To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 28 kwietnia 2016
Śpioch

Gdy wróciłam z kąpieli, coś takiego zastałam w pokoju :)

 

Oglądała bajki. Początkowo myślałam, że udaje, bo uśmiechała się. Po pół godzinie jednak postanowiłam przenieść ją do łóżka. Wcale nie było tak prosto, wysupłać ją z tej walizy ;) Nadal się uśmiechała i drżały jej gałki oczne. Po kilku minutach przebudziła się i powiedziała, że śniły jej się mówiące balony :)

Tagi: córka
21:03, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 27 kwietnia 2016
Spięcia i przepięcia

Dziwna sytuacja. Chyba w ostatnią niedzielę, po 19:00, ja wylegiwałam się w wannie z książką, a Wiertka bawiła się w pokoju. Nagle przyszła do mnie i zaczęła zalękniona tłumaczyć, że światła zamigotały i ona boi się, że będzie pożar. Po wymianie zdań, uściśleniu wiadomości okazało się, że gdy bawiła się w pokoju, na chwilę żarówki w żyrandolu zapaliły się i zgasły. Przestraszyła się, że będzie jakieś spięcie, wybuchnie pożar, trzeba będzie uciekać. Pogadałyśmy trochę o tym, że w czasie pożaru nie należy korzystać z windy, tylko zbiegać schodami. Wytłumaczyłam jej, że nie musi uciekać aż pod sklep, w którym kupujemy bułki :)

Jeszcze przez jakiś czas tego dnia, Wiertka bała się zapalać żyrandol i zostawać sama  w pokoju, ale potem zapomniała. A ja zachodzę w głowę, co z racjonalnego puntu widzenia mogło się stać. Dzień był pogodny, więc choć o tej porze była szarówka, to jeszcze za wcześnie, by do mieszkania wpadły mocne światła parkującego samochodu. Na szczęście, lęk nie eskalował, dziecko szybko zapomniało i jej strachy się nie powtarzały. Ja jednak czułam się nieswojo. Może żarówki autentycznie zamigały?

Wiem, gdzie lęki Wiertki mogą mieć źródło. Jej przyjaciółka z klasy opowiadała ostatnio o pożarze kamienicy. Jak wiadomo, kamienice na Pradze Północ lubią płonąć. Matka dziewczynki przeżyła dziewięć pożarów, sama dziewczynka, siedmiolatka - cztery. Ostatni wiązał się z niezrównoważonymi psychicznie sąsiadami - synem i matką. On podpalił komórkę lokatorską na korytarzu - półtora metra od drzwi do mieszkania koleżanki. To, że innej nocy ów sąsiad porąbał siekierą swoje drzwi, to już drobiazg. Na razie jest w areszcie.

Koleżanka z klasy opowiadała to w emocjach Wiertce, a moja córka też to przeżywa na swój sposób.

Sytuacja życiowa i mieszkaniowa dziewczynki i jej matki to też oddzielna historia.

Inna sprawa, że we mnie jest też - kompletnie niczym nieuzasadniona - obawa przed pożarem mieszkania, w wyniku spięcia elektrycznego. Zimą, idąc się kąpać wyłączam choinkę w pokoju. Piecyk elektryczny w kuchence jest włączony tylko, gdy go używam (tu akurat mam swój powód - kiedyś dymiło się z niego). 

Może to obawa przed utratą tego, co się ma. 

Tagi: życie
18:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Czyż nie dobija się dzikich koni?

Bardzo lubię ten film. "Czyż nie dobija się koni". I nawet mógłby być pretekstem do ciekawego wpisu społecznego. Tym razem skojarzył mi się z czymś innym.

Całkiem niedawno doznałam błogiego, relaksującego uczucia, gdy moje dziecko wyszło ze świetlicy przed 17:00 i oświadczyło:

- Odrobiłam już lekcje.

Oczywiście, powinnam sprawdzić, skontrolować. Chciałam jednak, by miała to uczucie, że jej ufam. Zajrzenie do zeszytów i książek na 100% spotkałoby się z wyrzutami. Jeszcze z parę razy tak lekcje odrabiała. I tylko raz była jakaś niedopatrzona przez nią zaległość.

Za to jej odrabianie lekcji z ojcem wygląda tak:

- Kazałem jej odrabiać lekcje, uciekła do łazienki. Co miałem zrobić?

Nie podejrzewałam, że kiedyś wymienimy się narządami płciowymi. Choć znam słynny cytat o sile jąder, a sile waginy ;)

Wiertka nawet odrobinę ruszyła do przodu z czytaniem, ale może poświęcę temu jakiś odrębny wpis.

Widzę, że moje dziecko z zimowego semestru to całkiem inne dziecko, niż to z letniego. Przypomniało mi to dzikiego konia, którego chwyciło się na lasso. Wyrywa się, wierzga, krzyczy, szarpie, biega, skacze. Aż w końcu zaczyna chodzić spokojnie. Jeszcze czasem wierzgnie tylnymi kopytami. Jak mu płot uchylisz, to pomknie jak szalony przed siebie. Jeszcze czeka go jeździec.

Nie wiem, czy to komplement względem naszego systemu edukacyjnego.

Tagi: córka
19:27, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 20 kwietnia 2016
Zbieractwo XXI wieku

Ta historia zaczęła się chyba jakieś dwa tygodnie temu. Zamówiłam przez internet, na sobotę, zakupy spożywcze.

Dygresja. Dlaczego to robię? Bo jestem "męska" w robieniu zakupów - wchodzę do sklepu, mam listę w głowie, na kartce, biorę co trzeba i do kasy. Żadnego spacerowania, przeglądania, wąchania. Czas spędzony na kupowaniu uważam za boleśnie stracony w życiu, czas którego nikt mi nie zwróci. Choć płacę za dostawę, to uważam, że godzina, półtorej mojego życia warta jest więcej. Ludzie bez problemu kupują w sieci ubrania, kosmetyki, sprzęt elektroniczny, agd, ale nadal za takie ważne uważają wielką wyprawę do supermarketu po jedzenie. Może jest w tym jakiś pierwotny atawizm, gdy to co wyszperane z mchu, uzbierane z krzaków, zgarnięte z drzewa wydawało się bardziej cenne? Dziś tym szperaniem jest wędrówka za promocjami.

Zamówiłam na sobotę. Na dwie godziny przed "okienkiem" dostawy (są dwugodzinne) dostałam telefon z infolinii (dwa województwa dalej) z informacją, że z przyczyn technicznych zamówienie zostało anulowane. Nie wiedzą dlaczego, to wie sklep - ten dwie ulice dalej ode mnie (mimo, że tak blisko, ciężko się do niego dostać bez samochodu, sokramka zaświadczy). Trudno. Usiadłam do komputera i wrzuciłam zamówienie na następny dzień, na niedzielę. W niedzielę, na dwie godziny przed "okienkiem" dostaję telefon z informacją, że z przyczyn technicznych zamówienie zostało anulowane. Dopytałam się prawie uprzejmie, czy to żart? Ile mogą trwać problemy techniczne? Pani na infolinii, była miła, przepraszała, obiecała rekompensatę.

I tak w jakieś trzy dni potem dostałam mailem ponowne przeprosiny oraz dwa e-kupony po 30 zł, po jednym za pechowe zamówienie. Pomyślałam, że to koniec problemów technicznych i złożyłam nowe zamówienie. Na piątek.

W piątek, na dwie godziny przed "okienkiem" odbieram telefon. Zamówienie zostało anulowane z przyczyn technicznych. I wtedy mną szarpnęło. Podniesionym głosem wyraziłam zdumienie nieustającymi problemami technicznymi w sobotę, w niedzielę, oraz w następny piątek. Pani na infolinii, tej dwa województwa dalej nie wiedziała, co się mogło stać, ale dała mi numer Biura Obsługi Klienta sklepu dwie ulice dalej. Tam nic nie wiedzieli, ale przełączyli mnie do Biura Obsługi Zakupów Internetowych (czy jakoś tam). Też w tym sklepie. Kolejna pani sprawdziła, co się dzieje i odrzekła, że samochód dostawczy się zepsuł. Dopytałam prawie uprzejmie, czy mieli zepsuty samochodów w zeszłą sobotę, zeszłą niedzielę i dziś? A tak, zdarza się. Plagę psujących się samochodów mają? A tak, zdarza się. Tylko dlaczego zawsze wtedy ja jestem na liście adresów do dostawy?! Jakiś głupi pech. Nikt tego nie zweryfikuje, bo robi to zapewne automat. Jak widać maszyny szybko nie zastąpią żywego człowieka. A na pewno nie dział Obsługi Klienta.

Wyraziłam chęć złożenia reklamacji. Okazało się, że ponownie muszę dzwonić na infolinię, dwa województwa dalej. Tam pani ponowne wyraziła zdumienie, oraz zasmucenie moją historią i nawet brzmiała szczerze. Oczywiście, mogę złożyć reklamację ustnie lub pisemnie u niej, a ona przekaże to do sklepu. Tego dwie ulice ode mnie. Świat jest globalną wioską. Z naciskiem na wioskę. Oświadczyła, że nie zamierza już kupować przez internet, mam kryzys zaufania i oczekuję innej rekompensaty niż e-kupon, którego wykorzystać nie mogę. Z przyczyn technicznych.

Byłam tak wkurzona, że miałam ochotę sadzić listy na Facebooku i pisać noty interwencyjne. Pieniactwo jednak jakoś słabo się mnie trzyma. Przez następne dni taszczyłam siaty z pobliskich sklepów i to mnie z niego wyleczyło. Dostałam maila, który przywracał mi wykorzystany, ale nie wykorzystany z przyczyn technicznych e-kupon. A po jakimś tygodniu przyszedł kolejny mail, w którym bardzo, bardzo, ale to bardzo mnie przepraszano, ale jedyną formą rekompensaty mogą być e-kupony i teraz dostaję trzeci - za 50 zł. Niechęć do zakupów okazała się silniejsza niż nadszarpnięte zaufanie. W najgorszym wypadku zostanę zbieraczką e-kuponów, które będę puszczać na allegro ;)

Zakupy dziś przyjechały. Świat znowu działa poprawnie.

Tagi: życie
18:52, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
sobota, 09 kwietnia 2016
Ustawa, a co to takiego?

Nie pisałam, bo chciałam się maksymalnie skupić na pewnej innej rzeczy.

Dziś się złamię, bo i więcej czasu miałam.

Było mi głupio, że od początku roku nie byłam na żadnej manifestacji, a miałam ochotę, popierałam i byłam sercem. Swoją drogą, brzmi to oszałamiająco - jedna czwarta roku za mną, a ja jestem kilka manifestacji w plecy. Ciekawy ten świat dookoła. Umówiłyśmy się z sokramką, zabrałam Wiertkę i poszłyśmy pod sejm protestować w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Ludzi sporo. Trochę znajomych. Miałam obawy, czy zabierać dziecko na takie wydarzenie, ale okazało się, że dzieci było całkiem sporo. Widziałam nawet jedno z Zespołem Downa - widać, że ktoś doskonale, w praktyce wie, że prawo wyboru, to prawo wyboru. Obawiałam się, że moja córka się wynudzi i po latach napisze w swojej autobiografii "matka zabierała mnie na feministyczne manifestacje, pamiętam uczucie przejmującej nudy". Znalazła jednak pomnik do wspinania, miejsce do skakania, a w jednym momencie nawet:

- Mamo, to też o nas. - skomentowała gdy ze sceny krzyczano "Dziewczyny, nasza sprawa" i też krzyczała :)

Jednak po godzinie wyciągała mnie do domu.

Czytałam w czwartkowej Gazecie Wyborczej artykuł opierający się o badania opinii społecznej. Badania dotyczyły ustawy. Okazało się, że najwięcej zwolenników zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej jest wśród ludzi 18-24 lata. I wcale mnie to nie zdziwiło. Widzę wpisy na FB mojej chrześnicy i jej narzeczonego. Gdy koleżankom z pracy, 24 latkom, powiedziałam, że idę na demonstrację, miały obojętną minę. Pokolenie urodzone na początku lat 90tych jest w większości tradycjonalistyczne, narodowe. A ustawa?

Te kobiety urodziły się w czasach, gdy ustawa antyaborcyjna istniała. Dla nich nie ma innego świata, ograniczenie było zawsze. To naturalne. To nie ograniczenie. To norma. Nie czuły na własnej skórze tych zmian. Nie słyszały w domach, plotkach sąsiedzkich historii o zabiegach. W ich domach to temat tabu.

Teraz antykoncepcja, jeszcze, jest lepsza bardziej wszechstronna, niż 25 lat temu. Dla nas tampon był nowością i wtargnięciem awangardy w nasze ciała. Dziś pewność, że do ciąży nie dojdzie, gdy jej się nie chce, jest ogromna.

Gdy masz 20 lat, to dzieci są w całkiem realnych planach. Pragnie się ich. Jeśli antykoncepcja zawiedzie, to nic strasznego się nie stanie. Super. Będzie dzidzi po przytulanku. Dziecko bez ojca, samotne macierzyństwo, nie jest już taką hańbą dla rodziny. Tak przypuszczam.

Chore dziecko, ciężkie wady genetyczne? To dla starych kobiet. Młodym to się nie przytrafia. Gwałt? Nie łudźmy się. Każda mocno wierzy, że jej to nie spotka. Śmierć? Słodko jest umierać dla swojego nienarodzonego dzieciątka. Optyka się zmienia, gdy ma się jedno w domu i widzi się, kogo matki się pozbawi.

Efekt jest taki, że libertyńskie, ekscentryczne, odjechane to jesteśmy my 40+. Niczym Edina I Patsy z "Absolutely fabulous" :) Skojarzyło mi się, bo jedna z nich ma konserwatywną, odnoszącą się ze zgrozą do poczynań matki, córkę :)

 

piątek, 01 kwietnia 2016
Janusze Biznesu

Widzę, że moje "dupojęczenie" było tak "dupojęczące", że nawet nie wiadomo było, jak to skomentować :)

Dziś coś weselszego.

W lutym dotarł do mnie PIT od dawnego pracodawcy. Rzuciłam okiem, coś mi nie grało, ale odłożyłam. Niedawno usiadłam bym wypełnić rozliczenie podatkowe. I teraz wpatrzyłam się w cyferki dokładniej. Było ich za dużo. Ja tam tyle nie zarobiłam. Płacili z opóźnieniem, więc może wchodzą w to pensje z 2014, wpłacone na konto w 2015. Sprawdziłam historię rachunku. Jak w pysk strzelił - PIT został wystawiony na kwotę... dwa razy wyższą. 

Zaczęłam mailować z biurem rachunkowym. Dołączył się też były pracodawca. Z biura dostałam maila, który to wcześniej został z tamtej firmy do nich przesłany, gdzie było dokładnie wyliczone, ile zostało wypłacone tytułem wypłaty. Teoretycznie. Ci idioci kazali wystawić PIT także i na pensje, których mi nie wypłacili... Odpisałam, że dziękuję za wiadomość, bo na pewno przyda się w Sądzie Pracy.

W efekcie, jeden z byłych szefów napisał mi, żeby nie robić żadnych korekt PITu, a on mi do końca kwietnia przeleje brakującą kasę. Do końca kwietnia... Przypominam, że w końcem kwietnia zamyka się rozliczenia podatkowe. Jak ich znam, zostałabym z błędnym PITem i brakiem kasy. Bo 1-go maja pokazali by mi figę.

Stanowczo zażyczyłam sobie prawidłowego PIT. I przelania kasy oczywiście. Szefowie od dwóch tygodni milczą. Ich księgowa pisze, że będzie ich dociskać, bo korekty PITu i mojego świadectwa pracy będą ich kosztować 800 zł. Na konto na razie nic nie wpłynęło.

Mam swoje sprawy na głowie. Nie mam czasu, ani sił by biegać do Sądu Pracy. Gdyby nie ten PIT machnęłabym ręką. Ale ci idioci, byli na tyle bezczelni, że wystawili go na kasę, którą są mi winni. Szczęka mi opada.

Nie wiem, co zrobię, kiedy będzie się zbliżał koniec kwietnia, a ja nie będę miała ani przelewu, ani prawidłowego PIT.

Janusze Biznesu.

 

I to nie Prima Aprilis. Na serio.

Tagi: życie
19:41, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
Tagi