To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.
RSS
poniedziałek, 30 maja 2016
Weekend NieMatki dzień 3 i 4

Dokończę opowieść o tym, jak wypoczywałam w weekend. W sobotę zaprosiłam na plenerowe piwko, na leżakach w Parku Praskim, kumpelę, która znowu zjechała z dużego miasta. Przy jej mieście Warszawa to wieś :) Co jakiś czas opisuję tu jej wizyty, ale to ten typ znajomości, gdzie nie wymieniasz maili, nie dzwonisz, nie lajkujesz na FB, spotykasz człowieka dwa razy do roku, a i tak masz wrażenie, że gadaliście wczoraj. Ona ma niewiele czasu na życie w sieci, bo praktykuje "Diabeł ubiera się u Prady" i pracuje po kilkanaście godzin na dobę, prawie dzień w dzień. Jest cień szansy na zmianę. Leżałyśmy sobie na tych leżakach, sączyłyśmy grzecznie drugie piwo żebym mogła godnie dziecko przyjąć w domu wieczorem.

W międzyczasie dowiedziałam się, że moje dziecko nie wyjechało wcale z ojcem na trzy dni. To znaczy, on uparcie twierdzi, że wyjechało. Zabrał je w czwartek rano - "na piątek, sobotę i niedzielę". Na trzy dni przecież. To jest człowiek, który nie tylko czas potrafi zaginać.

W toku sms-ów ustaliłam wreszcie, kiedy moje dziecko wraca, odwołałam niedzielnego grilla u ojca i brata. A następnie poszłyśmy z koleżanką na kolejne piwo, bo przecież sobotni wieczór miałam już wolny.

W niedzielę, by ukarać się za to popijanie wina w czwartek i piwa w sobotę poszłam na spacer miejski po Bródnie. Z pozoru dzielnica wydaje się młoda. Co tu pokazywać i oglądać? A jednak można fascynująco opowiadać o pomyśle z lat 60tych na zbudowanie wspaniałego skupiska osiedli. Gdzie od razu razem z blokami zaplanowano: żłobek, przedszkole, szkołę, dom kultury i przychodnię. A w środku park. Realizacja początkowo odbiegła od marzeń, ale dziś to całkiem przyjemne miejsce. Zobaczyliśmy miejsce gdzie zaczynał karierę Lech Grobelny, oraz miejsce gdzie swoją karierę z życiem jednocześnie skończył.

Spacer planował trwał dwie godziny. Ja przeszłam się jeszcze z przewodnikiem i częścią grupy obejrzeć kilka punktów ekstra - co zajęło godzinę. Plus powrót do domu. Łaziłam jakieś cztery godziny. Odpokutowałam :)

Dziecko wróciło w niedzielę po 21:00 zadowolone :)

A dziś w biurze panowała bolesna aklimatyzacja do pracy :)

piątek, 27 maja 2016
O skutkach zbyt dużej ilości tlenu

Wczoraj o 10:00 rano, rozpoczęłam Weekend NieMatki. Dziecko wsiadło do samochodu ojca i pojechało, odbierając po drodze dziewczynę taty z jej córką, aż ku Leśnej Dolinie. O tym, że Leśnej i Dolinie dowiedziałam się dziś z sms-a i to nie od Byłego. Ja wsiadłam do samochodu znajomych i pojechaliśmy do Zalesia Górnego.

Niewiele jest miejsc w kraju, gdzie kościół katolicki mieści się przy ulicy Leśnych Boginek, więc należy to zapamiętać. Leśny Boginkom dali widocznie spokój. Nie to co Róży Luksemburg. W sumie cieszę się - niedoceniany wróg, to silny wróg ;)

Babski dzień, spędzony w ogrodzie w stylu mocno angielskim. Mocno angielskim, bo od kilku lat nikt im się nie zajmował i nie było jeszcze okazji go skosić. Wyglądał super. Domek letni jeszcze z czasów dwudziestolecia międzywojennego, tak klimatyczny, że aż się chce pisać historie w stylu Edgara Allana Poe. Ale to ja tak mam. Miałyśmy pisać, coś tworzyć, ale czas tak galopował. Ani się obejrzałam, a minął cały dzień.

Kilka z nas przespacerowało się po okolicy. Miasto zanurzone w lesie lub las zanurzony w miasto. Nie wiem, jak tam jest zimą, ale w maju nie chce się stamtąd wyjeżdżać. Mam też refleksję po naszym rozmowach, właśnie o takim domu za miastem. Temat kręcił się wokół tego, że fajnie byłoby mieć takie miejsce, na weekendowy wyjazd, odpoczynek.

Jestem zwierzęciem miejskim. Spodobał mi się cytat z Marii Czubaszek (ostatnio wysypało nimi z wiadomych względów), że nie ma ona ciekawości świata, wszystko czego potrzebuje ma tu w Warszawie. Dotąd myślałam, że tylko ze mną jest coś nie tak, ale jest nas minimum dwie :) Przechodziła mi przez głowę myśl, że dobrze jest odetchnąć w zieleni, ciszy za miastem. Patrzeć na drzewa, krzewy, trawę i słuchać krzyku bażanta, czy co tam się nie kotłuje za płotem. Jednak przychodzi weekend i wpada mi w oko informacja o jakiś wydarzeniach, piknikach, koncertach w parkach. Mogłoby się okazać, że do tej swojej Arkadii nie miałabym czasu dotrzeć. W dodatku, taka działka, ogród to praca - skosić, wypielić, posadzić. Wiosną uporządkować, ogrzać pomieszczenia. Jesienią uporządkować, zabezpieczyć przed zimą. I nie można tego odłożyć na "jak będę miała chwilę". Zima nie poczeka. Jak czytam czasem wpisy posiadających ogrody, to robi mi się słabo. Własnego mieszkania nie mogę wysprzątać, a tu nowy obowiązek na głowie. Moja sąsiadka, miła kobieta, a co weekend wyjeżdża do domku z ogrodem gdzieś w okolicach Nowego Dworu Mazowieckiego. Nigdy nie ma szansy zostać tu w Warszawie. Tak mi jej szkoda. Bo dla mnie byłby to obowiązek. Nie spotkasz się ze znajomymi, nie zobaczysz ciekawych rzeczy. Jej zapewne szkoda mnie :D

Jest jeszcze inna opcja, która przyszła mi do głowy wczoraj. Pod wpływem zbyt dużej ilości tlenu, naporu drzew iglastych i haju od ciszy :) Wspólny domek letniskowy - dzieli się go z kilkoma osobami, wpada wtedy kiedy ma się ochotę, kilka razy do roku, dzieli kosztami opieki nad posesją i robi dyżury, kto i kiedy co kosi. Pomysł zapewne mało kogo interesuje, bo ludzie lubią mieć coś na własność, tylko dla siebie, urządzone pod siebie.

Do domu wróciłam wczoraj o 19:00. Rzeczywiście musiałam zażyć dużej dawki tlenu, bo zjadłam kolację, wzięłam prysznic i o 21:00 spałam jak niemowlę.

A dziś dzień kanapowania w ciszy.

środa, 25 maja 2016
Sałatka macierzyńska

W poniedziałek była ostatnia już wywiadówka w tym roku. Wychowawczyni poprosiła, bym chwilę została po spotkaniu. Cały czas zastanawiałam się, co moje dziecko znowu nawywijało, jaka litania mnie czeka? A okazało się, że wychowawczyni chciała Wiertkę pochwalić. Na przełomie zimy i wiosny dokonała się ogromna poprawa. Lepiej się zachowuje, jest stabilna emocjonalnie, uczy się, ma lepsze wyniki w nauce. O tym co ja zauważyłam będzie jeszcze wpis, bo sama widzę, że moje dziecko miało największy skok rozwojowy w swoim życiu. A potrafi te skoki przechodzić malowniczo i zawsze jest to poprzedzone trzęsieniem ziemi w zachowaniu. Bo po co robić coś na pół gwizdka? :)

Dziś też wychowawczyni powtórzyła, że musieliśmy wykonać w domu ogromną pracę nad dzieckiem. Głupio mi powiedzieć, że jedyne co zrobiłam to nie udusiłam ani dziecka, ani siebie. Sama z siebie się poprawiła.

Bo dziś byłam z klasą córki na wycieczce. Wiertka od dawna prosiła mnie, bym wzięła wolne, jak inne mamy i poszła jako pomoc do dzieci na jednym z wyjść klasowych. To się zgłosiłam i okazało się, że najbliższa okazja jest już dziś. Dzieci były na warsztatach teatralnych w domu kultury, w centrum. Nie powiem, żebym się odprężyła. Była wychowawczyni, nas razem cztery matki, a i tak oczy były dookoła głowy. Nie ma to jak dziewiętnaścioro siedmiolatków. Niby nie robiły nic groźnego, ale wystarczyła chwila i już jakieś np. próbowało łazić po tramwaju. Do pracy, na 12:00, dotarłam zmęczona bardziej niż gdybym pracowała za biurkiem. Moje dziecko było zachwycone, że jestem.

Podobne wyjście czeka mnie jeszcze za tydzień, 1-go czerwca.

Tagi: córka
22:17, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 maja 2016
Herbatka u ambasadora

Wpadła mi w ręce ulotka reklamująca Dni Otwarte Ambasady Niemiec i Ambasady Francji. Od kilku lat są sąsiadami i postanowili wykorzystać to w przyjaznym, dla odmiany, celu. Wiertka trochę kręciła nosem, ale skusiło ją, że mają być atrakcje dla dzieci:

- No dobra, pójdę na zajęcia dla dzieci. Na żadne pogadanki nie idę.

Już wiem, jaki ma stosunek do moich wykładów i odczytów ;)

Wydarzenie było bardzo fajne. W ogrodach stały stoiska firm wywodzących się z danego kraju, stosika degustacyjne, sceny z koncertami i występami. Moje dziecko dowiedziało się, że jedną z rzeczy, które Niemcy dały światu są żelki Haribo :) Było białe Porsche do pomalowania mazakami :) Możliwość posiedzenia w innych niemieckich modelach. Można było sobie posiedzieć z kawą na leżaku. Niemcy mają większy ogród i super taras na pierwszym piętrze, ale we Francji też było ładnie :)

Impreza skrojona była pod dzieci - albo siłą rzeczy mnie takie rzeczy wpadały w oko. Na wejściu dostawało się "Paszport" i zbierało stempelki, upominki, wykonując różne zadania na stoiskach. Były różne fotobudki i mamy trzy sesje zdjęciowe. Wróciłyśmy do domu obładowane gadżetami.

Udało się też dostać do obu grup zwiedzających części biurowe i gabinet ambasadora. W niemieckiej części ochrona była bardziej ścisła - bramka sprawdzająca człowieka, torby zostawiało się na dole. Gdy u Francuzów wchodziło się po prostu tylko klikając identyfikatorem. Wbrew niemieckiemu "Ordnungowi" u nich było ciepło, biurowo - jak w typowym nowoczesnym biurze. Niemieccy urzędnicy opowiadali o historii ambasady, jej przenosinach i łączeniach. Za to we francuskiej ambasadzie chłodne, bardzo nowoczesne wnętrza, siatkowe barierki. Z biurowych korytarzy widać główny na dole. Widzieliśmy pokój do spotkań - wiszący niemal w powietrzu, z mlecznego szkła. A to po to, by nie można było nic podsłuchać :) Dach także z mlecznego szkła, w który podobno walą jesienią ptaki wydziobując orzechy :) Tam z kolei opowiadali, jak im się pracuje :) Zdjęć nie robiłam, bo są jakieś granice :) Za to można było sobie zrobić zdjęcie w fotelu każdego z ambasadorów - niemieckiego i francuskiego. Była jeszcze możliwość zrobienia sobie selfi z każdym z nich, ale nie trafiłyśmy w godziny.

Spędziłyśmy na tych Dniach Otwartych pięć godzin. A być może dałoby się jeszcze dłużej. Zamykali już budynki. Pomysł naprawdę fajny. Szkoda, że inne ambasady tak nie robią.

Dziś miał być dzień odpoczynku. Rano zorientowałam się, że pogoda jest letnia, a ja zapomniałam o letnim obuwiu. Wiertka ze swojego wyrosła, moje rozpadło się rok temu. Jak widać - rozbijają się po ambasadach, a na nogi nie mają co włożyć. Trzeba było iść na zakupy. Zjadłyśmy coś przy okazji i resztę dnia spędziłyśmy w Parku Praskim.

Kiedy ja, u licha, posprzątam dom?... Z drugiej strony, jak się w nim nie bywa, to "się" nie brudzi.

Dwa dni na świeżym powietrzu i mam go już trochę dość ;) Idę jutro do pracy odpocząć ;)

środa, 18 maja 2016
Lunatyczka

Codziennie ktoś wchodzi na mojego bloga po haśle "seks+z+psem". Odpowiednie tagowanie to potęga. Nawet KOD może to zapamiętać.

W niedzielę Wiertka obudziła się i od razu chciała opowiedzieć mi swoje sny. Śniło jej się, że wskoczyła na łódkę, pływała nią po wodzie, dookoła były na łódkach inne dzieci z jej klasy. Bała się tej wody. A potem łódki zaczęły płynąć w kółko. Dopytałam się, jak duża była ta łódka - wielkości plastikowych sanek, czyli taka dość mała łezka. Moje dziecko miało swój symboliczny sen :) Może o systemie edukacji, może o akceptacji w grupie. 

A potem śniła o dwóch dinozaurach, które były wodzie, która wyglądała jak zupa pomidorowa.

I teraz się zastanawiam. Może to pierwszy sen był po prostu o wodzie, a drugi symboliczny ;)

Za to w poniedziałek późnym wieczorem przestraszyła mnie. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu chciała zasnąć w swoim łóżku. W jakieś dwie, trzy godziny potem leżałam u siebie, gdy Wiertka weszła. Jak to zwykle ona po przebudzeniu, z brodą przyklejoną do klatki piersiowej. Niczym małe zombie :) Myślałam, że przyszła się położyć u mnie. Posiedziała chwilę, postękała, zerwała się i wyszła z pokoju. Cały czas miała otworzone oczy. Poczekałam chwilę, ale nie wracała. Myślałam, że poszła do łazienki. Znalazłam ją... w kuchni, siedzącą na krześle, przy otworzonych, rozświetlonych drzwiach lodówki. Miała otworzone oczy, chichotała, ale kompletnie na mnie nie reagowała. To bardzo dziwne uczucie. Jakby miało się w domu kompletnie obcą osobę, albo kogoś kierowanego przez inną siłę. Dobrze, że nie jestem fanką egzorcyzmów :) W końcu wzięła mnie za rękę, zaprowadziła do swojego łóżka, by z nią poleżała i natychmiast zasnęła.

Rano Wiertka nic nie pamiętała. Za to ja, pakując się do pracy, odkryłam o co chodziło z kuchnią. Pomyliła ją z łazienką. A krzesło, z wiadomo z czym. Śpiąc ze mną, wie, że musi wstać i iść na drugi koniec korytarza do toalety. To zrobiła to samo. Tylko, że z jej pokoju na drugim końcu korytarza była kuchnia :)

Tagi: córka
19:58, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 maja 2016
Noc Muzeów 2016

Tak zaczyna się wiek średni. Taki pierwszy stopień ku starości, który zaraz okaże się zjeżdżalnią. Razem z Wiertką byłyśmy umówione ze znajomymi na wspólne łażenie w ramach Nocy Muzeów. Wiedzieliśmy, że nie będą to znane placówki, popularne miejsca, bo stanie w kilkugodzinnej kolejce to może była frajda w czasie pierwszy trzech edycji. Teraz jakoś nie. W planach miały być długie spacery.

Jaka była wczoraj pogoda, każdy widział. Kropiło, trochę padało, zachmurzenie, raczej chłodno. Dziecko odebrałam z pierwszych urodzin z trzydniowego maratonu. Może jeszcze o tym będzie. I po 17:00 pogoda mnie dopadła. Patrzyłam na to, co się dzieje przez okno i miałam ochotę zakopać się pod koc, z herbatą i książką. Albo zdrzemnąć. Wychodzić? Litości. Zaczęłam rozumieć osoby, którym nie chce wychodzić z domu, albo rezygnują w ostatniej chwili. Podzieliłam się moją refleksją z Wiertką, co zostało odebrane z płaczem. Ona nastawiła się już na spotkanie z koleżankami.

Cóż było robić. Wzięłam parasolkę, która ma ponad metr długości, połamane dwa druty, otwiera się sama znienacka i taszczenie tego klamota gwarantowało, że padać nie będzie. Za to podkurwiało. Na miejscu zbiórki pojawiło się w sumie sześcioro dorosłych z dziesięciorgiem dzieci :) W większości samotne matki i ojcowie :) Statystyka przeważyła szalę i wybraliśmy coś, co spodoba się dzieciakom. Najpierw poszliśmy do Muzeum Etnograficznego - dzieciaki malowały na szkle, dorośli zwiedzali ekspozycje. Na koniec, młodzi też zainteresowali się wystawą na parterze - ubranka ludowe dla malutkich laleczek i super, interaktywna wystawa starych ludowych instrumentów muzycznych. Za szybą instrument, a w słuchawce obok można było posłuchać nagrania z jego udziałem. Każdego z nas zachwyciło. 

Potem spacerkiem na teren Akademii Sztuk Pięknych, gdzie były instalacje, które przestraszyły moją córkę i koncert punk rockowy, który ją zachwycił. Ona tańczyła, a i ja miałam ochotę poskakać, bo mi się młodość przypomniała.

Stamtąd przeszyliśmy na teren Uniwersytetu Warszawskiego. Fajna długa, podświetlana brama, podświetlane obrazami budynki, dj'skie sety. Sektor dla dzieci, gdzie można było układać ogromne, podświetlane od środka klocki i puzzle. Mokra trawa tak świetnie pachniała. Szkoda, że niebo nie było rozgwieżdżone.

Połaziliśmy po Krakowskim Przedmieściu. Miałam wrażenie, że tłumów nie było. Chyba część ludzi odstraszyła pogoda. Zrobiliśmy sobie dłuższy przystanek w knajpce. Jedzenie. Wreszcie wyszliśmy i w planach było jeszcze łażenie, ale po kilkunastu metrach wiatr i temperatura pokonał dorosłych. Choć dzieci były chętne na kontynuację wieczoru. 

Pożegnaliśmy się w okolicach Kolumny Zygmunta, gdzie my dwie miałyśmy fajne połączenie w stronę domu. Autobusów i tramwajów było mnóstwo, a było grubo po 23:00. W autobusie okazało się, że Wiertka jednak jest już zmęczona. Ledwo doszła do domu. Zbliżała się północ :)

Dziś raczej dzień odpoczynku :)

piątek, 13 maja 2016
Jak uprawiałam seks z psem

Pisząc wpis rzucam też okiem na listę miejsc skąd wchodzono ostatnio na mojego bloga. Pewnego dnia, z zaskoczeniem zobaczyłam, że ktoś to uczynił po wpisaniu w wyszukiwarkę haseł "seks z psem". Zaczęłam się zastanawiać, który z moich wpisów mógł ściągnąć kogoś po takim haśle? A może, któregoś wieczoru, będąc pod wpływem krytykowanych teraz środków odurzających, takich jak - czekolada albo makaron pszeniczny, napisałam coś o dziwnym seksie?

Weszłam tam, gdzie była lista wyszukanych linków i gdzieś na końcu zobaczyłam mojego bloga. Był to wpis sprzed kilku lat, o moich warsztatach psychologicznych w stadninie koni. Nic z carycy Katarzyny. Przyroda, prowadzenie koni za uzdę, wegetariańskie jedzenie. Słowa "seks", "z", "pies" rozdzielone były od siebie kilkoma zdaniami. A mimo to, ten ktoś zajrzał do mnie. Ciekawe, czy został na stałe?
Nieodgadnione są ścieżki internetu.
 
17:54, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 maja 2016
Im szerszy świat, tym nam ciaśniej

Spotkała mnie ostatnio ciekawa historia. Kilka dni temu rozmawiałam na placu zabaw z jedną z mam. Nasze dzieci chodziły razem do przedszkola, chodzą razem do klasy. I teraz ta mama przyznała się, że czytuje mojego bloga. 

Blog został założony dla znajomych ze świata rzeczywistego. Z czasem zauważyłam, że trafiły na niego osoby spoza mojego świata. Zawsze jednak wydawało mi się, że mało kto mnie czyta, niewielu ludzi tu zagląda. Widzę statystyki, ale nic mi nie mówią. Mało komentarzy, to mało czytających :)

A tu okazuje się, że znajoma osoba trafia na bloga, czyta i orientuje się, że autorkę zna osobiście. Tego nie przeżyłam. I tego się nie spodziewałam :)

Pomyślałam, że warto pisać publicznie tak, jakby to rzeczywiście miało być kiedyś publiczne. Czyli miał to poznać każdy, kto zna mnie osobiście. Nigdy nie wiesz, kiedy uda ci się dokleić do bloga twarz.

Przypomniał mi się też pewien wpis, na jaki trafiłam na FB. Pewna blogerka była zdezorientowana, bo prowadziła poczytnego i zapewne znanego bloga parentingowego, aż tu jej dziecko oświadczyło, że nie chce być obecne w treści bloga. Wpisy były znane w przedszkolu, szkole i dziecko było zmęczone ujawnianiem życia rodzinnego znajomym. Miało to tego prawo. Co jednak dalej z takim blogiem? Już nie mój problem. Albo jeszcze nie mój.

Z jednej strony sieć internetowa sprawia, że świat staje otworem, a i tak okazuje się, że ten świat to twoje podwórko :)

A w kolejny wpisie o tym jak uprawiałam seks z psem :)

poniedziałek, 09 maja 2016
Manifestacje

Znajomy z pracy pytał się mnie, czy będę w sobotę maszerować. Nie wybrałam się. Uczucia mam mieszane. Bo cała ta idea idzie powoli w kierunku jakiegoś wyścigu. Wszystko dziś jest manifestacją i opowiedzeniem się "za" albo "przeciw". Nie można świętować czegoś radośnie, zebrać się by wspólnie uczcić jakąś ideę.

Do znajomych nie dzwoniłam, bo podejrzewałam, że partia, której oni gorąco kibicują, nie przyłączy się. I miałam rację. Nie przyłączyła się. Wynikły za to jakieś niesnaski, z powodu promocji, kogo widać lepiej, jakie hasła były skandowane. Smuci mnie, że na lewo od prawicy scena jest tak podzielona i zantagonizowana. Na prawo gra marsza orkiestra - równo, miarowo, jednym dźwiękiem. Czasami słychać mocne walenie kotłów. O tak. Byłam raz na operze Wagnera, to wiem :) W lewo mamy orkiestrę, gdzie skrzypce w ogóle się nie pojawiły, choć nikt nie posłucha samych skrzypiec, jakby smętnie nie ciumkały smyczkami. Kontrabasy wybijają się na przód, ale trąbki próbują je zagłuszyć. Kakofonia.

Ewentualnie przypomina to powrót na scenę Spice Girls, gdzie szósta "spajcetka", znowu wyszła z zespołu zanim do niego weszła, bo nadal chce grać niszową, zaangażowaną muzykę. Ginger Spice widać najbardziej, bo ma za sobą aferę z seks taśmami. Posh Spice reklamuje swoje ubrania, a reszta się dąsa, że fotoreporterzy nie je fotografują jako pierwsze.

W dodatku te licytacje na ilość uczestników marszu. Tu 240 tysięcy. Tu 48 tysięcy. Jakby to była licytacja na długość penisa. Kto dłuższy, ten mocniejszy. Przypominam, że kiedyś w tym celu zwoziło się autokarami robotników z zakładów ;)

Dlaczego byłam na demonstracji protestującej przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej? Bo ani elegancki Petru, ani boho Kijowski nie kiwną nawet palcem by coś w tej materii zmienić. Przecież to temat zastępczy.

Tagi: życie
19:36, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 maja 2016
Weekendowo

Pogoda jest przepiękna. Wreszcie można prawie cały dzień spędzić poza domem. 

W ten weekend, w sąsiedztwie były akurat dwie imprezy plenerowe. W sobotę Piknik Naukowy na Stadionie Narodowym. Tylko stanęłam z dzieckiem w okolicach bramy i chciałam zawracać. Spojrzałam tęsknie na Park Skaryszewski po drugiej stronie ulicy. Tłumy, tłumy, tłumy. Ogromna ilość stoisk. Ciężko dopchać się do któregoś. Nie ma fizycznie możliwości, w pełni, skorzystać z atrakcji każdego stoiska. Nawet z połowy. Nawet z jednej czwartej. Niestety, obecność takiego tłumu ludzi mnie rozdrażnia. Jednak dziecko nie chciało iść do parku. Obejrzałyśmy, co się dało. Połaziłyśmy po błoniach. Kilka godzin zeszło. Podejrzewam, że więcej na Pikniku się nie pojawię.

W niedzielę spacer do Parku Praskiego, gdzie był Jarmark Floriański. Cała masa stoisk, z przeróżnościami. Niekoniecznie regionalnymi, ale co tam. Najważniejsze, że były bezpłatne dmuchańce i załatwiłam dziecku zabawę. Ona wchodziła na jeden, ja stawałam w kolejce do drugiego. W tym roku na scenie kabarety. Odkąd scena polityczna i społeczna wygląda jak wygląda, kabaret mam na co dzień, na FB i jestem tym trochę znużona. Chwilę pokręciłyśmy się w okolicach muszli koncertowej. Akurat trafiłam na... występ księdza. Tak, istnieje kabaret katolicki, strojący sobie żarty z kwestii praktyk religijnych :D Chciałam się ewakuować jak najszybciej, ale akurat Wiertka zniknęła mi z oczu. Po jakiejś minucie odnalazłam ją, ale po sekundzie, znowu gdzieś się zapodziała. Chodziłam w okolicach sceny, rozglądałam się bezradna, nie wiedziałam, czy prosić już kogoś o pomoc. Czułam się z tym głupio. Dziecko się w końcu znalazło. Oglądała stoiska tuż obok i przestraszyła się, że mnie obok nie ma. A jak mnie znalazła, to na wstępie miała zmytą głowę, za to zniknięcie i nie oglądanie się na to, gdzie jest matka.

Oprócz tego, łaziłyśmy po placach zabaw. Zastanawiałam się niedawno, kiedy moja córka zrobi się za stara na plac zabaw? Już mam wrażenie, na niektórych wygląda dziwnie. A potem wejdzie w ten niewygodny wiek, gdy na placu zabaw będzie się nudzić, a ja jeszcze będę się obawiała wypuszczać ją samą z domu. Albo nawet tego nie zauważę :)

A jutro napiszę odrobinę o tym, gdzie w weekend nie byłam i dlaczego.

Tagi