To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
sobota, 30 maja 2015
Imieninowo

Tydzień temu bawiłam się na imieninach AsiJot. Zastanawiałam się, co mogłabym jej podarować. Szczególnie, że jedna z moich koleżanek zrobiła dla niej samodzielnie kolczyki - zajmuje się robieniem biżuterii. Tu nawet nie chodzi o to by zabłysnąć, tylko miałam wrażenie, że jubilatka ma wszystko, co dla niej istotne. I nagle, na spotkaniu kilka dni wcześniej, gdy wszystkie robiłyśmy ćwiczenie poetyckie, olśniło mnie. Mogę przecież napisać wiersze. 

Oczywiście napisanie czegoś dla osoby, która wydała tomik poezji, dwie książki dla młodzieży, jedną dla dzieci i wychodzi niedługo jej kryminał, to ryzyko. Jednak porwałam się. Miały to być imieniny czterdzieste, pierwsze po czterdziestych urodzinach - logiczne. Dlatego tematem był dzień narodzin - ustaliłam, że bohaterka urodziła się w niedzielę, o poranku, w dzień po pełni księżyca. I to już był potencjał na trzy wiersze :)

Przyjęcie było fajne. M kolejny raz pokazała, że ktoś lata temu podciął jej skrzydła, bo ma w sobie ogromny talent aktorski i kabaretowy. Przez pół wieczoru opowiadała różne historie i kawały. To, że opowiadała, to drobiazg, ona przez cały czas potrafiła skupić na sobie uwagę. Na prawdę zmarnowała się jako architekt krajobrazu :)

Miałam rozkład jazdy bezpośredniego autobusu, ale ani się spostrzegłam, a wybiła północ. AsiaJot nawet żałowała, że nie można przeciągnąć imprezy do 2:00, ale wróciłam taksówką do domu koło 1:00. Wyszłam jako ostatnia.

18:47, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
piątek, 29 maja 2015
Kryzys

Dzisiejszy wpis miał być o czymś innym, ale będzie o kryzysie.

Kryzys dotyczy sprzętu. Mój komputer jest składakiem i "sfrankejsztanowano" go sześć lat temu. Jak na dzisiejsze czasy, to ledwie zipie niczym profesor Bartoszewski do niedawna. Od jakiegoś czasu działa coraz wolniej. Pamięci nie można mu rozszerzyć, odwirusowanie nie pomaga. Gdy korzystam z internetu mogę mieć otworzone tylko 2-3 karty i nie daj losowi, żeby to było FB czy gazetowe forum, bo te zawieszają profesora. Co kwadrans muszę go restartować. Nie jest to etyczne, ale dotąd często korzystałam z sieci w pracy. Nawet z klawiaturą jest coś nie tak, bo piszę na niej jak na maszynie, wolniej, z trudem, z błędami. Pisanie tekstów to męka. Gdy szukałam pracy, przeglądałam ogłoszenia i wysyłałam CV, to trwało pół dnia. Stacja dysków też nie działa. Nie mogę przejrzeć własnych zdjęć, czy filmów na płytach.

Jestem zmęczona po pracy, padam, ale chciałabym zrobić większy wpis, wkleić zdjęcia, ale dziś zalogowanie na bloxa zajęło mi 25 minut :( Nie jestem kominkiem. Nie zarabiam tym na chleb. Na lans także. Jak oleję temat na jakiś czas, to nikt nie zauważy.

Dziś coś we mnie trzasnęło i doszłam do wniosku, że są jakieś granice oszczędzania, bycia gospodarną. A za tymi granicami jest po prostu skąpstwo i wyolbrzymiony strach przed utratą środków do życia. Czas kupić jakiś laptop. Choćby na raty 0%. Stać mnie na średnią cenową wersję nowego zęba, to i na nowy sprzęt. Byle tylko nic co jest używane. Muszę poprosić kogoś o pomoc w wyborze. To musi być coś, co się nie psuje zbyt szybko.

Przypominają mi się "Dzikie historie". Gdy usłyszycie o kobiecie, która ze stekiem wyzwisk wywaliła przez balkon komputer, to mogę być ja :)

Tagi: kryzys
20:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 maja 2015
Raport życiowy

Mam trochę zaległych tematów. Planowałam nawet, że usiądę dziś i zrobię kilka wpisów hurtem. Po pracy są różne rzeczy do załatwienia, docieram z dzieckiem lub sama do domu po 19:00, trochę rzeczy do ogarnięcia w domu i po 20:00 mam ochotę już tylko... głaskać żyrafę.

Organizm na razie przyzwyczaja się do pełnego dnia pracy. Wychodzę do domu zmęczona. Poznaję nowe rzeczy. Teoretycznie do końca czerwca mam obserwować i powoli zastępować pracownicę. Ona jednak, w połowie trzeciej ciąży, czuje się gorzej, ma skurcze, bóle i odrzekła, że musimy przyśpieszyć. Gdyby mogła, to zapewne już jutro poszłaby na zwolnienie lekarskie. Może się okazać, że wcześniej będę robić wszystko sama. Dobrze, że w pokoju są jeszcze dwie inne osoby do pomocy.

Plusem pracy jest poznawanie różnych ciekawostek. Dziś właśnie zobaczyłam idiom francuski oznaczający "obijanie się", a dosłownie "głaskanie żyrafy" :) Myślałam, że dobrze zapamiętałam, jak się piszę, ale nie mogę wyguglac. Jutro tu dopiszę. Nie wiem, jak się wymawia :)

Jakbym nagle twierdziła, że lubię z francuskiego głaskać żyrafę, to znaczy tylko tyle, że leń się we we mnie odzywa ;) 

 

Poprawka :) To peigner la girafe, czyli "czesać żyrafę". Jeszcze ciekawiej :)

20:59, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 22 maja 2015
Raport życiowy

Nie lubię zmian. A zmian na bloxie to już na pewno. Jak długo się da, będę się logować na starą wersję :)

Część osób już wie, jak wyglądało moje środowe popołudnie. Wieczorem miałam mieć spotkanie z kobietami ze stowarzyszenia, miałyśmy pisać. Miałam jeszcze do wydrukowania "czynny żal", PIT 28, zdjęcia do planowanego przeze mnie ćwiczenia. Wszystko z kawiarenki, bo w domu nie mam drukarki. I niestety, zwyciężyło moje lenistwo, bo powinnam drukować przed odebraniem dziecka z przedszkola i od razu jechać z małą na spotkanie, szybką trasą. Ale nie, musiałam sobie jeszcze posiedzieć w domu. 

Odebrałam Wiertkę, poszłyśmy do kawiarenki w centrum handlowym. Okazało się, że wydruk zdjęć w kolorze będzie kosztował fortunę, a w czarno-białym to mogłam i u panirolki to zrobić. PITu nie mogłam wydrukować, bo - tak jak wcześniej - można to zrobić z podpiętym programem. Nie potrafiłam już odnaleźć linka do niego - znajoma wrzuciła go w komentarz na FB, ale nie mogłam dokopać się do mojego wpisu. Sortowanie datą nie pomogło. FB uznało wpis za mało istotny. W kawiarence była kolejka, więc nie mogłam poprosić pana o pomoc. Czas już leciał, a obiecałam jeszcze dziecku zestaw dziecięcy dwa piętra wyżej. Dzieciak doskonale wie, gdzie jest i co można kupić w centrum handlowym, więc nie ryzykowałam wleczenia jej przez pół miasta w fazie buntu. Zestaw miałam wliczony w koszty. Jednak nie mogłam poganiać jej by jadła szybko.

Potem było już tylko gorzej. Tramwaj uciekł nam sprzed nosa. Podjechałyśmy czymkolwiek byle do przodu, byle się przesiąść. Po dwóch przystankach okazało się, że w centrum jest wypadek i tramwaje nie jadą mostem na drugi brzeg, zawracają. To jedziemy autobusem, byle do przodu. W centrum czekanie na inny tramwaj. Tamte tramwaje wróciły na trasę, ale żeby do nich dotrzeć musiałabym zmienić przystanek. Nasz tramwaj przyjechał. Po pewnym czasie pojawił się kontroler biletów. Luzik, skasowałam. Bilet wyciągnęłam i włosy stanęły mi na głowie. Miałam w dłoni bilet 20-to minutowy, od pół godziny nieważny. Wychodząc z domu sprawdziłam stan biletów i wyraźnie widziałam 75-cio minutowy. Mój cholerny mózg odczytał kolor czerwony jako zielony... Zdarzyło mu się to kilka razy - częściej z niebieskim mylił - ale pierwszy raz w życiu kosztowało mnie to 190 zł :/ Oczywiście, kontroler nie wzruszył się moimi tłumaczeniami, łzami też nie. Bo to była taka wisienka na torcie, ukoronowanie kilku różnych wydarzeń.

Z perspektywy czasu, myślę, że gdybym wysiadła z tramwaju, tak jak radził kontroler i miała szukać bankomatu w celu uiszczenia opłaty szybszej, to może dałby się przekonać. Nie mógł mnie zostawić w spokoju w tramwaju pełnym dookoła ludzi. Byłam już spóźniona godzinę, miałam dziecko na kolanach, byłam też rozżalona. Nie przyszło mi to do głowy.

A to wszystko przez to, że nie chciało mi się wyjść z domu pół godziny wcześniej.

Potem było już tylko lepiej. Napisałam fajne wiersze, wpadłam na fajny pomysł na prezent imieninowy, zrobiłam go, umówiłam się do kina, byłam z koleżankami na "Dzikich historiach", PIT 28 wypełniłam długopisem w Urzędzie Skarbowym, niedopłatę zapłaciłam w kasie, umyłam połowę okien w mieszkaniu i pojechałam do rodziny na cmentarz :) Tak środa wieczór, czwartek i część piątku wyglądały :)

Następne wpisy będą już ciekawsze :)

14:04, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 20 maja 2015
Czynny żal

To chyba ostatni rok, gdy sama wypełniam deklarację podatkową, bo za dużo nerwów mnie to kosztuje :)

Zadzwoniła do mnie wczoraj pani z Urzędu Skarbowego. Przypomniała mi, że zgłosiłam w tamtym roku najem garażu, a nie ma tego w zeznaniu podatkowym. Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Nie wiem jak tak ogarniętą osobę - za jaką się uważam - mogło tak zaćmić, by o tym zapomnieć. Wyleciało z głowy, wyzerowałam z pamięci. Jedynym moim wytłumaczeniem jest to, że po sprzedaży, podatku już nie płaciłam i nie utrwaliło się.

Zabrałam się za to jak najszybciej, czyli dziś. Najpierw próbowałam to wpisać w PIT 37, jako korektę, ale coś mi nie grało. Zadzwoniłam do urzędu. Tam uświadomili mi, że mam wypełnić jakiś PIT 28 i czy ja płaciłam ryczałtem, czy inaczej? Nie pamiętałam czy ryczałtem, na ile opiewała umowa, ile płaciłam podatku. Ustaliłam przez telefon, że to był ryczałt. To miałam czas do końca stycznia... Gdyby nie antybiotyk brany od piątku, to bym pomyślała, że to przez urząd byłam dziś dwa razy w toalecie.

Przekopałam się przez historię płatności, wygrzebałam umowę najmu. Przy okazji zobaczyłam, że źle wyliczyłam wysokość podatku... Skarbówka mnie powiesi... Nawet nie potrafię na kalkulatorze dobrze wyliczyć 8,5% od sumy X... Różnica wynosiła 30 groszy, więc może jestem się w stanie wypłacić.

Wypełniłam ten PIT 28 i może nigdzie się nie rąbnęłam. Wpisałam ile wpłaciłam na prawdę i wyszło mi, że po prostu mam niedopłaty 2 złote. Słownie dwa złote. Realnie miało być 1,5 zł, ale program zaokrąglił w górę. Trudno.

Napisałam też wzruszający tekst zatytułowany wrogo "Zawiadomienie o popełnieniu czynu zabronionego (czynny żal)". Najpierw stworzyłam coś sama, ale potem poprawiłam patrząc na wzory takich pism w internecie. Trochę się boję, że zawiadamiam, że popełniłam czyn zabroniony. Ja na prawdę nie lubię popełniać czynów zabronionych. Jednocześnie zarzekam, że nie uczestniczyły w tym osoby trzecie :)

I teraz - z jednego PITU mam nadpłatę, z drugiego niedopłatę. Mam wpłacić, a urząd i tak zwrócić co ma do zwrócenia? O dwa złote nie ma co się bić.

Dobrze, że jeszcze jestem w domu. Mogłam siedzieć dziś i rzeźbić w pitach i czynnym żalu, a jutro rano pójdę do urzędu, zostawię dokumenty i zapłacę te dwa złote w kasie.

Nie nadaję się do prowadzenia interesów.

 

PS: Od poniedziałku zaczynam pracę.

poniedziałek, 18 maja 2015
Starość zaczyna się u dentysty

Treść dzisiejszego wpisu jest wyrazem tylko moich wartości i moich priorytetów :) Bo będzie o zębach i tym, ile kasy można zostawić u dentysty.

Okazało się, że nie uda się uratować złamanego zęba, kanały są ok, ale muszą być idealne, by go nadbudować. Oczywiście, mogę się uprzeć, ale jest ryzyko, że niedługo i tak trzeba będzie go usunąć.

Przyjęłam to "godnościom osobistom". Bo od dziecka moje zęby były wyznacznikiem mojego zdrowia, dobrostanu i powodem do zadowolenia. Może dlatego, że moi rodzice mieli ogromne problemy i bardzo wcześnie stracili większość swoich. Z drobnymi wyjątkami, na przegląd chodziłam co rok i były długie lata, że kończyło się tylko na przeglądzie.

To nie oznacza, że mam idealną szczękę. Zgryz jest krzywy. I żałuję, że nie zajęłam się nim kiedyś. Gdy byłam nastolatką nie myślałam o tym - bo koszty dla rodziców i miałam mnóstwo problemów z akceptacją siebie, nie dokładałam sobie aparatu. Potem miałam własne, zarobione pieniądze, mieszkałam z rodzicami, byłam w wieku, gdy dobrze się akceptowałam i co ważne, w otoczeniu trochę osób zakładało sobie aparaty. Jestem dziś zła, że wtedy się nie zdecydowałam. Uważałam, że to problem czysto urodowy i jestem ponad to. Niestety, teraz gdy posypały mi się zęby, mam plomby, okazało się, że bardzo ważne jest by mieć dobry zgryz, bo ciężko jest dopasować do siebie te zęby po leczeniu. Zrozumiałam, że to także kłopot zdrowotny - jak nie teraz, to za jakiś czas.

Dlatego już odkładam na ortodontę dla dziecka, bo Wiertka ma lekko krzywy zgryz. To kwestia czasu, gdy będzie potrzebować aparatu.

Jest mi smutno, że nie mam zęba, bo czuję się przez to trochę gorsza :) Już nie mogę powiedzieć sobie, że "mam zdrowe zęby, one to mi się nie psują". Pocieszam się, że 39 lat dotrwałam z pełną szczęką i to też jest ok.

Jednak poczułam się na tym fotelu trochę stara, jakby moje ciało stało na szczycie i już robiło krok w stronę równi pochyłej. Teraz to tylko leczenia, lekarze i sanatorium w Ciechocinku. Dentystka pocieszyła mnie, że moje zęby są super, są zdrowe i trafiają do niej ludzie z szczęką w o wiele gorszym stanie.

A teraz o plusach w minusach :) Gdy pierwszy raz znalazłam się w tej lecznicy - z dzieckiem, bo pierwotnie był to gabinet dla dzieci - zobaczyłam pana doktora. Zabójczo przystojny, w moim wieku, albo trochę młodszy. Chciałam by mnie leczył. Zmieniłam gabinet, choć tani nie są, oj nie. Okazało się, że on zajmuje się głównie chirurgią szczękową, przyjmuje w innych terminach i trafiłam pod mikroskop innej doktor.

I proszę, życie to przewrotna dziwka. Mam ząb do wyrwania, więc i tak trafiłam pod dłonie przystojnego ciacha. Nie dość, że przystojny, to też zabawny. Ze stresu przed zabiegiem (miało to być wycinanie, szycie dziąsła, bo ząb miał fantazyjne korzenie) i upojenia urokiem doktora, moje IQ obsunęło się o kilka punktów. Na szczęście nie skończyłam chichocząc i trzepocząc rzęsami. Błyskotliwa też nie byłam, albo starałam się nie być - jak chcę być błyskotliwa w stresie, to efekt jest odwrotny. Dodam, że doktor ma obrączkę na placu i to tak wielką, że produkują chyba specjalne rękawiczki na taką dłoń, nie do rozerwania. Doznanie jest więc tylko czysto estetyczne, nie rozwojowe towarzysko.

Mam jeszcze do usunięcia dwie ósemki i to też z perspektywą rozcinania dziąsła i kości, więc do pana doktora jeszcze wrócę.

Wracając ze świata gimnazjalistki, do świata kobiety dorosłej - nie sądziłam, że z wiekiem coraz lepiej znoszę ból. Dostałam informację, że przez pięć dni będzie "boleć jak cholera" i receptę na silny lek przeciwbólowy (+ antybiotyk). Jednak mocno bolało tylko, gdy zeszło znieczulenie. Potem przez dwa dni dziąsło mocno biadoliło, ale nie tak, że bym czuła potrzebę łykania czegokolwiek, ale byłam mocno osłabiona. Dziś jest prawie ok.

Teraz czeka mnie decyzja, co dalej z dziurą po tym zębie. I teraz wracam do pierwszego zdania wpisu. Bo ja nie wyobrażam sobie, że mam teraz funkcjonować z dziurą po zębie. Na razie wydaje mi się monstrualna i ciężko mi ją psychicznie zaakceptować. Dodatkowo, moje starsze - oczywiście nie duchem - koleżanki radziły mi, że jak jest możliwość, to coś wstawiać, bo potem układ szczęki się zmieni i będą kłopoty, gdy inne zęby pójdą w ślady tego. Robiłam już wstępne rozeznanie jakie są opcje. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że można się tym nie przejmować. Zdaję sobie, jeszcze bardzie sprawę z tego, że protetyka jest cholernie droga i wielu na to po prostu nie stać.

Na szczęście, mam pieniądze ze sprzedanego garażu. Jedni kupią sobie nowy laptop, telewizor, nowe meble, meble kuchenne, albo wycieczkę w ciepłe miejsce. Ja za te pieniądze leczę zęby i wolę wstawić sobie ząb. Bo dla mnie to wyraz mojego stanu życiowego - masz zdrowe, zęby w komplecie (niekoniecznie wszystkie własne jak widać), czyli masz dobrą pozycję życiową i materialną. Jedni patrzą na buty i ubranie, inni w usta. Każdy stwarza sobie własną iluzję.

Jednak to ja tak mam, bo znam osoby, które dobrze funkcjonują bez zęba, zębów i nie widzą w tym problemu.

Sądzę też, że powinnam się poważnie rozprawić z moim uzależnieniem od słodyczy, bo jak widać, ma ono swoje konsekwencje.

10:41, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 maja 2015
Raport życiowy

Przez ostatnie dwa dni byłam na próbnych dniach w pewnej firmie. Już samym zaproszeniem się zestresowałam, bo albo chce się kogoś przyjąć do pracy, albo nie. Czego oni też tam mogę chcieć ode mnie wymagać - usiądę, dostanę zadanie i ośmieszę się. Miałam nawet jeden okropny sen ;) Co tam, stracę najwyżej dwa wolne dni.

Ten czas spędziłam na obserwowaniu pracy osób w tym dziale, by zorientować się, czy taki charakter pracy mi odpowiada, czy będę potrafiła się wdrożyć. Bo dział jest trochę odległy od mojego dotychczasowego doświadczenie. Nie wiem, dlaczego zostałam wybrana w takim razie, ale być może inne CV były tragiczne, albo robię świetne wrażenie na rozmowie. Nawet mój angielski mnie nie pogrążył, a jest na tym stanowisku czasem potrzebny.

Dużo excela, dużo tabelek, dużo zestawień, dużo mailowana ze sprawami do rozwiązania natychmiast, ale praca wydaje mi się ok. Generalnie robienie kilku rzeczy naraz, organizacja, koordynacja, pilnowanie. Co ważne, ludzie tam pracujący nie sprawiają strasznego pierwszego wrażenia ;) Ekipa 30 plus, więc nie jest to "dynamicznie rozwijająca się firma". Są rzeczy, które musiałabym poćwiczyć, ogarnąć, ale w dziale są jeszcze dwie inne osoby i kobieta, którą zastąpię będzie pracowała ze mną jeszcze miesiąc, by zdać mi wszystkie sprawy. Potem idzie na zwolnienie lekarskie, urlop macierzyński i urlop wychowawczy. Ludzie pracują tak po kilka, kilkanaście lat.

Po tych dwóch dniach jestem na tak. Pod koniec drugiego już sama robiłam pewne rzeczy. W poniedziałek wraca prezes firmy z konferencji i ma decydować po rozmowie z pracownikami. Nie nastawiam się, by nie było mi przykro, ale liczę, że mnie przyjmą. Zarobki do przetrwania przy oszczędnym trybie życia, a trasa przedszkole / szkoła - praca, to kwadrans tramwajem.

Jednocześnie zadzwonili z innej firmy z pytaniem, czy nadal jestem zainteresowana pracą u nich. Byłam tak w kwietniu na dwóch rozmowach. Na wszelki wypadek się zgodziłam. Nie będę wypisywać szczegółowo, ale było by to dokładnie to, co dotąd robiłam, a boję się, że kryzys jeszcze nie dość pochłonął branżę. Po zastanowieniu, są jeszcze inne kwestie na nie. Podejrzewam, że przyjęli kogoś od maja, ale ta osoba albo się nie sprawdziła, albo zrezygnowała.

Byłam wczoraj rozdarta, bo dla mnie trzymanie dwóch firm w przeświadczeniu, że zaczynam u nich pracę jest nieuczciwe. Widziałam takie osoby, ale ja tak nie potrafię. A co do pierwszej nie mam przecież 100% pewności, że jednak mnie przyjmą. Trudno, zaryzykuję i poczekam na telefon od nich.

Tagi: praca
12:35, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 maja 2015
Wybory - dylemat pomiędzy rozwolnieniem, a zatwardzeniem

Wybory. Po raz pierwszy w życiu nie miałam na kogo głosować. To jakiś obłęd. Chciałam jednak iść głosować, bo nie po to ktoś kiedyś walczył o moje prawa wyborcze. Chcę dać też sygnał, że nie godzę się na decydowanie za mnie, bo skoro frekwencja jest niska, to może w ogóle zrezygnować z proszenia obywateli o głosowanie. Po ogólnej frekwencji widać, że taki sam dylemat miało mnóstwo osób. To jest najsmutniejsze - ludzie nie mają już ochoty korzystać ze swoich praw wyborczych, a wśród zaproponowanych kandydatów żaden dla nich nie okazał się ciekawy.

Wiadomo, że w pierwszej turze nie głosuje się na prezydenta, ale daje głos poparcia swojej ulubionej idei, albo partii. Szczególnie w tym roku, gdy jesienią odbędą się wybory parlamentarne. Dla niektórych kampania prezydencka, to pierwsza część kampanii do parlamentu. Dodatkowo, gdy w naszym systemie prezydent ma w sobie więcej z Miss Polonia, a główne decyzje zapadają w Sejmie. To jesienią Mordor zetrze się z wojskami Śródziemia ;) 

Moim problemem było to, że żaden z kandydatów nie pasował mi ideowo. A jeśli nawet bym się zbliżała do któregoś z poglądami, to dotychczasowe prowadzenie polityki przez tą osobę nie odpowiadało mi.

Rozważałam oddanie głosu nieważnego - taki sygnał, że chcę głosować, ale nie mam na kogo. W sieci było mnóstwo takich grup - "Sarna z krzesłem na głowie", "Frank Underwood". Żartobliwa reakcja wyborców na to, że te wybory już na starcie są bez sensu. Jednak zwrócił moją uwagę komentarz Jacka Żakowskiego, który stwierdził, że duża ilość głosów nieważnych da przyczynek do stwierdzeń, że wybory sfałszowano. Głos nieważny = zniszczony specjalnie głos na ich kandydata. Nie chciałam się dokładać, to atmosfery spisków i paranoi.

Ostatecznie uznałam, że druga tura i tak rozegra się pomiędzy dwoma graczami. Mogę już teraz oddać głos na jednego z nich. Oddałam głos przeciw jednemu, nie za wybranym :( Podejrzewam, że tak zrobiło większość głosujących. To jak dylemat co jest lepsze - rozwolnienie, czy zatwardzenie? Bolesna miesiączka, czy borowanie zęba bez znieczulenia?

Pewien tygodnik opinii, kilka tygodni temu nazwał te wybory "małymi wyborami", czyli takimi, gdzie reelekcja jest prawie pewna. Dlatego nie wystawia się w nich mocnego kontrkandydata, bo to rozproszenie energii. Chyba nie do końca tak było. Zaskakuje mnie wynik Kukiza, bo choć nie zgadzam się w wszystkimi jego postulatami, to jego kandydowanie wzbudzało moją sympatię. To pokazuje, jak bardzo ludzie są znużeni tym co serwuje znana scena polityczna. Tylko, gdy pomyślę, gdzie przeniosą się te głosy, to robi mi się słabo. Może zostaną w domach?

Tagi: wybory
11:00, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 maja 2015
Czy adresy są złe lub dobre?

Byłam wczoraj na fajnym spotkaniu, organizowanym przez Warszawa Czyta. W tym roku książką bohaterem jest "Chamowo" Mirona Białoszewskiego - opis jego pierwszego roku w nowym, jedenastopiętrowym bloku na Kępie Gocławskiej. Przeniósł się tam z Placu Dąbrowskiego, czyli z ze Śródmieścia miasta. Blokowisko określane było "chamowem" i to też przez okolicznych mieszkańców. W tamtych czasach były tam jeszcze chaszcze, drzewa i łąki. Książki nie czytałam, choć wybiorę się do biblioteki, ale domyślam się, że motywem przewodnim było to uczucie masowości wokół, anonimowej masy ludzi w budynku.

Rozmowa dotyczyła zaś tego, czy dziś możemy mówić o dobrych i złych adresach w Warszawie. Paneliści wykazali się taktem, dyplomacją i żadne nie stwierdziło, że coś takiego może istnieć. Choć jasne, że istnieje. Spytajcie się pierwszego lepszego agenta nieruchomości ;) Nikt też nie chciał powiedzieć, czy jest dziś w mieście jakieś "chamowo". Nie w sensie gorszej kategorii ludzi, ale takiego nowo zasiedlanego miejsca, które kipi od anonimowości. Ja bym powiedziała, że to Zielona Białołęka. Wiadomo jednak, że tkanka miasta jest żywa, zmienia się, coś narasta, coś się starzeje. Już tu pisałam kiedyś, że trzy dekady temu "chamowem" był Ursynów, dziś adres gorący. Za trzy dekady Zielona Białołęka też może być pożądanym miejscem zamieszkania, nie tylko ze względu na najniższe ceny mieszkań.

Za to padło kilka innych ciekawych stwierdzeń z zakresu socjologii miasta. A socjologię miasta lubię :) Zwrócono uwagę na rozdźwięk pomiędzy niskimi, małymi mieszkankami budowanymi w PRLu, a przestrzenią pomiędzy blokami. W przeciwieństwie do starego budownictwa, gdzie kamienice stały ciasno przy sobie, za to mieszkania były stumetrowe. Myślę, że to inne podejście do sfery prywatne / publiczne. Mieszczaństwo przykładało dużą wagę do domu i tego by wzorem pani Dulskiej "prać w nim wszystko". Z domy wychodziło się w sprawach wielkiej wagi. Komuna, wręcz odwrotnie, chciała wypchnąć obywateli z domów. Tam mieli spać, chwilę odpocząć, a prawdziwe życie miało toczyć się w przestrzeni publicznej. Albo to efekt wspomnień robotniczych. Bo o ile mieszczaństwo żyło rzeczywiście na wielu pokojach, to niższe klasy miały i ciasne mieszkania, i ciasny świat poza nim, w którym nie da się odnaleźć.

Przyznam, że ja lubię tę przestrzeń, którą widzę stojąc na balkonie. Lubię wyjść z dzieckiem na spacer, plac zabaw, górkę i wchodzić w przelotne kontakty z innymi użytkownikami tej przestrzeni.

O zgrozo, ja wychowana przez ponad dwadzieścia lat w domach z ogrodem - lubię mieszkać w bloku :) Jestem za leniwa na to krzątanie się, remontowanie, grabienie, sadzenie, koszenie. I mam traumę termiczną z okresów jesienno-zimowych. W domach jest mi zawsze za chłodno. I wbrew pozorom, w zabudowie jednorodzinnej nie jest cicho, sielsko, ani spokojnie. 

Budownictwo ostatnich lat wprowadziło nowy trend - małe mieszkania, mała przestrzeń wokół bloków. Ale ludzie kupują i twierdzą, że wielka płyta jest straszna...

Inny, krótki ciekawy wątek, to filmy i seriale z okresu PRLu, gdzie jeśli ktoś był czarnym charakterem, lub złym człowiekiem, to na pewno mieszkał w kamienicy, albo przedwojennym domku :) W blokach mieszkali ludzie dobrzy :)

Ciekawostka socjologiczna. Jeszcze w latach 50tych, czy 60tych mieszkanie w bloku było nobilitacją, awansem społecznym, ludzie marzyli by tam mieszkać. Dziś marzą o małych, białych domkach na przedmieściach. 

Coś jeszcze o anonimowości. Chciałam zawsze mieszkać w bloku, ale jednak te dziesięciopiętrowce mnie przerażały. Może właśnie przez tę masę ludzką. Jest jeszcze kwestia mojej słuchowej nadwrażliwości i wiem, że jak w jajecznicę z 10 pysznych jaj może zepsuć jedno zgniłe, tak w klatce wystarczy jeden fan niemieckiego techno słuchanego na ful, by mieć ochotę się powiesić. A im więcej pięter, tym ryzyko wzrasta. Traf chciał, że jednak mieszkam w dziesięciopiętrowcu i mam dookoła siebie fajnych ludzi. Najgłośniejszym mieszkańcem w klatce jest, obawiam się, moja córka. Od dnia zasiedlenia, od trzech dekad, skład jest w miarę ten sam. Średnia wieku to pokolenie moich rodziców. Wszyscy się znają, pozdrawiają w windzie, wymieniają uwagi, plotki.

Rozpisałam się, ale po dyskusji był jeszcze spacer, prowadzony przez Sylwię Chutnik. Trochę pokropił majowy deszcz. Przespacerowaliśmy się pod blok, w którym mieszkał Białoszewski, pod jego klatkę. Wyszła z niej jakaś starsza pani, popatrzyła na ten tłumek zdziwiona. Powiedzieliśmy się jej, że chcemy zobaczyć, gdzie mieszkał pisarz.

- Białoszewski? Przecież on nie żyje. - pokręciła zirytowana głową :)

W planach było jeszcze czytanie tekstów, ale ja odbiłam w bok. Musiałam pożyczyć kostium mamy misia, bo w poniedziałek szykuje się już próba kostiumowa. A potem pojechałam na dyskusję nad literaturą niemiecką.

piątek, 08 maja 2015
Autystycznie

Wczoraj była na wykładzie o bardzo prowokacyjny i ciekawym tytule "Czy wszyscy jesteśmy autystyczni?". Nawet sokramka do mnie dołączyła. Jej Mania bawiła się z moją Wiertką. Inaczej bym nie dała rady dotrzeć.

Profesor utknęła w korku, spóźniła się ponad pół godziny - w tym czasie słuchaliśmy historii z dziedziny genetyki. Opowiadała o rzeczach w większości mi znanych - cechy autyzmu, geneza, zmiana postrzegania. Dla wielu osób było to nowe i fascynujące. I super. Ja z tematem zetknęłam się już w liceum, a na studiach byłam przez jedno lato opiekunką autystycznego (i to mocno) chłopca. A gdy wreszcie profesor przeszła do najciekawszego wątku - autyzm a my "normalni", to nasze córki już zmęczyły się zabawą i chciały wracać do domu. Trudno. Gdyby nie to spóźnienie, to dałybyśmy radę wysłuchać wszystkiego.

Po temacie sporo sobie obiecywałam, bo tak zastanawiając się w ostatnich latach, to zaczęłam dochodzić do wniosku, że gdzieś tam mogę być "autystyczna". Szczególnie, że dziś już nie mówi się o autyzmie i Zespole Aspergera, ale o zaburzeń w spektrum autyzmu. Czyli, że spektrum może być szerokie - od mocnych autystycznych objawów, do cech które spokojnie pozwalają funkcjonować w życiu i pracy (dając tylko "łatkę" osoby ekscentrycznej). I dziś już nie mówi się, że autyzm to brak umiejętności odczytywania emocji połączona z brakiem własnych emocji - jak u jakiegoś androida. Autyzm to trudność z rozpoznawaniem, interpretowaniem emocji u innych, gdzie jednocześnie jest się emocjonalną osobą pełną odczuć. Dlatego te osoby bywają czasami ranione i cierpią, bo zachowują się nieadekwatnie do sytuacji, nie zawsze wiedząc dlaczego.

Z tym moim autyzmem to chyba przesadzam. Wydaje mi się, że mam problem odwrotny - nad empatyczność i - przynajmniej do niedawno - trudność z nie identyfikowaniem się z ludzkimi problemami. Dopiero teraz uczę się, że czasami nie można rozdzielać człowieka z jego cierpieniem, bo to jedyna ważna rzecz w jego życiu, nadająca mu sens ;) Nie można kogoś zbawiać na siłę ;) A może tak tylko mi się wydaje i nie potrafię interpretować czyiś emocji?

Przypomina mi się jednak moje dzieciństwo. I dziwne zachowania. Byłam samotniczką, uwielbiałam się bawić sama. To zabawa z innymi dziećmi była dla mnie udręką i stratą czasu. Z domu byłam wyciągana. Uwielbiałam wpadać w trans powtarzając jakąś aktywność - mogłam przez dwie, trzy godziny odbijać piłeczkę od ściany, kozłować piłką, układać kolorowe koraliki według pewnego schematu. Nie było to bezmyślne. Układałam wtedy historie, opowiadania, sagi rodzinne. Do dziś mi coś z tego zostało - najlepiej pisze mi się poza domem, gdy jestem "rozkołysana". Może to pomysł na przełamywanie "writers block", gdy mnie dopada ;) I dopiero sobie uświadomiłam, że spodobały mi się squash :D Tylko solo :)

Pocieszam się, że Agatha Christie wymyślała swoje kryminały podczas zmywania naczyń - zajęcie równie ogłupiające, co odbijanie piłki :) Ja też lubię zmywać naczynia :)

W gronie większym niż dwie, trzy osoby głównie milczę i słucham. Z tego powodu zdarzało się mi się słyszeć przykre komentarze łącznie z "wiedziałem, że z tobą jest coś nie tak" lub z posądzeniem o bycie nasłanym dziennikarzem (autorka tego zarzutu moim zdaniem miała rys psychopatii, ale co tam). Po czymś takim miałam ochotę nie wychodzić z domu. Bo po co?

Różnica pomiędzy dzieciństwem, a czasem od momentu dojrzewania jest taka, że uwielbiam przebywać z ludźmi. Choć może pożytku ze mnie nie ma :)

 
1 , 2
Tagi