To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 30 kwietnia 2013
Sałatka macierzyńska

Mało piszę, bo ostatnio jestem z małą w domu. Podarowałam jej długi weekend majowy. Choć w domu, bo nie ma kasy na wycieczki. Nawet do ZOO boję się pójść ;)

Teraz spiszę zestaw zabaw, na jakie wpada moje dziecko, czasem przy mojej pomocy. W marcu głównie się w to bawiłyśmy.

SKLEP

Na stoliczku leży kilka drobiazgów, jedna z nas razem z lalkami przychodzi coś kupować. Dorzuciłam do zabawy moje monety groszowe, by dodać realizmu. Miałam nadzieję, że na zasadzie, że coś kosztuje "jeden pieniążek", "dwa pieniążki" Wiertka wreszcie nauczy się liczyć. Chociaż do trzech. Jest oporna. A gdy w kasie zostały cztery monety, na moje sprytne pytanie, ile ich jest, rzuciła po sekundzie zastanowienia:

- Wszystkie.

Może nie jest umysłem ścisłym, ale logiki trudno jej odmówić :)

BIBLIOTEKA

Na podobnej zasadzie, tyle że na ladzie leżą moje książki wyciągnięte z półek. Ja, ona, albo lalki wypożyczają, a potem oddają do biblioteki. Dzięki temu, Wiertka może dotykać mojego księgozbioru i uczę ją szacunku do słowa pisanego.

DOKTOR

Jedna z nas jest mamą z lalką dzieckiem, druga lekarzem. Jest osłuchiwanie serca i płuc przez stetoskop, zaglądanie do gardła, ucha oraz diagnoza. Przyrządy lekarskie są stworzone z doraźnych innych drobnych przedmiotów.

OPERACJA

Odmiana wizyty u lekarza. Z plastikowego pojemniczka zrobiona jest maska do usypiania, a brzuch rozcina się nożyczkami. Zaszywa się na niby.

PRZEDSZKOLE

Tu przydaje się patologiczna ilość maskotek (najczęściej po innych dzieciach). Jest mnóstwo dzieci - lalek, misiów, jest czytanie książeczki. Niegrzeczne dzieci idą do kąta, a potem kara jest im darowywana. Inna odmiana, to wizyta Mikołaja - w jego worku są drobniejsze zabawki, a następnie lalki i misie są proszone do odbioru prezentu.

Dodam tylko jeszcze zabawę we fryzjerkę. A raz zrobiła z suszarek do włosów pistolety i goniłyśmy się po pokoju. Różowe pistolety. Nie wiem, czy powinnam jej tłumaczyć, że broń to zło, czy przeczekać ten etap. W końcu chłopcu nikt takich rzeczy nie tłumaczy.

Większość zabaw odbywa się w jej pokoju. Cieszę się, bo uznaje go za swoje terytorium i swoje miejsce. Może wreszcie da się namówić na zasypianie tam.

Pochwalę się też, że ma w przedszkolu swoją ukochaną przyjaciółkę M (młodszą o kilka dni). Nie chce wyjść z sali, bo M jeszcze tam jest. Potem spotykają się na placu zabaw i bawią razem nawet dwie godziny. Plac jest obok przedszkola, więc schodzi się tam też reszta dzieci z grupy. Widać, które do siebie ciągną, które raczej nie. M odbiera babcia, więc chcą nie chcą rozmawiamy. Znam już większość historii rodzinnych. Mama małej, nie mogąc znaleźć pracy, wyjechała za granicę do pracy. Dziecko jest z dziadkami. Tata to obcokrajowiec mieszkający w PL, jakaś skomplikowana sprawa, której tu nie będę opisywać. Dziecko nie ma z nim kontaktu, ale nie chcę tu opisywać szczegółów. Prawdopodobnie za kilkanaście tygodni Wiertka straci swoją pierwszą w życiu przyjaciółkę, bo ta dojedzie do mamy. Jednak przykład działa - mówię Wiertce, że M z chęcią myje codziennie włosy i skończyły się płacze w kąpieli. Tylko jeszcze na informację, że przyjaciółka sama już śpi w łóżeczku, moje dziecko odpowiada:

- Nie śpi, nie prawda. Boi się.

Cóż, trzeba nad tym popracować.

A kilka dni temu moja córka oświadczyła mi, że P i J ją kochają. Rozwija mi się dziewczyna :) Obejrzałam sobie "zięciów" na placu zabaw :)

Jeszcze jedna historyjka na koniec. Jakiś czas temu jadłyśmy razem obiad. Ja, jak to ja, wystartowała z widelcem z szybkością głodzonego człowieka (moja przyjaciółka powiedziała 20 lat temu, że jem jak osoba wypuszczona przed chwilą z Oświęcimia). A moje dziecko chwyciło za moją rękę:

- Najpierw przełknij, potem weź znowu.

I tak za każdym razem. Tortura :) Dla mnie wolne, nieśpieszne, zdrowe jedzenie jest torturą. Tak jem tylko rzeczy wyjątkowo niesmaczne, a rzadko coś mi nie smakuje. Żartuję, że pochodzę od wieśniaka, który jadał całą rodziną z jednej miski. Kto szybszy, ten najedzony.Widocznie Wiertka je podobnie i jest stopowana przez panie w przedszkolu. Każdy kto widział moje dziecko jedząca przytaknie :)

A teraz, gdy to piszę, moje dziecko zbudowało z przewróconego stoliczka, dwóch krzesełek, krzesła, taboretu jakąś twierdzę policyjną i mam tam zaraz iść.

09:54, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 kwietnia 2013
Nastoletnia opiekunka

Temat bardzo delikatny.

Były znalazł nową wspaniałą pracę, która obawiam się okaże się kolejnym pomysłem w stylu "ojca Pasquier" (odsyłam do świetnej pięciotomowej sagi rodzinnej Duhamela). Jednak choć próbuje coś znaleźć, coś wymyślić, wyjść z długów.

Nie powiem co to jest, ale praca jest całodobowa, można wybrać sobie swoją część dnia, ale najwięcej zarabia się nocami, zaś w noce weekendowe zarabia się kilka razy więcej. Nie nie jest ochroniarzem na bramce w klubie, ani sutenerem :)

Dlatego wymyślił, żeby dzieci przychodziły do niego dopiero w sobotę rano (trudno, jakoś zniosę poranek mniej na wyspanie), a w noc sobotnio-niedzielną wyjdzie pracować. Wiertka zostanie z Młodą i Młodym... Dzieciaki mają 15 i 13 lat. Miałam wobec tego mieszane uczucia. Sto lat temu dyskusji by nie było, bo takie osoby już by same pracowały. Za czasów mojej młodości, chyba też rodzice by zaryzykowali w sytuacji awaryjnej (tak jak bieganie na place zabaw z kluczem na szyi, wracanie samemu ze szkoły i siedzenie samemu w domu). Jednak mamy czasy, gdy dziecko jest wartością coraz bardziej cenioną i chronioną. Młoda podobno nie miała nic przeciwko.

Były miałby wyjść z domu o 22.00 i być pod telefonem. Wiem, że można spokojnie zrobić tak, że Wiertka o 21.00 już śpi. I to śpi bez problemu do rana. Młode to porządne, rozsądne nastolatki, które nie mają głupich pomysłów w stylu blokowa impreza. Czy dobre jest zostawianie trojga dzieci, choćby dwoje dorastających, samych w domu na noc?

Zgodziłam się, ale zaznaczyłam, że musi o tym wiedzieć matka Młodych i zaakceptować to. Tak było w ostatni weekend. On wyszedł o 22.00, Wiertka zasnęła w kwadrans później.

Wczoraj zadzwoniła do mnie Matka Młodych. Okazało się, że nie zgodziła się na to by dzieci spały same w mieszkaniu. Usłyszała, że jako jedyna ma z tym problem, bo wszyscy są "za" i nie ma nic do gadania. Zadzwoniła do mnie, by spokojnie o tym pogadać. Wytłumaczyła dlaczego nie chce, zaproponowała, że jak mi bardzo zależy, to na sobotnią noc może zabierać moją córkę do siebie. Wg niej Młoda stresowała się opieką nad siostrą, choć ją uwielbia. Niech wszystkie dzieci nocują u niej (mieszkają ulicę dalej od Byłego). Takiego ciśnienia na wolną sobotnią noc nie mam. Poprosiła mnie bym jakoś wpłynęła na ojca naszych dzieci.

Pogadałam z nim, choć łatwo nie było. Czy Młoda chce (jak twierdzi ojciec), czy nie (jak twierdzi matka), to nie ma znaczenia. Decydujące znaczenie ma to, że rodzic się na to nie zgadza. Reakcja była taka jakby teraz jego interes miał już przynieść tylko straty. On jak coś wymyśli, to ma być tak i już, nie docierają alternatywy. Może gdyby płacił alimenty matkom swoich dzieci, to one przymknęłyby oko na wiele spraw, ale tak motywacja jest żadna. Alimenty są na końcu listy wierzytelności.

Zaproponowałam, że albo nie pracuje w te sobotnie noce - to są dwie z ośmiu najlepiej płatnych nocy w miesiącu. Trudno. Inną opcją jest, że dzieci na noc idą do matek. Młode piechotą jedną ulicę. W takim przypadku Wiertka byłabym tam w sobotę, albo niedzielę, bo ja nie zamierzam kursować cztery razy z dzieckiem w ciągu weekendu. Zobaczę na co się zdecyduje.

I co to za relacja z dziećmi, gdy się jest po przepracowanej nocy?

Efekt jest taki, że Były pracuje dzień w dzień i jego kontakty z Wiertką coraz bardziej się kurczą. A ja egoistycznie pomyślałam, że teraz nie ma mowy o wyjściu do pubu, na imprezę, czy na grilla. Może to się za jakiś czas zmieni. Albo on wyjdzie finansowo na prostą i będzie pracował mniej, albo ta praca nie wypali.

12:27, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 kwietnia 2013
Opowieści z cmentarza

Odrabiam teraz zaległe wpisy :)

Tydzień temu wykorzystałam fakt, że mam trochę wolnego czasu. Postanowiłam pojechać na cmentarz - zapalić światło mamie, babci, cioci, bratu babci. Zazwyczaj nie mam na to czasu. To cała wyprawa. Cmentarz jest za miastem, wciśnięty w lesie pomiędzy trzy miasteczka (wbrew pozorom malutki, bo młody). Dotarcie tam wymaga ponad pół godzinnego spaceru od autobusu. Zaganiana pomiędzy pracą a przedszkolem nie mam na to siły.

Drogi są dwie. Dojechać do ostatniego przystanku w strefie miejskiej, na którą mam Kartę Miejską i iść dłużej, albo pojechać przystanek dalej, wysiąść w strefie podmiejskiej (muszę dokasować bilet) i iść trochę krócej. Jeden przystanek, jedna minuta jazdy, pół kilometra. Kusi by zaryzykować. Na przystanku granicznym zobaczyłam dwóch młodych mężczyzn z podkładkami w rękach, wypisującymi jakieś tabele. Ankieterzy, czy kontrolerzy? Za chwilę okazało się, że kontrolerzy... Ciśnienie mi skoczyło, zaczęło boleć w klatce piersiowej. Do cholery jasnej, za jeden przystanek, za minutę jazdy mam zapłacić chyba z ponad 200 złotych (165 zł jeśli opłacę w ciągu 7 dni, 135 jeśli zapłacę od ręki - ilu z was ma teraz w portfelu 135 zł do wydania lekką ręką?). Stawki znam, bo z nudów, gdy jechałyśmy razem czytałam ostatnio dziecku wyciąg z regulaminu. Najdroższy dojazd na cmentarz w historii mojego życia. Pewnie ten z pogrzebem tylko go przebije.

Oni sprawdzali, ja wyciągnęłam Kartę by ładnie biła po oczach, że niby tylko grzecznie czekam. Wstawiłam się w drzwi autobusu i przeżyłam ciężką minute mojego życia. Nawet prosiłam śp. pamięci mamę, by coś zrobiła, bo to dla niej te znicze. Byli za moimi plecami, gdy autobus wjechał na przystanek. Zdążyłam wysiąść. I prawie się popłakałam.

