojczystym w stopniu dającym nominację do np. Paszportu "Polityki", czy Nike. Jak widać nie zawsze swoboda w pisaniu, to też swoboda w mówieniu. I kto to pisze.

Po przerwie, tradycyjnie, zrobiliśmy małe ćwiczenie literackie połączone z czytanie fragmentu za drugiej części książki. Było niesamowicie, bo prawie każdy na sali spróbował coś stworzyć, czytał swój kawałek historii. Fajnie jest patrzeć jak ludzie się otwierają.

Wreszcie koniec. Najtrudniejsze za mną. Podchodzi koleżanka, której książka też właśnie opuszcza drukarnię. Za dwa tygodnie ma wieczór promocyjny i chciałaby bym go też poprowadziła. Czemu nie? Zgodziłam się.

Dlaczego kawa z kardamonem? Można w poszperać w googlach i będzie wiadomo dlaczego taki tytuł wpisu ;)

13:24, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 kwietnia 2012
Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy

Wieczór autorski, który przygotowuję to pretekst by sobie kupić jakiś nowy ciuch. Przecież nie pokażę się drugi raz w tej samej sukience, a nie mam zbyt dużo rzeczy wizytowych. W pobliskim centrum handlowym trafiłam na sklep z fajnymi sukienkami. Przymierzyłam ich z sześć. I po raz któryś musiałam pogodzić się z prawdą, że w sukienkach niezwykle rzadko dobrze wyglądam. W tych na pewno nie. Ich projektant usilnie starał się nie dopuścić do myśli, że kobiety mają biodra, a niektóre "biodra za bardzo". Krój uwypuklał właśnie tę część ciała. Sklep był z sieci francuskiej, więc być może Francuzki są drobne, szczupłe, wąskie. Dlatego Henryk Walezy po pierwszy  dobry heteroseksualny seks musiał przyjechać nad Wisłę. Nic to, jak mawiał Mały Rycerz.

Zajrzałam też do innych sklepów wcześniej, rzeczy fajne, ale to nie to ciągle. W tym skoro sukienki odpadały, a ja miałam fazę na sukienki, to przejrzę co jeszcze mają na wieszakach. I znalazłam. Coś jak czarny pieniuar, tyle że z innego bardziej dziennego materiału. Da się to nosić z body, czymś na ramiączkach, bo się tylko lekko zawiązuje w okolicach biustu. Strasznie mi się spodobało. Ja się sobie strasznie w tym spodobałam, choć zarzuciłam to na biustonosz zaledwie. Mam tylko nadzieję, że znowu nikt mi nie powie, że w tym to tylko do łóżka.

Dlaczego zawsze szukając ciucha na wieczór autorski, znajduję coś w czym można uprawiać zabawny seks? Zacznę się niepokoić, jak przy kolejnej promocji wybiorę czarny, lateksowy kombinezon z maską na twarz.

13:49, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 kwietnia 2012
Veni vidi przedszkole

Najpierw krótko o rozmowie w sprawie pracy. Fajne stanowisko, fajne obowiązki, firma blisko (20 minut autobusem od domu, żłobka, przedszkola), a co za tym idzie zapewne ich propozycja jest mało popularna dla szukających pracy z drugiego brzegu (oni boją się tego co za wodą). Rozmowa była energetyczna, wypadłam moim zdaniem dobrze, wiedziałam w którym momencie  mój rozmówca chce wychwycić, czy aby nie kłamię. Wszystko ok do momentu, gdy padło pytanie o oczekiwania finansowe. Podałam przedział, który był do osiągnięcia w poprzedniej firmie. I tu miałam wrażenie, że przez twarz pana coś przebiegło, jakiś cień, drganie. Chciałabym by to było moje babskie przewrażliwienie ("wykrzywił o trzy milimetry kącik ust, na pewno znowu chce powiedzieć, że w takim razie nie możemy być już razem i mam się wyprowadzić"), a nie intuicja. Nie podałam wysokiej sumy, tylko normalną, a jak na warunki Miasta nawet niską, gdyby tak wierzyć tym wszystkim zapewnieniom i przechwałkom na forach internetowych. Nie uważam za wygórowane, próbować przeżyć bez Providenta. Zobaczymy.

Najważniejsze wydarzenie dnia - Wiertka dostała się do przedszkola! Przedszkola pierwszego wyboru, czyli tego chwalonego przez znajomą i w internecie. Udało się :) Jest ono w fajnym punkcie, kilka minut spacerem od domu, więc nie będzie już gonienia autobusu. Obok jest węzeł komunikacyjny, z którego tramwajem, autobusem, albo pociągiem można pojechać w cztery strony Miasta. Mogę teraz wszędzie znaleźć pracę i będzie po drodze :) Teraz tylko żebym nie zapomniała potwierdzić wniosku, bo wtedy to będzie obciach :)

Nie byłabym sobą, gdybym nie miała obaw. Już składając wniosek rozejrzałam się po przedszkolu i pomyślałam, że jest takie... duże, dorosłe. Jak mój drobniutki skrzacik da sobie tam radę? Stratują ją te przedszkolaki. A jak kiepsko zniesie zmianę miejsca, dzieci, pań? Co jeśli jej umiejętności samodzielnego ubierania nie posuną się za bardzo do przodu? Co jeśli jej mówienie nadal będzie na takim sobie poziomie? To już nie jest miejsce dla dzidziusiów tylko dzieci. Placówka edukacyjna. Dobrze, że Wiertka jeszcze tyle nie myśli ;) Lub nie "wymóżdża" - cytat z Eksa dotyczący mojego nadmiaru myśli.

10:01, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 kwietnia 2012
Singielka a stara panna

Wczorajsze zajęcia z Pisarką przebiegły pod hasłem "Dorosłe Dziewczyny", czyli ten etap w życiu kobiety, kiedy nie niesie jeszcze "krzyża" pod hasłem mąż i dzieci, a wyszła już spod skrzydeł rodziców. Oczywiście są i takie wśród nas, które z jednego etapu w drugi przeszły bardzo szybko i singlowanie znają, ale od strony bycia już na rynku wtórnym. Generalnie, to ten moment gdy stoisz przed gęstym lasem, za tobą bezpieczna łąka i nie wiesz, co cię czeka.

To też po trosze kwestia pokoleniowa. Za czasów moich rodziców wcześnie zakładano rodziny. Zaraz po skończeniu ostatniego etapu edukacji, jeśli się kogoś miało. Śp profesor Ciupak bodajże opowiadał nam na zajęciach, jak to na czwartym roku studiów zauważało się pewne poruszenie wśród studentek (ciekawe dlaczego nie studentów) w kierunku zakończenia studiów już z obrączką lub jej obietnicą. Nie było etapu Dorosłej Dziewczyny. Byłaś Dziewczyną, z zaraz potem Żoną/Matką.

Dyskusje nad definicją singielki - czy tylko z wyboru, czy przyjmująca z pogodą stan życiowy w jakim się akurat znalazła. Z tego wynika, że stara panna, to kobieta, której stan  wolny doskwiera i aktywnie szuka ona z niego wyjść. Opowieści z własnego życia, bo średnia wieku to jakieś 35 lat i każda ma za sobą niejedno. Nie jesteśmy grupą reprezentatywną - sam fakt, że chce nam się przyjść po pracy i gadać, pisać w kobiecym gronie pokazuje, że kwestia własnej realizacji bywa ważniejsza niż szukanie. Zapewne, gdzie indziej singielkę zdefiniowano by inaczej - jako uprzejme samooszukiwanie się, bo w naturze każdego człowieka jest dążenie do relacji emocjonalnej, więc zawsze musi on na to czekać, szukać lub cierpieć gdy w takowej się nie znajduje. Dobry tok myślenia jak ma się 20 lat, jak ma się 36 to się już na takie rewelacje ziewa.

