To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
środa, 29 kwietnia 2015
Sałatka życiowa

Mam w planach wpis o książce "Mniej" Marty Sapały - z którą to książką i mam problem, i nie mam problemu. Chciałabym opisać, jak wizyty u dentysty uświadamiają mi zbliżającą się starość. Czekają te pomysły, bo na razie nie mam energii na lans intelektualny. To co zostaje wydatkuję na własne prywatne pisanie. Z tym jest jak z dylematem żółwia, który do mety zbliża się codziennie o połowę. O połowę poprzedniego odcinka. Czyli z matematycznego punktu widzenia, nigdy nie dotrze do tej mety, odcinek będzie się zmniejszał ku nieskończoności :)

Powinnam umyć okna. One się nawet do Chujowej Pani Domu już nie nadają. I nie mogę się zebrać. Powinnam odwiedzić mamę, ciocię, babcię na cmentarzu. Wybieram się od marca. I też nie mogę w sobie znaleźć na to energii (to dwukilometrowy w jedną stronę spacer lasem). Gorzej, kiedy postanowiłam tam pojechać, to dopadł mnie lęk. To stosunkowo młody cmentarz, szansa, że w dniu pracy, przed południem kogoś tam spotkam jest zerowa. Jest pusty - on i okolica. Boję się... zostać napadnięta w drodze do niego. Przez pewien czas po prostu idzie się lasem, a las graniczy ze szpitalem na nerwowo i psychicznie chorych (to dla podpicia atmosfery, bo na terenie szpitala się wychowałam i nie stanowi on dla mnie źródła obaw). Wiem, że zboczeńcy ustawiają się na popularnym duktach, bo w końcu chcą utrafić na ofiarę. A to nie jest popularna trasa. Pomimo to mój strach sprawił, że nie wyszłam z domu. Raz zlekceważyłam intuicje i zostałam napadnięta. Od tamtej pory postanowiłam, że nawet jeśli moja obawa wyda mi się absurdalna, to posłucham jej.

Refleksje na temat rekrutacji do przedszkoli. Spojrzałam na listę w naszym przedszkolu. Na liście dzieci przyjętych - 46 sztuk. Na liście nie przyjętych... 130 sztuk. Koleżanka z Mokotowa mówi, że u nich nie przyjętych 237 dzieci. I kto tu mówi, że dzietność spada?

Wczoraj zaczęła się wędrówka Wiertki ku operacji w przyszłym tygodniu (wycięcie migdała). Czyli pobranie krwi na badania. Starałam się ją przygotować racjonalnie - to nie takie straszne, będzie bolało, ale tak jak ukłucie igłą. Wiem, że nie należy roztaczać nierealnych wizji, że wszystko będzie super, ale też nie można straszyć.

Niestety, pięcio-sześciolatka, to nie maluch (miała już przecież pobieraną krew i była operowana) - ma już rozbudowany system wyobraźni. Pobranie krwi przepłakała i ponad godzinę w domu leżała oglądając bajki.

- Nie sądziłam, że to tak będzie bolało. - powiedziała mi ze łzami.

Jednak potem chwaliła się tacie:

- Widziałam swoją prawdziwą krew!

Operacji się boi. Najpierw się przestraszyła, że będą jej grzebać w gardle, a przecież ona od tego wymiotuje. Jak powiedziałam, że będzie spać, to dla odmiany boi się tego, że ją uśpią. Już na wizycie u pediatry myślała, że to teraz będzie usypiana :)

Szpital, w którym udało się dostać szybki termin, ma swoje własne porachunki z NFZ, co skutkuje tym, że dziecko przebywa tam aż trzy dni, zamiast wracać do domu pomiędzy kwalifikacją a zabiegiem, szybko po operacji. Muszę się dopytać czego oczekiwać - jak z noclegiem rodzica, czy pozwolą wziąć śpiwór, czy wypożyczają leżanki.

Od jutra też czeka mnie minimum półtora tygodnia z moim dzieckiem :) Dawka uderzeniowa :)

14:58, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Moja wiosna

Dziecko dostało się do wybranej przeze mnie szkoły podstawowej. Nie rejonowa, ale fajna, polecana przez sokramkę, więc cieszę się :)

Nie zakwalifikowałam się na warsztaty opowiadania kryminalnego, ale to było do przewidzenia. Trudno. Nie muszę się martwić, że ktoś mnie zatrudni akurat w ich terminie :)

Plusem bezrobocia jest zatrzymanie się na chwilę i wyjrzenie przez okno. Poniżej mój widok z balkonu. Kiedy one wyrosły tak? Gdy się wprowadzałam, to ledwo do barierki dosięgały.

 

Zaraz zamykam komputer i idę pisać na balkon :)

Tagi: córka wiosna
14:23, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 kwietnia 2015
Topielice

Moja dzielnica rozpoczęła fajną inicjatywę. Od początku kwietnia w wybrane dni i popołudniowe godziny przedszkolaki i uczniowie klas I (+opiekun) mają bezpłatne wejście na basen. Praskie szkoły od II klasy wprowadzają lekcje na basenie, więc zapewne te dzieci i tak mają kontakt z wodą.

Wiadomo już, że ja z akwenami wodnymi nie za bardzo, ale chciałabym by moje dziecko miało inne podejście do pływania. Odezwała się także moja oszczędna natura - jak coś jest za darmo, to trzeba korzystać.

Pierwszy raz Wiertka poszła z ojcem. Ja podjechałam z nimi, wylegitymowałam się jako zameldowana w dzielnicy. Był mały problem, bo dziecko ma inne nazwisko niż ja, ma to samo co ojciec, ale on jest z innej dzielnicy, więc promocja nie obejmuje. W końcu stanęło kompromisowo, że na liście Wiertka została wpisana pod moim nazwiskiem. Być może wyglądało to dla pani z recepcji jakby mieszkanka dzielnicy wpuszczała dziecko z obcego terenu.

I klapa. Okazało się, że basen nie ma brodzika dla dzieci. Są tylko tory głębokie jak dla dorosłych i młodzieży. Wiertka gdy to zobaczyła, to się przestraszyła i odmówiła wejścia do wody. Siedziała na brzegu i protestowała. Tata próbował ją zachęcić, ale nic to nie dało. Z drugiej strony cnota cierpliwości nie jest jego mocnym atutem. Powiedziałabym, że los mu jej odmówił, nagradzając w innych jakiś obszarach. Po kilku minutach wyszli.

Początkowo Wiertka zarzekała się, że jak pójdzie ze mną także nie wejdzie do wody. Minęło prawie dwa tygodnie, nie miałyśmy okazji tam iść. Aż wreszcie moje dziecko uznało, że chce iść na basen.

Ok, pomyślałam, że trzeba działać metodą małych kroczków. Posiedzi na drabince raz, dwa i za którym wejściem się przełamie.

A to mnie nie było na basenie ponad dwadzieścia lat. Cudem jakiś jednoczęściowy kostium wygrzebałam. Jak zobaczyłam ten basen to i mnie zatkało, a jak weszłam do wody to zatkało mnie nie metaforycznie. Strasznie głęboko. Tak, metr dwadzieścia dla kogoś metr siedemdziesiąt to głęboko... Postanowiłam jednak zachować twarz, by dziecka nie zrażać.

Tradycyjnie, Wiertka jakiś czas spędziła siedząc na drabince. Potem jednak zgodziła się wejść mi na ręce i odsunąć. Liczyłyśmy do trzech i wracała. Potem do pięciu. I tak po jakimś czasie spacerowałam po torze z dzieckiem na ręku. A jej się to bardzo spodobało. Widocznie do mnie ma więcej zaufania. Mnie też to dobrze robi - nic tak nie oswaja z wodą, jak konieczność trzymania fasonu przed własnym dzieckiem. Raz próbowała się nawet położyć na wodzie. Na razie nie ma mowy o deskach, kamizelkach, czy innych akcesoriach (są udostępniane), ale i tak sądzę, że to ogromny postęp.

Najważniejsze, że dziecko po godzinie nie chciało wyjść z wody i wracać do domu :)

A bezpłatne wejścia nie cieszą się jakimś wielkim szturmem. Razem z nami było może z czterech rodziców z dziećmi.

czwartek, 23 kwietnia 2015
Dziewczęcy świat

Niedawno na pewnym ukrytym forum rozgorzała gorąca dyskusja na temat relacji pomiędzy dziewczynkami, gdzie jednym z wniosków było, że jednak bycie rodzicem chłopca jest łatwiejsze. Z tym bym polemizowała.

Jednak jest w tym dużo prawdy i argumenty "za" trafiają do mnie. Szczególnie jeśli przerabia się to w praktyce. Kiedyś wspominałam, że Wiertka spotyka się regularnie z koleżanką mieszkającą kilka pięter wyżej. Polubiły się bardzo. Aż byłam mile zaskoczona, bo dla mnie tak intensywny kontakt z drugą osobą jest klaustrofobiczny. I wykrakałam. 

Reguła jest taka, że raz jedna odwiedza drugą, potem jest rewizyta. Oczywiście, dla każdej fajniej jest jak idzie do cudzego domu :) Przed świętami nastąpiło spięcie. Bawiły się cały dzień. Najpierw u nas, potem Wiertka poszła do koleżanki. Nastał nowy dzień, już się z tamtą mamą umówiłyśmy sms-owo, dziewczynkę miał sprowadzić tata. Ja miała plany, czego to nie zrobię, jak będę miała spokój :) I tu moja córka zbuntowała się. Bo teraz jej kolej iść jako gość. Tłumaczyłam, że jednego dnia obie się wizytowały i teraz nadal jest czas na bycie gospodynią. Nie. Ona była wczoraj gospodynią, więc dziś powinna iść do koleżanki. Rozpłakała się, zaczęła krzyczeć, aż w końcu stwierdziła, że w takim razie nie chce w ogóle widywać tamtej dziewczynki. Musiałam odwoływać wizytę, tłumaczyć się. Było mi strasznie przykro, bo dziecko pewnie czekało, aż będzie mogło przyjść.

A moja córka zacięła się, uparła i pławiła w poczuciu bycia wykorzystaną. Dodatkowo uznała jeszcze, że koleżanka nie dawała jej się bawić swoimi zabawkami. Faktu, że stoi to w sprzeczności z chęcią pójścia do niej już nie wyjawiałam. Próbowałam co jakiś czas wrócić do tematu, ale Wiertka miała pamięć słonia.

Aż tu pod dwóch tygodniach uznała, że się stęskniła za koleżanką i chce ją zaprosić. Miałam mieszane uczucia, bo nadal uważam, że tak się innych nie traktuje. Relacje się pielęgnuje. Do mojego dziecka to nie dociera.

To jest właśnie te świat dziewczęcy, który z biegiem lat robi się tylko jeszcze bardziej powikłany i makiaweliczny. Z dzieciństwa pamiętam, że skłóceni chłopcy, szli "na boisko, na gołe klaty", czyli po prostu prali się pysku, by po bójce kumplować się jak przedtem. Gdy dziewczynki zakładały koterie, paczki, jedna przechodziła do drugiej, tą się wywaliło, tamtą obgadało. Sama pamiętam jakie to bywało bolesne. O ile bycie rodzicem syna to zaopatrzenie się w plastry i bandaże, to bycie rodzicem córki, to zrobienie prywatnego kursu psychologicznego.

Wracając do Wiertki i koleżanki. Spotkanie po długiej rozłące nie było sielankowe, bo okazało się, że tamta też była obrażona. Moja córka się na coś sfochowała i leżała na kanapie, ja mediowałam. Po dwóch godzinach napiętych relacji i walki o dominację, bawiły się już w najlepsze. Pomimo to, wiem, że trzeba też dopuszczać myśl, że nawet przyjaźniąc się dzieci mogą się kłócić, sprzeczać.

Jednak to zapewne nie koniec. Moja córka żali się, że jej najlepsza przyjaciółka ma już dwie inne koleżanki i z nią już się nie bawi.

14:07, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Prawo Agaty kontra polska rzeczywistość cz. 2

Miałam dokończyć wczorajszy wpis, co czynię :)

Bo powodem zwołania debaty są zmiany w przeprowadzaniu procesu, jakie wejdą od 1-go lipca. Czyli ta straszna kontradyktoryjność :)  Straszna, bo jak dotąd w masowych mediach przetaczały się utyskiwania na zmiany ze strony i adwokatów, i prokuratorów.

Boję się, że nie będę dokładna i precyzyjna, ale w wielkim skrócie polega to na tym, że dotąd sędzia mógł dopytać świadków obu ze stron, wnioskować o dodatkowe dokumenty. Po zmianach ciężar udowodnienia winy, czy udowodnienia niewinności ma spoczywać jedynie na prokuratorze, czy adwokacie. Sędzia ma być bezstronny, słuchać, milczeć i wydać wyrok w oparciu o to, co mu przedstawiono.

Świetne w sytuacji, gdy obie strony rzetelnie przygotowują się do sprawy. A jak wygląda rzeczywistość, pokazałam w poprzednim wpisie. Sama sędzia Piwnik opowiadała, że często zdarza jej się dopytywać świadków, bo widzi, że stronom umykają bardzo ważne rzeczy. Albo po prostu nie potrafią tak dopytać, by padła właściwa odpowiedź, lub "by się nie dopytać" (co tez jest ważne, gdy oskarżony sam się pogrąża odpowiadając). Padał w mediach argument, że będzie to świat ludzi z dobrze opłaconymi adwokatami, bo tym będzie się chciało. Reszta będzie tak zawalona pracą, że ledwo rozpozna kogo broni, czy oskarża.

Jednak mecenas Jacek Kondracki zwrócił uwagę, że nadal sędzia będzie mógł wejść aktywnie w proces na zasadzie "szczególnie uzasadnionych okoliczności". Pod warunkiem, że będzie mu się chciało.

I tu wszedł inny bardzo ciekawy wątek. O zawodzie sędziowskim w Polsce. Mało kto zdaje sobie sprawę, że - odwrotnie niż w amerykańskim systemie prawnym - by zostać sędzią wystarczy skończyć studia prawnicze i aplikację. Gdy za wielką wodą trzeba najpierw zdobyć doświadczenie zawodowe w innych gałęziach prawniczych i przekroczyć pewien próg wieku. Czyli w wielkim skrócie - poznać życie, procesy. Bo jakie doświadczenie może mieć taki 26-cio latek?

Inna sprawa, że jeszcze kilkanaście lat temu absolwenci prawa gnali na aplikacje notariuszowskie, radcowskie, adwokackie, a prokuratorska i sędziowska cieszyły się marnym powodzeniem. Panowało smutne przekonanie, że to miejsca dla tych, którym nie udało się wbić w wyścig szczurów. Albo nie mieli pleców rodzinnych, czy pieniędzy na "wejście". Może od tamtego czasu trochę się zmieniło. Sama znam kilku przedstawicieli prokuratury i uważam ich za fajne osoby.

Pomimo to, z perspektywy czasu, sama myślę, że postrzeganie świata, niuansów życiowych kogoś 35+ jest kompletnie inne niż osoby o dekadę młodszej.

A poniżej link do artykułu w obronie kontradyktoryjności (natrafiłam pisząc ten wpis)

http://nawokandzie.ms.gov.pl/numer-21/opinie-numer-21/ta-straszna-kontradyktoryjnosc.html

niedziela, 19 kwietnia 2015
Prawo Agaty kontra polska rzeczywistość

Obiecałam spisać wrażenia po czwartkowej debacie Uniwersytetu Otwartego. Tytuł był chwytliwy: "Prawo Agaty kontra Ally McBeal, czyli wymiar sprawiedliwości po polsku". Wśród zaproszony do wypowiedzi osób była także Agnieszka Dygant, aktorka grająca postać adwokatki, więc istniało ryzyko, że przybędą tłumy. Na stronie wydarzenia poproszono o wcześniejsze zajmowanie miejsc. Wybrałam się do Starego BUWu, odbywając podróż sentymentalną w dawne czasy studenckie. Byłam pół godziny przed debatą. Zajęłam jedno z pojedynczych ostatnich wolnych miejsc. Debata była transmitowana w dwóch innych salach, ale to nie to samo, co na żywo.

Wśród osób zaproszonych była dawna minister sprawiedliwości i sędzia Barbara Piwnik, Agnieszka Dygant, były minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski, specjalista w zakresie kryminalistyki i prawa amerykańskiego prof. Piotr Girdwoyń, adwokat Jacek Kondracki (broniący m.in. dawnych członków gangu pruszkowskiego) oraz dziennikarz Jarosław Gugała.

Najtrudniejszą rolę miała Dygant, bo tak na prawdę jako jedyna miała luźny kontakt z tematem, ale z uśmiechem postulowała, by dawać ludziom tak wymarzoną przez nich wizję adwokata ciepłego, przejmującego się z ludzką twarzą. Śpieszyła się do pracy, wyszła więc wcześniej.

Zaś kwiat polskiego wymiaru sprawiedliwości dzielił się z salą swoimi przemyśleniami na temat polskiego systemu sądowniczego. Szczerzy byli do bólu. Ćwiąkalski przyznał, że polskie prawo jest niechlujne, źle przygotowane. Dopiero teraz dotarło do mnie - może jestem blondynką, że sędziowie, adwokaci, prokuratorzy nie tworzą prawa, ani przepisów. Rocznie powstaje 30 tysięcy stron (słownie: trzydzieści tysięcy stron) nowelizacji do istniejących przepisów. Obłęd, ale być może ktoś ma poczucie sensu istnienia swojego stanowiska. Skoro trzeba nowelizować i nowelizować. Był rok, gdy 1-go stycznia pojawił się poprawiony artykuł kodeksu, by 2-go stycznia tego samego roku (w dwadzieścia cztery godziny później) pojawiła się nowa poprawka tego samego artykułu. Taka sama poprawka. Może tam też trzeba robić budżety?

A rocznie do sądu wpływa 13 milionów spraw (słownie: trzynaście milinów). Polacy kochają procesy.

Najsmaczniejszą częścią debaty były momenty, gdy paneliści przeszli do dylematu serial kontra rzeczywistość. Bo dziś ludzie mają obraz sądownictwa polskiego, jak z serialu. A nawet polskie seriale nie trzymają się realiów. Okazało się na przykład, że w "Prawie Agaty" obrona i prokurator siedzą odwrotnie niż na prawdę. Odwrotnie, tak jak w sądzie, ale amerykańskim. A to było najdrobniejsze uchybienie :)

Mecenas Kondracki przyznał, że dziś ludzie przychodzą do adwokata przekonani, że pracuje on jak bohaterowie serialu, czyli ma całe dzień by latać po mieście i szukać dowodów, nowych tropów. Dodatkowo przytuli, pogłaszcze. A jak prowadzi się kilkadziesiąt spraw miesięcznie, to jest to fizycznie niemożliwe. A sędzie Piwnik sama miała kiedyś sytuacje, gdy oskarżony chciał już teraz, natychmiast powołać na świadka kogoś kto siedział na sali, bo ta osoba zaraz powie coś, co wyjaśni sprawę. Czyli tak jak w serialu. A niestety procedury powoływania świadka są dłuższe i bardziej zawiłe.

Sędzia Piwnik zwróciła uwagę, że kiedyś ludzie chodzili na procesy - z ciekawości, wścibstwa, dla wsparcia. Jednak z tej obserwacji uczyli się, jak na prawdę te procesy wyglądają. Dziś ludzie oglądają seriale i jakie dokumenty także nie mające nic wspólnego z realiami. Gorzej, na procesy nie chadzają już także studenci prawa... W dodatku, drugi postulat Piwnik, już od lat dziecięcych, w szkole potrzebna jest edukacja - nauka życia w demokratycznym państwie prawa. Dorośli ludzie gubią się w tym, do czego mają prawo, do czego nie. Trochę taka rolę pełni Wiedza o Społeczeństwie. Podręcznik jest jednak pisany ciężkim językiem, bez przykładów - sama niedawno tłumaczyłam nastoletniej córce przyjaciółki różnicę pomiędzy prawe karnym, cywilnym i administracyjnym. Miała definicje, ale nie mogła tego ogarnąć. Nie dziwię się. Sama bym nie zrozumiała.

Na media nie ma co liczyć, bo sam redaktor Gugała przyznał, że dziś na procesy wysyła się stażystów (bo media stażystami stoją), którzy zaraz biegną dokumentować kolejne wydarzenie. Nie ma już specjalistów od opisywania procesów. Wspominała też o tym Katarzyna Bonda (zajmowała się tym przed laty) - dziś w sądach nie ma już dziennikarzy, którzy żyją tylko z opisywania co ciekawszych rozpraw. Media nie stać na nich.

Agnieszka Dygant, zanim wyszła, wspominała, że starała się trochę odkryształowić swoją postać. Żeby ta Agata nie była taka zawsze dobrze przygotowana, żeby czasem popełniła jakiś błąd. Na fali tej uwagi, poszły porozumiewawcze uśmiechy wśród reszty panelistów. To bardziej rzeczywistość niż postulat. Skoro anegdoty padły w miejscu publicznym, to także tu je opiszę, choć o polskiej palestrze świadczy to tak sobie. Sytuacja, gdy adwokat nie wie, "czy broni, czy oskarża" nie jest rzadka. Sędzia Piwnik prowadziła jednego dnia dwie sprawy. Zobaczyła wchodzącego na salę adwokata broniącego w sprawie następnej. Wyjaśniła mu z uśmiechem, że to nie ta. Albo widzi, że adwokat wchodzi na salę, przygląda się siedzącym na ławce oskarżonych, grzebie w papierach i próbuje szybko ustalić, którego z nich ma bronić.

Profesor Girdwoyń opowiedział historię kolegi, który w zastępstwie pojawił się jako prokurator na sprawie nie znając kompletnie akt. Miał zeznawać świadek koronny. Okazało się, że świadek nie ma nic do dodania, sędzia kazała to zaprotokółować  i ów kolega uświadomił sobie, że właśnie kończy się proces i będzie musiał wygłosić mowę końcową. Rzucił jeszcze  okiem w akta by porównać liczbę siedzących na ławce oskarżonych z listą w aktach, bo może coś tu wynajdzie. Została wyznaczona nowa data rozprawy z jakiegoś innego powodu, ale było blisko. Z historii mojej koleżanki prokurator wynika, że to też nie jest rzadkie i do mowy końcowej dochodzi. Na obronę dodam tylko, że prokuratorzy mają miesięcznie kilkadziesiąt spraw. Przygotowanie do jednej do wiele godzin, czasem dni i nie da się ogarnąć wszystkiego, doby nie starczy. Kogo to obchodzi? W dodatku jeden prokurator nie prowadzi sprawy do końca, są one przekazywane. Czasem przed rozprawą trzeba przeczytać akta i rozszyfrować notatki, uwagi poprzedników.

Rozpisałam się, a pretekstem do tej debaty są zmiany w prowadzeniu rozprawy, jakie wejdą w życie od lipca. O tym także było mówione, ale temu poświęcę jakiś oddzielny wpis. Bo w świecie, gdzie mamy przeładowanych pracą prokuratorów i zaganianych adwokatów ostatnią ostoją zdrowego rozsądku na sali bywa sędzia. A zmiany pozwolą, by sędzia mógł sobie od tego odpocząć.

sobota, 18 kwietnia 2015
Koniec tygodnia

Koniec tygodnia był intensywny.

Odysei dentystycznej ciąg dalszy. Niby bagatelka, wymiana plomby w jednym zębie, ale zrozumiałam dlaczego mój znajomym kiedyś twierdził, że woli kilka minut bólu borowania niż nieczulenie. Dostałam coś, co sparaliżowało mi pół szczęki z połową języka. Podobno to jest najlepsze na tylne zęby. A i tak to cholerstwo nie znieczuliło mnie na 100%. Czułam ból zęba. Nieznacznie, ale dla mnie wystarczy. Przez najbliższe trzy godziny mówiłam niczym osoba po wylewie, albo gorzej - nietrzeźwa. Fajnie to się komponowało na placu zabaw. Nic to, jak mawiał Mały Rycerz. Bo w końcu znieczulenie zeszło. I moje zęby zaczęły "biadolić". Ten leczony boli, to jeszcze rozumiem, ale kilka innych? Czasami tak mam i muszę się pogodzić z tym, że mam w szczęce trzydzieści Madame Bovary. Na szczęście zrobił się wieczór. Zjadłam na kolację galaretkę i poszłam spać. Zostało jeszcze kilka wizyt. Poczułam się tym zmęczona. Już nie sama wizyta, czy znieczulenie męczą, ale te godziny gdy znieczulenie już nie działa, a szczęka nie wróciła jeszcze do normalności. Chyba, że termin wizyty będę ustalać z prognozą pogody, ciśnieniem atmosferycznym oraz "pustym kursem księżyca".

Ze sparaliżowaną pół-szczęką byłam na super debacie na temat polskiego wymiaru sprawiedliwości, ale o tym będzie oddzielny wpis, bo smaczków tam było mnóstwo.

Piątek też prawie cały w drodze. Dotąd rozsyłałam CV i telefon milczał. Sprawdziłam nawet, czy dobrze numer wpisałam. Dobrze. To znaczy, niedobrze. Nikt się nie odzywa. Jednak coś drgnęło i zapraszają mnie na spotkania. W czwartek jedno, w piątek dwa, na kolejny tydzień też są. W piątek pomiędzy spotkaniami, podjechałam do urzędu pracy - podpisać się i wypełnić ankietę, która powiedziała mi, że jestem bezrobotnym kategorii I, czyli świetne radzącym sobie z poszukiwaniem pracy. Kazali mi znowu przyjechać w październiku :)

Jako, że zostało mi sporo czasu, a pogoda nie nastraja do siedzenia w parku, posiedziałam w urzędzie. Przejrzałam oferty pracy. A resztę czasu poświęciłam na pisanie - jeden wiersz i kawałek rozdziału :)

Po południu z dzieckiem do teatrzyku. Potem zabrał ją mój tata, a ja poszłam na zebranie do przedszkola.

Jest weekend, a ja mam ochotę tylko na relaks. Dziecko bawi się z koleżanką. Ich relacja to też temat na oddzielny wpis.

15:04, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 kwietnia 2015
Postrzyżyny

Dla odmiany coś o moim dziecku.

Wynosi z przedszkola coraz to nowe umiejętności. Jakiś czas temu gotowałam zupę i ona postanowiła przygotować stół. Kiedy weszłam do pokoju to zatkało mnie, bo ustawiła talerze i sztućce tak jak powinno się to zrobić. Zrobiłam nawet dumna zdjęcie, ale powstrzymałam się od wrzucania do do sieci :D Choć było trudno. Miała tego dnia zajęcia na temat stołu.

- To jest kulturalne jedzenie. - oświadczyło dziecko

Zjadłyśmy więc wreszcie kulturalnie :) A, że z poprzedniego dnia zostało trochę ciasta, to nawet wykorzystałyśmy talerzyki i łyżeczki do deseru :)

Innego dnia wymieniła mi wszystkie planety z układu słonecznego, bo o tym była pogadanka.

A w tamtym tygodniu, moja córka zrobiła sobie sama postrzyżyny. Kulturowo za wcześnie i dziewczynek to nie obejmowało, ale nie przejmowała się tym. Miała już dość długie włosy, takie za łopatki. Ciężko je związywać, bo Wiertka szybko gumki i spinki ściąga. Drażnią ją. Nabrała też okropnego zwyczaju trzymania pasma włosów w ustach - zapożyczyła, to od starszej siostry. Kiedyś zagroziłam, że jak dalej tak będzie robić, to fryzjerka obetnie jej włosy.

I oto pewnego dnia, piszę coś na komputerze, dziecko bawi się za mną. Wiertka przychodzi z nowiną, że sama sobie w końcu te pasma obcięła. Postrzyżyny wyglądały tak, że ciachnęła się nożyczkami głęboko za ucho po obu stronach twarzy. Niesymetrycznie... Z jednej strony włosy dosięgały za ucho, z drugiej były krótsze. Łącznie z grzywką miała włosy w czterech różnych długościach.

Dodam jeszcze, że oczywiście nadal chciała mieć długie włosy...

Musiałyśmy iść do fryzjerki. Włosy zostały po bokach wyrównane, z tyłu mocno skrócone, wycieniowane. Dziwnie to wygląda, ale za kilka tygodni będzie chyba lepiej.

13:49, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Poweekendowo

Słońce pobiera duże myto za swoje promienie. Pierwsze dni wspaniałej pogody przesiedziałam z bólem głowy. Akurat schodził ze mnie ból po jednym leczeniu kanałowym zęba (bardzo trudne i być może bezskuteczne, dlatego ząb daje popalić przez kilka dni), leczyłam kanałowo drugi ząb. Tak bywa, ciśnienie idzie w górę i moja czaszka trzeszczy. Apogeum przyszło w piątek, gdzie połowę dnia przejeździłam po różnych instytucjach, a gdy wróciłam do domu, to padłam i spałam drugą część dnia. Potem już było normalnie, bo ciśnienie atmosferyczne spadło.

W związku z tym, bardzo ceniłam sobie, że ciągle płynny plan rodzicielski uległ zmianie i dziecko było pod opieką ojca od czwartku do soboty.

W sobotnie przedpołudnie edukowałam się na genderach. Dziecko miało być poza domem cały weekend, ale wyszło jak wyszło, więc musiałam rewidować plany na sobotni wieczór.

Najpierw pojechałyśmy na urodziny do mojego kolegi ze studiów. Impreza odbywała się w małej lokalnej knajpce. Przybyłyśmy na sam początek, więc ludzi było jeszcze mało, piło się skromnie i prowadziło inteligentne rozmowy. Ja uczestniczyłam w świętowaniu, a dziecko bawiło się przed lokalem zabawkami. Przezornie zabrałyśmy całą torbę zabawek.

Po godzinie ruszyłyśmy dalej i tu Wiertka zaczęła się buntować. Nie chciałam by rozwaliła kolejne spotkanie, bo w tamtym miejscu dla odmiany wymagano poważnej atmosfery. Użyłam więc szantażu, wzorowanym na pewnym eksperymencie społecznym. Powiedziałam córce, że jak wytrzyma spotkanie to dostanie w domu trzy jajka z niespodzianką. Jak będzie się źle zachowywać, to nie zobaczy żadnego. Chyba justek jest w stanie ocenić, jak moje dziecko poradziło sobie z dylematem odsuniętej w czasie gratyfikacji ;) Można to też nazwać przekupstwem, ale gdy spróbujecie połączyć pojęcia "5,5 latka" oraz "dyskusja nad literaturą niemiecką" zrozumiecie mnie.

Już wyobrażam sobie jej autobiografię za pół wieku: "Matka zabierała mnie na literackie dyskusje. Do dziś pamiętam to bezgraniczne uczucie znudzenia oraz poczucie bezsensu tej chwili".

Dotarłam na spotkanie dyskusyjne, tym razem dookoła "Austerlitza" Sebalda. O książce napiszę może w innym czasie. To nie była dyskusja, ale bardziej wykład, rozmowa prowadzące i gościa. Wolałabym, żeby głosy z sali wprowadzać w trakcie rozmowy, nie na sam koniec.

Ja miałam inny problem. Zebrali siedzieli w kółku, a moje dziecko znalazło sobie zaciszną półeczkę do zabawy. Tyle, że miejsce było obok prowadzącej i gościa. Jak na standardy Wiertki, zachowywała się super, hiper grzecznie. Całe dwie godziny bawiła się swoimi zabawkami. Tyle, że niekoniecznie muszą to być standardy świata dorosłych. Kilkulatka bawi się... mówiąc na głos. Mówiła cichutko, ale tym siedzącym obok mogło to przeszkadzać. Kilka razy powiedziała coś do mnie głośno, bo musiała podzielić się nowiną.

Nie mogłam się wyluzować i skupić na rozmowie, temacie, bo ciągle miałam wrażenie, że moje dziecko komuś przeszkadza.

W domy byłyśmy po 22:00 padnięte. Co się dziwić, że niedziela była leniwa niczym żydowski szabas. Do południa dziecko oglądało bajki, ja leżałam ze śniadaniem, a potem z gazetą. Potem wyszłyśmy na rower - to znaczy dziecko jeździło, a ja szłam za nią. Wiertki jeździ jeszcze na tyle wolno, że nie stoję przed dylematem nabycia własnego jednośladu. Byłyśmy jeszcze na placu zabaw i na zestawie dziecięcym w centrum handlowym. Tam dziecko zaciągnęło mnie do kącika zabaw, gdzie córka zawarła znajomość z jakimś rówieśnikiem z Nowej Pragi, a ja czytałam książkę. Na pożegnanie kolega chciał się jeszcze raz z nią umówić na inny dzień. Powinnam się uczyć od córki.

Chciałam tego dnia iść jeszcze na spacer miejski połączony ze zwiedzanie teatrów praskich, ale moje dziecko zaprotestowało. Biorąc pod uwagę do czego zmusiłam ją w sobotę, odpuściłam :) Do domu wracałyśmy spacerkiem, oglądając sobie różne miejsca.

A dziś zaczął się nowy dzień życia. Były pracodawca nie zapłacił zaległych pensji. Twierdzi, że jak ma zapłacić, jak nie ma. Wiem, że tym pracownikom, którzy zostali zapłacił część. Ja mam w dupę finansowo, bo nie chciałam naciągać firmy na dłuższe zatrudnienie. Pracownicy i tak odeszli po świętach. Czeka mnie pisanie pozwu i sprawa w sądzie. Muszę się rozeznać, co i jak trzeba zrobić. Pisma urzędowe, grrrrr. A i tak wiem, że szefów sąd nie wzruszy, bo mają już zapełniony grafik rozprawami. Są jeszcze inne sposoby, ale zatrzymam to dla siebie.

14:55, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 09 kwietnia 2015
Pornografia dla blondynek

Nie będzie recenzji Greya :)

Jest taki kawał z serii - dlaczego blondynka ogląda film pornograficzny do końca? Bo czeka na ślub.

I śpieszę donieść, że niedawno miałam przyjemność obejrzeć film pornograficzny, który zakończył się sceną ślubu :) Fakt, że na samym końcu panna młoda uciekła z fotografem, z którym to chwilę wcześniej ochoczo swawoliła na kanapie. W każdym razie, miłość zwyciężyła.

Jako, że dzieło leciało na kablówce, nieodkodowane, to nie jest to czysta pornografia, tylko coś pomiędzy - na erotykę za ostre, na porno za mało dokładne wizualnie. Strzelając po kanałach, trafiła kiedyś na ten akurat i czasami zaglądam tam na kilka minut. Więcej nie zdzierżę. Produkcja była włoska. Nie znam się na gatunku, więc nie wiem, czy dobrze, czy źle dla filmu.

15:10, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2
Tagi