To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
piątek, 31 maja 2013
Ekologicznie - logicznie?

To krótka refleksja o zmianach w odbieraniu śmieci, jakie ostatnio mają miejsce. Nie będę komentować kwestii finansowych, bo w tym się gubię. Nie łapię, czy to uderzy mnie po kieszeni, czy nie.

W oczy rzuciły mi się komentarze do dyskusji związane z pewnym drobiazgiem - płukaniem opakowań przed wyrzuceniem. Jak to??? To ja mam nie dość, że sortować, nie dość, że wyrzucać, to jeszcze myć??? Przecież to ŚMIECI. A tak w ogóle, to trzeba - najpierw trzymać to oddzielnie, potem wynieść z mieszkania w workach i zejść po schodach, potem iść do pojemnika. Nieeeeeeee. To oczywiście, nie moje autorskie zdanie, tylko wolny cytat. I czasami ręce opadają. Śmieci sortuję od wielu lat, odkąd zamieszkałam w bloku (w domku jednorodzinnym większość ulega recycklingowi lub biodegradacji na kompostowniku). I tak - mam w kuchni specjalne pudło, gdzie trzymam gazety, plastikowe butelki, szklane rzeczy, by raz w tygodniu w sobotę zapakować to i zrobić spacer do pojemników. Gdy przeczytałam, że zgniecenie plastiku pomaga upchnąć więcej butelek i udogodnić przetwarzanie - zaczęłam to robić. Gdy zobaczyłam artykuł o osobach, które - w maseczkach i rękawiczkach - sortują te śmieci i proszą o ich płukanie, by pomóc w pracy - zaczęłam to robić. Wcześniej po prostu większość tych rzeczy wywalałam do kubła ogólnego. Teraz płuczę słoiki, pojemniczki po kefirze. Stało się dla mnie oczywiste, że trzymanie tego w pojemniku, w upale daje śmierdzącą przesyłkę.

Jedyny mój słaby punkt, to używanie pieluch jednorazowych przez dwa lata. Na ekologiczne, wielorazowe nie starczyło mi zapału ekologicznego.

Teraz w wyprawach do pojemnika towarzyszy mi Wiertka i sama wrzuca butelki. Może dla niej pewne rzeczy będą oczywiste.

Widocznie nie dla każdego. Bo przecież to śmieć. Bo dlaczego taki człowiek ma wkładać energię w jego przygotowanie do sortowania. Ktoś to robi. Dlaczego ma tracić cenną wodę? Więcej traci w czasie kąpieli. I jeśli tak bardzo, bardzo oszczędza, to niech płucze w wodzie po kąpaniu się. Dlaczego ma komuś pomóc w wykonywaniu jego pracy?

Dla mnie takie czepianie się jest równe obsraniu publicznej toalety i nie umyciu jej. Bo ktoś to zrobi. Równe nie posprzątaniu po psie. Bo ktoś to zrobi. Równe rzucaniu papierków na chodnik. Bo ktoś to zrobi.

Dygresja co do właścicieli psów - mijałam dziś trawnik koszony elektrycznie przez robotników, a tuż obok miły piesek robił kupę w jeszcze wysokiej trawie. Za minutę, dwie dotrze tam pracownik i dostanie świeżą kupą w twarz. Właścicielowi psa nie starczyło wyobraźni. Doskonale widział, że kosiarka zaraz tam dotrze. Wiem, mnie nie starczyło odwagi, by zwrócić uwagę.

17:12, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 maja 2013
Słowatworzenie beztroskie

Czytywałam wpisy, choćby z forum rówieśniczego, o powiedzonkach, dialogach z dziećmi i trochę zazdrościłam, bo moja córka raczej do tyłu była w tych zdolnościach. Chyba jednak nadrabia :) Poniżej jej autorskie pomysły dla języka ojczystego:

kichar - katar

popachnić - powąchać

popach - zapach

czalopeja - czarodziejka

kikihopter - helikopter

szachlok - szlafrok

peczup - keczup

szusza - suszarka (już mówi poprawnie)

ryzor - fryzjer (już mówi poprawnie)

kosmit - kosmita (kiedyś powitała mnie wracającą z pracy - była z moim tatą - okrzykiem "mamo! mamo! kosmit za oknem!" wskazując powiewającą reklamówkę zahaczoną o gałąź drzewa)

Gdy nadejdą nowe słowa, albo przypomnę sobie inne, to wspomnę je na blogu :)

Z naszych pogaduszek. Pewnego wieczoru zmywałam naczynia, gdy weszła do kuchni.

- Już ci robię kolację, poczekaj chwilę, co chcesz jeść. - wyrzuciłam z siebie ciągiem

- Nic nie mów. Nic nie mów. Proszę o cicho. - usłyszałam i moje dziecko samo otworzyło sobie lodówkę i zaczęło w niej grzebać.

Wtedy zrozumiałam, że przekroczyłam kolejną granicę w byciu matką - zaczynać przynudzać i truć ;)

Ostatnio przed zasypianiem.

- Głowa mi pęka. - to ja

- Wcale nie. - dziecko obmacuje mi czaszkę :) Niczym posłanka Pawłowicz ;)

Lub gdy sama za mocno uderzyła głową w poduszkę:

- Głowa mi pęknie. - Wiertka

- I wylecą ci z niej myśli. - ja

- Nie, wylecą kosteczki.

 

:)

22:21, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 maja 2013
Sałatka macierzyńska

Dopiero teraz odzywam się po weekendzie z dzieckiem. Zapowiadało się domowo, bo odebrałam małą z przedszkola w piątek pokasłującą, z początkami kataru, na skraju przeziębienia. Efekt deszczów i ochłodzenia. Miałyśmy dwa dni kurować się w domu - syropy, maść na rozgrzanie przed snem.

Plany szybko zaczęłam korygować. Cykl chylił się ku mojemu końcowi i chodziłam "zwilkołaczona". W sobotni poranek za oknem lał deszcz, Wiertka płakała, że chce na spacer, potem wyciągnęła za mały rowerek i próbowała nim jeździć po mieszkaniu. Szaleństwo. Po 10.00 uczepiłam się tego, że: primo - już nie pada, duo - dziecko nie kaszle i nos ma prawie suchy, tertio - w niedalekiej osiedlowej kawiarni o 11:30 miały być warsztaty plastyczne dla dzieci.

A po warsztatach pizza.

Na wieczór miałyśmy jeszcze zaproszenie na urodzino-imieniny pary znajomych. Uznałam jednak, że jest za zimno by ciągnąć dziecko rzez pół miasta w dwie strony - wieczorem i wczesną nocą.

W niedzielę lepsza pogoda, więc plac zabaw i wyprawa do wesołego miasteczka. Im dalej od przedszkola, tym kaszel i katar były wspomnieniem. W wesołym miasteczku wydałam kasę przeznaczoną na zakup mięsa, więc trzeci tydzień będę się stołować jak wegetarianka :) Tęsknię za pieczonym kurczakiem :)

Po południu mała oglądała bajki na komputerze. Zrobiłam nam kawy - sobie z ekspresu, jej zbożowej. Pozwoliłam pić przy komputerze. Klawiaturę przesunęłam maksymalnie daleko. I Wiertka przewróciła kubek. Poszło na biurko, krzesło, podłogę, odrobina na kilka klawiszy. Dlatego rzuciłam się najpierw wycierać tam, gdzie ściekało i wsiąkało, a dopiero potem zabrałam się za wytrząsanie i przecieranie klawiatury. To na siebie powinnam być wściekła - to było do przewidzenia, że dziecko może coś strącić. Z wilkołaka zamieniłam się w ósmego pasażera Nostromo. A Wiertka wyciągnęła z szafki ściągaczkę do mycia szyb i zaczęła nią czyścić podłogę z kawy. I zaraz potem poszła tym przecierać szybę balkonową...

Dobra, pozwoliłam obejrzeć bajkę do końca i wyłączyłam komputer. Późnym wieczorem, po ułożeniu dziecka spać, zasiadłam sama do sprzętu, by zrobić ostatnie poprawki w opowiadaniu na konkurs.

Nacisnęłam jakieś dwa klawisze - co się kiedyś już zdarzyło - i z pisanym tekstem zaczęły się robić dziwne rzeczy. Włączał i wyłączał mi się samoczynnie Caps, uaktywniało jakiś klawisz F7, otwierała opcja wyszukiwania wyrazów na stronie. Jak to cholerstwo wyłączyć?! Znajomi na FB próbowali mi pomoc, ale miałam wszystkie ustawienia ok. Co do cholery?! Dopiero po godzinie przytomnie zapytałam, czy fakt kilku kropel kawy na klawisze może mieć na to wpływ? Blondynka. Powinnam wykasować zapis tej rozmowy z FB...

Zrobiłam jakieś drobne poprawki, pisząc powoli, co chwila kasując, albo zamykając okienka, naciskając krzyżyki. Pisałam niczym po butelce wina - we mnie, nie w klawiaturze - gdy mocno się pilnujesz, by nie walnąć jakiegoś tekstu prosto od serca.. Na szczęście, następnego dnia wszystko już działało. Obyło się bez mycia i suszenia. Dobrze, że nie słodzę dziecku napojów.

W poniedziałek występ w przedszkolu z okazji Dnia Matki, gdzie Wiertka występowała jako bocian - machała skrzydłami-ramionami i próbowała walić dziobem dzieci stojące obok. Nie wg scenariusza, to był jej autorski pomysł. Przedszkole udostępniło kostiumy wszystkim dzieciom (ma pokaźną garderobę), za co jestem przedszkolu bardzo wdzięczna. Nie wiem, jak zrobiłabym z mojej córki bociana. Jako anegdotkę - Wiertka pytana kiedyś jakim ptakiem chciałaby być, odrzekła, że wroną i robiłaby "kraaa kraaa" :) Ciekawe, co na to psychologowie :)

Ostatnie dwa dni to początek cyklu, w związku z tym czułam się jak sprasowany na złomowisku wrak samochodu.

22:05, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 maja 2013
"Run, Forest Run" - nominacje dla kierowców

Kolejka wpisów czeka, oj czeka. A tu się nowy temat pojawia. Temat dojrzewał we mnie od jakiegoś czasu, ale jest ciężki w opisywaniu. Czytelnikowi trudno by wyobrazić sobie sytuację, albo opis byłby nudny. A jest ich mnóstwo.

Postanowiłam ogłosić pierwszą nominację do nagrody "Run, Forest Run" dla kierowcy, który dociska gaz na odcinku 200 metrów pomiędzy światłami, wyprzedza na trzeciego, wyjeżdża zza zakrętu i przejeżdża ci z impetem tuż przed wózkiem z niemowlakiem, gdy idziesz na zielonym świetle (lato 2010), a wszystko po to, by zaoszczędzić cenne 17 sekund życia. Te sekundy mogą okazać się wielce kluczowe. Zapewne niejedną epicką opowieść można by snuć na temat tego co człowieka omija, gdy się 17 sekund później u celu pojawia. By jakoś zminimalizować poziom wkurwu, mruczę wtedy pod nosem za nimi "run, Forest run".

Wracałam dziś z zajęć. Tramwaj nie jechał do pętli, ale zjeżdżał przystanek wcześniej do zajezdni. Wysiedliśmy na ostatnim planowym przystanku, my pasażerowie. Tory idą tu środkiem jednopasmowej jezdni. Wysiadłam, przeszłam od razu jezdnię (w tym samym kierunku jazdy, co tramwaj), na chodnik. Jeden samochód stoi i uprzejmie czeka, aż cała akcja się zakończy. Widzę, że motorniczy wysiada, by zmienić bieg zwrotnicy (za tym przystankiem jest od razu skręt do zajezdni). W takim razie przechodzę przez pasy. Gdy mijam tramwaj, czyli środek jezdni, motorniczy już jest w środku i odpala maszynę. Wchodzę na następny pas, ja i jedna para. Wchodzimy i o milimetry mija nas samochód. Nie, nie jechał ze strony przeciwnej niż tramwaj. Jakiś geniusz wyminął tramwaj i wjechał pod prąd. Prawie w trójkę ludzi. Bo przecież te kilkanaście sekund to zbyt cenny czas w jego życiu. Może audiobook się mu skończy. Albo ma partnerkę, która nie lubi akcji "Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka".

Tak, tak, uważam, że to był mężczyzna. Czas, który mężczyzna kierowca oszczędza gnając jak wariat jest odwrotnie proporcjonalny do czasu medytacji, którą odbywa w ubikacji. Bo czas to pojęcie względne, nie?

Maruderom zaświadczam. Postój tramwaju trwał kilka sekund dłużej. Pierwszy z kierowców dał radę poczekać. Nie twierdzę, że był kobietą.

Kierowca dostał ode mnie nominację do nagrody "Run, Forest Run".

 

PS: Dla rozluźnienia kierowców przyznam się, że pisząc ten wpis przeguglałam strony, by upewnić się, czy to była jedno-, czy dwupasmówka :) Nie mam prawa jazdy.

22:26, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
środa, 22 maja 2013
"Butelki z benzyną" 2013

Będzie wpis o aktualnych palących problemach brukowych ;) Mam kilka na liście :)

Niedawno wybuchła sprawa niejakiej Sandry Borowieckiej (obym nie przekręciła nazwiska, bo skrzywdzę dziewczynę) - młoda, dwudziestoparolatka napisała do mediów list otwarty, w buntowniczym stylu, gdzie oświadczyła iż nie pozostaje jej nic innego jak wyjazd na Wyspy (brak znajomości angielskiego nie jest tu przeszkodą), bo nie zamierza tu harować za 6 zł / h, a jej tekstów żadna redakcja nie chce przyjąć. Na Wyspach zaś czeka BBC, w którym Sandra będzie w końcu pracować (brak znajomości angielskiego nie jest tu przeszkodą). Po liście rozlała się fala głównie ze strony hejterów.

Dygresja. Polska jest lat, od dziesięcioleci, a być może od czasów Sarmatów krajem podstawiania bliźniemu nogi, posądzania o to, że jeśli ktoś odniósł sukces, to poprzez koneksje, łapówki i łóżko. A dopiero język angielski nadał temu zjawisku oficjalną nazwę - hejtowanie. Idąc tropem "język kształtuje świadomość", czy aż tak wypieraliśmy swoją przywarę, że nawet nie było na nią określenia, czy była aż tak oczywista, że ie trzeba ją nazywać?

Wracając do Sandry B. Fajnie mi komentować jej wystąpienie z ciepłej posadki, która ciepłą nie jest. Przypominam sobie jednak pewną piosenkę-manifest sprzed jakiś 10-13 lat. Bloga piszę na szybko, z dzieckiem ponaglającym za plecami, więc nie będzie słit profesjonalnych linków. Tą piosenką były "Butelki z benzyną" Cool Kids Of The Death. Można ją interpretować na różne, buntownicze sposoby. Dla mnie to był krzyk bezrobotnych absolwentów kierunków humanistycznych wobec absolwentów sprzed kilku lat, którzy załapali się na ociekające forsą posadki w agencjach i mediach. Przez media przetoczyła się fala artykułów, dyskusji, debat - co z tymi bezrobotnymi młodymi?

Pani Sandro. To zaskakujące, ale gdy 13 lat temu wchodziłam na rynek pracy spadł kryzys i było równie gównianie. To wtedy królował dowcip: "Co mówi bezrobotny absolwent socjologii do pracującego absolwenta socjologii? Jeden burger i frytki, poproszę" oraz inny, długi o matce szukającej dla synka pracy w UP, który kończył się "mamy coś za 700 zł; a nie to Wojtuś musiałby studia skończyć". Nie przeczę, że byłam wtedy zapewne w równie buntowniczym nastroju co Pani. Miałam ochotę rzucić butelką z benzyną. Dobra, jestem dystymiczką - miałam ochotę skoczyć do Wisły :)

Nie będę się rozpisywać, bo wpis zrobi się zbyt długi. Tak w skrócie. Po socjologii miałam do wyboru - czekać na pracę marzeń i żyć na garnuszku rodziców przez rok, może dwa, może trzy albo zajmować się tym, co robiłam w czasie studiów. Robiłam to by dorobić, czyli działy sprzedaży.

Pierwsza firma to wchodzące wydawnictwo - na umowę o dzieło, malutka podstawa pod warunkiem, że wyrobię prób budżetowy. Czyli grosze. Po dwóch miesiącach odchodzę do inne firmy. Tam umowa o pracę za najniższą krajową + prowizje. Szef socjopata, chyba z ZA. Obie firmy, to praca w zimie, czasem minus kilkanaście stopni. Jeżdżenie w mrozie, śniegu, zamieci po mieście na spotkania z klientami. Z zimna chciało mi się płakać. Po miesiącu i tak mnie zwalniają. Dwa miesiące w domu i trzecia praca - super, wydawnictwo korporacja. W miarę dobra pensja, socjal, szkolenia. I budżety tak skonstruowane, że realnie nie do wyrobienia. Po 2,5 miesiąca rozwiązują ze mną umowę. Nie tylko ze mną. Przyjęli 10 osób, zostawili dwie. Okazało się, że tak robią co trzy miesiące. Klienci, których pozyskałam poszli na konto innych. Nawet się nie załamałam, bo było lato, ale nie tylko. Częste zmienianie pracy, to też nawiązywanie sieci kontaktów - dawni znajomi z pracy to pokaźna grupa na moim FB ;) Jedna z takich osób następnego dnia wciąga mnie do czwartej już firmy w tym roku. Nie będę się rozpisywać, ale to też była wydmuszka. Potem, gdy szukałam pracy moje CV straszyło. Połapałam się na którejś rozmowie  pracę i po prostu je pocięłam i spreparowałam. W kolejnym roku było lepiej - dostałam się do wydawnictwa na kilka lat.

W ciągu tamtego roku wiele razy chciało mi się płakać, czułam się jak odpad, zagryzałam zęby, zastanawiałam się co ze mną nie tak, co z tym krajem nie tak? Nie wiem, co bym wtedy zrobiła, gdyby nie wyrozumiali rodzice, z którymi mieszkałam.

Dziś wcale nie jestem uprawniona do czucia się cholernie bezpiecznie, bo zbliżam się do padołu o cyfrze 40, mam zbyt wysokie oczekiwania finansowe wobec życia, bo rodzice już nie opłacą rachunków, nie kupią jedzenia.

Nie twierdzę, że skoro ja przeszłam przez poligon, to młodsi też mają. To nie fala. Chciałam pokazać, że nam w 2002 roku też nie było łatwo.

Różnica jest taka, że dziś nikt nie chce rzucać "butelek z benzyną". Dziś piszę się list-foch i wyjeżdża z kraju.

20:39, bezcielesna
Link Komentarze (6) »
sobota, 18 maja 2013
Wolna sobota

Piszę niewiele, bo w sezonie ładnej pogody mój czas po pracy wygląda tak - przed 17.00 odbieram dziecko z przedszkola, idziemy na plac zabaw, w drodze do domu jakieś drobne zakupy i wracamy po 19.00. W domu podgrzać obiad, wykąpać dziecko i robi się prawie 21.00. Nie zawsze chce mi się włączać komputer, a przy Wiertce to ciągła przepychanka, bo albo chce oglądać bajki z YT, albo siedzieć na kolanach, albo woła co minutę.

Dziś mój, od jakiegoś czasu, pierwszy Weekend NieMatki pracującej. W dodatku w kontinuum mojego ciała jestem przez najbliższe dni na linii opadające w dół. Miałam do wyboru - albo spotkania na Targach Książki, albo Noc Muzeów. Potrzebuję kawałka dnia by "odsamotnić" w ciszy w domu. Padło na targi.

Pierwszy panel, na który trafiłam był pod zadziornym tytułem "Kobiety w natarciu. Fenomen kobiet piszących, czyli... dlaczego mężczyznom trudniej wydać książkę". Obecne były pisarki wydawcy. Teza z tytułu nie została do końca potwierdzona, ale rzeczywiście podobno wydawcy chętniej schylają się po tytuły pisane przez kobiety. W Polsce mężczyźni rzadko czytają, jeśli już to kryminał albo fantasy, czyli nawet w literaturze uciekają przed życiem ;) Kobiety to olbrzymi rynek kupujących i wypożyczających, dlatego wydaje się "pod nie". Ma to swoją wadę. Wydawcy wiedzą, że kupione zostanie cokolwiek wydane autorstwa kobiety, wypuszczają więc masę nie sprawdzonego przez redakcję śmiecia.

A najlepsze, że dowiedziałam się o istnieniu... Festiwalu Literatury Kobiecej :) Na razie odbyła się jedna edycja. W październiku będzie kolejna. Festiwal odbędzie się w Siedlcach - daleko od wielkiego świata i cywilizacji śmierci. Zapewne dla niektórych będzie to pretekst do żartów, ale ja mam tam bardzo dobrą koleżankę, więc na Siedlce nic złego nie powiem :) W ramach festiwalu przyznawana jest nagroda na najlepszą powieść kobiecą. Między innymi ma to też za zadanie zbudowania silnej społeczności literackiej wokół tego typu książek - jak to udało się z fanami fantasy i kryminału. Dzięki temu w tamtych gatunkach wydaje się najczęściej dobre tytuły. Zobaczymy. Ja bym na taki festiwal chciała pojechać. Mam nadzieję, że w październiku będę miała możliwość.

O tym, czy powieść kobieca to dobra literatura, już pisać nie będę. Chyba był kiedyś wpis. Z założenia jeśli "kobiece", to znaczy, że niskich lotów. Kojarzy się z cieplutkimi opowiastkami ku pokrzepieniu typu "życie jej się zawaliło, ale dała radę". Dziś powieścią "kobiecą" byliby "Buddenbrockowie" i "Anna Karenina". Sto lat wcześniej to były kamienie milowe literatury. Dobra - dziś nie wydano by powieści bez happy endu :D Zdarza się sytuacja odmienna - Andrzej Gumulak opowiedział, że gdy napisał powieść obyczajową wydawnictwo zasugerowało, by wydał ją... pod kobiecym pseudonimem :)

Byłam też na spotkaniach w ramach Dnia Reportażu - z Lidią Ostałowską i - jak rok temu - tłumaczami reportaży nominowanych do nagrody Kapuścińskiego. Skusiłam się i kupiłam dwie książki - "Bolało jeszcze bardziej" Ostałowskiej właśnie i "Z nowego wspaniałego świata" Güntera Wallrafa. Najbardziej dla mnie interesujące wśród nominowanych i wydawanych - o polskich społeczeństwie w okresie przemian i reportaż uczestniczący. Dziś ludzie zaczytują się w egzotycznych podróżach, konfliktach na innych kontynentach. A za ścianą dzieją się rzeczy czasem smutniejsze. Wallraf przez pewien czas wcielał się w różne osoby - telemarketera oszukującego ludzi, bezdomnego, ciemnoskórego (jest zdjęcie, na serio), itp. Był osobą na niskim szczeblu drabiny, tym od którego się opędzamy, albo ignorujemy. Znany jest z tego, że trzydzieści lat temu zatrudnił się w "Bildzie", by napisać książkę o kulisach wydawania brukowca. Wtedy to była jeszcze sensacja. Z tego samego gatunku lubię i mam "Za grosze pracować i (nie) przeżyć" Barbary Ehrenreich - dziennikarka zostawiła wygodny dom, oszczędności i - dla potrzeb reportażu - startując od zera postanowiła żyć i utrzymać się z pieniędzy zarobionych w nisko płatnych zawodach typu kelnerka (Stany Zjednoczone), czyli tak jak setki tysięcy ludzi. Po roku przerwała zbieranie materiału, bo znalazła się na zerze...

Ja tu bez przerwy o reportażu :) Wallrafa już wyszukuję w bibliotece :) Jak mogę zostać pisarką, jak nie interesuje mnie, co pisze konkurencja :) Interesuje mnie życie.

Wróciłam do domu, trochę posprzątałam, zdrzemnęła się i na nic nie mam już ochoty. Czasem dobiega mnie muzyka z zaczynającej się Nocy Muzeów. Poczekam na niedługą Noc Pragi.

19:42, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 maja 2013
Wianeczkowe zapalenie mózgu

Tym razem temat wpisu będzie o problemie aktualnym :) O komuniach :)

Gdyby ktoś jednak podejrzewał, że będę krytykować bizantyjski przepych uroczystości oraz niemalże ślubną listę prezentów, to niestety muszę rozczarować. Tak, czytając popularne o tej porze newsy sama solidaryzuję się z tym, że z dziewczynek robi się śliczne przedmioty (matki robiące próbne fryzury córkom, choć tym do komunii zostało 2-4 lata... tak na prawdę), obiady komunijne to małe wesela, a prezenty to przesada (ostatnio przeczytane na FB - skok ze spadochronem... tak na prawdę).

Wróciłam jednak pamięcią do tamtych lat i przyznałam przed sobą, że cierpiałam na komunijną wersję "welonikowego zapalenia mózgu", czyli "wianeczkowe zapalenie mózgu". Dwa lata przed godziną zero chodziłam specjalnie na msze i oglądałam sukienki, wianki, fryzury, jak która dziewczynka się prezentuje. Zamęczałam mamę i babcię moimi spostrzeżeniami, jak ja bym chciała wyglądać. Gdy nadszedł mój czas cała w emocjach wybierałam na słynnym Bazarze Różyckiego sukienkę i dodatki. Miałam jako pierwsza w roczniku sukienkę całą w koronkach! Tylko na tle wianka powstał z moją mamą spór. Ja wybrałam jeden, ona inny. Ona wygrała. Nie mam pojęcia dlaczego. Może była po prostu potwornie zmęczona zakupami i przyjęła postawę "bo tak".

Rok wcześniej zaczęłam zapuszczać włosy, które od zawsze strzyżono mi na angielski trawnik dla ich dobra ("podcinanie wzmacnia włosy"). Wieczór wcześniej wynajęta znajoma fryzjerka zakręciła mi je na wałki, w których dzielnie spałam. Spałam? Jak mogłam spać, gdy dzieje się coś tak wspaniałego?

Brzmi znajomo?

Jedynie samym przyjęciem się za bardzo nie przejmowałam i prezentami. Wszyscy wtedy dostawaliśmy podobne, skromne prezenty. Coś mi się nie spodobało, ale milczałam. Dostałam zegarek, ale nie od chrzestnej, nie od chrzestnego, ale od przyjaciółki mojej mamy. Byłam wtedy "akuratnym dzieckiem", pod linijkę - taki prezent trzeba dostać od chrzestnego, nie od kogoś spoza rodziny. Było mi przykro i wstydziłam się innym dzieciom o tym mówić. Nie pomyślałam wtedy, że może przyjaciółka jest dla mojej mamy osobą bliższą niż rodzina i zostało już wcześniej ustalone, że ona chce mi to kupić. Ja mówiłam do niej "proszę pani", jej córka do mojej mamy "ciociu". Dla mnie "ciocia" to był wtedy ktoś spokrewniony genetycznie.

Jeśli ktoś zastanawia się, gdzie w tym wszystkim miejsce na ceremonię, sakrament, sacrum, to ma rację. Dla mnie wtedy to by chyba tylko pretekst by być choć przez chwilę księżniczką. By przeżyć "najważniejszy dzień mojego życia".

Brzmi znajomo?

I tak oto moje pragnienie bycia w centrum zainteresowania i księżniczkowania zostało nasycone na zawsze. W kwestii ślubu już się nie odezwało. Fora ślubne czytam by się pośmiać. Co jak co, ale dorosłe kobiety powinny mieć więcej rozumu niż dziewięciolatka.

W dziesięć lat później wybierałam sukienkę na studniówkę i tu już toczyłam wojnę z moją matką. Ona przynosiła mi jakieś bezy z kokardkami i nie chciała płacić za moje pomysły na sukienki pachworkowe, czy z kapturami. Z trudem ustaliłyśmy kompromis. Trochę wcześniej miałam zryw bycia matką chrzestną i doprowadziłam moją matkę do piany, gdy postanowiłam iść do kościoła na uroczystość w jasnej zwyczajnej bluzce i prostej spódnicy. Za mało uroczyste było.

Tak, okres bycia piękną i atrakcyjną pożegnałam w wieku dziewięciu lat :)

Dlatego dziś z rezerwą patrzę na fascynację różem i księżniczkowymi sukniami u Wiertki. Jeśli jej to nie pisane, to minie. Jeśli ma wyrosnąć na kolejną Dodę, to wbijanie jej w moro nie pomoże.

"Wianeczkowego zapalenia mózgu" chyba nie przeżyje, bo nie należy do KK.

Ostatnia dygresja w temacie. Pamiętam jak na pewnej imprezie trafiłam w środek dyskusji młodzieży żydowskiej i jedna z dziewczyn opowiadała jak bolało ją, że inne dziewczynki pójdą takie śliczne do komunii, a ona nie. Jej mama w terminie komunii zawiozła ją na wycieczkę do rodziny do Izraela, a potem wyprawiła huczną bat micwę.

Ja też znajdę dla mojej córki jakiś fajny rytuał przejścia, jeśli będzie tego potrzebować.

Bo może o to w tym głównie chodzi - o rytuał przejścia do świata kobiet. Na chwilę przed tym biologicznym.

00:15, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 12 maja 2013
Like a rolling stone

Teraz coś z zupełnie innej beczki - pozwolę sobie zacytować klasyków :)

Opowiem o życiu towarzyskim mojego dziecka :)

Tydzień temu odwiedziłyśmy znajomą z pewnego forum rówieśniczego - tym razem mojego rówieśniczego :) Była tam dziewczynka starsza od Wiertki o 3 miesiące. Mamy miały sobie pogadać, dzieci pobawić. Trafiło jednak na dwie charakterne, bo spotkanie polegało na rozdzielaniu koleżanek i uciszaniu płaczu. Zawsze chciały się bawić tą samą zabawką. Jak jedna dawała za wygraną i brała drugą rzecz, to tamta natychmiast zostawiała to czymś się aktualnie bawiła i biegła zabierać. Tylko na początku był chwilowy rozejm.

Wczoraj poszłyśmy do kawiarni dla dzieci. Tym razem też umówiłam się na pogaduchy z koleżanką internetową. Jej córeczka jest o niecałą godzinę młodsza od mojej :) Już kiedyś się widziałyśmy. Tamta mała niby "bliźniaczka", a kompletnie inny człowiek. Drobniutka, cichutka, nieśmiała. Siedziała cichutko obok mamy, jadła elegancko ciasteczko, piła soczek, nie ruszała się i dopiero po jakiejś godzinie odważyła się iść trochę pobawić. Za to moje dziecko... W salce obok były pierwsze urodziny jakiegoś malucha. Najpierw powstrzymywałam ją by nie dorwała się do tortu i przekąsek. Potem dałam za wygraną, poszłam plotkować, a jak zobaczyłam Wiertkę z chrupkiem w dłoni udałam, że to nie moje dziecko. Po chwili, moja córka zawarła znajomość z chłopcami z owego przyjęcia i wkrótce, gdy podano ciasteczka i owoce zasiadła z wszystkimi do konsumpcji. Na szczęście nikt nie protestował. Cytując za "Smillą" - "jedz póki nie czujesz wstydu", moje dziecko ma uszkodzone ośrodki w mózgu odpowiadające za odczuwanie wstydu. Nie wykluczone, że to przez próżnociąg ;) Generalnie, miałam dziecko z głowy, bo szalała na sali zabaw, co chwila zawierając nowe znajomości.

Obserwowałam te dwie małe i tak sobie pomyślałam, że z malutką B mogłabym chodzić na wykłady, odczyty, mała intelektualistka. To typ dziecka, przy którym chce się mieć drugie, trzecie i zapisuje do ruchu pro-life. Przy Wiertce mam wrażenie, że nigdy więcej :) Za to moja córka być może będzie miała w życiu większą siłę przebicia.

Dziś pojechałyśmy na Święto Wisły. Nie do końca orientowałam się, gdzie jest główna impreza. Co to jest, u licha, ta Płyta Desantu? Google pokazało coś w okolicy pewnej ulicy. Podjechałyśmy autobusem i szybko okazało się, że wysiadłyśmy sporo za wcześnie. Szłyśmy brzegiem rzeki, szłyśmy, szłyśmy. Moje dzielne dziecko w ogóle nie czuło się zmęczone. Mój Włóczęga. Niezły spacer z tego wyszedł - dla orientujących się w topografii mojego miasta: od Mostu Świętokrzyskiego niemal po Most Łazienkowski. Za to na miejscu darmowy basen z kulkami, ogromna zjeżdżalnia, dmuchane zamki - raj dla dzieciaków. Pogoda była nieco barowa, dopiero południe, więc jeszcze tłumów nie było. Wiertka miała chwilę zwątpienia - wdrapała się na ogromną zjeżdżalnię, spojrzała w dół i rozpłakała się ze strachu. A potem zjechała :) I nie chciała przestać :) Połaziłyśmy pomiędzy straganami, coś zjadłyśmy słuchając bajek opowiadanych przez Michała Malinowskiego.

Potem była przejażdżka promem na drugi brzeg Wisły. Tam bieganie za dzieckiem po placu zabaw. Już planowałam wyruszyć stamtąd w stronę domu, bo to nasze prawie rejony. Jednak mała zachciała jeszcze popływać łódką. I znowu trafiłyśmy na Płytę Desantu.

Obie zmęczone byłyśmy już niemiłosiernie. Tyle, że moja córka nie przyjmowała tego do wiadomości. Wyciągnęłam ją siłą, unosząc na rękach, płaczącą. Spacer do przystanku na moście był najdłuższym w moim życiu. Jestem pełna podziwu dla Wiertki, bo ja już padałam na twarz, a ona miała mniejsze nóżki. Zasnęła na przystanku zanim nadjechał autobus.

Dotąd nie wiedziałam, że nad Wisłą są takie fajne miejsca. Fajnie będzie tu jeszcze wrócić z dzieckiem, albo znajomymi.

20:33, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Magia reportażu, cz. 2 czyli o Czarnej Pani

Zaległy, ostatni wpis, z cyklu reportażowego. Ile można? Ale obiecałam.

Będzie, mam nadzieję krótko, bo tylko opiszę jeden bardzo długi reportaż Kąkolewskiego, ale za to jaki to fascynujący materiał na powieść w stylu Camusa - relacja z zamkniętego Wrocławia, w którym wykryto przypadki czarnej ospy. Miasto trzeba było zamknąć, osoby chore i te które miały z nimi kontakt odizolować w izolatoriach. Działo się to na początku lat 60tych i powstał na kanwie tego wydarzenia nawet film fabularny.

Ile tam było smacznych ludzkich przypadków. Zaczynając od wybierania osób, które trzeba odizolować, czyli tych którzy mieli kontakt z osobami chorymi. Szło w postępie geometrycznym. Pielęgniarka, koleżanka pierwszej chorej (także pielęgniarki) mieszkała z mężem i synkiem w mieszkaniu komunalnym - trzy pokoje w amfiladzie (z jednego wchodzi się do drugiego), w pierwszym pokoju był zakład krawiecki, w drugim mieszkała krawcowa z dorosłą córką, dopiero w trzecim pielęgniarka z rodziną. Z półsłówek i wychodzi na jaw, że zakład krawiecki to punkt kontaktowy... agencji towarzyskiej. Przychodzili tam panowie złożyć zamówienie i dziewczęta by odebrać zlecenie (dom uciech był w innym budynku). I wszystkie te osoby musiały zostać potraktowane jak ludzie, którzy mieli kontakt z ospą... I trzeba było ich znaleźć.

Inny przypadek. Przychodzi zgłoszenie, że na urlopie zaraziła się pracownica bardzo popularnej piekarni. Osoba, która wydaje z rąk do rąk setki chlebów i bułek. Ile tym razem osób może być potencjalnie zarażonych? Po chwili jednak dociera druga informacja, że szef zwolnił tę kobietę od razu do domu, widząc rano, że już źle się czuje. Czujecie to dziś - wracasz z urlopu i masz czelność od razu chorować?

Miejsca kwarantanny to inny rozdział - ludzie tam się buntowali, uciekali, kochali. Pełnia lata. Dzieci wracają z kolonii, a tymczasem rodzice odizolowani. Dziećmi zajmowali się sąsiedzi, a czasem nawet obcy ludzie. A trzeba było chodzić do pracy.

Na koniec ostatnia historia z Czarnego Wrocławia. Parze ludzi "już niemłodych, koło czterdziestki" (padła :D) miesiąc wcześniej urodziło się dziecko. Są tak przerażeni, że on robi wielkie zakupy i barykadują się w domu na dwa tygodnie nikomu nie otwierając. Nie opłacili rachunków, więc odcinają im prąd, siedzą przy świecach. Widzę ten strach o to dziecko wyczekane, urodzone już jako ostatnia szansa, takie kruche i słabe.

To był wielki, kilkunastostronicowy reportaż. Mój ulubiony w tym zbiorze. To powyżej to był drobny jego wycinek.

Ze smutkiem oddam książkę do biblioteki.

19:31, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 maja 2013
Magia reportażu, cz. 2 czyli "z prawem adoptacji"

Tak jak obiecałam, dziś kilka historii wyciągniętych z cyklu reportaży Krzysztofa Kąkolewskiego. Wszystkie wydarzyły się na przełomie lat 50tych i 60tych.

1. Pierwszy reportaż powstał po lekturze ogłoszenia, które brzmiało właśnie tak: "Dziecko (dziewczynka-niemowlę) z powodu ciężkich warunków materialnych oddam na wychowanie  z prawem adoptacji". Wyobrażacie sobie dzisiaj takie ogłoszenie w gazecie??? Reporter podał się za przedstawiciela osoby zainteresowanej dzieckiem i tak wysłuchał - przy wódce i śledziku - opowieści o byciu panną z dzieckiem. Spotkał się z koleżankami matki, która była w innym mieszkaniu, a dziecko jeszcze w trzecim lokalu. Rzecz działa się w mojej okolicy ":) Młoda dziewczyna przyjechała za pracą do wielkiego miasta z niedalekiej wsi. Spotkała się z chłopakiem. Ciążę ukrywała tak długo, że na aborcję było za późno. Na to by jej matka udawała ciążę i wzięła wnuczkę jako swoją też. We wsi zostały młodsze siostry, które straciłyby szansę na mężów na wieś o bękarcie w rodzinie. Dziecko trzeba było oddać. To jednak nie koniec historii. Dziewczyna spotkała nowego chłopaka, który jej się oświadczył. I zaraz kolejny zakręt. Chłopak na wieść o dziecku, mówi jej, że nie chce by matką jego dzieci była kobieta, które jedno oddała. Ożeni się, jeśli ona dziecko zatrzyma. Chłopak poszedł do wojska, a młoda matka nie jest jakoś przekonana do macierzyństwa. Nie wiemy jak skończyła się ta historia, bo reporterzy nie wracają do swoich bohaterów.

2. To dla tej historii , która się tak na prawdę nie wydarzyła, postanowiłam w ogóle zrobić wpis o tych reportażach. Kąkolewski dotarł do listów, które przyszły jako odpowiedzi na ogłoszenia matrymonialne, ale nie zostały odebrane. Listy szły już do komisyjnego spalenia. Wśród wielu zacytowanych jeden urzekł mnie najbardziej, a brzmiał tak:

"Ośmielam się opowiedzieć Pani, jak poznaliśmy się, jak to było na prawdę. A więc proszę zapomnieć o ogłoszeniu. Nigdy nie było ogłoszenia. Nigdy nie był listu, który Pani czyta. Poznaliśmy się przypadkowo na koncercie w Filharmonii. Będziemy to tak wspominać: to był koncert bachowski. Lubimy Bacha oboje (zakładam, że Pani też, a nie to Pani polubi na tym koncercie), ale oboje zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili i przypadkowo dostaliśmy bilety obok siebie, rząd 12 krzesło 11 i 10. W pewnej chwili Pani poprosiła mnie o program, którego Pani nie zdążyła kupić. [...] Bilet załączam". Podpisane: tu niestety szukałam w necie znaku tej całki, ale śpieszę się i nie daję rady :( (fe i -x2 jako jego potęga, wybaczcie dyletantyzm) Reporter dowiedział się, że to całka zwana "nadzieją matematyczną", rozkład prawdopodobieństwa Gaussa.

Kiedy to czytam robi mi się strasznie smutno i nostalgicznie. Widzę mężczyznę, który siedzi w filharmonii obok pustego krzesła, widzę kobietę, która z jakiś powodów nie odebrała listów i straciła być może szansę na miłość. Widzę ten list, który spala ogień. Tak mi ich szkoda. Niczym nieudany film z Tomem Hanksem i Meg Ryan.

Czy mężczyzna z taką fantazją może być nudny? Bez zastanowienia chyba poszłabym do tej filharmonii :) Ciekawe, jak potoczyły się jego losy.

I jaka to baza do opowiadania albo powieści :)

Wpis zrobił się długi, dziecko płacze i chce się przytulać. Były w planie jeszcze 2-3 historie i być może będzie jeszcze jeden wpis. Pogoda piękna, wracamy do domu późno - kąpiel (Wiertka jest cała w piasku i pyle), kolacja, trochę bajek i dzień jest już skończony.

20:45, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Tagi