10:28, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2012
Pocztówka ze świata poszukujących pracy nr 1

Chyba piszę to głównie dla raportu. Pojechałam dziś na rozmowę w sprawie pracy na drugi koniec miasta. 50 minut jednym autobusem, ale poza godzinami szczytu + długi spacer. Zrobiłam to chyba dla zabicia czasu, z ciekawości, bo warunki finansowe, które proponowali w mailu nie zrekompensowałyby wynajmowania dodatkowo opiekunki do odbierania dziecka ze żłobka. Przejrzałam niepochlebne w internecie opinie o firmie z tej samej branży i interesowało mnie, czy ci też na rozmowie rekrutacyjnej wyciągają z jelenia kontakty do klientów pod pozorem projektu mającego zakwalifikować szczęśliwca do pracy. Na miejscu okazało się, że to ta sama firma tylko pod kilkoma markami :D

W dodatku, ci sami, tylko, że w związku z innym stanowiskiem, zapraszali mnie na rozmowę w zeszłym tygodniu. Wtedy zrezygnowałam ze spotkania. Dziś nieopatrznie postanowiłam urozmaicić sobie dzień i zobaczyć, jak tam bywa u konkurencji mojej dawnej firmy. Albo kiedyś powieść, w formie groteski o tym napiszę i zbieram materiały. Pojechałam na to spotkanie może też, żeby pokazać sobie, że nie siedzę w domu, jednak coś się w sprawie pracy dzieje.

Zebrali na tę samą godzinę kilka osób i prosili każdą do gabinetu. Zadano mi jakieś 2-3 krótkie pytania, które mogły paść w rozmowie telefonicznie. Potem mi podziękowano. Całość trwała może z minutę. Ponad godzina dojazdu, dla minuty rozmowy rekrutacyjnej. Chyba mój rekord.

Nie chcą mnie nawet w pracy, której ja nie chcę.

Dzień ratuje na razie to, że dostałam nowy telefon w sprawie rozmowy, na jutro.

15:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Na depresję choruje cała rodzina?

"Widzę też pewne podobieństwa depresji do alkoholizmu - też wciąga najbliższych, którzy cierpią, faktycznie również chorują. Przy okazji - właściwie nie ma poradni, specjalnych programów dla współchorujących na depresję, istnieją tylko poradnie dla współuzależnionych od alkoholu."
Tomasz Lipiński dla "Pani 4/2012"

Taki krótki urywek tytułem wstępu. Gdzieś tam czułam, że depresja jednego członka rodziny mocno wpływa na resztę, ale nie pomyślałam dotąd, że fachową, instytucjonalną pomocą mogliby zostać objęci wszyscy. Tylko za co? Nikt wchodząc w depresję nie zostawia sporo grosza w państwowej kasie, jak to bywa z alkoholem.

Mówić, że "weź się w garść" nie pomaga. Mówić, że dobre rady to w na tym etapie jak czopek, tylko w jedno miejsce. Mówić, że depresja to zamknięcie się w szklanym słoiku, z utrudnionym dostępem do człowieka w środku. Mówić, że człowiek w depresji czuje się ciężarem, od którego trzeba uwolnić bliskich, więc on o tym uwolnieniu ich od siebie poważnie myśli. Mówić, czym jest anhedonia i jaka jest straszna, bo zabiera nawet uczucie miłości do kogoś. Mówić o soczewce w głowie, która zniekształca kolory, myśli, percepcję, odbiór emocji.

Z drugiej strony, wiem ile energii trzeba wydatkować na próby pomocy, energii, która nie wróci i która z pozoru wydaje się być tracona. W którymś momencie już jej po prostu nie ma. Nie ma sił na pomoc. Albo człowiek staje się bezsilny, a nikt nie lubi bezsilności i sam z siebie w niej trwać nie będzie. Bo nie widać końca.

Bliscy też potrzebują wsparcia, jakiejś grupy do wygadania, oderwania się od codzienności.

Tylko widzę tu jeden dowcip - to kobiety są bardziej świadome swoich emocji i szybciej są skłonne przyznać się do bycia w depresji. A ich mężczyźni częściej uznają problem za przesadzony, wymyślony, kaprys generujący niepotrzebne koszty na konsultacje i lekarstwa, więc wsparcia nie potrzebują. To przecież nie oni mają problem. Kobieta odstawiona do specjalisty, kobieta odebrana naprawiona. W drugą stronę, mężczyzna z trudem, jeśli w ogóle dopuści myśl o depresji u siebie, będzie szukał pomocy. Wtedy to partnerka może za późno  albo w ogóle trafić na jakieś wsparcie dla siebie, pomoc, pomysły, odetchnięcie.

I co najważniejsze - depresja jest cicha. Jeśli ktoś otwarcie o niej mówi, to albo już jest za nim, albo jeszcze przed nim, ale raczej nie w nim.

11:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi