To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
wtorek, 29 kwietnia 2014
Moja własna knajpa

Pamiętam całkiem niedawną rozmowę ze znajomymi kobietami i słowa jednej z nich, harującej w korpo, że chętnie by teraz posprzedawała kawę we własnej knajpce, bo wreszcie nie musiałaby być dla ludzi miła. Trochę mnie to zaskoczyło, bo akurat w gastronomii bycie miłym i przyjaznym  dla gości dobrze robi na interesy ;) Wiem, że jej chodziło o inny typ bycia "miłym" - negocjacje, podchody, manipulowanie kontrahentem. Chciałaby wreszcie po prostu być człowiekiem dla drugiego człowieka. Jak to powiedziała, to też mi coś na dnie duszy zapiszczało. Bo mnie także perspektywa stania za barem własnej knajpki, wydaje się taka urocza. Wreszcie ludzie przychodziliby do mnie, bo mnie lubią, bez protekcjonalizmu, kalkulacji, negocjacji. Sprzedawałabym kawę, piwo, prowadziła miłe rozmowy. Sprzedawałabym miły wolny czas.

Tak, wiem. Mit "szczura korporacyjnego" rzucającego garnitur by:

- prowadzić własną knajpę

- hodować dowolną zwierzynę na wsi

- prowadzić domową manufakturę czekolady/dżemów/itp koniecznie eko

to klisza tak ograna. W dodatku zwodnicza, bo udaje się nielicznym. Za to marzenie wciąga wielu.

Bo tak na prawdę nie nadaję się do prowadzenia własnego interesu - papiery, urzędy. W dodatku otworzenie knajpki i serwowanie smakołyków, to 10% sukcesu. Ludzie muszą jeszcze przychodzić, czymś trzeba ich przyciągnąć i zatrzymać.

I w zeszłym tygodniu, robiąc pewną bazę danych kawiarni natrafiłam na link do bloga prowadzonego przez właściciela jednej z nich. Pierwszy wpis na stronie (ostatni chronologicznie) mówił już, jak zakończyła się przygoda. Bloga czytałam od końca do początku. Do tyłu czasowo. Wciągnął mnie, więc pochłonęłam cały.

Bo to przepiękna historia. Od chwili, gdy osobnik dobrze zarabiający, na etacie, z oszczędnościami i małżonką (drugi pewny dochód) postanowił, że szkoda czasu na marzenia, trzeba je realizować. Założy knajpkę. I widzę teraz, jakie to nie jest proste. Od pierwszego ruchu do otwarcia minęło prawie dziewięć miesięcy - ciąża niemal. Cztery miesiące poszukiwania odpowiedniego lokalu, z dwoma, czy trzema falstartami. Miesiąc szkolenia dla barmanów, właścicieli lokalów, jakiś czas szkolenia praktycznego jako barman w zaprzyjaźnionej knajpie. I dopiero wtedy składa wypowiedzenie. A potem dwa miesiące remontu lokalu, a w planach miał trwać miesiąc, potyczki z planami, elektryką, hydrauliką. Szukanie dobrego ekspresu do kawy, zmywarki, terminalu.

Aż wreszcie pierwsze przygody we własnym barze, kiepskie kulisy organizacji Dni Ursynowa jako promocji. Zderzenie z rynkiem. Opisy wydarzeń kulturalnych. To co mnie odrzuca od blogów i stron FB różnych knajp, to te zdjęcia i opisy żarcia, jakie to dziś czeka na chętnego. Mają kartę, to przecież wiem, co tam zjem. Rozumiem, to właśnie ludzi przyciąga. Ja jestem dziwaczna :)

Na koniec nie był smutny, przygnębiony, czy z poczuciem porażki. To było piękne. Miał poczucie, że przeżył piękny czas w życiu. W dodatku trafiłam na wpisy w dzień urodzin autora :)

Nigdy nie pisałam o żadnym blogu, ale ten był super. Szczególnie, że od roku nie ma tam już wpisów. Dobra literatura faktu :)

 

http://wlasnaknajpa.blogspot.com/

lub Cafe Roskosz w wyszukiwarce

 

:)

19:55, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 kwietnia 2014
Kulturalny weekend

Nie zapowiadało się, ale weekend miałam zapełniony.

Dostałam jakiegoś kopa energii. Zapewne na jakiś czas. Zastanawiałam się na spacerem miejskim w sobotę, na temat drugiego życia zabytków praskich. Każdy zdążył zapamiętać jak lało. Wyskoczyłam na krótkie zakupy i doszłam do wniosku, że jest całkiem ciepło. Pod parasolką będzie ok. Prawdopodobieństwo, że ktoś przyjdzie na taki spacer było zerowe, ale miałam straszną ochotę na ruch. Siedziałam na kanapie, rozważałam argumenty za tym by nie wychodzić, aż w końcu doszłam do wniosku, że jak szukam powodów by nie siedzieć, to muszę wyjść. Koło miejsca zbiórki przeszłam o 12:55 (głupio mi było tak stanąć), ale jak się można było spodziewać nikogo nie było. Wróciłam do domu, zaliczając deszczowy spacerek. A co tam. Dziś dowiedziałam się, że jednak był przewodnik i czterech ochotników - spacer się odbył. Nie wiem, gdzie oni się poukrywali. Chyba z wybiciem 13:00 wyszli za zaułków wszyscy naraz. Jak deszczowe zombi. Szkoda.

To nie był koniec soboty. Wyciągnęłam sokramkę (przez "k", nie przez "c" :P ) i poszłyśmy na debatę na temat przyszłości warszawskich bazarów. W czerwcu będzie jeszcze bardzo długie spotkanie poświęcone Bazarowi Różyckiego, więc wtedy o nim napiszę więcej. Bo będąc na tym spotkaniu - gdzie wystąpień była chwila, za to dużo dyskusji i wypowiedzi z sali - uświadomiłam sobie, że jestem hipokrytką. Bo czy ja kupuję na bazarach? Na Różycu byłam w tamtym tysiącleciu. Na szczęście nie do końca jest tak źle. W sezonie wiosenno-letnim chodzę na mały, lokalny bazarek. Dwa razy zapuściłam się na targ jednodniowy w Koneserze, ale ten idzie w kierunku eko, czy "sera koziego za pół pensji". Coś dla "nowych prażan" ściągniętych tu wizją drugiego Montmarte - zjadłem śniadanie w "Mucha nie siada" i moim holenderskim rowerem podjechałem na targ by udać się w końcu do swojego soft-loftu ;) W sumie też jestem "nową prażanką", ale z portfelem "starej".

Bazarom kiepskiego PR zrobiły przemiany końca tamtego stulecia. "Bazarowa tandeta", galerie handlowe. Młodzi zachwycili się pięknymi wnętrzami, produkcją szmatek z Bangladeszu, za to z metkami topowych firm. Bazarkom pozostały wierne starsze roczniki. Dziś można popracować by snobizm na bazary wrócił. Nie mam nic przeciwko. Szukam tam głównie dobrych warzyw, owoców, mięsa i jaj.

Nie chcę by bazary były wypieranie przez galerię handlowe. Ale ile w tym pragnienia zatrzymania odchodzącego świata?

Potem przeszłyśmy się w inną część Pragi - na piwo i występ Grupy Warszawiaków, czyli opowieść o gwarze warszawskiej, scenki, piosenki. Było wesoło.

W niedzielę, nawet bym odpoczywała, gdyby nie wyszło cholerne słońce. Nie, nie można siedzieć w domu, gdy robi się ładna pogoda. Poszłam na niedzielny spacer miejski w przewodnikiem - tym razem po uliczkach także praskich, ale z opowieściami o warszawskiej gwarze. Podobny klimat jak poprzedniego wieczora, ale w plenerze i ruchu. Zatrzymywaliśmy się przy różnych obiektach, a przemiła przewodniczka opowiadała, albo czytała różne urywki. W trakcie ich słuchania przyszło mi nawet do głowy, że dzisiejszy miejski rap jest odpowiednikiem tamtych piosenek. Oni śpiewali o napadach, zdradach, morderstwach, dziś rymują o ciężkiej doli życia na blokowisku. W obu przypadkach nurt powstał w najbiedniejszych robotniczych rejonach. A kłótnie przekupek na bazarach mogą być ówczesnymi rapowymi ustawkami :) Wygrałam także książkę-przewodnik w szybkim konkursie :) Wiedziałam dlaczego na woźniców, od powozów wołano Panie Zielonka ("Jadziem Panie Zielonka") :) A to dzięki sobotniemu koncertowi :)

Do domu wróciłam zmęczona, ale takim fajnym, pozytywnym zmęczeniem. Do końca dnia leniłam się oglądając finałowy sezon "Jak poznałem waszą matkę". Rozczarował mnie. Miał o jeden odcinek za dużo :)

23:35, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 kwietnia 2014
Mózg przestępcy

Zajrzałam wczoraj na wykład w ramach Kawiarenki Neurobiologicznej. Odbywała się w małej kawiarni i na FB ostrzeżono, by być wcześniej, bo wszyscy się nie zmieszczą. Rzeczywiście - zapisanych na wydarzenie było 250 osób i nawet zakładając, że przyjdzie jak zwykle połowa, dawało to niezłą liczbę osób. Zapobiegawczo byłam pół godziny przed czasem i miejsce znalazłam. Wiele osób się nie dostało. Zajęto krzesła, podłogę, każdy wolny fragment. Wykład był w piwnicy, bez wentylacji, z jednym wiatrakiem i czułam się niczym na Kursku. Kupiłam butelkę zimnego piwa, ale pod koniec spotkania było grzane ;) Nie byłabym sobą, gdybym nie pomyślała, że wystarczy pożar, panika i potratujemy się tutaj.

Dopiero na miejscu pomyślałam, że skoro spotkanie jest pod egidą neurobiologii, to będzie od tej mało mnie może interesującej strony. Ale co tam, podobno humanista to nie osoba, która nie radzi sobie z matematyką, ale osoba mająca obeznanie we wszystkich dziedzinach nauk.

Podejrzenia się sprawdziły, ale strasznie nie było. Nie będę za to streszczać, bo notatek nie robiłam, a padało tyle fachowych nazw, że boję się pokręcenia. W sumie dowiedziałam się, że naukowo potwierdzono to, co wiemy z intuicji. Mózg osób o skłonnościach przestępczych ma ograniczone połączenia w rejonach odpowiedzialnych za strach, za to zwiększone - za agresję. Najdziwniejsze, że za obie te rzeczy odpowiada to samo ciało migdałowate. Wyjaśnienie - za każdym z nich stoi inna część tego ciała. Poza tym - zwiększona aktywność części odpowiedzialnej za motywację, mniejsze te sterujące empatią i wyciąganiem wniosków z przeszłości.

Było o noradrenalinie, dopaminie i serotoninie. Okazało się, że im więcej tej ostatniej, tym człowiek łatwiej opanowuje emocje i mózgi osób o cechach przestępczych mniej jej produkują. Depresanci także :) Ja ładuję ją sobie codziennie w czekoladzie :)

Prowadzący pokazywał na slajdach rejony mózgu, rzucał nazwami, połączeniami. Było ciekawe, choć nie potrafię tego teraz opowiedzieć.

Piszę "mózg osoby o cechach przestępczych", bo posiadanie takowego nie jest jednoznaczne z byciem przestępcą, popełnianiem wykroczeń. Daje tylko zwiększone prawdopodobieństwo, podatność na wkroczenie na taką drogę. Dzieci o takich mózgach wychowane w zwyczajnej rodzinie, nie wykazują cech przestępczych.

Było o różnicach w budowie mózgu kobiety i mężczyzny, ale to grząski teren. Z obserwacji przedszkolaków mam czasami wrażenie, że wrażliwość i delikatność to sfera małych chłopców, a przedsiębiorczość i zdecydowanie małych dziewczynek. Zaczyna to się zmieniać tak w wieku szkolnym, by w wieku pokwitania totalnie się rozjechać.

Ciekawostka. Kobiety lepiej oceniają emocje jakie wyraża twarz drugiej osoby. Gdy pokazywano obu płciom osobę smutną, to mózg kobiety - te odpowiednie ośrodki - były aktywne intensywnie, u mężczyzny tak sobie. Odwrotnie, gdy pokazywane były rzeczy radosne - mózg kobiety był mało pobudzony, męski wręcz przeciwnie. Chcesz zrobić wrażenie na facecie - bądź roześmiana i pogodna. Chcesz by zwinął żagle - popłacz się :)

Miałam trochę pytań, ale na szczęście pokrywały się z tymi, które już padały w dyskusji. Zadałam tylko jedno i nie wyszłam na nawiedzoną. Interesowały mnie kwestie dziedziczenia, plastyczności mózgu (czy ze zdrowego można zrobić "przestępczy" za pomocą wydarzeń w np. niemowlęctwie). Dziedzicznie może być. Zmiany nie. Prowadzący jest zwolennikiem teorii o niezmienności struktur i połączeń w mózgu. Z wyjątkiem oczywiście wypadków i farmakologii.

W dyskusji zdarza się czasem ciekawy moment. Chłopaczek siedzący za mną spytał się o jakieś "white collars crime", czyli po prostu mobbingowanie, wykorzystywanie ludzi w korporacjach. Czy ci ludzie mają "mózgi przestępcy"? A jeśli tak, to dlaczego nie wsadzi się ich do więzienia. Rzadko udaje mi się posłuchać naiwnych, dziecięcych pytań. Przed wykładem dotarło do moich uszu, że chłopak studiuje jakiś kierunek techniczny, coś z fizyką, eksperymentami. Choć nic nie zrozumiałam z terminów, którymi rzucał. Rozumiem, że my absolwenci nauk społecznych jesteśmy cyniczni, a postmodernistyczne myśli dosypujemy sobie do płatków śniadaniowych. Rozumiem, że nauki ścisłe mało mają wspólnego z prawdziwym życiem. Ale jak można nie rozróżniać czynów podlegających kodeksowi karnemu - konstruktowi społecznemu, od czynów podlegających normom etycznym - także społecznymi. To nie mózg stworzył się pod wpływem kodeksów i norm, ale one zostały rozpisane obok niego. Zapewne da się znaleźć czasy, epoki, gdy zachowania "mózgu o cechach przestępczych" były pochwalane przez ówczesne kodeksy i etykę. Ale jak wspomniałam, ja nie czułam kompletnie tego, czym on się zajmuje, więc jest 1:1 :)

To Wieczór NieMatki mam w tym tygodniu odpracowany :)

19:44, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 kwietnia 2014
Rodzinnie

Będzie bardziej w poświątecznych klimatach. I pewne porównanie rodzin. Być może kiedyś to opisywałam szerzej. Ostrzegam, wpis może być rozgałęziony.

Moja mama miała troje rodzeństwa, oni mieli dzieci - jest nas dziesięcioro w tej linii. Często się odwiedzali, dzieciaki miały ze sobą kontakt. Święta wyglądały jak spęd "włoskiej rodziny", albo było wzajemne odwiedzanie się. U taty było bardziej "skandynawsko" - miał tylko brata, który w dodatku nie założył rodziny. Niby za stołem pięcioro dorosłych i dwoje dzieci, a dla mnie to było jakoś tak cicho i kameralnie. A ja słyszałam, że u któregoś dziecka ze szkoły Wigilia, to rodzice i dwoje dzieci, to myślałam - o rany, jak smutno, jak okropnie, jakie to przygnębiające. Dla mnie świętowanie, to od dziesięciu osób w górę ;)

Nie wiem, czy to kwestia charakteru, czy doświadczeń rodzinnych. Mój tata do dziś lubi kameralne spotkania, z tłumną rodziną żony zerwał kontakty po śmierci żony. Nie dlatego, że ich nie lubi. On po prostu woli być sam. Jeździ do ojca i brata - takie kameralne grono mu odpowiada. Zapewne kwestia charakteru, bo mój brat ma tak samo. Jego ideał świąt to sam przed telewizorem z piwem, albo winem :) Goście ok, ale tak do 2-4 sztuk. I powinni być na tyle rozsądni, że po dwóch godzinach maksymalnie się zwiną :) Święta spędza u rodziny żony, bo jej na tym zależy. My widujemy się raz na 2-3 miesiące. Częściej nie chcę mu się narzucać. Gdybym nie wychodziła z propozycją spotkania, to widzielibyśmy się zapewne raz na kilka lat. Też zerwał kontakty z rodziną naszej mamy. I to nie dlatego, że ich nie lubi, ale dlatego, że życie towarzyskie go męczy. Nasz dziadek prawnuczka (syna brata) widział raz, prawnuczki, która urodzi się w czerwcu zapewne nigdy nie zobaczy. Dzieli ich kilka ulic.

Robię skok w bok. Dziadek, kiedyś za każdym razem, teraz rzadkiej docieka przy mnie dlaczego mój tata i brat go nie odwiedzają. Łącznie z szantażem emocjonalnym "czy ja byłem złym człowiekiem? skrzywdziłem ich?". Szkoda mi go, smutno mi, ale nie zamierzam ciosać im kołków na głowie. Z tatą rozmawiałam ze dwa razy, bratu wspomniałam raz. Uznałam, że wystarczy. Jeśli ktoś nie chce, to nie chce.

Jak widać z początku wpisu, ja odziedziczyłam styl świętowania po mojej mamie i jej rodzinie. W ostatnią niedzielę wielkanocną u dziadka było nas pięcioro jego wnuków (z jednym mężem) i troje prawnuków. Wszyscy w małym pokoiku - siedmioro dorosłych, troje maluchów. Ale głośno, wesoło. Jesteśmy rodziną.

Teraz na koniec główny temat wpisu :) Bo to wyżej było bardziej by pocieszyć sokramcę ;)

Miesiąc temu napisałam o zaproszeniu na wesele kuzyna. Jest jednym z "dziesięciorga w linii", ale razem z bratem wychowywali się w trochę odległej miejscowości. Pisałam także, że nie zaprosił trojga naszych kuzynów (z którymi w tą niedzielę siedziałam i żartowałam). To, że mój tata chce iść tylko na ślub, na wesele nie, to podejrzewałam. Dla niego to jakaś forma tortur. Mój brat też się wymigał - farciarz ma z żoną termin porodu trzy tygodnie po terminie wesela. Okazało się, że tylko na ślub idzie też moja ciocia. Jest oburzona tym, że nie zaproszono wszystkich i wraca po mszy w akcie protestu. Dziadek w ogóle zostaje w domu - z tego samego powodu. Rodzina to rodzina.

Sytuacja kłopotliwa. Solidarność z odtrąconymi powinowatymi, czy nie robienie przykrości parze młodej?

Nie jestem fanką wesel - to może być temat na oddzielny wpis, bo w życiu byłam tylko na trzech weselach, najbliższych osób, z reszty się wykręciłam - ale starzeję się i zaczyna mnie kręcić taki klimat. Wszyscy się wyskakali przy zespołach w młodości, ja teraz nagle tego zapragnęłam. Nagle wychodziło na to, że na to wesele poszłabym sama z tej gałęzi rodziny. Bez osoby towarzyszącej, bo nie ma sensu bym rozpaczliwie szukała jakiegoś jelenia, który będzie mnie tam obskakiwał. Tego, nawet gdybym była ekstrawertyczką, bym nie przetrwała. Zrobiłam rozeznanie po reszcie kuzynów, jak z ich nastawieniem. Idzie kuzynka z mężem, bo pan młody jest chrzestnym jej syna i mój drugi kuzyn solo. Ale zamierzają trochę posiedzieć i szybko wracać. To jest jakiś kompromis. To się do nich dołączyłam. Do jutra trzeba było potwierdzić swoje przybycie.

 

Nie wiem, czy będzie o tym wpis, ale dziś byłam pierwszy dzień w pracy :)

19:41, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 kwietnia 2014
O tym, że "macierzyństwo nic nie zmienia" to ściema

Będzie jakiś poświąteczny wpis o różnych modelach przeżywania świąt. Dla pocieszenia sokramki. Ale na dziś zaplanowałam coś innego. Nie o tym jak spędziłam Niedzielę Wielkanocną, ale Lany Poniedziałek.

Sprawy rodzinne załatwiłam w niedzielę, na poniedziałek miałam w planach wycieczkę miejską z przewodnikiem. Wiem, że Wiertka nie jest fanką, więc specjalnie wybrałam taką dla rodziców z dziećmi, o legendach warszawskich. I okazało się, że Wiertka także nie jest fanką. Wszystkie inne dzieci, nawet w wieku podobnym, słuchały historyjek, albo chociaż stały spokojnie. Tylko ona kręciła się pomiędzy ludźmi, wierciła, nie słuchała, pytała o coś na boku, aż w końcu zaczęła marudzić, że chce do domu. Usłyszałam, że bolą ją nogi, a jak usiadła na chodniku, to bolały ją plecy. W końcu tylko prawa ręka ją nie bolała :) Okazuje się, że moje pasje są dla mojej córki wyrafinowaną formą tortur :)

Lubię wychodzić z domu na różne wycieczki, wykłady, festiwale naukowe. Małej do towarzystwa zabrać się nie da. Przed narodzinami dziecka nie rozważałam tego. Raczej podejrzewałam, że tak może być. Irytują mnie za to twierdzenia, że narodziny dziecka nic nie zmieniają, bo można je jakoś ładnie wpasować w to życie. I zapewne pada przykład rodziców podróżujących po świecie z dziećmi za pazuchą. Tylko, że ta idea zakłada jedną rzecz - dziecko to przedmiot, który wkleja się w dotychczasowe życie. Byle się dokomponowało. No dobrze, trochę można zmienić warunki. Idea zakłada, że dziecko rodzi się dokładną kopią rodzica - z jego temperamentem, charakterem, a pasją jak ospą można zarazić. Co jeśli podróżnikom rodzi się dziecko, które nienawidzi ciągłych zmian, dynamiki życia? Co jeśli lubi stabilizację, harmonię i przewidywalność do wyrzygu? Co jeśli wegetarianom rodzi się dziecko, które zakocha się z smaku mięsa?

W końcu odłączyłyśmy się od wycieczki. Może to cecha charakteru, albo wieku, ale Wiertka spacerowała potem ze mną przez bardzo długi czas. Tylko sama wybierała interesujące miejsca oraz długość przebywania tam.

Byłyśmy na obiedzie w restauracji - w środku dnia spacerów. Święta, więc tanie jadłodajnie były pozamykane, a dziecko nie chciało wracać do domu specjalnie na jedzenie. To poszalałam chwilę. Jaka różnica. Dwa lata temu, w Kazimierzu, jadłam posiłek z wierzgającą Wiertką zaklinowaną pomiędzy kolanami, bo chciała biegać po sali i wybiegać na chodnik. Teraz siedzi w miarę spokojnie, prowadzi rozmowę. Jak to bywa - ona chciała zupę, dla siebie wzięłam "danie dnia" (bo najtańsze) i w efekcie ona wyjadła mi mój posiłek, ja kończyłam zupę :) Pogoda przepiękna, słońce grzeje. Marzyła o zimnym piwie, poprzestałam na zimnym piwie, ale bezalkoholowym.

12:51, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 kwietnia 2014
Sałatka macierzyńska - z boku

Taki dodatek do wczorajszego wpisu, by pokazać, że nie tylko ja mam diabelne dziecko :)

Było to jakiś czas temu, gdy jeszcze chodziłyśmy na balet. Często zaprowadzałam Wiertkę na sale, czekałam jeszcze chwilę i szłam na szybkie zakupy w okolicy. Tak było też tego dnia. Wracam do domu kultury. Ludzie siedzą na krzesełkach, a ubikacji dochodzi przeraźliwy, histeryczny wrzask małej dziewczynki - "Chcę wyjść!!!!!!! Chcę wyjść!!!!!!! Chcę wyjść!!!!!!! ". I odgłosy jakiegoś szarpania, rzucania się. Gdyby nie to, że znam miejsce, to bym pomyślała, że ktoś gwałci dziecko, albo robi inną krzywdę. To siedzimy wszyscy, słuchamy krzyków dziecka, nikt nic nie robi. Aż w końcu pewien tata zapukał i powiedział, że chciałby skorzystać z toalety.

Ze środka wyszedł dziadek z wnuczką. Znałam ją z widzenia. Czterolatka. Charakterek ma jak Wiertka. Mała płakała, szarpała się, rzucała. Dziadek trzymał ją na kolanach, coś tłumaczył spokojnie, ale czułam, że jest podłamany. Szepnęłam mu, żeby się nie przejmował, bo moje dziecko też tak czasami się zachowuje. Był zmartwiony, czy czasem nie trzeba będzie jakiegoś psychologa. Pogadaliśmy chwilę.

Jak się okazało, dziewczynka zachowywała się niepoprawnie na sali i pani ją wyprosiła. Mała się przejęła, zaczęła płakać na korytarzu i wpadła w histerię. Dziadek osoba starszej daty, uważał, że dziecko ma się natychmiast uspokoić i za karę zabrał ją do ubikacji. Albo schował się przed ludźmi. Był przejęty jej zachowaniem i zmartwiony. W sumie, wiem, co czuł, bo sama pamiętam, to uczucie jakiegoś wstydu rodzicielskiego.

Dziewczynka powoli, ale w końcu się uspokoiła. Przyjechał po nią tata.

19:06, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 kwietnia 2014
Sałatka macierzyńska

To historia z tamtego piątku, ale dotąd nie mogłam się zebrać by ją opisać.

Zacząć trzeba od tego, że od pewnego czasu Wiertka uwielbia chodzić do przedszkola. Co wieczór pyta się, czy jutro idzie do przedszkola, w piątki zastanawia się po co komu dwa dni wolnego w domu. Wytłumaczenie, że panie nauczycielki odpoczywają w domu nie działa, bo przecież one mieszkają w przedszkolu :) Rano nie chce już oglądać bajek, tylko po jednej wyłącza telewizor i ubiera się do wyjścia. Tak samo chce bym odbierała ją później - już jak grupy są łączone. Czyli po 16:20. Gdyby jeszcze utrzymał się jej ten entuzjazm w zimie :)

Ale wiążą się z tym też kłopoty. W piątek, idąc po małą do przedszkola, kupiłam jej drobiazg - skakankę. Na pewno ją to ucieszy. Nie wzięłam jednak pod uwagę, że dziecko było pięć dni w placówce, po osiem godzin dziennie i choć uwielbia być w przedszkolu, to jest tym wykończone. Wiertka ze skakanki się ucieszyła, spróbowała od razu skoczyć i nie udało się. No i zaczęła się masakra. Zmęczona = łatwopalna. Rozpłakała się i zaczęła mówić, że ona nie potrafi skakać, ona chce umieć skakać. Nie docierało, że to kwestia poćwiczenia, na pewno niedługo się uda. Chciała iść na plac zabaw, a ja oślepła na to co widziałam, zgodziłam się. Plac jest tuż obok. Na kilkunastu metrach zdarzyły się jeszcze dwa wybuchy płaczu. Bo na skakance jest supeł! Ona sama go rozplącze!! Ona nie potrafi go rozplątać!!! W końcu dała sobie pomóc. Szła dalej, z majtającą się skakanką przy nogach. Nie dała sobie jej złożyć. Potknęła się. Znowu płacz i krzyk. Mnie też musiało coś zdrowo ogłuszyć, skoro uważałam, że na placu zabaw humor jej się poprawi. Trzy wybuchy złości i płaczu w ciągu kilku minut wróżą tylko jedno.

I to jedno wydarzyło się zaraz na placu - atak histerii. Wrzeszczała, krzyczała, płakała. Nie dało się do niej dotrzeć. Bo ona nie potrafi skakać na skakance! Ona chce już, teraz umieć skakać!! Dobra, jestem pusta. Bardziej martwiło mnie to, że całe rzesze rodziców, którzy znają mnie i dziecko z widzenia patrzą na moją porażkę jako matki. Tak to wtedy odbierałam. Starałam się być spokojna, opanowana, ale w moim głosie zapewne słychać było złość.

W dodatku podeszła do nas jakaś starsza pani i zaczęła pocieszać Wiertkę. Moja córka, gdy jest w ataku histerii, albo ma zepsuty humor nie bawi się w dyplomację. Takie panie potrafią ją jeszcze bardziej rozwścieczyć.

Dygresja. Jechałyśmy kiedyś autobusem. Mała usiadła i zaczęła coś mówić o zmęczonych nogach. Przed nią siedziały dwie panie w średnim wieku, które jej słowa wprawiły w dobry humor. Uśmiechały się do siebie, coś powiedziały. Na to moje dziecko do nich:

- Proszę się nie śmiać, to wcale nie jest śmieszne. Mamo, dlaczego one się ze mnie śmieją?

To miałam dziecko w histerii, starszą panią coś gadającą mile nad uchem. W końcu nie wytrzymałam i poprosiłam stanowczo, choć może mało miło, żeby nas zostawiła, bo takim zachowaniem nie pomaga.

Dla innych za to :) Co najbardziej pomaga? Nie ciamkanie nad dzieckiem. Pomaga pocieszenie matki, że wasze dziecko też czasami tak wrzeszczy. Jak nie macie dziecko, to je wymyślcie ;)

Wiedziałam, że nie ma szans na wyciszenie małej, więc zabrałam ją do domu. Na szczęście obyło się bez wleczenia jej pochodniku, ani taszczenia pod pachą. Szła obok mnie łkając. Teraz dlatego, bo powiedziałam, że za karę wracamy do domu i już nigdzie nie wychodzimy. Po drodze jeszcze próbowała negocjować byśmy poszły na inny plac. W międzyczasie humor mi się popsuł - kupiłam dziecku prezent, myślałam, że dam jej radość, a tylko ściągnęłam kłopoty i wstyd przed innymi rodzicami. Aż chciało mi się płakać. Powstrzymało mnie przed tym dziecko:

- Mamo nie bądź smutna. Chce byś była wesoła, jak moje życie.

Przynajmniej wiem, że ma wesołe życie :)

Przy windzie, Wiertka podjęła jeszcze ostatnią próbę negocjacji:

- Jeśli nie zabierzesz mnie na plac zabaw, to nie będę twoją córką. Tylko taty i dziadka. Nie będziesz miała córki, wiesz?

Tym to mi poprawiła humor, choć starałam się nie okazywać rozbawienia :)

W domu uspokoiła się. Popróbowała i udało jej się skoczyć na skakance za drugim razem. Bardzo ją to ucieszyło. Ja też poćwiczyłam i - niestety - nie wykazałam się lepszymi umiejętnościami :) Trzeba będzie prezent wykorzystać :)

11:48, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 kwietnia 2014
Rekrutacyjnie

O tym spotkaniu w sprawie pracy wspomnę.

Niedawno, jedna z moich koleżanek (nasza wspólna z sokramcą ;) ) udostępniła wpis z firmy, w której pracuje. Poszukują pracownika do spraw biuro-handlowych, ale będzie się to wiązać ze stażem z Urzędu Pracy. Od razu uznałam, że nie jestem godna  być na odpowiednim stażu - to dla osób pon. 24 roku życia, 50+ oraz niepełnosprawnych. Wczytałam się jednak w warunki i okazało się, że jako samotna matka także się łapię.

Pojechałam więc zarejestrować się w UP. Dotąd jeszcze tego nie zrobiłam, bo nie przepadam za tym miejscem. Zasiłek i tak mi się nie należał. Ubezpieczenie medyczne jest ważne, więc w końcu i tak bym się tam wybrała. Okazało się, nie wiem dlaczego u licha, ale zasiłek jak najbardziej mi się należał i to od wielu tygodni. Trudno. Nie będę wkurzać się na siebie, że straciłam trochę pieniędzy. To nie moja kasa, ale podatnika.

Dobrze. Samotną matką jestem, zarejestrowana w UP także. Zmieniłam trochę CV pod to stanowisko i wysłałam. Napisałam też od razu na FB do koleżanki, że się zgłaszam, żeby nie czuła się dziwnie. To bardzo małe wydawnictwo (książkowe dla odmiany) i koleżanka od razu odpisała, że właśnie czytają moją aplikację. Przynajmniej ona może zaświadczyć, że autentycznie samotnie wychowuję dziecko.

Byłam dziś tam na rozmowie. W międzyczasie okazało się, że zmienili siedzibę. Teraz wydawnictwo mieści się dość daleko. Choć okolica jest mi znana - przez kilka lat, w sąsiedztwie odbywały się spotkania mojego stowarzyszenia, warsztaty pisarskie oraz nasze podwórkowe pikniki (pozdrawiam panirolki :) ). Sprawdziłam logistycznie - 40 minut tramwajem od / do przedszkola, dałabym radę.

Rozmowa była dość krótka, bo koleżanka zdążyła wcześniej o mnie opowiedzieć. Mam nadzieję, że dobrze :) Miejsce pracy chyba na prawdę super, bo wydaje tytuły związane z rodzicielstwem, wychowaniem, wszyscy w biurze mają małe dzieci. Dotąd każdy, po trochu zajmował się sprawami promocyjno-handlowymi, ale teraz jest już potrzeba stworzenia oddzielnego stanowiska. Za piękne. Minusem jest to, że to na prawdę mała inicjatywa, rozwijająca się i będą potrzebowali tańszego pracownika. Moje minimalne oczekiwania finansowe to nadal trochę mniej niż średnia krajowa, ale i tak to dla małych firm ogromne obciążenie. Nie nastawiam się. Zrozumiem, gdy ktoś inny okaże się bardziej rentowny, albo będzie miał doświadczenie właśnie w takiej pracy.

Sama utrzymuję rodzinę i nie stać mnie na sentymenty. Szkoda.

12:33, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Brzozowo

W weekend zaatakowała mnie brzoza. A konkretnie jej pyłki. Bez politycznych podtekstów. Choć, kto wie - może katastrofa smoleńska była jedynym, zanotowanym przypadkiem aż tak alergicznego ataku?

Nawet byłam zaskoczona, że w tym roku jest delikatnie. Reakcję alergiczną, raptem 5/10, mam od dwóch lat. Żadna tam tradycja. I proszę bardzo. W sobotę było jeszcze delikatne muśnięcie. Cała niedziela przekichana, przesmarkana, a w oczach miałam "niepełne podstawowe". Na szczęście sprawność intelektualna zachowana.

Dziś rano, niewyspana do bólu, zaprowadziłam dziecko do przedszkola. Wróciłam po 8:00 i postanowiłam na chwilę się położyć, oko przymknąć. Obudził mnie dzwonek telefonu (zaproszenie na rozmowę w sprawie pracy). Zakończyłam rozmowę, patrzę na wyświetlacz - 11:53... Szczęka mi opadła. Przespałam pół dnia.

Zazdroszczę ludziom, którzy nie potrafią spać w dzień. Nie marnują czasu, nie marnują życia. A przecież nie są chyba aż tak strasznie zmęczeni. Ja w dzień potrafię drzemać. I to jak niemowlę. Kiedyś z panirolki gadałyśmy o tym i ona ma system regeneracyjnych drzemek w kwadrans. Super. I człowiek wypoczęty i dzień nie uciekł. Nie to, co ja. Ja ułożę się w pozycji horyzontalnej i owinę w sen, to błądzę w nim czasem przez 2-3 godziny. Sukcesu tak nie osiągnę :) Może będę dłużej żyła, może będę miała cerę dziecka :)

Za to nie mogę zasnąć do północy, 1:00. A wtedy wpadam w pułapkę wędrowania po kablówce. Rano budzę się zmęczona. I koło się zamyka.

Byłam jeszcze u fryzjerki. Niestety, mam cienkie włosy. Wolno rosnące, spadające na ramiona jak u Świtezianki, to były dobre, gdy byłam młodsza. Teraz kleją się do czaszki i wyglądam co najwyżej jak samotna matka, bez pracy :) Muszą być w miarę dobrze przystrzyżone.

Po południu byłam na warsztacie o tym jak rozmawiać o seksualności dzieci. Niby kwestia mi znana, niczego rewelacyjnego się nie dowiedziałam, ale wyszłam z domu. Temat na fajny oddzielny wpis, ale teraz mam nastrój na takie tylko pierdoły o tym, że kicham i śpię.

22:08, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 kwietnia 2014
Sobotnio

Będzie nudnawo ;) Proza życia codziennego.

Przedpołudniowy spacer z dzieckiem, a potem pojechałyśmy na kampus Uniwersytetu Warszawskiego. Jakiś czas temu umówiłyśmy się z dziewczynami z Klubu Czytelniczego, że jedno spotkanie zrobimy sobie pod kwitnącymi wiśniami. Rosną takowe za budynkiem Wydziału Polonistyki, podarowane w 1998 roku przez konsula Japonii. W marcu pogoda była słoneczna i przepiękna, drzewa owocowe ruszyły i - przyznaję się - to ja narobiłam szumu, że powinnyśmy się pośpieszyć, bo wiśnie też zapewne lada moment rozkwitną.

Byłyśmy tam dziś. Ostatnio jest chłodniejszy czas i wiśnie zawiesiły się ;) Kwiaty ciągle jeszcze ściśnięte w pączkach. Miejsce za polonistyką jest na prawdę urocze, z klimatem, fajne na piknik. Obawiamy się, że rozkwitną w czasie Wielkiejnocy, kiedy dostać się tu nie będzie można :)

W takim razie posiedziałyśmy przy kawie.

Wracając, towarzyszyła mnie i Wiertce, justek zahaczyłyśmy jeszcze o animatorów puszczających ogromne bańki mydlane, jednego ulicznego grajka. Takie uroki spaceru z przedszkolakiem :)

Na końcu natknęłyśmy się na punkt startowy Orlen Marathonu (dziś mini trasa 4,6 km). Justek udała się do domu, a my miałyśmy postać chwilę, a utknęłyśmy na godzinę. Najpierw mała chciała się przyglądać całej oprawie wydarzenia - były jakieś wywiady ze sportowcami, muzyka. Zjadłyśmy gofra i okazało się, że zebrało się już tylu uczestników, że z trudem przebijemy się na most. Dlatego poczekałyśmy jeszcze ten kwadrans, aż do uroczystego momentu, gdy bieg ruszył. Wiertka jeszcze zdobyła jeden z balonów, które malowniczo - w ilościach ogromnych - zostały wypuszczone w niebo. Kilka zaplątało się w siatkę i zostało rozdane.

To był marszobieg, więc może w następnym roku odważę się wziąć udział. Nawet z dzieckiem. Te 4,6 km przemaszerujemy w dobrej sprawie :)

Wreszcie nadeszła ta fajna pora roku, kiedy nie trzeba siedzieć w domu, a spacery trwają dłużej niż godzinę, czy dwie.

 

Dziękuję także justek za prezent urodzinowy własnoręcznie wydziergany :)

19:08, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi