To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 31 maja 2012
Puchnę z dumy

Pytano mnie ostatnio o zgodę, by opinię na temat Wiertki napisał psycholog żłobkowy. Zgodziłam się, ale serce mi się trochę ścisnęło. Bo ona dla mnie jest najzdolniejsza, najbardziej bystra, a tu się okaże, że nie. Chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach. Chcesz mieć kłopot z dzieckiem, podeślij je psychologowi.

Dygresja - przypomina mi się pewna forumowa mama, która mając jedno dziecko autystyczne, poszła na diagnozę z młodszym, tak dla spokoju, by potwierdzić oficjalnie swoje  dobre obserwacje. I okazało się, że u młodszego też zdiagnozowali zaburzenia i zalecili terapię. Mama na szczęście tylko się uśmiała.

Opinię dostałam wczoraj i kamień mi spadł z serca. Nie mam w niej nic, czego bym nie wiedziała i jest coś, czego nie wiedziałam jednocześnie :) Dojrzałość ruchowa (wchodzenie po schodach, rzucanie piłki, zajęcia muzyczne) - dobrze, społeczna (samodzielne jedzenie, mycie, fizjologia) - dobrze, koordynacja wzrokowo-ruchowa - dobrze, ale trzeba popracować nad nawlekaniem koralików na sznurek i modelowaniem kółek z plasteliny. Tylko czynności poznawcze - słabiej. Sama widzę, że dziecko mało mówi i jest w tyle za rówieśnikami. Ale prawidłowo określa wielkości mniejszy/większy i rozumie niektóre zaimki. Pewnie gdyby była ze mną w domu, to tak by nie było, bo ciągle by mi się wydawało, że jest jeszcze za malutka by to rozumieć. Przy okazji - sprawdzić w googlach co to zaimki ;)

Na koniec coś co mnie zbiło z nóg i aż zacytuję: "Kontakty społeczne, w tym samodzielna zabawa oraz w interakcji z innymi dziećmi, a także organizacja zabawy tematycznej jest mocną stroną dziewczynki". Dobra, odłóżmy na bok kwestie literackie w tym zdaniu. Wiertka ma mocną stronę :) W domu nigdy bym ją nie posądzała o samodzielną zabawę, czy organizację zabawy tematycznej. W domu jej ulubioną zabawą tematyczną jest "zabawa z mamą". A może to ja jej pokazałam, że można budować lalom łóżeczka z klocków, domki, garaże dla samochodzików oraz, że lale i samochodziki mogą ze sobą gadać.  Że kocyk na środku pokoju może być wyspą, z której się skacze do wody-podłogi i pływa jak ryby. Do tego nie sądziłam, że celuje w kontaktach społecznych, bo na razie to sprawiała wrażenie aspołecznej, skupionej tylko na sobie, ignorującej inne osoby. Po tatusiu ;)

15:07, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 30 maja 2012
Plac zabaw "kamieniczny" a "blokowy"

Dziś krótko o placach zabaw, jakie zwiedzamy z Wiertką. Do niedawno myślałam, że tylko zapewne ja widzę różnicę pomiędzy nimi. Okazało się, że niekoniecznie. W sąsiedztwie naszego bloku są dwa place zabaw. Najbliższy jest „kamieniczny” – bo otoczony stuletnimi kamienicami komunalnymi – wybudowany niedawno, lśniący nowością. Atmosfera jest tam właśnie „kamieniczna”. Wpadają dzieci w różnym wieku – od przedszkolaków, przez dzieciaki z pierwszych klas podstawówki, po początki gimnazjum. Po butelkach po piwie w koszu widać, że starsza młodzież też zagląda, ale w innych godzinach. Mamy siedzą na ławkach i plotkują, gdy dzieci zajmują się same sobą lub pilnuje ich starsze rodzeństwo. Czasem dołączają wytatuowani tatusiowie. Z pobliskich okien lub zaparkowanego samochodu leci czasem rytmiczna, dyskotekowa muzyka. W niedzielne przedpołudnie można się natknąć na rodzinny brunch składający się z kebaba, frytek oraz piwa (dla dzieci soczek). Przedszkolaki biegają z piskiem, młodzież płci męskiej wyrywa plecaczek młodzieży płci żeńskiej i ganiają się dokoła zjeżdżalni.

Kilka bloków dalej jest plac zabaw „blokowy”, otoczony dziesięciopiętrowcami z wielkiej płyty. Tam atmosfera snuje się leniwie i niespiesznie. Najstarsze dzieci mają do 6-7 lat. Starsze biegają po okolicy lub kryją się po okolicznych zakamarkach, dzięki czemu sprawiają wrażenie kulturalnych. Tylko tatusiowie przystojniejsi.

Bywamy z Wiestką na obu, ale ja mam większy sentyment do „kamienicznego”, bo wyłożony jest tartanem, gdy „blokowy” piaskiem, po którym trzeba doczyszczać i mnie, i dziecko. Za to na drugim jest piaskownica, co o tej porze roku jest atrakcją dla malucha. „Kamieniczne” nie bywają gorsze – same wykopały sobie prowizoryczną piaskownicę obok ogrodzenia, w suchym, szarym piasku.

I oto niedawno moja sąsiadka, matka rówieśnicy Wiertki, zapytała mnie, czemu chodzę właśnie na tamten plac zabaw. Przecież tam dzieci i dorośli przeklinają, a na „blokowym” jest tak przyjemnie, zabawki dostosowane do wieku maluszka. Widocznie miałam szczęście, bo nie natrafiłam jeszcze na bluzgającego osobnika w żadnym wieku. Za to udawało mi się zamienić czasem kilka zdań z tymi dzieciakami. Fakt, że raz jeden gówniarz zapytał mnie, czy jestem mamą czy babcią tego dziecka. W głębi duszy podejrzewam, że to była ich zabawa na podkurwianie mamusiek, a nie, że wyglądam staro. Podziękowałam mu za komplement. A raz jedna z – na oko – 8-10 letnich dziewczynka pomogła mi, gdy Wiertka wpadła w histerię (odmówiłam przeniesienia błota z prowizorycznej piaskownicy na plac zabaw) i sama ją uspokoiła.

To prawda, że na „blokowym” jest spokojniej i nikt dziecka nie stratuje. Tylko, że wydaje mi się, że energia krążąca po „kamienicznym” bardziej Wiertce odpowiada, bo jeszcze nigdy na nikogo nie wpadła, sama zaś sobie biega. Nauczyła się jak chodzić po konstrukcji ze zjeżdżalnią, gdy okupuje ją wczesna młodzież, choć początkowo bała się ich. Z wszystkim zabawek korzysta od roku i jakoś na żadną nie jest za malutka.

Jest jeszcze inna ważna sprawa. Wiertkę zaczynają interesować inne dzieci, uruchamia się w niej opcja kontaktów społecznych. Tyle, że nie wobec młodszych, czy rówieśników. Ona woli starsze dzieci – takie w wieku przedszkolnym lub bardzo wczesnoszkolnym. Sama kontaktu nie zainicjuje, ale jak jakieś dziecko ją zaczepi, to bawi się, biega, piszczy i jest zadowolona. A takie sytuacje zdarzają się częściej na „kamienicznym”.

Za tym idzie inna moja matczyna obawa. Kiedy mogę puścić dziecko wolno, by wbijało się w rozbieganą grupę dzieciarni, a kiedy podążać za nią i pomagać. Taki przykład – rozkręcona karuzela z przedszkolakami, na którą Wiertka też chce wejść. Czekać aż sama sobie jakoś poradzi, czy podejść i poprosić za nią, by zwolnili i ją wpuścili do grona? Nie chcę przegapić momentu, gdy dziecko samo już może przedzierać się przez świat społeczny, walczyć o swoje. Nie chcę być nadopiekuńczą matką. Na „kamienicznym” jestem raczej jedyną taka, bo reszta puściła młode i niech sobie radzą.

Rozpisałam się, bo tych placów zabaw jest w okolicy trochę. Po drodze ze żłobka do domu koło czterech. W okolicy domu też ze cztery. Moja sąsiadka chodzi z dzieckiem na jeden jedyny i już. My się z Wiertką czasem szwendamy po okolicy. I rzeczywiście, trafiam na jeszcze bardziej „kamieniczne” place zabaw, gdzie 6-7 latki rzucają „kurwa, spierdalaj, zajebie cię”. i jest jak w filmie "Rezerwat". Smutne, nie dlatego, że tak mówią, tylko dlatego, że dorośli przycięli im już na starcie krąg świata.

Widzę też na przykładzie placu zabaw „kamienicznego” i „blokowego”, że segregacja i stygmatyzacja dzieci następuje już na bardzo wczesnym etapie. Chodzą może do tych samych żłobków, przedszkoli, szkół. Ale w wolnym czasie ich trajektorie już się nie spotykają.

12:27, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 maja 2012
Kolaż późnomajowy majowy - życiowy

Zalegle z ostatnich dni.

Tydzień temu pomagałam w prowadzeniu naszych comiesięcznych warsztatów literackich. Tym razem dyskutowałyśmy o gatunkach literackich. W drugiej części było jedno, za to długie ćwiczenie. Każda losowała gatunek, zaczynała historię na kartce w kilku zdaniach, potem kartkę dawała osobie obok, brała kartkę od sąsiada/ki i kontynuowała, to co dostała w swoim gatunku, po kilku zdaniach znowu kartki szły dalej. Na koniec czytałyśmy wszystkie historie i było zabawnie. Przykład - opowieść zaczyna się jako biografia, by przejść do reportażu, następnie powieści romantycznej, historycznej, by zamienić się w kryminał społeczny i zakończyć jako thriller medyczny :) Inna zaczynała się jako reportaż, by stać powieścią romantyczną, historyczną i tak dalej. Ja wylosowałam powieść historyczną i męczyłam się, bo gatunek wymaga znajomości faktów, dat, nazwisk, dokładnie osadza historię w epoce i realiach. To akurat psuło przyjemność z pisania mojej koleżance od thrillera medycznego :) Woli nie być ograniczana :) Ciekawe byłoby też ćwiczenie, gdzie każda z nas musi pisać inny kawałek w poszczególnym gatunku - fajne przechodzenie z klimatu w klimat.

Wczoraj wykorzystałam ostatnie dni "nierobocia" i poszłam uzupełnić braki w garderobie biurowej. Jestem dziwnym typem kobiety, bo nie lubię zakupów, chodzenia po sklepach. Najchętniej weszłabym do jednego i kupiła pierwszą rzecz z brzegu. Ale być może, tam w sąsiedztwie, czeka coś fajniejszego. Przymierzałam się do tej męki przez kilka dni i dłużej tego nie dało się odkładać. Z bluzkami poszło szybko. Ze spodniami zaczął się koszmar. O ile nie lubię kupować ubrań, to wolę umrzeć niż kupować spodnie. Jestem szerokodupna i znalezienie czegoś, co dobrze na mnie wygląda graniczy z cudem. Mam 170 cm i różnica jednego -dwóch rozmiarów pomiędzy szczupłymi ramionami a szerokimi biodrami (chudnięcie powoduje zmniejszenie o rozmiar proporcjonalnie, nadal różnica jest) nie rzuca się w oczy. Pod warunkiem, że nie podkreśli się tego spodniami, czy spódnicą. A to jest cholernie trudne. Przymierzyłam stertę spodni. Jestem na tyle w dobrej formie, że fakt iż rozmiar 40, ba 42 jest w tym sklepie na mnie za mały, przyjmuję z uśmiechem. Swego czasu, będąc na zakupach z byłym, po prostu się rozpłakałam i wyszłam ze sklepu :D I tak rozmiarówka w galeriach handlowych kończy się na moim tyłku, jestem więc szczęściarą. Znalazłam jedne spodnie, w których wyglądam przyzwoicie, ale bez wielkiego szału. Próby zakupienia krótkiej, letniej spódnicy skończyły się fiaskiem. Wydałam tyle, ile zazwyczaj przeznaczam na jedzenie w półtora-dwa tygodnie, ale do pracy trzeba czasem przyjść w czymś eleganckim. Zakupy będę kontynuować, ale chyba za siedmioma rondami, za siedmioma przecznicami, tam gdzie niscy, skośnoocy ludzie rozkładają swoje kramy. W takich miejscach dziwnym trafem znajduje się i dobry rozmiar, i dobry fason. W dodatku i w centrum handlowym z logo, i w centrum kupieckim za pół ceny - Made In China.

Zadzwoniłam do byłego szefa, by potwierdzić, że od piątku znowu jest aktualnym. Ucieszył się, że jeszcze pamiętam i go nie olałam. Dziś Office Managerka (dawniej sekretarka ) ustalała ze mną szczegóły dotyczące laptopa i telefonu, więc to chyba nie ściema. Zobaczymy jak teraz wygląda ta rzeka, do której ponownie wejdę. Mówią, że tylko bigos odgrzewany dobrze smakuje :)

Kiedy wreszcie otrząsnęłam się po zmęczeniu, nabrałam rumieńców i kilogramów, mogłam zabrać się za pisanie zaległych opowiadań na konkurs. Pierwsza wersja najpierw musi się z tydzień uleżeć. Dziś przepisywałam teksty z kartek - lubię zaczynać ręcznie - do komputera, robiłam pierwsze poprawki. Znowu się uleżą i ponownie coś poprawię. Zapobiegawczo robiłam to z wyłączoną przeglądarką internetową, bo tak sieć by mnie wessała znowu na kilka godzin.

14:24, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 maja 2012
Kolaż późnomajowy majowy - matczyny

W piątek miałam przyjemność oglądać pierwsze przedstawienia z okazji Dnia Matki. Grupa Wiertki, w żłobku, zaśpiewała kilka piosenek, zatańczyła. Coś w tym stylu, bo dało się zauważyć kilka strategii przetrwania tego występu przez maluchy – jedne ładnie wszystko robiły, inne kręciły się i skakały po swojemu (moje), kolejne machały do mam rączkami (moje), a jeszcze inne z płaczem siadały mamom na kolana. Kolejny raz przypomniałam sobie, że powinnam kupić aparat fotograficzny. Wszyscy rodzice pstrykali zdjęcia, tylko ja nie mogłam i pozbawiłam dziecko fajnej pamiątki. Może odbiję jakieś sztuki od innej z mam. Na koniec dostałam laurkę z odbita rączką córeczki i kwiatek zrobiony razem z panią. Kwiatek stał się zarzewiem sporu, bo Wiertka uważa, że jednak to on jest jej. Generalnie byłam wzruszona J

W sobotę podskoczyłyśmy na jednorazowe zajęcia dla dzieci w niedalekim domu kultury. Część z rysowaniem nas ominęła, za to załapałyśmy się na tańce z animatorką. Wiertka nie chciała dołączyć do dzieci, bo grupa składała się głównie z 6-8 latków. Kiedy jednak i ja dołączyłam do układu, to z chęcią się bawiła. Czułam się przez chwilę głupio wyginając w otoczeniu dzieci, ale te mamy, które też przyszły z maluchami na chwilę same potańczyły, by zachęcić swoje pociechy J Potem małej tak się spodobało, że sama już skakała.

Niedziela to wyprawa do zoo i dla takiej 2,5 latki to strzał w dziesiątkę. Udowodniła, że daje sobie coraz lepiej radę z literą „R” wykrzykując „ryby! ryby! ryby!”. W salach z akwariami spędziła najwięcej czasu. Oglądanie goryli i szympansów było lepsze niż telenowela „Klan”. Naciągnęła mnie na przejażdżkę ciuchcią po zoo. Spędziłyśmy w zoo prawie cztery godziny, a obejrzałyśmy niewiele ponad połowę zwierząt. W najbliższym czasie przejdę się z nią jeszcze raz.

Odkąd pogoda zrobiła się fajna, to odpadły dylematy, w co się bawić z dzieckiem, jak spędzać czas. Praktycznie cały dzień spędzamy na dworze, z przerwą na gotowanie obiadu i drzemkę. Chodzimy na różne place zabaw, krótkie przejażdżki tramwajem, gdzie Wiertka jedzie jak duże dziecko, czyli na siedzeniu. Dzięki „nierobociu” odbieram dziecko ze żłobka wcześniej i wracamy do domu, godzinę-półtorej, zahaczając o różne ciekawe miejsca. W domu coś do przekąszenia i znowu na plac zabaw. Powrót do domu dopiero koło 19.30. Liczę, że dużo ruchu dobrze mi zrobi ;) Nie narzekam, bo wychowałam się w domu z ogrodem, w czasach gdy młodzież zamiast spotykać się na czacie, łaziła po okolicy watahami. Po przeprowadzce do bloku nadal wychodziłam, ale do parku z książką. Przy takiej pogodzie nie potrafię tak całego dnia spędzić po prostu w czterech ścianach.

A Wiertka, co już kiedyś wspominałam, odkąd skończyła dwa lata, z miesiąca na miesiąc robi się coraz fajniejsza, coraz ciekawiej odkrywa świat.



15:23, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 maja 2012
170 razt "mamo" na godzinę, czyli Dzień Matki :)

Moja koleżanka policzyła kiedyś, ile razy w ciągu godziny z ust jej małej córki pada „mamo”. I wyszło te 170 razy. Wczoraj wieczorem Wiertka zasypała mnie jak z karabinu maszynowego „mamomamomamomamo”. Tak jedno „mamo” na sekundę, półtorej. Przy dobrej wydolności oddechowej wynik 170/h jest całkowicie możliwy :)

A teraz miła odmiana w temacie, która zaistniała ostatnio. Wiertka nie mówi już do mnie „mama”, co tak na początku wzruszało. Z czasem jednak miałam skojarzenia z laleczką Chucky ;) Teraz przeszła na „mamo”, „mami”, które jest ciepłe wzruszające. To nic jednak w obliczu… MAMUŚ, MAMUSIU. Jak to słyszę, to zwala mnie z nóg :) Szczególnie przy: „odź mamuś” by zaprowadzić mnie do lodówki z lodami w sklepie ;) „laty mamuś”.

Ten tekst powstał, bo co kilka napisanych wyrazów pozwalam dziecku przejść do jej pliku tekstowego i tworzyć własny wpis ;)



19:59, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 maja 2012
Wirtualnie istniałeś, wirtualnie znikniesz - dla Sylwii

Komputer ponownie działa, dzięki uprzejmej pomocy Byłego. Jest kilka zaległych tematów do poruszenia.

Sylwia to jedyna osoba wspomniana na blogu pełnym imieniem, bo odeszła cztery lata temu i ten wpis jest po części także jej pamięci.

Pracowałyśmy jakiś czas razem. Potem utrzymywałyśmy kontakt na GG, mailem, raz na kilka miesięcy udawało się spotkać. Poznałam jej córeczkę, potem drugą córkę. Mieliśmy się znowu spotkać starą grupą, ale miała problemy zdrowotne, urodziny męża. Nie dopytywałam, co tam ze zdrowiem, ona nie uściślała. Myślałam, że jak to na przedwiośniu, a to grypa, a to kaszel. Gdy 25 maja przeczytałam opis na jej GG „25.05.2008 Sylwia umarła” pomyślałam, o kurcze jakaś jej imienniczka zmarła. A potem weszłam na NK i zobaczyłam jej profilowe zdjęcie z czarną wstążką. Szok. Z opisów jej męża na portalu wynikało, że zmarła na serce. Pamiętam, że w czasie pierwszej ciąży zdiagnozowali u niej jakieś problemy z sercem, ale uznano je za niewinne. Z czasem widocznie się „uwinniły”. Zostawiła dwie córki – 3,5 letnią i 1,5 roczną. Istniała i tak nagle przestała być. Zostały tylko nr GG, adres mailowy, nr telefonu – żadnego nie usunęłam z kontaktów, choć są już bezużyteczne. Nie potrafię. Czasami chciałabym do niej coś napisać.

Przynajmniej dowiedziałam się, że umarła. Przecież bywa tak, że piszesz do kogoś maile, sms-ujesz, ale ten ktoś milczy. Urażona, w końcu przestajesz. Gdy ktoś nie odpowiada na wiadomości tekstowe, to nie nagabujesz go już telefonicznie. O tym, co się stało z moją koleżanką dowiedziałam się z portali społecznościowych. Dowiedziałam się też dlatego, że jej mąż miał hasła do jej kont. Ironia losu – jestem przeciwniczką wspólnych kont, wspólnych haseł i takiej transparentności w związku. Pomyślałam kiedyś, że gdyby coś mi się stało, to wielu moich znajomych nie wiedziałoby, dlaczego zamilkłam. Znam ich głównie internetowo, czasami, gdy się uda spotkamy się w świecie rzeczywistym.  Ludzie, którzy na kilka minut pomyśleliby o mnie z nostalgią i chwilę odczuli coś na kształt żałoby. A tak, byłam bytem wirtualnym, wirtualnie zamilkłam. Jak avatar. Razem ze mną odeszłyby hasła, klucze do moich kont. W sumie proste do złamania, ale kto by tam chciał informować o mojej śmierci na różnych platformach.

Może to się jawić jako absurdalne, ale formą testamentu XXI wieku może być taka siatka kodów – hasła do GG, FB, NK, Goldenline, kont mailowych, kont forumowych, kont bankowych, skrzynki na stronach typu allegro, blogu, twittera. I tak dalej :)

Dziś mało kto czyta nekrologi, a przecież była to pierwsza nowożytna forma poinformowania o odejściu bliskiej osoby tych, którzy nie mają regularnego kontaktu z rodziną.

14:39, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 maja 2012
Rekrutacyjnie-życiowo cd

Jednak zrezygnowałam z tamtej pracy. Po trzech dniach. Wiedziałam, że źle się tam czuję. Nie chciałam tego przeciągać i zostawiać ich w końcu z rozbabraną robotą. Jest szansa, że od czerwca wrócę do poprzedniej firmy, a profile działalności, klientów nakładają się trochę. Piszę o szansie, bo mój były szef w ciągu tygodnia dwa razy korygował wizję, więc co mu przeszkodzi skorygować jeszcze raz.

Na wszelki wypadek nadal rozsyłam cv i jeżdżę na rozmowy. Rozmów opisywać już nie będę, bo to nudne. Z ciekawostek - na wczorajszej dowiedziałam się, że jak przejdę do kolejnego etapu, to będą na nim sprawdzać, czy mam profil sprzedażowy. A ja oczywiście będę absolutnie szczera w odpowiedziach, bo takowy posiadam :) Intryguje mnie czasem fetysz testów i wszelkich szumnie zwanych "asesmentcenter", kiedy średnio inteligentny człowiek wie, jakie odpowiedzi zaznaczać i jakie zachowania się pożądane. Albo i nie, bo może każdy HRowiec ma swój tajemny, intymny klucz? Generalnie testy i asesmęty dodają powagi procesowi rekrutacji oraz prestiżu firmie. Wspominając tylko o zasadności zatrudniania i opłacania działu HR ;)

Inna ciekawostka - wczorajsza firma robi proces rekrutacyjny, bo w jednym momencie, w dwóch oddziałach siedem pracownic jednocześnie zaszło w ciążę :) To dość spora firma, więc stać ją na taki prokreacyjny sukces, ale mniejszą pewnie wywaliłoby to z rynku.

12:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Rekrutacyjnie-życiowo cd

Jednak zrezygnowałam z tamtej pracy. Po trzech dniach. Wiedziałam, że źle się tam czuję. Nie chciałam tego przeciągać i zostawiać ich w końcu z rozbabraną robotą. Jest szansa, że od czerwca wrócę do poprzedniej firmy, a profile działalności, klientów nakładają się trochę. Piszę o szansie, bo mój były szef w ciągu tygodnia dwa razy korygował wizję, więc co mu przeszkodzi skorygować jeszcze raz.

Na wszelki wypadek nadal rozsyłam cv i jeżdżę na rozmowy. Rozmów opisywać już nie będę, bo to nudne. Z ciekawostek - na wczorajszej dowiedziałam się, że jak przejdę do kolejnego etapu, to będą na nim sprawdzać, czy mam profil sprzedażowy. A ja oczywiście będę absolutnie szczera w odpowiedziach, bo takowy posiadam :) Intryguje mnie czasem fetysz testów i wszelkich szumnie zwanych "asesmentcenter", kiedy średnio inteligentny człowiek wie, jakie odpowiedzi zaznaczać i jakie zachowania się pożądane. Albo i nie, bo może każdy HRowiec ma swój tajemny, intymny klucz? Generalnie testy i asesmęty dodają powagi procesowi rekrutacji oraz prestiżu firmie. Wspominając tylko o zasadności zatrudniania i opłacania działu HR ;)

Inna ciekawostka - wczorajsza firma robi proces rekrutacyjny, bo w jednym momencie, w dwóch oddziałach siedem pracownic jednocześnie zaszło w ciążę :) To dość spora firma, więc stać ją na taki prokreacyjny sukces, ale mniejszą pewnie wywaliłoby to z rynku.

12:37, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 maja 2012
Weekend Matki

Dałam dziecku mocną dawkę wrażeń.

Weekend rozpoczęłyśmy już w piątek. Po południu pojechałyśmy do wesołego miasteczka. Koleżanka twierdziła, że dla 2,5 latki nic tam nie ma, więc liczyłam tylko na spacer. Nic nie ma. Akurat. A to ciuchcia jeżdżąca po torach, a to karuzela krzesełkowa, a to ponownie ciuchcia i tak dalej. Wykupiłam Wiertce czas w "małpim gaju", ale początkowo nie widziała jak się tam bawić, bo była jedynym dzieckiem. Piłeczkę sobie podrzucała, a licznik bił ;) Potem weszło inne dziecko i wreszcie zaczęła wykorzystywać możliwości. Nie miałam serca ją wyciągać, więc płaciłam po raz drugi, trzeci. Wreszcie wyszła, ale co miałam powiedzieć - "Dziecko, wracaj, bo jeszcze opłacone" :D

Chciała pojeździć na gokarcie, więc mama, by sprawić dziecku radość zgodziła się. A potem, czekając, na wolny samochodzik, pomyślała, na co się zdecydowała. Od dziecka moja inteligencja kinestetyczna jest bliska zeru, gorsza od logiczno-matematycznej (egzamin ze statystyki zdałam za drugim podejściem, z wf-u za setnym bym nie zdała). Nigdy nie wsiadałam w takie pojazdy, bo się po prostu boję. Czego się nie robi dla dziecka. Z sercem w tyłku, wsiadłam, małą wzięłam na kolana i pojechałyśmy :D

I tak minęła nam godzina i 48 złotych. Obserwując rodzinę obok wynoszącą płaczące dziecko na rękach, podejrzewałam jak to się skończy. I też wynosiłam płaczącą Wiertkę siłą :) Obiecałam jej lody, co mi przypominała przez wszystkie cztery przystanki autobusem. A rano kolejnego dnia napomykała już o ciuchci.

Sobotni wieczór to Noc Muzeów. Wiertka bywa na NM już od fazy embrionu, co rok. Dotąd zazwyczaj chodziła do różnych miejsc z tatą i rodzeństwem. W teatrze lalkowym była okazja obejrzeć kulisy. Umówiłam się z dwoma innymi mamami. Nie udało mi się przeforsować mojej propozycji by czekać pod teatrem trochę przed otwarciem. Gdy dotarłyśmy, kolejka była już spora. Jedna z mam zrezygnowała. Druga okazała się złotem. A jej córki jeszcze większym. Młodsza, 3,5 miesiąca starsza od mojej, siedziała grzecznie w wózku, starsza 11letnia zajmowała się siostrą. Koleżanka mogła stać z dwoma wózkami. Ja zaś podążałam za moim dzieckiem, będącym w ciągłym ruchu. Dla pocieszenia, nie była jedynym takim, ale najmłodszym pędziwiatrem. Nieustannie mam wrażenie, że Wiertka zachowuje się tak, jakby wychowywały ją dzikie zwierzęta.

Miałam buty na obcasach, bo chciałam ładnie wyglądać. Pod koniec to chciałam już tylko zemdleć. Półtorej godziny minęło tak szybko jak ruchy mojego dziecka. Najtrudniejszy był ostatni odcinek, tuz przed wpuszczeniem naszej grupki, bo Wiertka musiała być w miarę nieruchoma tuż przy barierce. Opłaca się poić dziecko wodą - na hasło "kupię ci soczek" usiadła na jakiś czas na schodkach.

Pomysł na oprowadzenie po teatrze był taki, że światła są pogaszone, my mamy po latareczce, słychać jakieś dziwne odgłosy, przewodniczka opowiada, dymy się unoszą w okolicy sceny, na koniec duch teatru coś opowiada z telebimu. Wydaje mi się, że dla przedszkolaków to za mało, ale dla 2,5 latki w sam raz. Wiertka przywarła do mojej szyi (była na rękach), latarką świeciła sobie w twarz i za nic nie dało je się przekonać, że trzeba odwrotnie. A po wszystkim miała oczy jak spodki i nie mogła mówić :)

Raz jeszcze - nie byłoby tej wycieczki, gdyby nie nieoceniona koleżanka forumowa i jej grzeczne dzieci. Winna im jestem lody.

Po tym wszystkim, niedzielną wycieczkę do zoo odłożyłam na kolejny tydzień. Wystarczy emocji i moich sił. A tak to przedpołudniami chodziłyśmy na długie spacery, od placu zabaw do placu zabaw. Czasem i 2-3 godziny to trwało, bo mała lubi sobie powłóczykijować. Wpis już długi, więc będzie w najbliższych dniach taki poświęcony placom zabaw i pierwszym relacjom społecznym Wiertki.

00:49, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 maja 2012
Dzień małych katastrof

Wiem, czekacie na info jak mi się pracuje.

Katastrofa pierwsza: rankiem upychałam swetry zimowe, grube, obszerne, w półce na ubrania, gdy ta część regału przewróciła się na bok i w tył, czyli w róg pokoju ("wróg" pisane razem). Nic to, jak mawiał Mały Rycerz. Jednocześnie telewizor spadł z dolnej części półki niczym pekińczyk na podłogę. Twarzą w dół. Taki stary był, dziewięcioletni, z wielką dupą z tyłu. Jak ja. Chwytałam wrażenia jedno za drugim i zanim dotarło do mnie, to co już przeczytaliście, to mózg zanotował - telewizor działa. Telewizja śniadaniowa dalej gada. Wielka dupa nie zawsze znaczy, krucha natura. Wyłączyłam. Po południu przybył z odsieczą jedyny mężczyzna na jakiego na razie mogę liczyć, czyli tatinek - regał ustawił, telewizor postawił. Tiwi działa.

Po pracy odebrałam wreszcie z lokalnego zakładu fotograficznego zdjęcia do nowego dowodu osobistego. Wspieram drobne okoliczne firmy, kiedy się da. Tą da się w godz. 10:30-16:30, czyli nie celują w mieszkańców pracujących, czyli posiadających pieniądze. Stałam się posiadaczką trzech zdjęć mojej twarzy z dorodną opryszczką w kąciku ust. Przed dokonaniem zdjęcia specjalnie się dopytałam, czy retusz jest możliwy. Był. Teraz okazało się, że zakład fotograficzny zatrzymał się na roku 1992. Nie wiem, co jeszcze zrobię. W ostateczności wymaluję im pentagram kurza krwią na drzwiach. Obok są dwa całodobowe monopolowe - podejrzanych będzie wielu.

Ze skrzynki wyjęłam świadectwo pracy, gdzie Kadrowy Roku odnotował, że w 2012 roku wykorzystałam wszystkie przysługujące mi 9 dni urlopu. Wykorzystałam 0. Na 100% wiedziałam, że to zrobią i jak debil nie dopilnowałam. Będę się dowiadywać, czy jest szansa oprotestowania tego świadectwa. Sprawę komplikuje fakt, że...

Dziecko u ojca chwalić Los, bo miałam pierwszy dzień cyklu z wszelkimi darami z wyjątkiem bólu (rzadkie u mnie, a od porodu nigdy). Żeńskie czytelniczki wiedzą o co chodzi. Męskiemu analogię podrzucę - wyobraź sobie, że masz średniego kaca, tylko nie śmierdzi ci z ust. Dopiero koło 21.00 zwlokłam się z łóżka i odpaliłam komputer.

A jak mi się pracuje? Dziwnie. Odnaleźć się na razie nie mogę. Domyślam się, że na 90% umowy stałej mi nie zaproponują, bo cała firma składa się ze studentek, czyli zatrudnionych na umowy o dzieło. Są jeszcze inne sprawy. Nie wiem, co jest ze mną nie tak.  Może to średni rzut PMS. Prawdopodobnie, gdybym to była umowa o pracę, to bym się zakorzeniła w obowiązkach solidnie. A tak czuję się na 15 lat młodszą. W tym aspekcie akurat nie chcę się czuć.

Sprawę komplikuje fakt, że... wczoraj zadzwonił były szef, Amerykańcem przez niektórych czytelników zwanym i... zaproponował mi, on wie, ze to dziwnie brzmi, żebym wróciła już od czerwca. Może nawet wcześniej. Powiedziałam mu, że kończę pewien projekt - żeby desperacji nie poczuł, ale wstępnie ok.

Katastrof małych dopełni fakt, że w Lotto dziś nie wygrałam. Kuponu jeszcze nie sprawdziłam. W sumie, uważny czytelnik bloga odnotuje subtelne różnice we wpisach gdybym, dostała cztery miliony PLN.

23:27, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi