To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 28 maja 2011
jednak lubię być matką

Przewidywałam, że to kiedyś napiszę.

Ostatni tydzień chorowałam, byłam w domu z małą i wyjąwszy te dwa dni, kiedy zbierałam się z podłogi, to był bardzo miły czas. Chodziłyśmy na plac zabaw, gdzie Wiertek biega między jedną zabawką, a drugą, na każdej spędziwszy do 1 minuty. Układałyśmy wieże z klocków - czyli mama układa, córka rozwala. Miła odmiana po bieganiu do pracy. Nawet nie chce mi się do niej wracać (odpukać, bo umowę mam do konca czerwca). Zapewne, jeszcze z tydzień, dwa i zatęskniłabym za pracą :D Tak to bywa.

Tylko powoli zaczyna się we mnie sączyć pustka towarzyska, brak kontaktów z ludźmi, rozmów normalnych. Od poniedziałku będę miała to wedle uznania.

Nawet nie wkurzam się, że nie idę na imieninowego grilla u kumpeli. Wiertek miała być u taty, ale jej brat przyrodni, który też tam jest na ten weekend, ma zapalenie oskrzeli. Nie zaryzykuję kolejnej choroby małej. Nie mam jeszcze aż takich deficytów w kontaktach z ludźmi, by rozpaczać :)

Może to i dobrze - wieczorno-wczesnonocny grill z wódeczką pewnie przysłużyłby się mojemu kaszlowi. Tydzień w domu na syropach odkrztuszających pomógl, ale nie w 100%. Znowu będę pokasływać do lipca.

Tagi: córka
13:58, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 maja 2011
nocnikowe alarmy

Było tak już wcześniej, ale odkąd jesteśmy ten tydzień w domu, to plaga.

Kilka razy na godzinę Wiertek podbiega no nocnika, próbuje ściągnąć sobie majtki i ma minę jakby sekundy dzieliły ją od wielkiego wydarzenia. Sadzam i nic. Posiedzi trochę, pokręci się po pokoju z gołym tyłkiem. W nocniku pusto. Po 2-3 minutach znowu pędem do nocnika i jak próbuję to zignorować, to krzyk. Mam ochotę wywalić nocnik przez okno i nigdy więcej nie przynosić nowego, ale wiem, że to jest jakoś tam ważne. Tylko nie wiem do czego doprowadzi.

W maju trzy sukcesy były - 9, 13 i 20 maja :) 9 maja tuż przed 19.00 - ważne wydarzenie - mała zrobiła siku do nocnika! Dwa następne to też były siku, gdy wysadzałam rano po butli mleka. Zawsze wydawało mi się, że łatwiej nauczyć dziecko robić tam kupę niż sikać. A tu proszę.

Z kupą jest tak, że sygnalizuje mi, że ją zrobiła do pieluchy, stojąc przy nocniku.

Gdybyśmy były w domu i nie było żłobka, pracy, to puściłabym ją wolno z gołym tyłeczkiem i może załapała by niedługo. A tak nie wiem, jak to połączyć. Może pogadam z opiekunkami i wystartujemy w lipcu, w czasie mojego urlopu (obym go dostała).

Tagi: córka
10:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 maja 2011
na Dzień Matki

Dziś krótko.

Wiertek na razie nie wie, jakie dziś święto i że powinna coś zaprezentować ;)

Ja już kiedyś dostałam jeden z najlepszych prezentów na Dzień Matki. Dwa lata temu byłam na pierwszym ciążowym usg. Ze względów finansowych, ciążę prowadziłam państwowo, a tam pierwsze badanie wypadało w terminie genetycznego. Już raz byłam na takim usg i zobaczyłam martwą od miesiąca ciążę, więc byłam zestresowana. Badanie miałam mieć kilka dni wcześniej, ale doktor wziął dzień wolnego. Tym razem pod gabinetem były kolejki. Ginekolog stwierdził, że nie ma czasu na usg i zbada mnie tylko na fotelu. Powiedziałam mu stanowczo ze łzami w oczach, że się nie ruszam bez badania ultrasonografem i koniec. Wiedział o poronieniu i że jestem pacjentką "wyższego ryzyka histerii".

I tak w Dzień Matki dowiedziałam się, że noszę jednak żywą ciążę. Malutka siedziała sobie cicho, machając łapką, nieświadoma jeszcze na jaki świat się wybiera.

Od tamtego momentu odpuściło i zaczęłam być w ciąży. Wcześniej stres nowej pracy, samotnego wynajmowania mieszkania, braku kasy wszystko przytłaczał. O ciąży nie myślałam. Jest to jest. Nie ma, to nie mogę nic zrobić.

Tagi: córka
13:40, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 maja 2011
moja choroba - dla odmiany

Wykrakałam.

Powaliło mnie w nocy z piątku na sobotę. Gorączka, ból głowy, silne ataki kaszlu, katar. I to najgorsze - całkowity, totalny brak energii, siły na cokolwiek. W życiu przed 9.12.9 mi to nie przeszkadzało - jeszcze jedna okazja do poleniuchowania. Po 9.12.9 mam małe dziecko, które jeszcze przez parę lat za cholerę nie będzie chciało złapać sensu zdania "Mama jest chora, nie ma siły się podnieść".

W sobotę przyjechał tata Wierka i zajmował się ją. Ja leżałam i patrzyłam się tępo przed sobie, albo drzemałam. Zażartował, że teraz to wierzy w moją chorobę, gdy na obiad skubnęłam trochę ryżu i sałaty. Tylko ciężki stan może odebrać mi apetyt.

W niedzielę zostałyśmy same, bo on też się wyłożył i pojechał gorączkować do siebie. Może to i dobrze, że nie jesteśmy razem - tak miałabym na głowie jeszcze chorego faceta. To ja podwójne dziecko. Czułam się trochę lepiej, ale nie na tyle, żeby normalnie egzystować. Człapałam po domu jak osoba czekająca na przeszczep serca. Żałowałam, że małą kompletnie nie interesują bajki, bo z chęcią bym ją posadziła przed tv na cały dzień. Ratował mnie balkon - Wiertek lubi poprzyglądać się światu. I trochę popiszczeć dla sprawdzenia akustyki osiedla.

Upał chyba i doskwierał mojemu dziecku - choć zza zasłoniętymi oknami - bo raz drzemała 2 godziny, potem 3 godziny. Ja też wtedy mogłam spać, bo w którymś momencie coraz trudniej mi było walczyć z sennością. Najgorsze, że z tego braku energii moje dziecko tak mnie irytowało, drażniło, że na hasło Rodzicielstwo Bliskości dostawałam piany. Cytując pewną znajomą - mogłam sobiem je zwinąć w rulonik i rozważyć znaczenie słowa czopek.

Dziś jest o wiele, wiele lepiej. Udało mi się dostać do lekarza. Dostałam tydzien zwolnienia i receptę na antybiotyk. Choroba za słaba na antybiotyk i teraz mam dylemat - siedzieć w domu tydzień i ryzykować fochy szefa, czy walnąć z armaty do muchy i iść do biura już np. w środę.

Zobaczę co dziś powie pediatra w sprawie choroby Wiertka.

13:23, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 maja 2011
chore dziecko - kampania majowa

Już trochę po stresie. Stres nie dlatego, że tak ciężko choruje, ale dlatego, że trzeba kombinować jak znaleźć opiekę do dziecka, nie narazić się w pracy.

Znalazłam miłą dziewczynę, która może opiekować się małą w poniedziałki i środy - ma doswiadczenie, przyjaciółka mojej chrześnicy, tyle że uczy się w inne dni tygodnia.

Poczukiwania na wtorek nic nie dały i skończyły się moim skokiem ciśnienia i wypalonym papierosem (przy stacji Metra) - nie było to chyba najlepsze połączenie, bo zrobiło mi się słabo i nie mogłam się przez chwilę poruszać.

We wtorek wzięłam dzień urlopu, z "powodów rodzinnych". Szef za wielką wodą, maila przyjął spokojnie. Chciałam pracować z domu, ale żeby reszta ludzi "kryła mnie" - przecież prezes nie zobaczy, że mnie nie ma za biurkiem - ale nie chcieli ryzykować. OK.

Środa - młoda dziewczyna.

Czwartek - tata Wiertka.

Piątek, to już się ze stresem otrzaskałam. Sąsiadka chętna na opiekę nad dzieckiem, zrezygnowała, bo ładna pogoda i na działkę jeździ. Dawny Opiekunek ma rozmowę w sprawie pracy. Bezrobotna siostra cioteczna - jedzie za granicę pracować. Bezrobotna koleżanka, z doświadczeniem pracy w żłobku - w depresji i wspólni znajomi odradzili mi proszenie ją o taką pomoc.

Nie pozostało mi nic innego, jak napisać do szefa, że mam gorączkę, fatalnie się czuję i w piątek zostanę w domu (w sumie prawda, bo mam katar, kaszel i rozbita jestem), odwiedzę lekarza. Zgodził się. Zwolnienie lekarskie wypisała mi pediatra.

A Mała ma ciągle radosne zapalenie oskrzeli, mimo tygodnia na syropach w domu. Dostała antybiotyk i trzymam kciuki, by w poniedziałek lekarka dała pozwolenie na pójście do żłobka. W pn będzie dziewczyna, więc luzik.

A najbardziej irytujące jest to, że teraz mam martwy okres w pracy, jakieś akceptacje ostateczne, końcowe ustalenia z klientami. Da się to robić w domu mailami. Szczególnie, że mogę zabrać do domu telefon komórkowy, laptop i internet bezprzewodowy.

Tagi: córka
14:13, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 maja 2011
malarstwo naścienne - inauguracja

Wiertek dokonała dziś swojego pierwszego rysunku na ściennego. Długopisem. Na białej ścianie dużego pokoju. Sztuka bardziej abstrakcyjna - esy floresy, trochę jak wykres prawidłowego odczytu KTG.

Wiedziałam, że to kiedyś nastąpi. Dlatego, kupując to mieszkanie ze świeżo pomalowanymi na biało ścianami, nie biegłam do sklepu z farbami by udekorować je w ciekawsze kolory. Planowałam, że za 2- 3 lata wszystko trzeba będzie odmalować od nowa, po częstym kontakcie z czułymi, dziecięcymi łapkami.

Sama pamiętam, jak razem z o dwa lata młodszym bratem, rysowaliśmy kredkami po ścianach. Teraz tylko się zastanawiam, czy:

  • nie pozwalać jej rysować po ścianach, ale nie denerwować się, gdy mnie przechytrzy
  • pozwalać jej malować co chce i gdzie chce
  • razem z nią dekorować ściany

Może zaczniemy od naklejek w pokoju dziecinnym?

Tagi: córka
20:56, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 maja 2011
jak zgubić własne buty

Mój piątek 13-go spóźnił się o 24 godziny.

Właśnie wybierałam się, by zahaczyć z małą o plac zabaw, zawieźć ją do taty i rodzeństwa i pojechać na zajęcia. Nigdzie nie mogłam znaleźć butów, które rano odebrałam od szewca. Przeszłam całe mieszkanie, w nadziei, że może Wiertek je gdzieś zawlokła. Czas mijał, ja przespacerowałam się po komnatach po raz kolejny i pomysły mi się kończyły.

Poirytowana cholernie, wyszłam w końcu na balkon, zapalić papierosa, dla uspokojenia, bo nerwy mną telepały, a dziecko jęczało mi przyczepione do kolan, bym je wzięła na ręcę. Piękny widok. Żałowałam, że pod blokiem nie przechodzi jakaś mama wyznająca Rodzicielstwo Bliskości, by z innymi matkami podzielić się tym patologicznym widokiem (ulubiony temat wątków matek na forach "co za biedne dziecko dziś widziałam"). Zaczęłam analizować swój powrót od szewca krok po kroku. I olśniło mnie, kretynkę w blond kudły szarpaną!

Rano byłam z małą oddać buty do szewca, zrobić zakupy w supermarkecie, kupić jej ubrania, odebrać buty od szewca. Na tyle starczyło mi rąk i palców, by wszystko pomieścić. Wracałyśmy już autobusem. Tak dotoczyłam się pod klatkę schodową - pchając spacerówkę, z koszem wypchanym zakupami, w rękach taszcząc mega pakę pieluch, torbę z zakupami i siatkę z butami. Otworzyłam drzwi, wtaszczyłam rzeczy, postawiłam je na ziemi, wepchnęłam wózek, wzięłam zakupy... Stop! Cholera, nie wzięłam wszystkich! Pobiegłam na dół. Jak można się domyśleć, na korytarzu, przy wejściu nic już nie było.

Ktoś się połaszczył już na moje buty. Ludzie często zostawiają torby z niepotrzebnymi ubraniami, butami, ale raczej przy zspach, albo przy drzwiach, na zewnątrz. W dodatku, minęło już trochę czasu - gdy wróciłyśmy, mała spała w wózku, ja przysiadłam z kawą i gazetą by wykorzystać moment cenny jak diament i po chwili sama drzemałam. Potem ona zbudziła się głodna, szybko gotowałam obiad.

Byłam na siebie na taka wściekła. Manolo Blahnik to nie były. W jednym jeszcze nie przypominam kobiety - mam mało butów, a te były kupione jesienią, w dobrym stanie. Zostały mi takie kilkuletnie zniszczone i trampki, z których wyciągnęłam sznurówki by zablokować nimi szafki w regale (przed ciekawością poznawczą Wiertka).

Podjęłam desperacką i obciachową próbę - nakleiłam ogłoszenie z prośbą o zwrócenie zguby. Czerwony polik.

I stał się cud soboty 14-go. Właśnie zwiedzałam, po zajęciach, zabytkowe tramwaje (Noc Muzeów), gdy zadzwoniła sąsiadka. W dodatku, ta zza ściany. Zostawiłam buty w windzie. Jutro w południe mam do niej zapukać i je odebrać.

Moją ulubioną czynnością jest gubienie różnych rzeczy...

Tagi: życie
22:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 maja 2011
po pracy o pracy

Po ponad dwóch miesiącach pracy mogłabym wreszcie jeden wpis na jej temat popełnić. Jednak bez szczegółów. Kraj mały, miasto małe, anonimowość w necie taka sobie.

Właśnie wyszłam z zabieganego okresu. Nałożyły się na siebie cztery projekty, cztery budżety do zrobienia. Wszystkie miały deadline'y niemal tego samego tygodnia. Czułam się jak cyrkowiec żonglujący czterema talerzami. Jedna rzecz w końcu nie wypaliła, dwie zamknęłam przekraczając budżety zeszłoroczne. Jak na kogoś, kto dopiero zaczął pracę w tym miescu, to nie tak źle.

Teraz dziwnie się czuję, bo mam tylko jedną rzecz do zrobienia. Mam sporo czasu dla siebie. Szef przyjmuje od czerwca dodatkową osobę i na nią sceduje najnowszy projekt. Ten najgorszy.

Atmosfera w pracy fajna, ludzie normalni. Przysługuje mi 45 minut przerwy na lunch i dwie przerwy na papierosa po kwadrans :) Nie wliczane do czasu pracy, więc pracuję 8-16.00. Zazwyczaj wychodzę sobie z biura, idę do małego sklepiku nieopodal kupuję batonika albo loda i spaceruję trochę po okolicy. Teraz jak jest słoneczna pogoda - wychodzę na chwilę z książką na mini plac zabaw, na niedalekim osiedlu. Może nawet wrócę do pisania.

Dodam tylko, że charakter mojej pracy jest bardziej zadaniowy, więc jeśli nie będę przynosić pieniędzy, to nie będzie słońca i spacerów ;)

Nudno pisać o tej pracy.

Tagi: praca
19:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 maja 2011
noc w nowiu

Aż jestem zaskoczona, że ciągle jestem pełna energii.

Mam za sobą prawie nieprzespaną noc. Koło 1.00 próbowałam metodami łagodnej perswazji skłonić się do zaśnięcia. Długo to nie trwało, bo mała się obudziła. Też jej się nie chciało spać, tak po prostu. Teraz próbowałam ją namówić do snu. Nie wkurzałam się aż tak bardzo, bo sama byłam pełna energii. W sytuacji, gdybym nie miała malego dziecka, nie musiała wstać o 6.00 do pracy, pewnie bym na luzie zajęła się jakimiś ciekawymi sprawami. Stresowało mnie, że czas pozostały na sen kurczy się gwałtownie, a potem osiem godzin w pracy, popołudnie sama z dzieckiem. Po dyskusjach, jękach, negocjacjach, wreszcie zasnęłyśmy o 4.00. Wiertek nie była do końca przekonana, ale poddała się argumentom matki. Spałam dwie godziny. Chwyciłam jeszcze chwilę snu w tramwaju.

Dotąd wydawało mi się, że to pełnia pozbawia mnie snu, bo taka noc czasami się zdarza.

Chyba dziś ciśnienie atmosferyczne jest ostre jak brzytwa.

Czasem lekkie nadciśnienie się przydaje.

Uaktualnienie mojego niedawnego wpisu o PITcie 37 - zagubiony PIT11 znalazłam wczoraj, 3 maja, tak jak podejrzewałam. Był w miejscu, które przejrzałam trzy razy, miałam go zapewne trzy razy w ręku. Cholera, pisałam, że tak będzie. Znalazłam go szukając innego dokumentu, który być może znajdzie się, gdy będę szukać jeszcze innego.

Tagi: życie
14:24, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi