To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
czwartek, 29 maja 2014
Harcerski pogrzeb Orła

Miałam zrobić ten wpis wczoraj, ale dzień była taki jaki był. Być może to ze zmęczenia, bo po przepracowanym weekendzie od razu przyszłam do biura. Wczoraj było apogeum - smutek, apatia, niepokój. Nów. Księżyc ginął kawałek po kawałku. Ja znikałam kawałek po kawałku.

Jednak wczoraj wzięłam dzień wolny. Powód był smutny.

Gdy kilka tygodni temu widziałam jak mój dawny kolega, Robert zamieszcza na FB zdjęcia, na którym odbiera pewne odznaczenie, pomyślałam, że ta czerwona chustka na jego głowie, to albo choroba, albo udaje pirata. Chustki na głowach znajomych nie prorokują nic dobrego. W piątek dowiedziałam się, że zmarł.

Sześć lat pracowaliśmy razem - on składał czasopismo, ja ściągałam do niego reklamy. Od momentu, gdy odeszłam z zespołu minęło sześć lat, ale podpatrywaliśmy się na FB. Jakieś dwa lata temu zmarł jego ojciec, złożyłam mu kondolencje.

I teraz krótkie zastanowienie, czy po tylu latach płytkiego kontaktu wypada iść na pogrzeb? Czy to będzie narzucanie się? Ponownie z FB dowiedziałam się, że idą prawie wszyscy dawni pracownicy z tamtej firmy. Niezamierzenie, pogrzeb stał się także małym spotkaniem.  Dowiedziałam się, że w sierpniu, na obozie harcerskim, rozbolał go brzuch, wylądował w szpitalu. Trochę diagnostyki i wyniki - rak trzustki. Od stycznia przerzuty i nawrót choroby. Cały czas pracował. W tym roku już ze szpitala, ale nadal składał gazetę wydawaną przez naszego wspólnego kolegę. Ostatnie poprawki robił na trzy przed śmiercią. Jak to jest? Życie na szpitalnym łóżku, z przerzutami, jak stąpanie po cienkiej linie nad przepaścią. Jednak życie. Masz siły na pracę A potem z dnia na dzień urywa się lina.

Rok temu zapewne mógł zastanawiać jaką emeryturę wyliczy mu ZUS, nie wiedząc, że za dwanaście miesięcy już go nie będzie. We wrześniu dowiaduje się o śmiertelnej chorobie, nie wiedząc, że to lato które żegna jest na prawdę ostatnim latem. Pamiętam, jak w październiku czułam się potwornie smutna na myśl, że można wejść w zimę, nie doczekawszy już słońca i zieleni. Nie wiedziałam, że ktoś znajomy podejrzewa, że to jest realne. Przynajmniej doczekał pełnej wiosny i upałów.

Wiedziałam, że Robert udzielał się w harcerstwie. Trochę traktowałam to z przymrużeniem oka. Harcerstwo ok, ale tak do wieku 20+. Potem to już trochę niepoważne ;) Mężczyzna po czterdziestce i obozy? :) Okazało się jednak, że był cenioną i szanowaną osobą w tym kręgu. Od dwóch lat rozkręcał hufiec w Ciechanowie. Czytałam na FB wspomnienia o nim autorstwa młodych ludzi. Wzruszające. Można nigdy nie założyć rodziny, ale jednak zostawić po sobie zasmuconą młodzież.

Ja bardziej pamiętam go jako wesołka. Zawsze pogodny, ze specyficzny poczuciem humoru.

I ten pogrzeb. Pełen harcerzy, piosenek, w Katedrze Polowej. Na koniec, na cmentarzu, wszyscy stworzyli harcerski krąg, wzięli się na ręce - a było nas kilkadziesiąt osób - i odśpiewało ostatnią piosenkę.

A dziś na FB zagadała mnie jedna ze znajomych. Okazało się, że także go znała. Małe miasto.

Wszystkie uroczystości pogrzebowe - msza, przejazd na cmentarz, ceremonia tam, zajęło trzy godziny. Wracając odebrałam Wiertkę z przedszkola. W domu nie miałam na nic siły. Włączyłam jej bajki i zasnęłam. Jak księżyc zniknęłam.

Potem dziecko opowiedziało mi swój sen:

- Śniło mi się na drzemce, że odeszłaś. Nie odejdziesz?

:(

19:38, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 maja 2014
Matka Feministka

Refleksja z opóźnieniem, bo choć na spotkaniu autorskim w Krytyce Politycznej z Agnieszką Graff i jej "Matką feministką" byłam  w tamtym tygodniu, to jeszcze chciałam przeczytać książkę.

Najpierw ogólnie. Bo czy "matka feministka" to nie oksymoron? ;) Przecież feministki są brzydkie, zgorzkniałe i nikt ich nie zechciał :) A jak zechciał, to jako zwolenniczki ruchu pro-choice znają drogę na "statek na falach", nie na porodówkę. Niestety, coś w tym jest. Czasami mam wrażenie (po lekturze na FP), że w ruchu feministycznym łatwiej znaleźć radę, jak ciążę usunąć, nie jak urodzić i wychować w tym kraju. Oburzają się, jak się im o tym wspomina. Dlatego, niektóre kobiety chłodną feministycznie po narodzeniu dziecka. Tyle, że kobietom z ruchu rodzą się dzieci, powiększają rodziny i ich krąg "walki" zaczyna się poszerzać.

Idąc teraz do Graff. Sama przyznaje, że odkąd urodziła, w towarzystwie poszła fama, że jej trochę odbiło na punkcie macierzyństwa. I rzeczywiście, jak się czyta niektóre teksty, to ja przy niej wyrodna jestem :) Sylwia Chutnik, kiedyś w prywatnej rozmowie przyznała, że - gdy jakąś dekadę temu - urodziła syna, zostało to przyjęte chłodno. Jakby popełniła jakiś nietakt feministyczny.

Ale to właśnie Chutnik i Graff wciągnęły feminizm w macierzyństwo. Pierwsza zorganizowała platformę dla dzieci na Manifie (a w tym roku pochód dziecięcy z okazji Dnia Dziecka), druga namówiła Kongres Kobiet na zorganizowanie kącika dziecięcego. Dziś wydaje się to absurdalne, że w miejscach gdzie zbierają się kobiety, nie ma miejsca dla ich dzieci. To nie te czasy, gdy rewolucjonista się nie rozmnażał, by nie mieć nic do stracenia.

Idąc do książki Graff. To zbiór jej felietonów do miesięcznika "Dziecko", artykułów, wystąpień na Kongresie Kobiet. Pada tam trochę fajnych rzeczy. Chociażby bycie matką na urlopie wychowawczym z perspektywy trochę feministycznej :) Inne ciekawe spostrzeżenie, to że feminizm sam z własnej winy dał sobie wyciągnąć kwestie macierzyństwa. Słusznie zwróciła uwagę, że skupienie na rodzinie i tej głównie roli kobiety, to był główny punkt "backclashu" w latach 80tych w Stanach. Prawica zmonopolizowała dyskusje o rodzinie, macierzyństwie, łącznie z przesłodzoną retoryką - w Polsce teraz. Okopali się na pozycjach obrony tych wartości. Feminizm poszedł w drugą stronę. Przykładem była na spotkaniu autorskim Kinga Dunin, która spytała się, czy nadal rozmawiamy o emocjach, relacjach i tym cium-cium, czy o kwestiach społecznych w książce. Póki feministki nie nauczą się trochę "cium cium", to ciężko im będzie przekonać część kobiet do siebie.

Na tym samym spotkaniu swój zarzut wysnuł także Piotr Pacewicz, mówiąc, że Graff pisze tylko o matkach, matkach, no i matkach, a tak prawie nic o ojcach. Równowaga jest tylko na zdjęciach - ta sama liczba matek z dziećmi i ojców z dziećmi. Jakaś kobieta z sali przytomnie zwróciła uwagę, że Tomasz Kwaśniewski także pisze felietony o byciu ojcem i nikt mu nie zarzuca, że nie pisze o matkach. To książka o doświadczeniu bycia matką i feministką.

O ojcach jest i to jedyna część, z którą bym z Graff polemizowała. Obie zgadzamy się w tym, że ojcom trzeba pozwolić by bardziej zaangażowali się w opiekę nad dzieckiem. Po rozstaniach mają takie same prawo do kontaktów z dziećmi.

Tyle, że wg Graff to, że sądy częściej przyznają opiekę matce i niektórzy ojcowie miewają utrudniony kontakt z dziećmi, to wina patriarchatu. Litości... To w patriarchacie dziecko było własnością ojca i jego rodu. On uznawał potomstwo za własne, nadając mu nazwisko. A jeszcze wcześniej była nawet panem życia i śmierci swoich dzieci. W przypadku separacji małżeństwa w 99% przypadków dzieci zostawały przy ojcach. A w dużej ilości przypadków matka miała kompletnie zabroniony dostęp do dzieci. Czy to nie patriarchat "kazał" Kareninowi po opuszczeniu przez żonę wytłumaczenie synowi, że matka umarła? Czy to nie przez patriarchat książę Albert, mąż królowej Wiktorii stracił kontakt z matką, gdy ta ośmieliła się odejść od męża? Czy to nie na patriarchacie oparta była sytuacja, gdy w trakcie długiego i ciężkiego porodu lekarz to ojca pytał, kogo oszczędzić - matkę, czy dziecko? Nie wijącą się w bólach rodzącą.

Z drugiej strony, kiepska sytuacja rozwiedzionych ojców, to też nie wina matriarchatu, bo go nie ma. Ani feminizmu, bo ten zakłada równe szanse i pozycję. Także w miłości wobec dzieci.

Bo mało kto wie, że feminizm feminizmowi nie równy - jest liberalny (teraz bardziej neoliberalny), radykalny, itd. Bliższa mi jest opcja Graff, gdzie skupia się na sytuacji kobiet z klasy niższej i średniej, które borykają się z brakiem pracy, brakiem żłobków, przedszkoli, czy brakiem alimentów. Na drugim biegunie jest feminizm Kongresu Kobiet, gdzie stawia się na kobietę sukcesu, pracującą i godzącą żonglerkę kilkoma piłeczkami. Ruch kobiet z większych miast. Taki bardziej w stronę "latte feminizm" ;)

19:48, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 maja 2014
Raporcik majowy

Ostatnie dni, to obecność na stoisku Warszawskich Targów Książki przez cztery dni, a w sobotni wieczór ślub i wesele kuzyna.

O dylematach związanych z weselem już było. W sobotę wyszłam z targów o 14:00, w domu prysznic, przebranie się, umalowanie, zapakowanie albumu zamiast kwiatów. I podróż kilkadziesiąt kilometrów. Przyznam, że ślub z wojskowym, to miła dla oka rzecz, bo pan młody wystąpił w galowym mundurze. Jego koledzy tak samo. Zrobili im szpaler z szabel przed kościołem. Potem wesele. Nie starzeję się, niestety. Starałam się, ale nadal estetyka weselnej zabawy mi nie wchodzi. Coś zjadłam, napiłam się drinków, pospacerowałam. Tańczyć za bardzo nie chciałam, bo wszyscy byli w parze, a z mojej strony rodziny niewiele było osób.

Zatańczyłam cztery razy - raz z ojcem pana młodego, wujem własnym, drugi raz z trzyletnim synkiem mojej siostry ciotecznej, trzeci raz poprosił mnie do tańca, tak na oko pięciolatek i czwarty raz w wężyku grupowym w dziwnej peruce na głowie. Bridget Jones mogłaby uczyć się ode mnie pogody ducha.

Ciekawym wydarzenie było towarzyszenie kuzynce w karmieniu jej rocznego synka. Poprosiła mnie o pomoc w rozpięciu sukienki, zdjęciu żakietu. Znalazła obok recepcji zaciszną wnękę, z fotelami, przyciemnioną. Dopiero gdy mały się przyssał zauważyłyśmy za plecami telewizor. A na ekranie zaczynał się właśnie mecz Ligi Mistrzów. Po sekundzie, w zacisznej wnęce zaroiło się od gości weselnych płci męskiej. Panowie zastrzegli, że się nie gapią. To jeszcze nic. Po chwili pokazał się kamerzysta by filmować... Na szczęście, taktownie się wycofał :) Wesele i ważny mecz. Niczym z serialu "Alternatywy 4" :)

Targi spadły mi z nieba, bo były wytłumaczeniem dlaczego nie zostaję dłużej, tylko wracam do domu po 22.00 razem z kuzynostwem i ich małymi dziećmi.

W niedzielę wyspałam się, napiłam kawy, przejrzałam internet i pojechałam na targi. Dziewczyny mówiły bym się nie spieszyła :)

Na targach, jak to na targach, opowiadałam o książkach, odwiedziłam koleżankę, która podpisywała swoją na innym stoisku :) W piątek miałam przyjemność obejrzeć w sąsiedztwie Martę Kaczyńską, która podpisywała swoją książkę "Moi rodzice". Tłumek był. Może nie taki jak u Grocholi, ale przebiła wszystkich ilością fotoreporterów.

Przeszłam się po stoiskach, trochę pogadać z dystrybutorami (oj bardzo nie lubią jak się ich nazywa hurtowniami), trochę coś wybrać dla siebie. I cholera popłynęłam, bo kupiłam w sumie cztery książki (+ album o podróżach dla młodej pary). Pojawiła się nowa pułapka - terminale płatnicze.

Kupując jedną z książek okazałam się niechcący buraczką (nie ma żeńskiej wersji od buraka, co na seksizm). Od szefowej dowiedziałam się, że innym wystawcom dajemy wyższe rabaty, tak z uprzejmości branżowej. Sama wybrałam książkę. Usłyszałam 32 zł, z rabatem z okazji targów. Niczym blondynka podałam panu dwa banknoty myśląc, ze to 20 zł i 20 zl.

- Chce Pan 2 złote? - dopytałam myśląc, że łatwiej wyda resztę.

Pan się zawahał, spojrzał.

- A to trzydzieści, rabat dla wystawców.

I wtedy zobaczyłam, że dałam mu 20 zł i 10 zł... Zaczęłam się tłumaczyć, ale chyba wyszło na to, że wymusiłam dodatkowy rabat.

Targi skończyły się o 17:00 i zaczęła się wywózka niczym na Ziemie Odzyskane. Podjechać po wejście targowe można było dopiero od 17:00 (pierwotnie od 17:30). I tak, o tej porze zaczęli wychodzić ludzie, masa kobiet z wózkami dziecięcymi oraz piersi wystawcy z wózkami pełnymi paczek. Czyli kolejki do windy. Potem wystawców z pakami zrobiło się jeszcze więcej. Ja stałam w kolejce do windy z wypchanym po czubek nosa wózkiem, a koleżanka kursowała z drobnicą schodami. Windy były dwie, kręta i chwiejna od pak kolejka wiła się przy jednej. Nagle podchodzi jakaś pani bezpośrednio do drzwi pierwszej windy, ale ktoś zwraca jej uwagę, że jest kolejka. W takim razie ona podeszła do drugiej obok ze słowami:

- To ta będzie dla nas.

- Do dwóch! - cała kolejka chórem rzuciła.

Pani była zaskoczona i niemile zdziwiona. Potem tylko weszłam wreszcie do windy prawie rozsypując paczki i narażając się na lincz wydawców słowa. By i tak przewrócić wszystko tuż przy samochodzie. Ale tam pomógł mi jakiś miły pan z antykwariatu. Była 18:00.

Spotkałam kilku miłych mężczyzn przy sąsiednich stoiskach, ale z racji specyfiki tematycznej książek mojego wydawnictwa szybko wychodziło na jaw, że mają dzieci. Czyli małżonki takoż.

Przez to wszystko nie dałam rady odgruzować mieszkania, odessać kurz, czy wreszcie posortować i przejrzeć ubrania letnie. Brakuje tylko, żeby Edek po wypuszczenie z klatki narobił na środku pokoju trochę świnkomorskich bobków.

20:19, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 maja 2014
Sałatka macierzyńska

Wczoraj byłam z Wiertką na dodatkowych testach psychologicznych. Pisałam jakiś czas temu, że miałam spotkanie w przedszkolu z panią psycholog na temat testów czterolatka. I, że wyniki były takie sobie :) To badanie miało być trochę dokładniejsze. Najpierw pani psycholog wypełniła formularz, zadając mi mnóstwo pytań. Mam nadzieję, że przez to moje dziecko nie kwalifikuje się do dodatkowych badań :) Poród z próżnociągiem, ojciec weekendowy, dwoje starszego rodzeństwa przyrodniego :)

W tym czasie Wiertka rysowała sylwetkę ludzką - mam nadzieję, że nie widać było napięcia we mnie :) Dziecko rysuj ładnie, dziecko zrób sylwetkę nie tułuba :) Dała radę :) Potem układała z panią psycholog klocki - to był jakiś specjalny test. Na początku trochę się przeraziłam, bo punktów do wykonania było ponad kilkanaście. Jak moje dziecko to zrobi, ile to będzie trwać? Okazało się, że test trwa dopóki dziecko go robi i to też test :)

I okazało się, że Wiertka - niespełna 4,5 latka - zrobiła zadania na poziomie 5-cio latka i nawet 6-cio latka :) Kwadrans była skupiona, zastanawiała się, układała rozważnie, ale potem już wierciła się, śpiewała w trakcie, zaczęła rozwiązywać na "odwal się" i można było zakończyć test.

Ulżyło mi. Mam inteligentne dziecko :)

A teraz odrobina lansu macierzyńskiego. Wiertka może nie lubi rysować. Sporo w tym moje winy, bo ja też za tym nie przepadam i ciągle zapominam ją w tym kierunku stymulować. Za to niedawno, zauważyłam, że Mała bawiąc się powtarza kilka wersów, trochę je zamieniają. Dopytałam się, czy ułożyła wierszyk. A gdy potwierdziła, to zapisałam go :) A kilka dni temu, sama do mnie przyszła:

- Mama, zapisz! Zapisz!

I podyktowała mi króciutką piosenkę.

Jeszcze mi tak nie odwaliło, żebym to tutaj podawała, ale zachowam na pamiątkę. Kiedyś będzie sobie to przypominać. Ja żałuję, że nie zachował się jednostronicowy początek mojego pierwszego opowiadania, które napisałam mając 9 lat. Żałuję, że zaginął pamiętnik, który pisałam mając 10 lat. I kilka szkolnych opowiadań, gazetek :)

Może to genetyczne, może przez osmozę rodzinną. Moja córka chyba też lubi składać słowa :)

19:32, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 20 maja 2014
Rodzinne historie

Rzadko piszę, bo i nie wydarza się zbyt wiele rzeczy. W pracy sporo pracy i to czasem fizycznej. W wolnych chwilach staram się pisać, by coś znowu doprowadzić do końca. Zauważyłam, że od poniedziałku do środy jeszcze mam energię, ale końcówka tygodnia, to spadek intelektualny. W tamtym tygodniu codziennie jeździłam z małą na lasery na uszy. Padałam od tego.

W tamten czwartek byłam też na pewnym spotkaniu rodzinnym. Jakiś czas temu skontaktowała się ze mną bardzo daleka kuzynka - moja babcia i jej dziadek byli rodzeństwem. Tworzy księgę rodzinną i chce dołączyć naszą odnogę do niej. Podałam potrzebne daty, przesłałam trochę zdjęć. Postanowiłyśmy się też spotkać.

Widziałyśmy się już jakieś dwa razy w życiu, jako dzieci. Pamiętam tamte spotkania, ją i jej młodsze siostry bliźniaczki :) Mój tata i ich mama to kuzyni, którzy kiedyś dość często się spotykali. Jakoś tak wychodzi, że im człowiek starszy, tym czasem bardziej zamyka się w czterech ścianach i urywa dawne kontakty.

Pamiętam tamte spotkania i dopiero teraz jako mocno dorosła osoba segreguję, kto do jakiej odnogi mojej rodziny należy - czy po kądzieli, czy po mieczu, czy po kądzieli mieczu / kądzieli, itd :) Kiedyś to po prostu była rodzina. Wielka plazma ludzka :) Czy tak było tylko dla mnie? Czy to charakterystyczne dla dawnych rodzin, które trwały. Dziś jest rodzina ojca i rodzina matki, dwa odrębne klany. Niekiedy wrogie. Pomyślałam, że wskaźnikiem trwałości i stałości rodziny może być nie roztrząsanie skąd dany kuzyn pochodzi. W ogóle - kontakty z tymi kuzynami. O tym powinien mówić PiS ;)

Fakt, zawsze miałam lepsze kontakty z rodziną mamy i ich lubiłam. A mój tata bardziej ciągnął do rodziny swojego ojca.

To wracam do spotkania. Kompletnie bym ich po tych latach nie poznała :) A ja się podobno nie zmieniłam. Na razie obejrzałam księgę rodzinną na laptopie. Dziewczyny (no dobra, mocno 30+ jak ja) wykonały ogromną pracę - objeździły parafie, archiwa, porobiły zdjęcia, skany dokumentów. Strasznie ich to wciągnęło - zrobiły cztery księgi rodzinne, dla każdej pary dziadków. Widziałam metrykę urodzenia moje babci. Ją na zdjęciach, których dotąd nie widziałam - młodziutką, nastoletnią.

Co do samej babci. Żałuję, że nie poznałam ją lepiej jako człowieka. Zmarła, gdy miałam osiemnaście lat. Bardzo niewdzięczny wiek dla relacji rodzinnych. Ma się wtedy w dupie, kto skąd i po co. O ile babcia od strony mamy była babuchną, która mnie wychowała i rozpuściła, to babcia od strony taty była tą surową i budzącą posłuch. Dopiero dziś zdaję sobie sprawę, że babcią została w wieku... 43 lat. Ludzie, przecież to była młoda kobieta, nie babcia. Dziś niektóre w tym wieku rodzą pierwsze dziecko. Nie dziwne, że nie była łagodna, tylko trzymała nas z bratem krótko. Dlatego nie mam o niej wielu wspomnień - bo najpierw raczej surowa, potem poważnie chora.

Taka anegdotka. Po niedzielnym obiedzie u dziadków, ja z bratem szliśmy do sąsiedniego pokoju i tam się bawiliśmy. Aż pewnego dnia w pokoju, na regale pojawiło się mini - safari: malutkie zwierzątka, palmy, płotki. Zachwyciliśmy się. Ale babcia powiedziała, że to jest dekoracja i mamy tego nie ruszać, bo pogubimy. Inna sprawa, że to były czasy, gdy takie badziewie robiło za dekorację na regale :D Ok. Sprawę rozwiązaliśmy tak, że jedno czatowało przy drzwiach, czy nie idzie ktoś dorosły, drugie bawiło się safari :) A potem zamiana. Taka była siła babci :)

Inna historia. Pamiętam jakiś ciepły dzień. Jestem u babci i dziadka na wakacjach, na weekend. Siedzę na ławeczce i ryczę, skubiąc bób. Pamiętam ten bób. Ryczę, bo babcia mi czegoś zabroniła. Ryczę nie dlatego, że to coś było ważne. Ryczę, bo po raz pierwszy w życiu ktoś mi czego zabronił, postawił mi granicę. To był szok :) Jakaś sąsiadka z uśmiechem mówiła babci, żeby mi pozwoliła, ale ta była nieugięta. Do dziś to pamiętam. Pamiętam, jak raz w życiu czegoś mi zabroniono i nie dano się przekabacić. Wszystkich innych umiałam zagadać, zakręcić. Z babcią już nie próbowałam.

O babci wiem - też już z księgi rodzinnej - ojca straciła, gdy miała trzy miesiące. Była ostatnim dzieckiem i różnica wieku pomiędzy nią, a najstarsza siostrą wynosiła 20 lat. Miała sześcioro rodzeństwa. Niemal wszyscy, z wyjątkiem jednego brata, zachorowali na cukrzycę typu B i zmarli na powikłania związane z tą chorobą. I jak tu wierzyć, że to nie genetyczne. Może po babci mam skłonność do lekkiego hedonizmu. Co kupiła sobie za pierwsze zarobione w życiu pieniądze? Wydała je w cukierni na wielkie ilości bajaderek :) Ciekawym tematem na wpis byłoby - co o tobie mówią pierwsze wydane w życiu pieniądze :) Życie skróciła sobie, bo nie pilnowała non stop diety, tylko jadła jak lubiła do pogorszenia wyników, a potem trzymała dietę póki się nie polepszyły. Była osobą pulchną. Moja mama, z charakterystyczną dla siebie matczyną delikatnością, mówiła mi, że figurę to ja mam raczej po rodzinie taty (czyli tamtej babci), nie po niej, takiej szczupłej i wiotkiej. Tak, bardziej mi grozi cukrzyca niż nadczynność tarczycy.

Oraz sprawdziłam w księdze jedną datę, podaną przez mojego tatę, która dotąd była pewnym tabu. Babcia urodziła mojego tatę mając 20 lat. Spytałam się kiedyś dziadka, o której godzinie się tata urodził. To było wiele lat po śmierci jego żony. Coś tam rzucił. Potem mama powiedziała mi cicho, że skąd on ma o tym wiedzieć, skoro ożenił się babcią, jak ich syn miał rok. Ale żebym o to tatę nie pytała, bo ten się bardzo denerwuje gdy się o tym wspomina. I rzeczywiście - babcia wyszła za mąż, gdy jej pierwsze dziecko miało rok. Dziadek coś się chyba do ożenku nie śpieszył. Losu na loterii nie wygrała, bo dziadek był typowym facetem tamtych czasów, który nic w domu nie robił i nieźle popijał. Ale babcia nie sprawiała wrażenia potulnej.

Inna rodzinna anegdota o jej łagodności. Mój tata także kiedyś sporo pił i to głównie w pracy. Także temat na inny wpis o tym jak klasa robotnicza piła w zakładach pracy w PRLu. Moja mama była w dość dobrych stosunkach z teściową i skarżyła jej się na męża. I pewnego dnia, babcia pojechała do pracy mojego taty i tam przy kolegach opierdzieliła syna, za to jak się zachowuje.

O dziwo, gdy cukrzyca odebrała babci wzrok, zniszczyła serce, rozwaliła nogi i położyła do łóżka bez sił, dziadek wziął na siebie wszystkie prace domowe i pielęgnację żony. Ostre picie rzucił dopiero, gdy u niego zdiagnozowano cukrzycę - na własne oczy widział, jak ta choroba potrafi zdewastować organizm.

Tak się rozpisałam, bo tak słabo ją poznałam. Może byśmy się nawet polubiły. Zmarła mając 61 lat, gdy przestały działać nerki. Ostatnie dwa lata życia spędziła w łóżku.

Niedługo skopiuję księgę rodzinną i bardziej się wczytam w historię.

19:50, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 maja 2014
Sałatka firmowa

Ciężko jest pisać o własnych lekkich rzeczach, gdy wiesz, że komuś znajomemu świat się wywraca do góry nogami :( Bo to takie trywialne.

Dziś zaliczyłam w pracy pierwszy i oby ostatni "fakap". Wyraz spolszczyłam. Nie jestem zwolenniczką kalek z angielskiego, ale to to wygodny termin na sytuację, gdy "coś się spierdoliło", ale nie ma wyraźnego winnego. Nie napiszę, że "dziś spierdoliłam", bo to będzie brzydko wyglądać i w dodatku wyraźnie zasugeruje, że to przez mnie :)

Wczoraj wysłałam paczki do dwóch hurtowników. Do jednego poszło kurierem, drugi przysyła kuriera. Panowie przyszli jednocześnie. Pomyliłam paczki. Nie mam pojęcia jak. Kiedy są zapakowane, to nie dojdziesz, do kogo to. Kładziesz list przewozowy. Tylko, że ja zapakowałam dla jednego trzy paczki, dla drugiego jedną i w głowie szybko dokonałam inwersji - pod półkami dla A, przy biurku dla B, pod półkami dla B, przy biurku dla A, pod półkami dla B, przy biurku dla A. I listy przewozowe położyłam już odwrotnie. Wytłumaczenie mam jedno - B, które miało dostać jedną paczkę, trzy dni wcześniej zamawiało wielką dostawę, kilka paczek i wryło mi się w głowę, że jak sporo to dla nich.

Obie firmy są w tym samym mieście, na południu kraju i wygodnie byłoby teraz zamówić kuriera na miejscu, który przewiezie paczki z jednej firmy do drugiej. Tyle tylko, że A nie powinna wiedzieć, że B u nas zamawia. Na szczęście, zamianę odkryła firma B. Telefon do A, żeby nawet nie otwierali przesyłki i nie przeglądali faktury z danymi. Gorzej, że B to nowy, duży klient i trzeba ich pieścić.

W poniedziałek wszystkie paczki wracają przez pół kraju do nas kurierem, tu je przeadresujemy i znowu tam wysyłamy.

Byłam trochę zgaszona, ale nikt nie robił mi awantury. Sytuację udało się szybko wyjaśnić i jakoś odkręcić. Koleżanka pokazała mi, dla pocieszenia, swój "fakap" redaktorski, na okładce jednej z książek. Mój oby za tydzień ludzie zapomną, jej stoi na setkach półek :)

Po południu przyjechała dostawa, prosto z drukarni, nowej książki. Siedem palet do rozładowania :) Na pięć kobiet. Poszło całkiem sprawnie. System jest taki, że ustawiamy się w rządku i podajemy z rąk do rak po dwie paczki. Najtrudniejsze jest stanowisko "na kręgosłupku" - rozcinanie palety, wyjmowanie paczek, coraz niżej i niżej oraz "na stepie", czyli schodkach do piwnicy - bierzesz paczki schodzisz 2-3 stopnie przekazujesz i wracasz. Dlatego stanowiska były wymienne :) Zaliczyłam oba i czuje się jak po zajęciach na aerobiku. Ostatnie stanowisko, to "tetrisowanie dostawy", czyli układanie paczek w piwnicy tak by zajęły jak najmniej miejsca i były najłatwiej dostępne.

"Tetrisuje" się też większe dostawy do odbiorców hurtowych, czy mniejszych sklepów. Tak jest, gdy ktoś zamawia kilka różnych tytułów, każdy w innej liczbie, innym formacie. I teraz trzeba to tak zestawić i zapakować, by jak najbardziej przypominało sześcian :)

A od poniedziałku, kilka wysyłek do większych odbiorców oraz przedsprzedaż nowej książki. Gdy w tamtej weekend była jedna promocja, przy zamówieniach pracowałam nie tylko, ja, ale i reszta dziewczyn, bo było ich sporo.

Potrzebuję tego weekendu na odpoczynek.

20:44, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 maja 2014
Ile kosztuje pół kg książki?

Wyrwałam się dziś na kolejną debatę radia TOK FM. Tym razem na temat "Ile kosztuje pół kilo książki? Debata o wydawnictwach, księgarniach i książkach". Po części uznałam to za szkolenie zawodowe, wdrążanie się w temat ;) W końcu zajmuję się teraz dystrybucją i poznaję zasady działania rynku księgarskiego. Rynku, który tak na prawdę jest rynkiem kilku wielkich hurtowni nazwanych w trakcie spotkania pieszczotliwie oligopolem. Na razie z owymi hurtowaniami jestem na etapie "pierwszych randek", jest jeszcze miło.

Na miejscu spotkałam moją szefową :) Siedziałyśmy razem :)

A wśród panelistów byli: Beata Stasińska z wydawnictwa W.A.B., Magda Majewska z Krytyki Politycznej, prof. Przemysław Czapliński oraz dr Michał Stefański (ZMOWA - Związek Małych Oficyn Wydawniczych z Ambicjami :) ). Na ciekawą rzecz zwrócił uwagę Czapliński - od 1989 roku ilość wydawnictw wzrosła 30-to krotnie..., a wydawanych książek trzykrotnie. Ogromnie rozdrobnienie. Ale - głos z sali - wystarczy postarać się raz o ISBN jako stowarzyszenie, instytut i już się jest podciągniętym pod wydawnictwo. Zaintrygowały mnie plany regulowanej, stałej ceny za książkę - przez pierwszy rok od wydania książka, gdziekolwiek byłaby sprzedawana (wielka sieć, mała hurtownia, internet) miałaby mieć taką samą cenę. Pomogłoby to może wydawnictwom. Na pewno hurtownikom, bo oni zarobili by co ich, ucinając na prowizji dla księgarń. Czytelnik, łasy na polowania na okazje byłby chyba zawiedziony.

Inny głos z sali uświadomił mi w jak wygodnym żyję Matrixie - pani współorganizuje objazdowe, wspólne biblioteki społeczne. Jest wiele miejsc w tym kraju, gdzie księgarnie już padły, a biblioteka jest czynna w godzinach 11.00-15.00. A ludzie chcą czytać. O nich trzeba pomyśleć.

Dyskusja była gorąca, sala także się włączyła. Całość trwała aż do 21.00. A temat, tak jak w marcu, gdy rozmawiano o sytuacji pisarzy poszedł w jednym kierunku - trzeba wspierać rozwój czytelnictwa.

Padł piękny postulat, przyjęty oklaskami - skoro minister Obrony Narodowej może się sfotografować przy F16, to niech Minister Kultury zrobi sobie zdjęcie z książką :)

22:34, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 maja 2014
Weekend NieMatki

Weekend na regenerację, bo jestem zmęczona :)

Tak nie do końca odpoczywałam, bo w sobotę podjechałam do podwarszawskiego USC, w przepięknym pałacyku, na uroczystość zawarcia związku małżeńskiego jednej z moich koleżanek. Bardzo ją podziwiam. Po roku od poznania mężczyzny zgodzić się być jego żoną :) Czy to nie za wcześnie? Czy można kogoś dokładnie poznać w tak krótkim czasie? I jednocześnie zdaję sobie sprawę, że te pytania zadaje ta część mojej osoby, która ma problemy z bliskością.

Z drugiej strony bardzo jej zazdroszczę. Tradycją jest, że ślub bierze się w młodości, bo to takie fajne, poważne, pompatyczne i jest jeszcze kwestia "welonikowego zapalenia mózgu". A te kolejne związku są już takie asekuranckie, z jedną nogą w drzwiach. Bo kobieta z przeszłością i mężczyzna po przejściach. A ja, gdybym się zakochała, to chciałabym żeby mężczyzna zachował się jak mężczyzna, a nie ostrożna pipa - co to się lęka i tak jakby boi, bo ona się zmieniła po ślubie, bo wtedy się wszystko psuje i nie przytulała już. Jeśli jeszcze mam stworzyć kiedyś rodzinę, to niech będzie też podstawową komórką społeczną.

Na razie mi to nie grozi, bo nawet nie wykonałam żadnego kroku w tym kierunku :) Kandydata nawet nie mam :) A że nawet skromna uroczystość ślubna kosztuje i mam już wybraną sukienkę (mieszkam tuż obok zagłębia sklepów z sukniami ślubnymi, to się z Wiertką nagapimy ;) ), to trzeba zacząć odkładać :D Na szczęście nigdy nie miałam "welonikowego zapalenia mózgu", więc nie będę płakać, że nie ma welonu, skrzypka na schodach kościoła i siedmiu gołębi wypuszczonych na szczęście ;) Bo po 40tce takie panny młode wyglądają zabawnie :) Chyba, że są Charlotte York wychodzącą za Harrego Goldenblatta (tak lubię "Seks w wielkim mieście") :)

Jak pisałam, na razie mi to nie grozi i za pewne się nie wydarzy. Chciałam napisać książkę i zrobiłam to kiedyś. Napisałam trochę opowiadań, tworzę coś kolejnego. Chciałam być matką, jestem nią. Skoro nie mam męża, to znaczy, że nigdy nie było to w moim życiu tak bardzo istotne. Bo dążymy do czegoś w życiu, jeśli jest na prawdę dla nas ważne. To znowu analogia to rozważań Carrie z jednego z ostatnich odcinków - gdy dowiaduje się, że jej partner nigdy nie będzie miał dzieci, zastanawia się, czy ona się z tym pogodzi - "chciałam być dziennikarką, jestem dziennikarką, gdybym chciała mieć dziecko, już bym je  miała".

Wiele szczęścia dla J i A :)

12:39, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 maja 2014
Raporcik

Nie pisałam, bo najpierw hormony trzymały moją czaszkę w imadle. W tym tygodniu, Wiertka ma jakieś lasery na uszy. Dwa razy pojechał z nią jej tata. A tak, to zwalniam się godzinę z pracy, do przedszkola, z dzieckiem do przychodni do sąsiedniej dzielnicy, w powrotnej drodze jakieś zakupy, korki. W takich przypadkach przydaje się prawo jazdy i samochód. Nie miałam siły nic pisać. To znaczy pisałam - swoją rzecz, ale to w tramwaju jadąc i wracając z pracy :)

Księżniczka Cadens się odnalazła :) Zajrzałyśmy spacerkiem do przedszkola 2-go maja, gdy było spokojnie i była nauczycielka, która widziała ostatnia kucyka - to ona schowała zabawkę w szafce.

Praca. Roboty trochę jest i to niekoniecznie umysłowa :) Szybko zrozumiałam, dlaczego nowa osoba była tak szybko potrzebna. Wydawnictwo akurat przenosiło się do nowego biura. Moją pierwszą rzeczą było skręcenie sobie biurka :) Oprócz tego przeniesienie paczek z książkami - i to nie kilka, nie kilkanaście, nie kilkadziesiąt, ale kilkaset. A przyjeżdża też dostawa nowo wydanego tytułu. A potem dodruki :) To przenosimy cała piątką, bo z tylu osób składa się załoga (w tym szefowa). Skompletowanie paczek dla odbiorców indywidualnych i hurtowników, mniejszych sklepów, to już moja sprawa, więc co i rusz coś dźwigam. Pojawił się nowy tytuł, więc była przedsprzedaż i zamówienia hurtowe. Mam dwie lewe ręce, ale szybko wdrożyłam się w pakowanie tego wszystkiego. Wgryzam się w RAKSa, wystawianie paragonów, faktur, WZetek, korekt, zestawień. Mam jeszcze zająć się rozszerzeniem kanału dystrybucji o nowe punkty. Na razie ogarniam, kto jest stałym odbiorcą, ile ma rabatu, ile dni płatności na fakturze, jaka forma odbioru i jak często zamawia.

Firma jest malutka, pięć kobiet (w tym szefowa), cały zakres trzydziestek. Z wyjątkiem jednej, wszystkie matki przedszkolaków. Kwestia zabiegów na uszy moje córki została przyjęta ze zrozumieniem. Przed wyjściem ze wszystkim zdążyłam. Atmosfera, jak na razie, jest fajna. Przypomina mi żeńską klasę w szkole średniej, ale od tej fajnej strony. Nie ma żadnego zadęcia i pompatyczności. Nie ma też dyskusji o tym, co się ugotowało wczoraj na obiad, co się ugotuje jutro, gdzie są najlepsze promocje na ciuchy i kto kogo zdradził, zostawił. W zamian trochę wygłupów i czarnego humoru.

I to na tyle o pracy, bo jak zwykle na ten temat wolę pisać jak najmniej :)

20:38, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 maja 2014
Ostatni dzień kwietnia

W ostatni dzień kwietnia skomasowało się tyle niefartów lub "fakapów" (modna ostatnio kalka językowa), że mam nadzieję na wyczerpanie limitu w roku. Będzie bardzo długi wpis.

Rano wizyta w Urzędzie Pracy, ale nie tym moim rejonowym, tylko głównym na lewym brzegu. Miałam zawieść badania lekarskie oraz odebrać umowę o pracę dla szefowej do podpisania. Będzie o tym kiedyś szerzej, ale zaczynam pracę w ramach stażu z UP i oni mnie zatrudniają. W pokoju okazało się, że mają karteczkę z informacją, że szefowa osobiście przyjedzie i podpisze. Sprawa była wyjaśniania telefonicznie - to ja miałam przy okazji to odebrać. I tak tam już pracuję, o czym oczywiście w urzędzie nie wiedzą. Ja dyskutuję z jedną urzędniczką, a druga podeszła do mnie, podała mi plik kartek w koszulce z ogromnym logo na pierwszej o staży i odrzekła:

- Proszę to wywiesić w miejscu pracy.

Moja pracodawczyni miała potwierdzić telefonicznie, że mam zabrać umowę. Zadzwoniła i wróciłam się na drugie piętro. W pokoju, w którym załatwiałam sprawę ktoś był, weszłam więc do sąsiedniego. Tam, także zajmują się tymi sprawami, nawet numeracja jest łamana 222/223 (nr przykładowy). Jednak zaraz zobaczyłam, że w poprzednim jest już wolne - pokoje mają pomiędzy sobą szeroko otwarte drzwi. Przeszłam przez nie. Kopnęłam w ul pszczół, bo panie urzędniczki opadły mnie, zasypując zarzutem, że to "przejście służbowe", kartka jest i jak mogłam to zrobić, bo to przejście służbowe, ale dlaczego to zrobiłam, przecież to przejście służbowe. Mogłam zaproponować by zainstalowały "elektronicznego pastucha", ale zamiast tego zawróciłam przez przejście służbowe wyszłam z pokoju i przez korytarz ponownie weszłam do sąsiedniego z uprzejmym uśmiechem, czy tak ma być? Panie nadal nie mogły przeżyć brutalnego naruszenia procedur. Dla wyjaśnienia - żaden tam stary nabór, siksy młodsze ode mnie (z żydowskiego "gojka, młoda dziewczyna"). Wreszcie okazało się, że przecież umowę już dostałam! To był ten plik kartek "proszę to wywiesić w miejscu pracy". Zdusiłam w sobie chęć pokłócenia się, bo cholerne siksy mogą się przydać.

Zastanawiałam się dlaczego to było takie ważne, by przez te drzwi nie przechodzić? Potem pomyślałam, że Warszawa to nadal była Kongresówka i w urzędach często nadal króluje carski typ urzędowania.

W pracy ostatnie przewożenie rzeczy ze starego biura do nowego (będzie o tym szerzej, będzie), mnóstwo pakowania. Może jestem jeszcze nadgorliwa i chcę by ktoś, skoro zamówił, zapłacić, to dostał jak najszybciej książkę. Albo jestem praktyczna, bo po długim weekendzie spadnie nowa fala zleceń. Ledwo wyrobiłam się do końca dnia. Koleżanka wypełniła za mnie zeszyt nadawczy.

Po 15:00 chwila oddechu na kawę, bo jeszcze czekała mnie wizyta na poczcie by zdać przesyłki - dziś była moja kolej. A o 16:00 po dziecko do przedszkola. Z ciekawości postanowiłam sprawdzić, co z moim PITem, który eksperymentalnie wysłała pierwszy raz przez internet. Nie będę przedłużać opowieści, ale dużo pomogła mi telefonicznie sokramka, bo wypełnianie było pokręcone i doznawałam traumy. Oczywiście trzeba było założyć jakieś cholerne konto. Musiałam się zalogować, nie przyjęło mi hasła. Może dlatego, że zawierało obelżywe słowo? Założyłam nowe hasło - identyczne jak poprzednie. Loguję się i co? Informacja, że PIT został odrzucony z powodu błędu - tu możliwa lista. Sprawdziłam - wszystko ok, może coś nie tak z dochodem, ale to oznacza wyliczanie wszystkiego od początku. Cholera jasna! Za kilka godzin koniec terminu, a ja muszę wszystko do nowa wypełniać (a pierwszy raz doprowadził mnie do szewskiej pasji), wyliczać, iść na pocztę. Kłopot z moją deklaracją jest taki, że za poprzedni rok ma 5 papierów - jedna praca: umowa o pracę + umowa zlecenie (dwie firmy), druga praca: umowa o pracę + umowa zlecenie (dwie firmy) oraz zasiłek z ZUSu. Oszaleć można. Ten rok będzie zapewne wyglądał podobnie.

Szefowa poradziła mi, żebym wydrukowała czysty formularz i przepisała długopisem wszystko dokładnie z podglądu wydruku. Najważniejsze to wysłać w terminie, a wezwą do korekty. Ciekawe ile zrobiłam dodatkowym błędów przy przepisywaniu? ;) Ona wzięła na siebie wysłanie paczek, a ja poszłam do okienek. Przy okazji wysłałam tez jej PIT :)

Tak wiem, miałam dwa miesiące siedzenia na dupie w domu, niekoniecznie bezczynnie, a zabrałam się za to w ostatnim momencie. Nie cierpię wypełniania deklaracji podatkowej. Niemal zawsze robię jakieś błędy.

Odbieram z przedszkola zapłakane dziecko, bo zaginęła jej księżniczka Cadens. To taka dość duża zabawka, grająca i śpiewająca o wyglądzie różowego kucyka ze skrzydłami - informacja dla bezdzietnych lub nie posiadających córek :) Prezent na urodziny, ale wiem, że drogi. Nie było jej nigdzie na sali - ani tej popołudniowej zbiórki, ani sali grupy Wiertki. Nauczycielka też nic nie widziała. Cholera, czyżby jakieś dziecko zabrało sobie zabawkę do domu, a jakiś rodzic uznał, że to ok? Każdy posiadacz pięciolatki zdaje sobie sprawę z kosztowności takiej zabawki? Pewnym pocieszeniem jest to, że niedawno mała obawiała się, że jej Cadens pomyli się z Cadens przyjaciółki (obie je przynosiły do przedszkola) i namalowałam naszej czarną kropkę markerem. Wali po oczach. Może po weekendzie coś się wyjaśni.

Nie była dobrą matką - zamiast pocieszyć córkę, jeszcze ze złością robiłam jej wyrzuty. Potem plac zabaw. Szybko wróciła z jednej zabawki zapłakana, trzymając się za dłoń. Coś sobie tam zrobiła i bardzo boli. Zdołałam tylko dostrzec, że skóra jest nienaruszona i wymóc próbę poruszania dłonią i palcami. Bo tak, Wiertka trzymała się za dłoń i cały czas płakała. Wracamy powolutku do domu, zakupy po drodze. Ona ciągle płacze i trzyma się za dłoń. Zaczęłam się bać, że może rzeczywiście coś tam jest złamane, strzaskane. To trwało już ponad pół godziny.

W domu rekonwalescencja poszłam szybko, bo trzeba było jakoś zjeść jajko z niespodzianką :) Okazało się, że chyba coś zrobiła sobie w tę delikatną część dłoni pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym - przytrzasnęła, zacięła się.

Obiad szybko podgrzany. Szukam telefonu w torebce i co znajduję? Loda na patyku... Tak, kupiłam go pod domem, by zjeść zaraz po powrocie... O dziwo, dobrze się jeszcze trzymał i dał zjeść :)

Przyjechał Były by zabrać z garażu swoje rzeczy (garaż będę wynajmować). Gdy patrzyłam na pakowanie samochodu, to niedobrze mi się zrobiło od tych przeprowadzek (będzie o tym jeszcze, będzie). Została jeszcze sprawa światła w garażu. Światła tam nie ma. Nie wiedziałam, jak się zabrać do rozwikłania sprawy, gdzie to załatwiać? Czy to aby nie jakiś koszmarny, nie zapłacony rachunek sprzed lat? Zobaczyłam człowieka przy sąsiednim garażu i poszłam się dopytać. Okazało się, że prądu nie ma wszędzie :) Ludzie nie dogadali się, jak to opłacać i został odcięty :)

Jeszcze krótka rozmowa z sąsiadami, których synowi będę garaż wynajmować (mieszka w sąsiedniej klatce). Zobaczyłam, jak wygląda w moim bloku rozkład M5 :) I zawstydziła mnie czystość mieszkania. Zapewne, gdy będę w mocno średnim wieku, a dzieci się wyprowadzą, moje mieszkanie także będzie tak eleganckie.

Dziwne, że zasnęłam przed telewizorem tuż po 21.00? Wiertka trochę wcześniej padła.

A dziś dzień nic nie robienia. Wybiłam sobie z głowy wycieczkę do zoo. Za dużo się działo przez ostatni tydzień i muszę po prostu nic nie robić. Zdziwiło mnie, że Wiertka także nie ma energii, a na placu zabaw siedzi mi na kolanach, przytulona, osowiała. W domu mierzenie temperatury, bo nadal miała gorące czoło. 38,3 C. Cholera, znowu chyba siadło jej to ucho, nazbierała się woda. Okropne, ale od 2-3 dni mówiła, że boli ją ucho, ale przedszkolaka co chwila coś pobolewa i ktoś kiedyś powiedział, że zapalenie ucha tak boli, że dziecko od razu płacze i krzyczy. Od poniedziałku zaczyna cykl dziesięciu zabiegów na uszy (dzień pod dniu), ale nie wiem, czy w takim razie nie musi być wyleczona.

A teraz będzie maj :)

15:20, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Tagi