Oprócz odwiedzin u rodziny i zapalenia im znicza, przeszłam się też spacerkiem po cmentarzu. To taki nasz przyszły Facebook, albo Nasza Klasa. Można sprawdzić, kto się ostatnio zalogował. To też fajna kopalnia pomysłów na imiona, nazwiska do opowiadań, na same opowiadania. Wbrew pozorom groby potrafią mówić. Pierwszy z brzegu przykład. Ubogi grób - kopczyk ziemi, prosty krzyż, trzy metalowe tabliczki. Pierwsza to rok 1991 - 7-mio letni tragicznie zmarły chłopiec, po iluś tam latach pojawia się nowa tabliczka - kobieta, lat 50, z wyliczeń wynika, że chyba matka chłopca, po czterech latach dołącza trzecia osoba - mężczyzna, lat 54, zapewne ojciec chłopca. Inny nagrobek - ogromny, okazały, z wykutą książką, z wierszem w tej książce, duże zdjęcie nastolatki, stojące sylwetka, odbijająca się w lustrze, uśmiech. Tę historię znam w wersji prawdziwej, bo rodzina mieszka kilka ulic dalej niż moi rodzice. To było w dwa tygodnie po śmierci dziadka dziewczyny, 15-to letniej. Niedziela, rodzice wyszli do znajomych, ona była umówiona z koleżankami. Weszła do wanny, koleżanki zadzwoniły do furtki, ona wyskoczyła z wanny, poślizgnęła się, uderzyła kantem głowy, śmierć na miejscu. Koleżanki chwilę poczekały i poszły dalej, rodzice wrócili za jakiś czas. Ta matka w ciągu 14 dni straciła ojca i córkę. Nagrobek jako wyraz rozpaczy i miłości rodzicielskiej.

Teraz nie mam na to czasu, ani sił, ale kiedyś spacery po cmentarzach były dla mnie miłą rozrywką. Odwiedzałam różne, przy okazji podróży - choćby by je po prostu pooglądać.

Na koniec jeszcze inna obserwacja. Może błędna. Wśród leżących na cmentarzu widzę dwie główne grupy wiekowe - ludzie po 80-tym roku życia i ludzie w wieku 50-60 lat. Pokolenie urodzone po I wojnie jest ze stali, to urodzone po II wojnie rozsypuje się na chwałę potęgi ZUSu.

13:42, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 24 kwietnia 2013
Ze sztambucha bezrobotnej - odsł. 6

Może to już koniec wpisów pod tym tytułem.

Dla znudzonych, tak tylko raportuję co widzę, słyszę na rozmowach rekrutacyjnych. Przepraszam jeśli to monotonne. Chyba oprę na tym mój esej zaliczeniowy na genderowe zajęcia o samotnych matkach :)

Spotkań miałam od wczoraj trzy :)

Firma 1

Zamiast zadzwonić, napisali maila, że mam przyjść dnia tego, o godzinie tej. Poczty nie przeglądałam regularnie. Nastawiam się na to, że jak ktoś chce mnie zaprosić na spotkanie, to dzwoni. Szczególnie, że to firma telemarketingowa ;) Termin przepadł. Napisałam maila. Zaprosili jeszcze raz. Raczej nic sobie nie obiecywałam, ale pojadę. I rzeczywiście, kontakt z klientami telemarketingowy - żadne wysyłanie ofert, budowanie relacji, wszystko ma być załatwione na jednej rozmowie. Nie, nie, nie. Nie moja kultura sprzedaży.

 

Firma 2

Mój brzeg Miasta, 20-30 minut dojazdu. Wydawnictwo. Rozmowa ciekawa, miła. Dział dopiero budowany, bo wcześniej kompetencje były tam płynne. Jest szansa na zbudowanie bazy klientów. Byłam pytana o branże jakie bym widziała w ich tytułach. Pogadaliśmy sobie o tym. Warunki finansowe, jak już zdążyłam zauważyć, tradycyjne jak na rynek 2013 - podstawa najniższa krajowa i prowizje. Generalnie, mogłabym tam pracować. Tylko, czy oddzwonią :)

 

Firma 3

W sobotę organizowałam i prowadziłam wieczór autorski, o czym wpis jeszcze będzie. Była na nim jedna z Pisarek, do której chodziłam na warsztaty. Przy winie, pogaduszki, co tam, co tam i słyszę, że jej mąż, obecny tu na sali będzie szukał pracownika, a ona wie, co to jest być samotną matką. Krótka wymiana zdań, bo jednak tego wina dużo było i dostałam adres mailowy, numer telefonu.

Spotkanie było dziś (po wcześniejszym wysłaniu CV). W tej firmie już raz kiedyś byłam na chwilę, odebrać książkę, którą pożyczałam od Pisarki :) Znajduje się... 25 minut szybkim krokiem od mojego domu, 5 minut autobusem (od przedszkola też). To już inna dzielnica, ale za miedzą (konkretnie nasypem kolejowym). 100 lat temu było tam zagłębie fabryczek oraz pałacyków ich właścicieli. 50 lat temu było tam mnóstwo zakładów produkcyjnych (m.in. telewizorów). Dziś tam są chaszcze, ruiny budynków i jakby zamarłe hale. Trochę centrów logistycznych. Podobno, ze względu na ceny gruntów, firmy zaczynają się interesować tymi terenami i może tam powstać kolejny Mordor / Korpozagłębie. Okolica dobra do kręcenia jakiegoś odcinku serialu typu "Paradoks" albo "Archiwum X" :) Nawet inspirujące literacko ;) Mnie to nie przeszkadza, bo szklane biurowce mnie onieśmielają, a wypasione siedziby potrzebne są firmom, dla których wizerunek jest kluczowy. Reszta to sprawa kosztów utrzymania firmy i snobizmu szefa.

Rozmowa była z dwoma współwłaścicielami firmy. Na rozmowę nie zostałabym zaproszona, gdyby nie pasujące CV, więc jest to trochę praca po znajomości, ale bez przesady. Moje szczęście polega na tym, że rozmawiali tylko ze mną, nie dawali już ogłoszenia. Zakres obowiązków pokrywający się z tym, co robiłam do tej pory i co doskonale potrafię (a nawet lepiej, bo ma się zajmować "gorącymi klientami", zgłaszającymi się, a nie pozyskiwać). Co do finansów, to już podejrzewałam, że tak jak wszędzie - najniższa krajowa + prowizje. W trakcie rozmowy, szybko w głowie przeliczałam, czy stać mnie na zaryzykowanie pracy tam. Co jeśli po miesiącu zarobię tylko na rachunki i będę szukać czegoś nowego? Wyliczyłam, że zaryzykuję.

Nie mieli nic przeciwko proponowanym przeze mnie godzinom pracy - 8:30-16:30. Dzięki temu dziecko będzie w przedszkolu od godzin bezpłatnych, a nie tej płatnej 7-8.00, wyśpi się, choć odbierać ją będę znowu tuż przed końcem.

Zaczynam od 5-go maja :)

Poznany już na wieczorze autorskim wspólnik zaznaczył, że podlegam ocenom tego drugiego, bo starają się nie mieszać życia towarzyskiego z zawodowym. I ok. Praca z polecenia ma swoje wady - może kosztować miłą przyjaźń, znajomość, jakikolwiek kontakt z osobą, która cię polecała i która jakby ręczy swoja osobą, że nie podsyła debila, a ty z drugiej strony nie chcesz tym debilem się okazać. To takie śliskie balansowanie.

13:54, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 kwietnia 2013
Ze sztambucha bezrobotnej - odsł. 5

To jedziemy dalej ze snuciem opowieści.

Firma 3

Usługi księgowe, kadrowe, finansowe. Też budują nową gałąź działu sprzedaży. Wysłałam na zasadzie "a co mi szkodzi" i na rozmowę poszłam też pod tym hasłem. Mam raczej za małą bazę merytoryczną, jeśli chodzi o sprawy związane z księgowością. Jednak gdy się pytają, czy mam gotowość do założenia własnej działalności gospodarczej, to utrzymuję, że ją mam. A co mi szkodzi tak powiedzieć.

 

Firma 4

Sprzedaż szkoleń. Kwadrans koleją od przedszkola. Okolica przepiękna - lasy, lasy, lasy. Lewy brzeg miasta niech się schowa. Uważam, że wypadam ok, ale tak wypadają pewnie wszyscy. Znowu pytanie o to ile chcę zarabiać i nie wiem, czy nie chcę za dużo. Bo jeść codziennie, to jest generalnie jakaś przesada. Czy zgodzę się na umowę zlecenie albo własną działalność gospodarczą? A co mi szkodzi powiedzieć, że tak. Ręce mi opadają. Zapewne przyjęli kogoś, kto ma już otwartą DG.

 

Firma 5

Wczoraj. Też sprzedaż szkoleń, ale dla firm z wyższej półki, nie pracowników. Chyba wpadam w rutynę, bo nie chce mi się już nawet mieć poważnej miny, gdy mówię, po raz kolejny te same pierdoły. Mój rozmówca chyba też, bo ziewa. Dostaję pytanie minę - jaką mam wizję swojej kariery. Pan rzuca okiem w CV:

- Nie podała pani wieku.

Jestem za stara czy co? Powinnam mieć Poważną Pracę? Rentę? Jaką ja mam mieć wizję kariery w wieku 37 lat??? Jestem zmęczona, czujność mi spadam i mówię, że chcę po prostu pracować. Po pracy mam swoje pasję, które są moją karierą, a praca ma mi dać środki na byt. Nie sądzę, by to była poprawna odpowiedź, bo w tym kraju trzeba robić karierę, mieć wizję, a nie po prostu pracować. Dlatego mamy wzrost gospodarczy, nieprawdaż? Raczej nie liczę na tę pracę.

Dziś mam następne dwa spotkania. Może kroi się trzecie.

Show must go on.

09:33, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Ze sztambucha bezrobotnej - odsł. 4

Wracam z opowieściami z krypy ;)

Czyli jak szukać pracy. Na razie mam pięć zaległych rozmów do zraportowania czytelnikom bloga. Zobaczę, ile to zajmie miejsca, może rozbiję to na dwa wpisy.

Firma 1

Poważna Instytucja Informacyjna. Znana od dekad. Szukają kogoś do działu sprzedaży. W dodatku kwadrans komunikacją od przedszkola. Spotkanie z dwiema kobietami, jedna dość chłodna, druga przy powitaniu serdeczna i ciepła. Czyli zły rekruter i dobry rekruter ;) Okazało się, że to z tą pierwszą łatwiej się rozmawiało. Ogólnie - dlaczego właśnie ta firma, kariera zawodowa, duperele. Potem wzięła się za mnie ta druga i wykręciła flaki. Mam nadzieję, że się nie dałam. Pracuje w dziale sprzedaży, więc wie jakie pytania zadać by sprawdzić, czy ktoś zna się na swojej pracy, nie fałszuje CV. Jakieś typologie klientów, sytuacja do rozwiązania. Pytanie o firmy z jakimi współpracowałam, nazwiska - by sprawdzić, czy nie fantazjuję. Krótka rozmowa o tych osobach. Nie jest to raczej podkradanie bazy, bo nazwisko to nie wszystko, trzeba mieć jeszcze bezpośredni numer telefonu.

Wreszcie przechodzimy do ważnego pytania - jakie formy umowy preferuję. Gdy mówię, że umowę o pracę, to widzę gdzieś po oczach, że odpowiedź preferowana to coś w stylu "bezpłatna stażystka". Pensja. Tu następuje zagadka logiczna, gdzie ja operuję cyframi, one kwotami x i y, gdzie x tak wpływa na y, jak nigdy dotąd - konkluzja w podtekście taka, że chyba chce za dużo, ale nie wiem jak bardzo, bo x i y niewiele mówi. Ogłoszenie było sformułowane bardzo ogólnie, potrzebują kogoś do działań bardziej specjalnych w kategorii seminariów. Gdyby od razu to napisali można by przyjść na rozmowę z jakimś pomysłem, planem, ale tak na szybko jest trudno. Pytają się o moje kontakty do dziennikarzy, grafików. Praca będzie może od jesieni, bo oni ten dział specjalny planują, ale jeszcze nic nie wiadomo. Super.

Wychodząc czułam, że nic z tego. Im jest potrzebny ktoś z agencji marketingowej, eventowej, może ktoś z Cyrku Zalewski.

Niedawno dostałam maila, że dziękują.

 

Firma 2

Portal internetowy, ale w branży która od jakiegoś czasu ma poważny kryzys. Dwadzieścia minut komunikacją miejska od przedszkola. Mój rozmówca od razu przyznaje, że pracował kiedyś w firmie, którą ja opuszczam. I zaraz zaczyna narzekać na mojego byłego szefa. Zażartowałam, że przynajmniej nie będzie pyta dlaczego zmieniam pracę. Rozmowa jest dziwna, bo on głównie chce gadać, jaki tamten szef był beznadziejny, a ja wolałabym zachować pewne pozory przyzwoitości. To temat do gadki przy piwie, nie na oficjalnej rozmowie. Następnie jego pierwsza informacja o tej firmie jest taka, że panuje tu swobodna atmosfera i nie każdy się w niej odnajduję. Jeśli podobna jak wśród moich kolegów w poprzedniej, to ja się np odnajduję, a moja koleżanka biurko obok czuła się molestowana i gwałcona :) Tyle, że nie jest to chyba najważniejsza rzecz jaką powinnam usłyszeć. Rozmawia nam się swobodnie i ok. Czuję, że plusuję. Aż na koniec zadaję głupie pytanie, ostatni raz już w życiu - w jakich godzinach pracuje firma. 8:30-17:00. I rozbrojona szczerością, która jest zapewne normą w tym klubie, mówię, że wolałabym to trochę zmodyfikować, bo o 17.00 zamykają przedszkole. Zmodyfikować się nie da.

Być może przez to odpadłam, bo się nie odezwali, a ogłoszenie ciągle się ukazuje. A może koleś chciał tylko poplotkować, jak w mojej byłej firmie teraz jest.

Jednak rozbiję na dwa wpisy.

C.d.n.

09:17, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 17 kwietnia 2013
W biegu

Piszę w biegu z gościnnego internetu. Zazwyczaj codziennie, po odprowadzeniu dziecka do przedszkola, idę do kawiarenki internetowej i stamtąd wysyłam CV, sprawdzam jak dojechać na spotkanie, co to za firma, przeglądam konta pocztowe, itd. Jednak takie rzeczy jak płacenie rachunków, czy pisanie bloga to nie tam. Wszystkie stanowiska są "na widoku" - osób obok siedzących i spacerujących po zakupach. Irytujące. W dodatku wieje :)

Prawdopodobnie naprawiony komputer będę miała w ciągu jednego, dwóch dni, więc nadrobię epickimi opowieściami o poszukiwaniu pracy, odwiedzinach na cmentarzu, które o mało co, by mnie 200 zł nie kosztowały i o moim dziecku.

12:29, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 kwietnia 2013
Atmosfera się zagęszcza

Lubię to stwierdzenie na temat pojawiających się zawiłości scenariusza w serialach. Słowo klucz.

Piszę szybko, bo od dwóch dni mam zepsuty komputer. Świetnie się składa, gdy szuka się pracy. Gubię się w terminach, nie mam więc pojęcia co się zepsuło i jak szybko będę miała ponownie dobry sprzęt. Gorzej, nie wiadomo, czy odzyskam rzeczy z mojego komputera. Oczywiście, jak każda "humanistka z bożej łaski" nie robiłam kopii. Szperam teraz w pamięci, czy i gdzie mogę mieć moje teksty. O jednym wiem na pewno, że został na tamtym dysku - o tym, który teraz zaczęłam pisać. Tragicznie nie jest. Pierwszą wersję początku mam na karteczkach. Papier jest wieczny niemal! Wersja przepisana była poprawiona i ciekawsza. Nie przepisze tego tak fajnie jeszcze raz. Poprawki przychodzą do głowy, a potem umykają. Szlag mnie trafia. Gdy zaczynałam to pisać, to przerwałam, bo obraziłam się na - niedoceniający mnie - świat literacki. Teraz znowu coś mi przeszkodziło. Może to jakiś znak? Została mi niecała kartka do poprawienia i początek powieści miał pójść mailem do kilku znajomych. Tak niewiele dzieliło mnie od zachowania poprawionej wersji...

Klikam gościnnie i znikam. Jak wrócę, napiszę zaległe o spotkaniach ws pracy i takich tam.

14:54, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 kwietnia 2013
Ze sztambucha bezrobotnej - odsł. 3

Przed kolejną rozmową w sprawie pracy, szybko o dwóch rozmowach z ostatniego tygodnia.

Pierwsza firma - jest w "korpozagłebiu", zwanym przez pracujących tam podobno Mordorem ;) Nie przepadam za tą okolicą, ale trudno. Rozmowa przemiła i pozostawiła we mnie mieszane uczucia, bo rekruterka pytała mnie o niewiele rzeczy. Za to głównie opowiadała o pracy tam, zajęciu. Jeśli, w czasach kryzysu, pracodawca niemal zachęca potencjalnego pracownika do pracy u siebie i daje na koniec rozmowy do zrozumienia, że to tylko kwestia decyzji osoby poszukującej pracy, to może to nie jest taka dobra praca? Sprzedaż szkoleń. Dostajesz bazę i twoim zadaniem jest bombardować telefonami, aż do wyrobienia planu budżetowego. I tu zapewne jest haczyk. Nie mam pojęcia jakie są realia. Ile osób udaje się zaprosić osobie, która jest w miarę dobra w tym co robi. Być może dzwonisz całymi dniami i nic. Aż do końca okresu próbnego. Wynagrodzenie tak skonstruowane, że obawiam się zaryzykować - mogę zarobić tylko na czynsz i rachunki. Na przedszkole już nie. Gdybym miała druga pensję w domu, może bym się zastanowiła.

Druga firma, to popularne zakupy grupowe. Szukają osoby do działu utrzymania klienta, czyli jak namówić ponownie tych, którzy już kiedyś kupony przez nich puszczali. Wbrew pozorom, to nie musi być lekka praca, bo jeśli klient nie wraca, to znaczy, że coś mu nie odpowiadało, na coś się wkurzył (o co w zakupach grupowych banalnie łatwo). Ta rozmowa była długa, przepytano mnie wzdłuż i wszerz. Jedyna wada to godziny pracy 9-17.00 i nie ma możliwości zmiany. Ciekawostka - byłam już kiedyś, dwa lata temu na rozmowie w tej firmie, ale znajdowali się w innej części miasta (dla mnie "za siedmioma górami, za siedmioma lasami"). Rekrutowali teraz nie podając swojej nazwy, bo tak to bym CV tam nie wysłała. Teraz wydali się ciekawsi jako pracodawcy. Inna sprawa - jeśli firma (szukająca handlowców) ukrywa się jako pracodawca w czasie rekrutacji, to najczęściej to ubezpieczenia, finanse lub miejsce, gdzie rotacja jest jak na dworcu głównym w mieście wojewódzkim.

11:13, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
niedziela, 07 kwietnia 2013
Wystarczająco Dobry Ojciec

Wysmażyłam długi wpis, a potem na koniec walnęłam - jak to często bywa - w jakiś klawisz, wyskoczyła nowa strona i straciłam wpis... I jak na złość, tym jedynym razem skopiowałam tylko raz, w 1/4 długości. To piszę, do cholery od początku jakby :)

Miałyśmy dzisiaj z Wiertką fajnych gości - wpadła sokramka z córką i ogromnym worem ubrań. Za co bardzo dziękuję. Dziewczyny szybko pobiegły się razem bawić do drugiego pokoju, co mnie cieszy, bo ja w dzieciństwie przeżywałam emocjonalnie konieczność goszczenia słabo znanego dziecka. Moja córka lubi mieć "dom otwarty" :) Ciągle pyta, kiedy będą goście :)

Wśród wielu tematów pogaduszek, padł komentarz do niektórych moich wpisów. Moja koleżanka odniosłam pewne wrażenie, że zachowuję się jak kukułka - odczuwam niezdrową radość z umieszczania mojego dziecka w domu ojca. Tak pozbywać się dziecka lekko, bez wyrzutów sumienia :) Podejrzewałam, że nie jestem matką na 100%, a tu pewnie do 50% nie dociągnę :)

W czasie rozmowy padło o różnicach w domach, w jakich się wychowałyśmy, pomiędzy ojcami naszych dzieci. Nie będę opisywać doświadczeń sokramki - to do niej należy. Pomyślałam, że nasiąkałam pewnym wzorcem mężczyzny. Mój ojciec gotował, zmywał, prał, cerował, robił rozsądne zakupy, bawił się z dziećmi. Taka kobieta, tyle że z penisem. Rosłam w przekonaniu, że wszyscy mężczyźni tak mają, a jak nie mają, to ich problem, nie mój.

Z drugiej strony. Moje dziecko ma dwa domy rodzinne i nic czuję bym je podrzucała, gdy jedzie do swojego ojca. Facet ma swoje wady, ale potrafi nie doprowadzić dziecka do śmierci głodowej, czy zarośnięcia brudem. Mogę mieć swoje zastrzeżenia, ale wśród wielu mądrości życiowych jakie nabywałam w wiekiem jest jedna ważna - wygodniej żyje się ludziom, którzy potrafią odpuszczać.

Niedawno ukuto taki fajny termin - Wystarczająco Dobra Matka, dla kobiet, które czują, że powinny dać z siebie jeszcze więcej. Matkom daje się już prawo, do bycia takimi jak potrafią. Pozwólmy by mógł się pojawić także Wystarczająco Dobry Ojciec. Nie wytrze smarków na czas, ale zbuduje najlepszy latawiec w mieście.

Dziękuję za fajne uwagi i muszę chyba pożyczyć komuś "Historię miłości macierzyńskiej" Badinter :)

21:41, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi